piątek, 8 lipca 2011

To na pewno nie będzie nasze pożegnanie, panie Huberath - "Balsam długiego pożegnania" Marek S. Huberath

Kiedy po raz pierwszy czyta się jakiegoś autora, zawsze jest on niewiadomą. Nawet, jeśli słyszało się od innych opinie czy czytało recenzje, nigdy nie można być pewnym, co nam przyniesie lektura. „Balsam długiego pożegnania” to moja pierwsza książka Huberatha i odbierałam ją jako taką właśnie niewiadomą. Tym bardziej, że jakoś wcześniej unikałam czytania recenzji książek tego pisarza – docierały do mnie tylko ogólnie pochlebne opinie, ot, akurat tyle, żeby nastawić pozytywnie, ale za mało, żeby wyrobić w sobie jakieś konkretne podejście. Właśnie nadszedł czas poznania.

Jak w każdym zbiorze opowiadań, w „Balsamie długiego pożegnania” odnajdziemy zarówno lepsze, jak i gorsze teksty. Trzeba jednak przyznać, że mimo tej wewnętrznej gradacji, wszystkie  reprezentują poziom co najmniej dobry. 

Pierwsze jest „ - Wrócieeś Sneogg, wiedziaam…” które osobiście uważam za najbardziej poruszające w całym zbiorze. W postapokaliptycznej dekoracji, gdzie ludzi się hoduje, a nie wychowuje, a 100% populacji rodzi się z defektami i mutacjami, autor zadaje nam pytanie o to, co jest wyznacznikiem człowieczeństwa. Czy można to ocenić za pomocą jakiegoś testu? Może kryteriów fizycznych? Co decyduje o tym, że jedni są uznawani za ludzi, a inni idą na przemiał? I czy w ogóle ktokolwiek ma prawo do zastosowania takiej oceny? A co, jeśli się pomyli? To wszystko ubrane jest w kostium historii pewnej miłości, dramatycznej i szokującej, tak bardzo różniącej się od tych najczęściej spotykanych obecnie w literaturze. Wysoki poziom i dopracowany warsztat zaskakuje tym bardziej, że jest to debiutanckie opowiadanie Huberatha.

Opowiadanie „Trzy kobiety Dona” jest na równie wysokim poziomie – jeśli chodzi o warsztat. Tak samo, jak we wszystkich tekstach autor i tutaj stworzył wyraziste postacie i dopracowany świat: postapokaliptyczny, w którym w wyniku gwałtownego spadku aktywności Słońca następuje kolejna epoka lodowcowa, a małe grupki ludzi wędrują w cieplejsze, południowe rejony. Właśnie taką grupką jest Don ze swoimi trzema kobietami. Jednak w przeciwieństwie do poprzedniego opowiadanie, to wzbudziło we mnie tylko irytację. Może jestem jakaś dziwna, ale kompletnie nie mogę doszukać się żadnego sensownego przesłania w tym tekście. Jedyne, jakie mi się nasunęło, to „Baby jednak głupie są, nie umieją poprawnie ocenić sytuacji ani planować przyszłości”. Po tym, jak autor rozpieścił mnie pierwszym opowiadaniem, „Trzy kobiety Dona” rozczarowały tym boleśniej.

„Absolutny powiernik Alfreda Dyjaka” jest tekstem z lekka psychodelicznym i niepokojącym, ale z bardzo niecodziennym pomysłem. W trakcie czytania, niepokój bohatera i czytelnika narasta, by dopiero na ostatnich stronach wszystko się wyjaśniło. Nie napiszę nic o treści, gdyż nie mam pojęcia, jak to zrobić, aby nie zdradzić za dużo.

„Kara większa”, za którą Huberath dostał Zajdla w 1991 roku, to kolejny tekst, który mnie zachwycił. Interesującym pomysłem na przedstawienie Piekła, Czyśćca i Nieba, a także koncepcją kar, jakie się tam odbywa. Mamy więc zaświaty zbudowane na modłę karego obozu pracy w którym Kary Większe i Kary Mniejsze odbywają osadzeni, w tym Rudolf Milenkowicz, główny bohater. Ta wersja zaświatów bardzo porusza, zwłaszcza, jeśli dodać do tego obecność Nienarodzonych. I niby żadnej dramatycznej historii tu nie ma, ale w sercu coś zostaje.

„Ostatni, którzy wyszli z Raju” to nie opowiadanie, a mikropowieść. Autor tworzy tutaj rasę Heddenów (Heddenih?), których macierzysta gwiazda umiera, i którzy ratują się przed zagładą, odbywając dwutysiącletnią podróż na Ziemię. Ich promy przybywają do nas już od ponad stu dwudziestu lat. Na jej przykładzie stara się ukazać mechanizmy rządzące rasistowskimi zachowaniami, w których ludzie niekiedy się przeciw przybyszom jednoczą (że sparafrazuję Pratchetta: po co nam rasizm, kiedy możemy mieć gatunkizm?). A na tle tego wszystkiego historia miłości profesora-człowieka i studentki-Hddenki.

Opowiadanie „Kocia obecność” w jakiś dziwaczny sposób skojarzyło mi się z obecną modą na nieumartych i nadprzyrodzonych. Ale nie bójcie się, nie ma w nim iskrzących wampirów czy zakochanych wilkołaków. Jest za to pewna kocia obecność, która odczuł L., pracując w ciemni fotograficznej. Kot-widmo to jednak dopiero początek, bo niedługo do zakładu L. przychodzi pewien osobliwy typ, który nie wychodzi na zdjęciach. Opowiadanie może nie wywołuje takich emocji, jak choćby „Ostatni, którzy wyszli z raju”, ale jest bardzo ciekawą opowiastką w duchu urban fantasy, jedną z niewielu w tym zbiorze, która posiada w miarę pozytywne zakończenie.

„K. miał zwyczaj” to króciusieńka miniaturka literacka, ot, dowcip z gatunku czarnego humoru. „Akt szkicowany ołówkiem” również jest niewielkim utworem, kilkustronicowym opowiadankiem, czyli shortem. Muszę przyznać, że ani jeden, ani drugi utwór nie przypadł mi do gustu. Pierwszy dlatego, że niezbyt lubię taki mini eksperymenty literackie, a drugi dlatego, że pointa całej historii nijak nie pasowała mi do reszty.

Ostatnie dwa opowiadania, czyli „Trzeba przejść groblą” i tytułowy „Balsam długiego pożegnania”  zajmują się tematyką śmierci i umierania. „Trzeba przejść groblą” pokazuje ten problem od strony samego zainteresowanego (że tak to ujmę) i ma klimat dość mocno psychodeliczny – czytając je miałam wrażenie, że jestem w surrealistycznym koszmarze albo mam bardzo zły trip po LSD. „Balsam…” zaś jest opowieścią o żegnaniu się ze zmarłym biskim, o pogodzeniu się ze śmiercią i zaakceptowaniu tego faktu. To ubrana w kostium fantasy metafora, o spokojnej, melancholijnej atmosferze.

Już sam fakt, że nasmarowałam tyle tekstu i opisałam wszystkie opowiadania po kolei świadczy o tym, że książka niezmiernie mi się podobała (tak, na słowotok cierpię tylko wtedy, kiedy książka mi się albo bardzo podoba, albo bardzo nie podoba. Staram się z tym walczyć). Huberach ma świetny warsztat i z jednakową starannością dopieszcza wszystkie swoje teksty. Mamy więc bohaterów jak żywych, trafnie opisywanych kilkoma celnymi zdaniami i ciekawe, dopracowane światy, które czytelnik może z łatwością złożyć z garstki puzzli zmyślnie porozrzucanych w tekście. Huberath zdaje się być negatywnie nastawiony do happy endów – w tym zbiorze trafiło się ich ledwie półtora. Za to każde opowiadanie zawiera elementy mniej lub bardziej psychodeliczno-surrealistyczne. A wydawnictwo dodało nawet ilustracje – trafnie rozmieszczone w tekście i na temat. Szkoda tylko, że czarno-białe, bo nieco tracą w tym wydaniu.

Polecam, polecam, gorąco polecam wszystkim. A sama lecę w te pędy do biblioteki – wszakże czas teraz na powieść. A najlepiej na wszystkie.;)

Tytuł: Balsam długiego pożegnania
Autor: Marek S. Huberath
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok: 2006
Stron: 512

środa, 6 lipca 2011

Obyczaje średniowiecznej francji według Cecilii Randal - "Hyperversum" Cecilia Randall

Chyba każdy grał kiedyś w grę komputerową, która wymagała prowadzenia jakiejś postaci (czyli była nieco bardziej złożona od Tetrisa czy Diamentów). Ale czy zastanawialiście się kiedykolwiek, co by się stało, gdybyście w jednej chwili zorientowali się, że zamiast Lary Croft to wy osobiście stoicie przed ogromnym potworem, albo zamiast Rycerza Chaosu prowadzicie legiony potępionych do walki z siłami światła? Cecilia Randall w Hyperversum postanowiła odpowiedzieć na to pytanie, chociaż może nie stworzyła aż tak spektakularnych dekoracji, jakich ja użyłam w przykładzie. Odpowiadała na nie przez ponad 700 stron powieści. A z jakim skutkiem?

Hyperversum to gra komputerowa typu RPG, która umożliwia rozegranie dowolnego scenariusza w dowolnych realiach historycznych. Do rozgrywki używa się specjalnych rękawic i wizjerów 3D, a więc gracze mają wrażenie, że to oni, a nie postać na ekranie biorą udział w przygodzie. Właśnie taką rozrywką przyjaciele postanowili przywitać powracającego z Francji (gdzie pracował nad doktoratem) Iana Maarykasa. Ian zaś, aby przybliżyć im temat swojej pracy, przygotował scenariusz osadzony w miejscu i czasie najbardziej go interesującym — w trzynastowiecznej Francji. Sześcioosobowa drużyna w składzie: Ian, Daniel, Jodie (dziewczyna Daniela), Carl, Donna oraz Martin (trzynastoletni brat Daniela) zalogowała się do systemu i rozpoczęła rozgrywkę. Coś jednak poszło nie tak.

Nagle gracze spostrzegają, że nie siedzą już wygodnie na kanapie i że oglądany wirtualny świat nabrał głębi, smaku, zapachu… I już nie jest wirtualny. Naprawdę znajdują się teraz na statku płynącym ku wybrzeżom Francji, a na niebie kłębią się czarne, burzowe chmury. Jak nietrudno się domyślić, sztorm rozbija statek, a nasi przyjaciele zostają rozdzieleni i wyrzuceni na brzeg tylko w tym, co akurat mieli na sobie. Muszą sobie radzić w czasach, które żądzą się regułami bardzo odmiennymi od naszych. Czy uda im się przetrwać w targanej niepokojami Francji?

Wbrew temu, co można na pierwszy rzut oka pomyśleć, Hyperversum jest bardziej powieścią o podróżach w czasie, niż o wciągnięciu graczy do świata gry. Nie mamy bowiem osobnego uniwersum, bohaterowie po prostu za pomocą komputera cofają się w czasie o 800 lat. Nie jest to jednak zbyt istotne, gdyż autorka nie rozwodzi się na tematy zwykle w fantastyce z takimi eskapadami kojarzone — nie o to w Hyperversum chodzi. Tutaj liczy się po prostu przygoda.

Zacznę może od wad. Po pierwsze, autorka w ogóle nie wykorzystała faktu zderzenia kultur, jaki niewątpliwie musiałby mieć miejsce, gdyby grupę współczesnych studentów (z których tylko jeden studiował historię) przenieść do XIII wieku. Bohaterowie co prawda bywają szokowani pewnymi faktami (jak choćby okrucieństwo władz), ale wszystkie obyczaje przyswajają niemal z marszu. Dziwi to zwłaszcza w przypadku dziewcząt, którym przecież w tamtych czasach wolno było o wiele mniej, niż obecnie.

Drugim rozczarowaniem, choć już nie tak dużym, byli bohaterowie. Z szóstki graczy Randall poświęca swoją uwagę tylko dwóm: Ianowi i Danielowi, reszta zaś stanowi tło, które nie wnosi do fabuły praktycznie nic. Jakby tego było mało, Ian przez pierwsze 200 stron jawi nam się jako wcielenie cnót wszelakich i jest doskonały do obrzydliwości — całe szczęście, że później ujawniają się u niego ludzkie słabości. Trzeba jednak przyznać, że mimo tych potknięć i mimo faktu, że spora część postaci wypada dość schematycznie (czasem nawet bardzo schematycznie…), są i bohaterowie dobrze opisani. Dotyczy to zwłaszcza francuskiego rycerstwa i wielka szkoda, że Randall nie poświęciła mu więcej uwagi.

Czy książka ma w takim razie jakieś zalety? Owszem. Akcja, mimo że rozpędza się bardzo powoli, to gdy już się rozpędzi potrafi wciągnąć czytelnika. Autorce udało się to osiągnąć dzięki umiejętności dobrego konstruowania dynamicznych epizodów (jednak jak na książkę młodzieżową, którą w istocie jest Hyperversum, trochę zbyt często pojawiają się fragmenty statyczne). Kolejną zaletą jest lekkość języka, który nie jest co prawda wyszukany czy poetycki, ale za to łatwo przyswajalny i zrozumiały dla przeciętnego nastolatka — autorka nie naszpikowała bowiem swojego tekstu specjalistycznymi i historycznymi pojęciami. Dodatkowym plusem jest zaś zakończenie, które mimo przewidywalności fabuły potrafi czytelnika zaskoczyć.

Jeszcze kilka słów o jakości wydania. Książkę wydrukowano na bardzo miękkim papierze, dzięki czemu mimo dużej objętości łatwo ją otworzyć i trudno złamać grzbiet. Literówki również nie zdarzają się licznie, chociaż można natrafić na powtórzony wyraz czy pomyloną numerację rozdziałów. Jedynie czcionka mogłaby być nieco wyraźniejsza — przy zastosowanych przez wydawcę szerokich interliniach czyta się dość niewygodnie. Okładka współgra z treścią i chociaż zazwyczaj nie lubię fotorealistycznych grafik przywodzących na myśl plakaty filmowe i opakowania (nomen omen) gier, to tutaj takie rozwiązanie jest wyjątkowo na miejscu. Zwłaszcza, że świetnie dobrano kolorystykę tła i napisów. Bezdyskusyjnym mankamentem są natomiast „kwiatki”, za przynajmniej część których odpowiedzialny jest tłumacz — ot, choćby kulawe gramatycznie zdanka, z których to można wywnioskować, że aby koń przyśpieszył, należy ściągnąć mu wodze, zaś aby zwolnił, należy go ukuć ostrogą…

Podsumowując, Hyperversum nie jest na pewno powieścią z wyższej półki. Jest w nim jednak coś, co sprawia, że czytelnik bardzo chce się dowiedzieć, „co będzie dalej” i „jak to wszystko się skończy?”. Bohaterowie, mimo mankamentów, potrafią wzbudzić sympatię, zaś fabuła wciąga. Z czego wynika, że powieść Randall świetnie się nadaje na wakacyjny wyjazd — nie nadweręży szarych komórek, a idealnie pasuje do plażowego kocyka czy leżaka na werandzie. Szczególnie polecam ją tym, którzy w bólach pokonywali „Krzyżaków” Sienkiewicza — może uda im się znowu polubić rycerzy.

Recenzja napisana dla portalu Unreal Fantasy.

Tytuł: Hyperversum
Autor: Cecilia Randall
Tytuł oryginalny: Hyperversum
Wydawnictwo: Esprit
Rok: 2011
Stron: 75

poniedziałek, 4 lipca 2011

Na spalonej słońcem ziemi... - "Słońce Scortów" Laurent Gaudé

„Słońce Scortów” to kolejna powieść, którą przeczytałam tylko i wyłącznie dlatego, że mieliśmy ją omawiać na spotkaniu DKK. Tym razem przyczyną nie była antypatia do gatunku, jaki książka reprezentuje, ale zwyczajny fakt, że marne były szanse, abym zauważyła ją na księgarnianej czy bibliotecznej półce. Może to trochę wina okładki…

Lekturę każdej książki zaczynamy od okładki. Niepozorna okładka „Słońca Scortów” od razu przywodzi na myśl włoską Apulię, krainę, w której rozgrywają się opisane wydarzenia. Jest tak samo szara, jak skały rozpalonych słońcem nadmorskich gór i tak samo ozłacają ją pomarańczowożółte promienie słońca. Jest to miejsce, które wszystkim żyjącym tu stworzeniom stawia twarde warunki, które wymaga oddania mu wielu litrów potu i wielu godzin ciężkiej pracy, aby pozwolić żyć. Nic dziwnego, że taka ziemia rodzi nietypowych ludzi, czasem przy tym okrutnie z nich drwiąc.

Ród Scortów powstał właśnie na tej ziemi, zrodzony z obsesji, żądzy i oszustwa losu. Oto z chwili uniesienia bandyty, który postanowił za wszelką cenę powetować sobie lata zaprzepaszczonego w więzieniu życia na dziewczynie, przez którą do więzienia trafił i starej panny, która dla jedynej w życiu rozkoszy postanowiła nie wyjawiać, że nie jest tą, za którą ją wzięto, zrodził się pierwszy Scorta. Był on człowiekiem twardym, złym i szalonym. I dał początek rodzinie, którą następnie sam przeklął.

Dzieje tej rodziny opowiada nam Carmila, córka protoplasty rodu. Staruszka, przeczuwając, że umysł niedługo przestanie jej służyć, postanowiła powierzyć historię swojej księdzu, aby następnie przekazał ją wnuczce, kiedy dziewczynka osiągnie odpowiedni wiek. Oczywiście staruszka nie zna wszystkich faktów, a więc czasem dane jest nam zobaczyć migawki ze scen jej nieznanych – gdyż tylko autor zna całą historię.

„Słońce Scortów” jest sagą rodzinną. Pierwsze skojarzenie, jakie mi się nasunęło podczas lektury, to „Sto lat samotności” Marqueza. Co prawda w „Słońcu…” nie uświadczymy realizmu magicznego, tak charakterystycznego dla powieści iberoamerykańskiego pisarza, ale nie styl prozy jest odpowiedzialny za to skojarzenie. Obie powieści opowiadają bowiem o wyobcowaniu pewnego rodu, o samotności i piętnie przekazywanym z pokolenia na pokolenie, w dusznym, spalonym słońcem powietrzu. Zdaję sobie sprawę z tego, że Marquez jest lepszym pisarzem od Gaude’a, ale wydaje mi się, że jeśli ktoś chce zakosztować klimatu „Stu lat samotności”, a jest uczulony na wszelkiego rodzaju realizm magiczny, to „Słońce Scortów” jest dla niego idealnym rozwiązaniem.

Jedynym, co wprowadzało lekki dysonans podczas lektury, był fakt, że autor upodobał sobie krótkie, urywane wręcz zdania. Wyróżnia to co prawda jego styl i nadaje mu rysę indywidualizmu, ale niezbyt pasuje do opisów, powolnej, słonecznej Apulii. Czytelnik czuje rozdźwięk między tum, o czym czyta, a tym, jak to jest napisane, co może utrudniać wczucie się w klimat powieści.

Podsumowując, „Słońce Scortów” szczególnie polecam miłośnikom sag rodzinnych. Poza tym uważam, że książka o najbardziej słonecznym zakątku Włoch będzie świetną lekturą na wakacje, wprowadzającą czasem klimat lekkiej melancholii i zadumy, ale nieprzygnębiającą.

Tytuł:Słońce Scortów
Autor: Laurent Gaudé
Tytuł oryginalny: Le soleil des Scorta
Tłumacz: Jacek Giszczak
Wydawnictwo: W.A.B
Rok: 2005
Stron: 270

sobota, 2 lipca 2011

Nie delfin, a tuńczyk! - "Dziewczyna, która pływała z delfinami" Sabina Berman

„Dziewczyna, która pływała z delfinami” nie jest książką, która atakuje czytelnika z księgarnianej półki, nie naprzykrza się wzrokowi, nie epatuje wyskakującym z okładki tłustym, krzykliwie kolorowym tytułem. Można powiedzieć, że jest niepozorna: dość cienka, z jasną, prostą (dla mnie osobiście – nawet zniechęcającą) okładką, bez nadętych blurbów z tyłu. Wyróżnia ją dyskrecja. Niestety, ta dyskrecja może też sprawić, że czytelnik przejdzie obojętnie, ignorując statyczny obraz okładki i skromną objętość książki. I cóż, taki czytelnik pożałuje, że omija go ciekawa i bardzo oryginalna powieść.

Kiedy Isabelle dziedziczy po siostrze przetwórnię tuńczyka oraz zaniedbaną willę, nie wie, że w spadku dostała również pewnego lokatora. Lokatorem owym okazuje się zdziczała, zaniedbana dziewczynka – jak się szybko okazuje, maltretowana przez matkę i cierpiąca na autyzm siostrzenica Isabelle. Mimo opłakanego stanu dziewczynki, świeżo odnaleziona ciotka postanawia nauczyć ją człowieczeństwa. Zaczyna od nadania dziecku imienia – Karen.

To właśnie Karen snuje opowieść o swoim życiu. Opowiada o tym, ja uczyła się mówić, nawiązywać kontakt i funkcjonować w społeczeństwie. Właśnie „funkcjonować w”, gdyż nigdy nie stała się, bo nie chciała się stać, normalnym członkiem społeczeństwa. Jej inność szła w parze ze szczególną wrażliwością i z umiejętnością widzenia rzeczy takimi, jakie są (oraz brutalnego nieraz informowania o tym otoczenia), które to cechy stwarzały barierę niezrozumienia. Jednocześnie jednak Karen stała się wrażliwa na tę nieludzką część świata, wszystko, co jest poza człowiekiem: zwierzęta, rośliny, krajobrazy. Właśnie to pozwoliło jej wnikliwie zanalizować cierpienie zwierząt i próbować to zmienić tam, gdzie miała najbliżej – czyli w przetwórni tuńczyków własnej ciotki.

Co w książce zachwyca? Karen oczywiście. Ponieważ książka ma formę wspomnień spisanych po latach, wszystkie wydarzenia poznajemy z perspektywy osoby niepełnosprawnej umysłowo, jeśli chodzi o inteligencję, ale wybitnej, jeśli chodzi o zapamiętywanie i projektowanie przestrzenne. Karen potrafi z niewinną prostotą wytykać absurdy świata i hipokryzję ludzi, którzy ją otaczają. Głównie zaś zajmuje ją problem, dlaczego ludzie uważają się za innych/lepszych (niepotrzebne skreślić) od zwierząt. Dziewczyna podaje tak celne argumenty, że czytelnik sam zaczyna się nad tym zastanawiać i jest to zagadnienie, które przez cały czas czytania (a i długo później) nie daje spokoju.

Pani Berman w swojej powieści nie używa wyszukanego słownictwa, nie tworzy zawiłych, wielopiętrowych metafor (a wręcz tępi wszelkie ich przejawy). Mimo to potrafi tak celnie formułować swoje proste zdania, że bezbłędnie ujmuje nimi sens wypowiedzi. Maestria minimalizmu i całkowite zaprzeczenie przerostu formy nad treścią (przerostu treści nad formą również). Powieść wydaje się doskonale zrównoważona, gruntownie przemyślana i skonstruowana z precyzją szwajcarskiego zegarmistrza. Jednocześnie ma powolny, spokojny rytm, idealny do refleksyjnego, nieśpiesznego czytania.

Tylko jedna rzecz nie daje mi spokoju. Dlaczego właściwie w tytule mowa jest o delfinach? Co prawda gdzieś tam w tle się pojawiają, ale dla fabuły mają równie wielkie znaczenie, co odnotowany gdzieś deszczowy dzień. Czyli żadne. To tuńczyki są tutaj ważne, o ich dobro toczy batalię Karen. Ale widocznie tuńczyki są mniej lubiane przez opinię publiczną, niż delfiny.

Podsumuję krótko: czytajcie tę powieść, bo jest ona świetną lekturą dla każdego człowieka, który ma w sobie chociaż odrobinę wrażliwości. Zaś dla miłośników zwierząt przeczytanie jej to wręcz swoisty obowiązek.

 Książkę otrzymałam od wydawnictwa Znak


 
Tytuł:Dziewczyna, która pływała z delfinami
Autor: Sabina Berman
Tytuł oryginalny: La mujer que buceo dentro del corazon del mundo
Tłumacz: Małgorzata Moś
Wydawnictwo: Znak
Rok: 2011
Stron: 231


czwartek, 30 czerwca 2011

Ankieta majowa - podsumowanie

W tym miesiącu w ankiecie wzięło udział 28 osób. Ankieta była jednokrotnego wyboru, więc oddano również 28 głosów. A teraz bez zbędnych wstępów przechodzimy do wyników.

1. "Zakon Krańca Świata" Maja Lidia Kossakowska - 28% (8 głosów)
2. "Upiór w operze" Gaston Leroux & "Podróżnik WC" Wojciech Cejrowski - 17% (5 głosów)
3. "Triumf lisa Reinicke" Andrzej Pilipiuk & "Klątwa tytana" Rick Riordan - 10% (3 głosy)

Poza podium, po tyle samo głosów (czyli po 2) otrzymały:

"Miłość to najlepsze lekarstwo" Nick Trout & "Wszelki wypadek" Joanna Chmielewska

Jedynym, co mnie w tej ankiecie zaskoczyło, to taka zażarta rywalizacja i fakt, że wszystkie miejsca poza pierwszym były obsadzone przez aż dwie książki.:)

W lipcu ankiety nie będzie, bo i nie ma jej z czego zrobić. Książka czerwcowa zostanie dołączona do ankiety sierpniowej.

P.S. Ponieważ mam problemy z internetem, nieco spadnie moja aktywność blogowa. Postaram się jednak w miarę możliwości zamieszczać nowe notki i odwiedzać Wasze blogi, chociaż rzadziej będę się odzywać.

niedziela, 26 czerwca 2011

Trochę o mnie

Od dłuższego czasu po blogach niczym fala przetacza się ekshibicjonistyczny łańcuszek. Za sprawą Arii i ja dostałam swoje ogniwko, trzeba więc je teraz wykuć. Oto chaotyczny zbiór moich mhrrrocznych sekretów.

Urodziłam się w grudniu, w dacie mojego urodzenia widnieją zaś aż trzy ósemki. Byłam dzieckiem nietypowym, co objawiało się głównie tym, że odmawiałam spania w pomieszczeniach. Ni wiatr, ni burza, ni deszcz nie przerywały mojej drzemki tak skutecznie, jak jakakolwiek próba wniesienia mnie do domu, podjęta przez moją Mamę. Potem urosłam i schowałam nietypowość w sobie.

Niby schowałam, ale troszkę gdzieś tam zostało. Jako mała dziewczynka lubiłam brać na ręce wszelkiego rodzaju płazy. Gadami też bym pewnie nie pogardziła, ale skubane zawsze były szybsze niż ja. Większość moich koleżanek wzdrygało się z obrzydzeniem, ale ja do tej pory uważam, że żabki, jaszczurki i węże są urocze. 

Teraz coś, za co pewnie zostanę zlinczowana, ale niech tam. Otóż… nie znoszę kawy. Uważam, że pachnie okropnie, a smakuje jeszcze gorzej (dotyczy to również wszystkich specjałów o smaku kawowym: lodów, cukierków i ciast). Podczas każdej sesji przeklinam fakt, że długie godziny nauki wymagają dopalacza w postaci kofeiny…

Należę do nieśmiałych wrażliwców, którym brak przebojowości. W Internecie tej nieśmiałości może nie widać i właśnie za to błogosławię Internet.;)

Moim skrytym marzeniem jest zostanie ilustratorem. Jednak jak dotąd nie mam odwagi ani śmiałości, aby zacząć je realizować. Trochę przeraża mnie też ogrom pracy, jaki jeszcze muszę włożyć w swój talent, aby w ogóle mieć szanse. A i czasu niewiele, bo twarda rzeczywistość domaga się uwagi, a w domowych pieleszach mojej pasji rysowniczej nikt nigdy nie traktuje poważnie.

Mam niewielką, ale rozrastającą się kolekcję pluszowych misiów. Mogą jednak do niej trafić tylko specjalne misie, to znaczy takie, które podaruje mi mój kochany Miś, znany tutaj jako Luby. Mam już 3 pluszaki w kolekcji, a wokół niej krąży jeszcze nieśmiało wisiorek w kształcie misia.

Jestem niereformowalnym, patentowanym leniem. I do tego niepoprawnym śpiochem. Za to typem sowy, bo godziny mojej największej aktywności, jeśli miałoby to być dla mnie naturalne, wypadałyby gdzieś między 18.00 a 3.00 w nocy. Z drugiej strony nie lubię wstawać później niż o 10.00, bo dzień wydaje mi się wtedy za krótki.

Najniższa waga, jaką osiągnęłam po osiemnastym roku życia to 46kg. Najwyższa zaś to 55kg.

Uwielbiam fast foody. Wiem, że to niezdrowe, samo zło i śmieci do tego, ale nic nie poradzę na to, że mi smakują. Zwłaszcza te z kurczakiem.

Na koniec dodam jeszcze, że nie umiem pisać o sobie. Kompletnie mi to nie wychodzi, bom szara myszka jest i nie bardzo wiem, co mogłoby kogokolwiek zainteresować. Ale pracuję nad tym.;)

P.S. Ponieważ nie orientuję się za bardzo, kto był już przepytywany, a kto jeszcze nie, nie wyznaczam żadnych następców. A raczej wyznaczam wszystkich chętnych, jeśli tacy się znajdą.:)

sobota, 25 czerwca 2011

Nasiona zua - odsłona 2.

Pierwszy pokaz nasion spotkał się z ciepłym przyjęciem, więc postanowiłam skorzystać z okazji i pokazać Wam nasiona traw. Nie mają co prawda aż tak fantazyjnych kształtów, jak nasiona chwastów, ale i tak są zaskakująco różnorodne. Może dlatego, że na trawy ogólnie mało kto zwraca uwagę? Ani to kolorowo nie kwitnie, ani nie pachnie jakoś szczególnie. A jednak jest wszędzie, więc może warto się czasem takiej trawce (bez skojarzeń proszę) przyjrzeć z bliska?

Za możliwość przyglądania się należy podziękować mojemu Lubemu, gdyż, jak zawsze z resztą, to on pełnił rolę fotografa. I bardzo ładnie się postarał, również jak zawsze.:)

Zacznijmy więc pokaz. Oto przed państwem pierwsza z naszych niepozornych znakomitości.


Oto nasiona tymotki łąkowej (Phleum pratense). Tak wyglądają już po wymłóceniu i raczej się z nimi nie spotkacie w naturze. Co innego z tym...


...bo tak wyglądają nasiona tymotki łąkowej jeszcze w plewach. Mi osobiście przypominają małe stawonogi.:)


Ta trawa należy do tego samego rodzaju, co poprzednia - jest to tymotka Boehmera (Phleum boehmerii). Na zdjęciu widac fragment kłosa, a nie pojedynczą plewę, jak u poprzedniej tymotki. Niestety, w Wikipedii nie ma o niej ani słowa, więc nie mam gdzie zalinkować, żeby pokazać wam, jak wygląda w całości.


Za to mogę wam pokazać, jak wygląda jej nasiono (to właśnie to powyżej) - Luby pracowicie je wyłuskał specjalnie dla mnie.:)


Tak wyglądają nasiona kupkówki pospolitej (Dactylis glomerata). Na zdjęciu widać zarówno osobniki (no nie do końca, ale z potencjałem na osobnika, więc użyję tego określenia;)) oplewione, jak i pozbawione plewy.


To mój osobisty ulubieniec - tomka wonna (Anthoxanthum odoratum). Jej nasiona wyglądają jak małe, rozbrykane zwierzątka.;)


Trawa zwana czasem lisim ogonem. Potocznie oczywiście, bo jej naukowa nazwa to wyczyniec łąkowy (Alopecurus pratensis). Jeśli ktoś chce jej używać jako przynęty do połowu żab, polecam - w dzieciństwie wielokrotnie testowałam i sprawdzała się świetnie.;)


To śmiałek darniowy (Deschampsia caespitosa), nie cały oczywiście, a jeno kłosek.


A tu pojedyncze nasionko wspomnianego śmiałka.


Tutaj mamy kłosek grzebienicy pospolitej (Cynosurus cristatus). Niestety, pojedynczego nasionka nie udało się wydłubać.



Urocze, kolorowe nasiona mozgi trzcinowatej (Phalaris arundinacea). Oplewione jeszcze, ale czy nie prześlicznie kontrastuje delikatny seledyn plew z intensywnym pomarańczem nasion?:)



Rajgras wyniosły (Arrhenatherum elatius) w plewie...


...i bez plewy.


Nasiona owsicy omszonej (Helictotrichon pubescens) w kłosku...


...i bez kłoska. Można dokładnie zobaczyć, skąd wyrastają kłaczki, widoczne na poprzedni zdjęciu.

To tak żebyście, drodzy czytelnicy, czasem pomyśleli, na czym rozkładacie wakacyjny kocyk.;)

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Stosik na czerwiec

Czerwiec był dla mnie miesiącem bardzo pracowitym, albowiem nastał krytyczny okres dla każdego studenta - sesja. na szczęście ja już ten go mam za sobą i chociaż trochę czasu pewnie minie, zanim zregeneruję siły, mogę rozpocząć wakacje. Rozpoczynam je małym stosikiem. Małym, gdyż sporo książek na półkach zalega i czeka pokornie na swoją kolej, a wakacje przeznaczyłam sobie na zmniejszenie ich ilości. Oczywiście nie wykluczam pojawienia się kolejnych wakacyjnych stosików - nawet dość szybko.:)


Od góry:
1. "Księżniczka Sissi" Stefanie Zwieg - uwielbiam koty i książki o nich, a na tą konkretną polowałam od dłuższego czasu. Kiedy nadarzyła się okazja nabycia w taniej książce własnego egzemplarza za 7,60zł, postanowiłam skorzystać. Zobaczymy, czy spełni nadzieje.
2. "Zbieracz Burz" t. 2 Maja Lidia Kossakowska - pożyczony od Erin. Dzięki!:)
3. "Dziewczyna, która pływała z delfinami" Sabina Berman - do recenzji od wydawnictwa Znak
4. "Detktyw i panny" Magdalena Lewańska
5. "Hyperversum" Cecilia Randall - powoli docieram do końca.
Dwie ostatnie książki otrzymałam od portalu Unreal Fantasy.

Chyba niedługo będzie następny stosik, bo nie dość, że kilka książek przyjdzie pocztą, to jeszcze (mimo braku konta na fejsbuku) postanowiłam wesprzeć akcję (tu też o niej) i zrobić małe, książkowe zakupy...

wtorek, 14 czerwca 2011

1000 i jeden "dziwactw" Japonii - "Tatami kontra krzesła. O Japończykach i Japonii" Rafał Tomański

Książkę wspaniałomyślnie pożyczyła mi JoannazKociewia, za co szczerze i serdecznie dziękuję.:)

Kiedyś już opisywałam książkę o Japonii. Żaliłam się wtedy, że za mało o mentalności i społeczności Japończyków, zaś za dużo o problemach gospodarczo-infrastrukturalnych kraju autor napisał. No i „Psy i demony” były już nieco podstarzałe. Ostatnio naprzeciw moim niespełnionym przez tamtą lekturę oczekiwaniom wyszedł polski autor – Rafał Tomański, podróżnik z zamiłowania i japonista z wykształcenia.

„Tatami kontra krzesła” to książka – synteza. Autor bardzo dobrze zdawał sobie sprawę, że całej japońskiej mentalności nie da się przedstawić w jednym dziele (chyba, że byłoby ono wielotomową rozprawą naukową), dlatego obrał kierunek odwrotny – postanowił wyłowić co bardziej charakterystyczne fakty na temat Kraju Kwitnącej Wiśni, zmieszać je z najbardziej, według siebie, wartościowymi przemyśleniami i uzyskany produkt przedstawić w taki sposób, ażeby czytelnik mógł przynajmniej spróbować zrozumieć Japończyków. Moim zdaniem wyszło mu świetnie.

Stereotypy dotyczące Japończyków każdemu się obiły o uszy. Autor stara się je sprostować, lub, jeśli są z grubsza zgodne z prawdą, wyjaśnić ich przyczynę. I tak, wszyscy wiemy, że Japończycy to najpracowitszy naród świata, zdolny dosłownie zaharować się na śmierć z uśmiechem na ustach. Ale nieliczni tylko (teraz liczniejsi, bo książkę w blogosferze już chyba każdy czytał) wiedzą, że jeszcze sto lat temu Japończycy byli uważani za najbardziej leniwych i niesolidnych pracowników na świecie. Każdy wie, że potomkowie samurajów mają hopla na punkcie elektronicznych gadżetów, ale niewielu z nas zdaje sobie sprawę z jego rozmiarów. I jak bardzo oczekiwania co do wspomnianych gadżetów różnią się w kręgach cywilizacji zachodniej w stosunku do Kraju Kwitnącej Wiśni. Każdy wie, że największy sukces na japońskim rynku wydawniczym odnoszą komiksy, ale mało kto interesuje się najnowszymi trendami w japońskiej literaturze. Właśnie takie ciekawe zagadnienia porusza autor.

Oprócz tego pan Tomański pisze o tym, czego brak podczas tego typu lektur zawsze gdzieś na dnie mózgu odczuwałam, a mianowicie o języku, zarówno werbalnym, jak i niewerbalnym. Jak na ironię, ten pierwszy okazuje się wcale nie taki trudny, jak zwykło się powszechnie uważać (sam autor pisze, że w japońskim nie ma absolutnie żadnego dźwięku, który mógłby sprawiać problem Polakowi. Gorzej w drugą stronę.), za to na tym drugim nieświadomy niczego turysta może się nieźle przejechać. Co prawda pobicie za obrazę czci raczej mu nie grozi, ale niesmak u tubylców pozostanie. Zwłaszcza, że są oni bardzo wrażliwi na wszelkie odstępstwa od etykiety.

Mogłabym jeszcze o książce pana Tomańskiego dużo pisać, ale nie ma to większego sensu – gdybym chciała napisać o wszystkim, co mi się ciśnie na klawiaturę, musiałabym streścić całość. Tak więc idę dopisać sobie „Tatami kontra krzesła” do listy „must have”, Wam zaś drodzy czytelnicy radzę uczynić to samo, względnie biec czym prędzej do najbliższej księgarni w celu nabycia, abyście sami mogli odkryć smaczki Japonii.

Tytuł:Tatami kontra krzesła. O Japończykach i Japonii
Autor: Rafał Tomański
Wydawnictwo: Muza
Rok: 2011
Stron: 278

środa, 1 czerwca 2011

Ankieta kwietniowa - podsumowanie

Strasznie męczące okazały się dla mnie ostatnie dni (a kolejne dwa tygodnie nie zapowiadają się lepiej), więc bez zbędnych wstępów, co by po próżnicy energii nie tracić, przechodzimy do meritum.

W ankiecie tym razem wzięło udział 41 czytelników. Ich poparcie rozłożyło się w następujący sposób:

1. "Maskarada" Terry Pratchett - 29% (12 głosów)
2. "Dogonic tęczę" Fannie Flagg - 17% (7 głosów)
3. "Szukając Noel" Richard Paul Evans & "Morze Potworów" Rick Riordan - 14% (6 głosów)

Dalej, malejąco:

"Księga Sandry" Tamora Pierce
"Saint-Exupery. Ostatnia tajemnica" J. Pradel, L. Vranel
"Miasto w przestworzach" Greg Keyes

Tym razem nie było żadnej książki bez choćby jednego głosu.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...