poniedziałek, 10 września 2012

Znowu weterynarz wiejski. Tylko bardziej współczesny - "Wet. Moi wspaniali dzicy przyjaciele" Luke Gamble

Z pewnością wielu ludzi, będąc jeszcze dziećmi, marzyło o tym, żeby zostać weterynarzem. Część z nich spełniła swoje marzenia, zaś pozostałych należałoby zaliczyć do tych, którzy teraz podczytują książki o weterynarzach. I są dość liczni, biorąc pod uwagę fakt, że kilka lat temu wznowiono Herriota, a później wydano jeszcze dwie książki Trouta. Teraz znowu możemy wrócić na angielską wieś, tym razem w towarzystwie Luke’a Gamble, skądinąd gwiazdy telewizyjnej, znanej być może niektórym z programu Weterynarze bez granic.

 Wet. Moi wspaniali dzicy przyjaciele to wspomnienia z początków praktyki Luka (jest to z pewnością jeden z tych autorów, do których lepiej zwracać się po imieniu, niż nazwiskiem). Świeżo po studiach został przyjęty do niedużej lecznicy, zajmującej się zarówno leczeniem małych zwierząt, jak i tych dużych. Możemy obserwować jego perypetie, kiedy mozolnie zdobywa doświadczenie zawodowe lub kiedy postanawia wykorzystać urlop i wyjechać do jakiegoś egzotycznego kraju, aby charytatywnie… pozdobywać doświadczenie zawodowe. A w tym fachu zdarzają się zarówno przypadki zabawne, jak i tragiczne. Luke Gamble opowiada o swoich przeżyciach swobodnie i w sposób do pewnego stopnia uroczy — ot tak, jak mógłby to robić kolega gawędziarz przy piwku w barze, dla urozmaicenia wieczoru. Czyta się go przyjemnie, chociaż brak mu erudycji. Nadrabia to humorem i ciepłem emanującym z opowieści, a także żywymi emocjami i zaangażowaniem — widać, że kocha to, o czym pisze.

Nie można też autorowi odmówić umiejętności wnikliwego obserwowania otoczenia. Potrafi bowiem zgrabnie podsumować i opisać nie tylko przypadki medyczne, ale także ludzi (warto zaznaczyć, że niektórzy są prawdziwi, ale inni to kompilacja cech kilku rzeczywiście istniejących osób). Oprócz barwnej galerii pracowników kliniki, dostajemy też pełen zakres właścicieli pacjentów. Ci pierwsi są zdecydowanie sympatyczni i nie da się ich nie polubić, a niektóre sytuacje z ich udziałem (trzeba autorowi przyznać, że umie zdobyć się na dystans do siebie) ocierają się o granice groteski do tego stopnia, że uśmiech pojawia się na twarzy czytelnika. Z kolei portrety właścicieli prezentują pełną rozpiętość charakterów, od rządnych zysków i mających dobro własnych zwierząt głęboko w miejscu, gdzie słońce nie dochodzi, farmerów, po fanatyków gotowych zaraz organizować krucjatę przeciwko każdemu, kto na ich zwierzę krzywo spojrzy. Mogą się oni co prawda wydać nieco szablonowi, ale debiutantom pewne rzeczy przecież można wybaczyć. Miejmy nadzieję, że następnym razem będzie lepiej.

Co prawda Luke Gamble czasami potyka się przy kreśleniu bohaterów, ale trzeba przyznać, że do opisu emocji i tworzenia klimatu ma spory talent. Równie sugestywnie radzi sobie ze scenami dramatycznymi, wyciskając łzy z oczu czytelników, jak i zabawnymi krotochwilami lecznicowego życia. Nie tworzy przy tym rozbieżności między odbiorem danej sceny przez czytających a tym, co autor miał na myśli (chociaż czasem przekaz ulega osłabieniu przez pojawiające się gdzieniegdzie dłużyzny — a to bardzo dobra cecha u twórcy).

Luke Gamble stworzył cos pośredniego pomiędzy książkami Herriota i Trouta. Podczas gdy dla tego pierwszego pacjenci byli tylko pretekstem do tworzenia barwnych portretów farmerów z angielskich wsi, a ten drugi całkowicie skupił się na zwierzętach, Gamble zdołał znaleźć równowagę pomiędzy obydwoma sposobami opowiadania — tak więc i miłośnicy zwierząt, i ludzkich portretów powinni być zadowoleni. Samą zaś książkę pozostaje mi polecić, bo każdy coś dla siebie z niej wyłuska, a i całkiem przyjemnie będzie się ją czytać.

 Recenzja dla portalu Unreal Fantasy.

Tytuł: Wet. Moi wspaniali dzicy przyjaciele
Autor: Luke Gamble
Tytuł oryginalny: The Vet. My Wild and Wonderful Friends
Tłumacz: Adam Pluszka
Wydawnictwo:W.A.B.
Rok: 2012
Stron: 400

sobota, 8 września 2012

Jak to widzę?: Smolipaluch

Kolejna odsłona mojej blogowej akcji, o której wszystkiego możecie dowiedzieć się TUTAJ (zachęcam do zgłaszania własnych kandydatów:)). Tym razem na tapecie Smolipaluch, chyba najbardziej lubiany z bohaterów trylogii "Atramentowy świat" autorstwa Cornelii Funke. Mój ulubiony też.;) Co prawda na obrazku kilka rzeczy można było zrobić lepiej, ale i tak jestem z niego zadowolona. Postanowiłam narysować delikwenta z początku pierwszego tomu - po pierwsze dlatego, że jego opis był stosunkowo prosty do znalezienia, a po drugie dlatego, że facet z bliznami zawsze lepiej wygląda na obrazku.;) I od razu zaznaczam, że Smolopaluch jest facetem grubo po trzydziestce, w dodatku po przejściach, więc uprasza się psychofanki o niewyklinanie niżej podpisanej za zmarszczki i wory pod oczami.;)

Smolipaluch - można go powiększyć kliknięciem.

czwartek, 6 września 2012

Kierunki znane i nieznane - "Wszystkie strony świata" Ursula K. LeGuin

O tym, że prozę Le Guin lubię, pisałam tu już kilkukrotnie. Ostatnio z tym swoim lubieniem bardzo się ożywiłam i miesiąc bez jakiejś książki tej autorki wydaje mi się niepełny. Tym razem czytałam „Wszystkie strony świata”. To mój pierwszy kontakt z krótką formą tej pisarki, „Wszystkie strony świata” są bowiem zbiorem siedemnastu opowiadań z dość wczesnego okresu twórczości (pochodzą z lat sześćdziesiątych i wczesnych siedemdziesiątych), mimo to znalazło się już kilka tekstów nagradzanych najbardziej prestiżowymi nagrodami. Czy zasłużenie?


Zanim odpowiem na to pytanie, dodam, że każde z opowiadań autorka opatrzyła krótkim wstępem dotyczącym okoliczności jego powstania. Bardzo lubię takie smaczki, które częściowo wyjaśniają, co autor miał na myśli, innym razem wyjawiają nam trochę jego osobistych poglądów, a jeszcze kiedy indziej zdradzają inspiracje. A do tego pani Le Guin robi to ze swoistym wdziękiem.

„Naszyjnik Semley” został wykorzystany jako wstęp do „Świata Rocannona” i kilka słów o nim znajdziecie w recenzji tej właśnie książki. Nie jest to jedyny tekst związany z cyklem „Hain”. Kolejnym jest „Królowa Zimy”, związane z „Lewą ręką ciemności”. Mówi on w pewnym sensie o dylematach władzy – zarówno tej królewskiej, jak i tej, którą każdy z nas sprawuje nad samym sobą. Co nam pozostaje, gdy wiemy, że ktoś manipuluje naszym umysłem, ale nie wiemy, w jakim stopniu? I kiedy wiemy, że będzie to miało wpływ na życie milionów? I czy gdy już postanowimy usunąć się w cień, mamy prawo powrócić?

„Dzień przed rewolucją” również związany jest z „Hainem” i odnosi się do „Wydziedziczonych” (został też nagrodzony Nebulą). Stara kobieta ma w nim okazję obserwować pierwsze owoce rewolucji, o jaką przez lata walczyła. Niestety, nie potrafi się nimi cieszyć. Autorka zadaje pytanie o cenę, jaką warto zapłacić za urzeczywistnienie własnych ideałów. Ukazuje też, że rozpoczęte przed laty dzieło w pewnym momencie zaczyna sobie radzić samo – co z jednej strony jest ulgą dla autora, a z drugiej wywołuje poczucie bycia zbędnym.

„Szerzej niż imperia i wolniej” też związane jest z „Hainem”, ale już nie z jakimś konkretnym tomem. Fabuła mówi o poszukiwaniach inteligentnego życia poza haińskimi koloniami, ale tak naprawdę tematem tego opowiadania są emocje, które autorka najwyraźniej uważa za uniwersalne dla wszystkich istot rozumnych. Opowiadanie można odbierać na wielu poziomach. Poza tym, że jest to po prostu piękna, urzekająca historia, mówi jeszcze o obcości, o przekleństwie obcowania z cudzymi emocjami, o przekleństwie niemożliwości porozumienia się nie tylko z obcymi, ale także ze współbadaczami. Jedno z opowiadań, które najbardziej mi się w tym zbiorze podobało.

Jeśli już jesteśmy przy cyklach, to może przejdźmy do dwóch opowiadań wczesnoziemiomorskich. Jak autorka wspomina, kiedy je pisała, sama jeszcze dobrze nie znała Ziemiomorza, stąd pewne odstępstwa od cyklu, zaś czytelnik może śledzić pewne zmiany, jakie zachodziły w koncepcji świata. „Magiczne słowo” zawiera pewne motywy użyte później w „Najdalszym brzegu” i poza nimi trudno mi się doszukać tu czegokolwiek poza wątkiem ucieczki maga, pełnej przemian w baśniowym stylu. „Prawo imion” jest już bliższe tej koncepcji Ziemiomorza, którą znamy z cyklu. Jest ciekawym, nieco baśniowym i nieco humorystycznym opowiadaniem z pointą, która byłaby zaskakująca, gdyby autorka nie zdradziła jej we wstępie.

Czas na opowiadania z niczym niezwiązane. „Kwiecień w Paryżu” jest tekstem trochę nostalgicznym, w którym średniowieczny alchemik przyzywa do swojego paryskiego pokoiku ludzi z różnych czasów. Doprowadza do nieco smutnych wniosków, że niekiedy bratnią dusze możemy znaleźć tylko w czasie, który już dawno minął, ale jest pełne swoistego uroku.

„Mistrzowie” są opowiadaniem, gdzie autorka zajmuje się natura nauki jako takiej. Ciekawym pomysłem było stworzenie świat, w którym parowe technologie funkcjonują mimo tego, że matematyka jest zakazana (w ogóle wiele aspektów nauki jest ukazanych bardzo przewrotnie). Również z aspektami nauki (ale tym razem bardziej z ich ludzką częścią) wiążą się „Gwiazdy pod ziemią”. Dla mnie osobiście jest to literacki dowód na to, że pasja człowieka może przetrwać nawet jego samego, nawet jeśli nikt o tym nie wie i nawet, jeśli ujawnia się w zupełnie zaskakującej dziedzinie. Samo opowiadanie jest jednak raczej smutne.

„Dziewięć śmierci” jest z kolei opowiadaniem sci-fi w klasycznym tego słowa znaczeniu. Jego głównym tematem jest klonowanie, ale pokazane w zaskakująco odmienny od znanego mi dotąd sposób. Podoba mi się nacisk, jaki autorka kładzie na psychologiczne aspekty naukowego zagadnienia, o którym pisze. Poza tym tekst w świetny, choć wyolbrzymiony sposób pokazuje wady ściśle wyspecjalizowanych i szkolonych do samowystarczalnej pracy zespołów.

„Pole widzenia” to opowiadanie znacząco różniące się od innych tekstów w zbiorze zarówno klimatem, jaki pointą. Jest dość niepokojące i ja widzę w nim groźbę dobrowolnego zaniknięcia indywidualizmu w obliczu jakiejś jedynie słusznej prawdy.

Pozostałe teksty jakoś do mnie nie trafiły. „Skrzynka ciemności” mimo przesłania, jakie w niej znalazłam, raczej odstraszała surrealistyczną fabułą. „Udana wycieczka” ze swoim motywem oczyszczającej i niemożliwej podróży jest dla mnie bezbarwna. Przesłanie „Rzeczy” nawet do mnie nie dotarło, nie mówiąc już o trafianiu. W psychomicie „Wycieczki do głowy” jest zbyt dużo „psycho”, żeby dobrze to czytać. Zaś „Kierunek drogi”, mimo oryginalnego skądinąd pomysłu opisania szosy z perspektywy drzewa, jest kompletnie nie dla mnie – nie podzielam manii autorki odnośnie drzew (nie ujmując im).

Opowiadania pani Le Guin nie wgniatają w fotel. Do tego bowiem potrzebny jest tekst bazujący na emocjach, w którym właśnie one grają pierwsze skrzypce. Tutaj emocje oczywiście są obecne, bo bez nich, moim skromnym zdaniem, żaden dobry, nienaukowy tekst nie może powstać, ale nie grają pierwszych skrzypiec. Opowiadania mają przede wszystkim skłonić do refleksji, do zastanowienia nad pewnymi podstawowymi, zdawałoby się kwestiami. I to zadanie spełniają świetnie.

Tytuł: Wszystkie strony świata
Autor: Ursula K. Le Guin
Tytuł oryginalny: The Winds Twelve Quarters
Tłumacz: Lech Jęczmyk, Zofia Uhrynowska-Hanasz
Wydawnictwo: Prószyński i s-ks
Rok: 1995
Stron: 340

wtorek, 4 września 2012

Stosik wrześniowy #35 i chwalę się:)

Postanowiłam zacząć numerować swoje stosy - nazwy miesięcy są dość powtarzalne. A tym razem u mnie standardowy zestaw:


To od góry:
"Bezwzględna" Gail Carriger - własny zakup. Zamierzam skompletować całą serię.:)
"Norwegian Wood" Haruki Murakami - pożyczona.
"Trzynaście kotów" antologia - również pożyczona. Uwielbiam koty i polowałam na nią długo.:)
"Saga o rubieżach" tom 1 Laura Bodoc - czytałam, czytałam i utknęłam. Mam również egzemplarz recenzencki, który penie za jakiś czas zechcę oddać w dobre ręce.:)
"Galeria dla dorosłych" Feliks W. Kres - zakup własny za nieprzyzwoicie niską cenę. Już przeczytany.
"Sekretne życie pszczół" Sue Monk Kidd - również zakup własny za nieprzyzwoicie niską cenę. Tyle się dobrego o tej książce naczytałam, że doszłam do wniosku, iż niecałe 7zł to niezbyt wygórowana cena.;)
"Czas silnych istot" tom 2 Marcin Przybyłek - przedpremierowy egzemplarz od Insimilionu. Czytam go właśnie i jakkolwiek uczucia mam mieszane, tak czyta się świetnie.
"Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek" Mary Ann Shaffer i Annie Barrows - z DKK. Bardzo jestem ciekawa tej książki, chociaż słyszałam różne opinie.
"Po słowiczej podłodze" Lian Hearn - od dawna miałam chrapkę na "Sagę Rodu Otori". Pora sprawdzić, czy słusznie.
"Amerykańska gejsza" Lea Jacobson - z DKK. Zobaczymy, kto zacz.
"Nic nie zdarza się przypadkiem" Tiziano Terzani - z DKK.
"Reamde" Neal Stephenson - z przypadku. Od Insimilionu.

A teraz czas na chwalenie się.:) W zeszłym tygodniu byłam na warsztatach artystycznych, na których oprócz tworzenia wszelkiego rodzaju kompozycji kwiatowych metodą "coś z niczego" i wielu innych rzeczy, zapałałam szczerym afektem to dziergania biżuterii. moje dotychczasowe dokonania wyglądają tak:


...ale nie mam zamiaru na nich poprzestać.:)

niedziela, 2 września 2012

Podsumowanie ankiety czerwcowo-lipcowej i kilka rachitycznych kFiatków

Jak wiadomo (albo i nie), w zeszłym miesiącu ankiety nie popełniłam, bo w czerwcu nie było z czego wybierać. Mamy więc posumowanie ankiety z dwóch miesięcy. Głosujących było niewielu, bo tylko 17, ale że można było dać plusik więcej, niż jednej książce, to uzbierało się nam 33. Przejdźmy więc do wyników - najpierw podium.

1. "Behemot" Scott Westerfeld - 35% (6 głosów)
2. "Wody głębokie jak niebo" Anna Brzezińska & "Wrzawa śmiertelnych" Eric Nylund - 29% (5 głosów)
3. "Planeta Wygnania" Ursula K. Le Guin & "Goliat" Scott Westerfeld - 23% (4 głosy)

I miejsca pozapodiumowe, malejąco:
"Bitwa w Labiryncie" Rick Riordan & "Infoszok" David Louis Edelman
"Historia nudy" Peter Toohey
"Kukułka" Antonina Kozłowska

Trochę niefortunnie się stało, ze dwa tomy cyklu wypadły w jednej ankiecie, ale mam nadzieję, że opcja wyboru kilku odpowiedzi zminimalizowała ten problem.;) Poza tym jestem pozytywnie zaskoczona wysoką pozycją Brzezińskiej i Le Guin. I na koniec zapraszam do nowej ankiety (i udziału w mojej akcji "Jak to widzę?" - aby dowiedzieć się o niej  wszystkiego wystarczy kliknąć na bannerek po prawej).

Tymczasem zapowiadany rachityczny bukiecik najdziwniejszych zapytań z Google. Rachityczny jest nie dlatego, ze mało dziwacznych pytań się trafiało, tylko dlatego, że nie miałam mozliwości ich wszystkich wyłapać.
z pamiętnika hermafrodyty - eee... to nie ja.^^' Lubię myśleć, że ktoś tu szukał informacji o "Lewej ręce ciemności", ale wiem, że jestem naiwna.
prywatne filmy z alkowy - to też raczej nie u mnie, ale mimo wszystko doceniam kurtuazyjną formę zapytania.:)
łozko szkic - bardzo jestem ciekawa, co czego komuś potrzebny szkic tego poczciwego mebla...
modlitwa anime - znaczy, ktoś szukał animowanego w stylu japońskim "Ojcze nasz"? Czy może sceny z wielkookim, rozmodlonym dzieciakiem?...
największy rekin na świecie młot w całej galaktyce - to zapytanie jest tak urodziwe, że nawet nie trzeba go komentować.;)

piątek, 31 sierpnia 2012

"Jak to widzę?" czyli kogo zobaczymu we wrzesniu i zapisy na październik.;)

Niniejszym ogłaszam, że nabór kandydatów do edycji wrześniowej został zakończony, a pod tym postem można zgłaszać kandydatów na październik. Wybrańców na październik ogłoszę za miesiąc.


W tym miesiącu prawie sami faceci, samica jest tylko jedna. No i (uwaga, żart hermetyczny) moja akcja straci swój stały element. Co ja teraz zrobię?;) Pożartowaliśmy sobie, to przejdźmy do konkretów - czyli lista wybrańców:

Lily - longwing z cyklu "Temeraire" Naomi Novik
Randal Flagg - z wielu książek Stephena Kinga (osobiście kojarzę go z cyklu "Mroczna Wieża" i z "Bastionu")
Jaskier - z cyklu wiedźmińskiego Andrzeja Sapkowskiego
Smolipaluch - z cyklu "Atramentowy świat" Cornelii Funke (recenzja tomu 3)

Jednocześnie informuję, że od tego miesiąca będę dodawać tutaj (aktualizując mniej więcej raz w tygodniu) listę zgłoszonych postaci wraz z ilością głosów.

Przed dodaniem propozycji proszę zapoznać się z zasadami akcji:
  1. Jedna osoba zgłasza jednego kandydata w miesiącu. W razie, gdyby nie został wybrany, można powtarzać kandydaturę w kolejnych miesiącach.
  2. Zgłaszamy tylko postacie z książek, które czytałam, czyli zrecenzowanych na blogu, bądź widniejących na mojej półce na LC.
  3. Zgłaszać można ludzi, nieludzi, zwierzęta, rośliny, przedmioty - dosłownie wszystko (chociaż ostrzegam, że materia nieożywiona ma mniejsze szanse na wybór).
  4. Można sugerować styl wykonania prac (jeden z trzech: manga, realistyczny, komiksowo-kreskówkowy).
  5. Paranormal romance nie obsługujemy (chyba, że ktoś mnie przekona - nie dotyczy to powieści Stephanie Meyer). Szkolnych lektur z gatunków innych, niż fantastyka też nie.
  6. Uwaga dodatkowa: zastrzegam, że nie każda prac, którą zamieszczę w ramach eventu, będzie szczegółowo dopracowanym rysunkiem - mogą się zdarzyć szkice. Ale postaram się, żeby było ich możliwie mało.
Dziękuję wszystkim, którzy zgłaszali swoje propozycje i zachęcam do dalszej zabawy:)

Lista kandydatów na ten miesiąc - ciągle można zgłaszać nowych (w nawiasie liczba głosów):
Tyrion Lannister (4)
Varhenn Velergorf (2)
Paksenarrion (1)
Percy Jackson (1)
Silver z "Dysku" (1)

wtorek, 28 sierpnia 2012

Tym razem mniej młodzieżowo - "Lare i t'ae" Eleonora Ratkiewicz

„Lare i t’ae” jest kontynuacją powieści „Tae ekkejr!”. Przy tomie pierwszym narzekałam, że poczułam się nieco wprowadzona w błąd: okładka, ani tym bardziej notka na niej, nie wskazywały na to, że w środku znajdę powieść dla młodzieży – i to tej młodszej. Może sama powieść nie była zła, ale nieładnie tak oszukiwać czytelnika. Okładka „Lare i t’ae” jest łudząco podobna do tej z poprzedniej powieści z cyklu. A czy w środku coś się zmieniło?

Od tragicznych w skutkach zajść opisanych w „Tae ekkejr!” upłynął rok. Dla elfów to co prawda niewiele, ale Enneari już zdążył zatęsknić za towarzystwem swojego ludzkiego przyjaciela, księcia (a teraz już króla) Lermetta. W związku z tym zebrał świtę, aby towarzyszyła mu w ramach poselstwa, i wybrał się do Najlissu. Dopiero tam dowiaduje się, co Lermett robił przez miniony rok. A robił naprawdę niemało, pracował prawie ponad ludzkie siły. Wszystko to dlatego, że nie tylko nad Najlissem, ale też nad pozostałymi siedmioma królestwami Zarzecza, a także nad stepem, zawisła groźba nieuchronnej zagłady (i tym razem nie jest to zły władca rządny władzy nad światem).

Autorka ciągle opisuje królestwa baśniowo szczęśliwe, niczym Hobbiton sprzed awantury o Pierścień. Tym razem byłam na to przygotowana, więc nie zżymałam się na przepiękne, czyściutkie miasta, w których szczęśliwi i nieodmiennie bogaci (w swojej klasie) mieszkańcy wiodą żywot wierny królowi. Wiadomo, Ratkiewicz to nie Martin, hiperrealizmu nie będzie (może to i dobrze, dzięki temu książkę czyta się bezstresowo). Już jej nawet ten nieszczęsny leszczynowy miód (musi, produkowany magicznie) wybaczę, z jednej przyczyny. Mimo że świat przez nią opisywany jest nienaturalnie wręcz sielski, znalazło to przeciwwagę w bohaterach.

W kwestii bohaterów sporo się bowiem od poprzedniego tomu zmieniło. Co prawda ciągle są albo czarni, albo biali i zazwyczaj nie ma problemu z rozpoznaniem, kto jest kim, ale tym razem ci źli są naprawdę źli, a nie tylko o tym zapewniają. Jeśli ktoś jest psychopatą, uwielbiającym znęcać się nad słabszymi, to czytelnik nie tylko będzie miał okazję sprawdzić, co się dzieje w jego głowie, ale także zobaczyć przy pracy. Dodaje to postaciom wiarygodności, a w połączeniu ze sprawnym warsztatem autorki potrafi sprawić, że momentami ciarki przechodzą po plecach. Z drugiej strony, wszystko jest tak zrównoważone, aby czytelnika nie zniesmaczyć ponad miarę. Dodatkowy smaczek to zaskakująca zmiana frontu, ale nie zdradzę, w którą stronę.

Postacie negatywne wyszły znacznie lepiej niż poprzednio (czyli po prostu dobrze), ale i bohaterowie pozytywni zmienili się na plus – i nie chodzi tu o metamorfozę charakteru, ale raczej o bardziej wiarygodne jego ukazanie. Lermett co prawda dalej jest wszechstronnie uzdolniony i we wszystkim najlepszy, ale irytująca łatwość działania, jaką mieliśmy do tej pory okazję oglądać, gdzieś się ulotniła. Mamy więc króla zmęczonego, zmagającego się z problemami, chociaż ciągle wybitnie uzdolnionego. Dotyczy to właściwie wszystkich bohaterów.

Autorka jest też bardziej powściągliwa, jeśli chodzi o humor. Sytuacyjny wymieniła na językowy, a i tego ostatniego jakoś mniej. Nie znaczy to jednak, że powieść straciła na ogólnej lekkości. Prawdę mówiąc, styl Ratkiewicz nie pozwala na pisanie w cięższym tonie (a przynajmniej sprawia, że nie sposób sobie tego wyobrazić). Dlatego też można powiedzieć, że mimo mrocznych momentów „Lare i t’ae” jest powieścią radosną.

Powieść jest zdecydowanie mniej infantylna niż „Tae ekkejr!”. Bliżej jej do pełnokrwistej, epickiej fantasy niż do młodzieżowej humoreski. I raczej nie polecałabym go dzieciom, chociaż młodzieży jak najbardziej. Podoba mi się ta przemiana, toteż z czystym sercem mogę zachęcić wszystkich miłośników dobrej, rozrywkowej fantastyki do przeczytania. Tym bardziej, że przy lekturze można się doskonale obejść bez znajomości poprzedniego tomu.

Recenzja dla portalu Insimilion.

Tytuł: Lare i t'ae
Autor: Eleonora Ratkiewicz
Tytuł oryginalny: Ларе-и-т’аэ
Tłumacz: Ewa Białołęcka
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2012
Stron: 515

niedziela, 26 sierpnia 2012

Wsi spokojna, wsi wesoła. I japońska - "Życie jak w Tochigi" Anna Ikeda

Japonia jest krajem, którego miłośnicy zdają się być najgłośniejsi w Polsce. Wynika to z faktu, iż większość tych japonofili to gimnazjalistki zafascynowane tak naprawdę mangą i anime, a nie krajem. Poza komiksami i filmami animowanymi, Kraj Kwitnącej Wiśni ma jeszcze bardzo ciekawą kulturę, tradycje i język, a Japończycy swoiste zwyczaje (tak jak i każda inna nacja). O samurajach, języku, religiach czy historii Japonii napisano już wiele uczonych tomów, nawet po polsku. Ale jak Japonia wygląda na co dzień, z perspektywy obcokrajowca, który co prawda jakiś czas już tam mieszka i kraj ten lubi, ale szczególnym fanatykiem nie jest? Na to pytanie odpowiada Anna Ikeda w książce Życie jak w Tochigi.

Anna Ikeda jest Polką, której zdarzyło się wyjść za Japończyka i w końcu osiąść w Japonii — nie jednak w nowoczesnym i znanym wszystkim Tokio czy innej metropolii, ale na dalekiej prowincji, żeby nie powiedzieć „w dziurze zabitej dechami”. A daleko od ośrodków miejskich zimową japońską nocą nierzadko marznie tyłek, a w rurach zamarza woda — bo zima na wyspach sroga, a nowomodny wynalazek centralnego ogrzewanie, w co starszych budynkach, jeszcze nie zawitał. W ogóle życie daleko od japońskich ośrodków miejskich bardzo przypomina życie daleko od polskich ośrodków miejskich (w Polsce izolacja budynków lepsza). Tylko że na polskiej prowincji nie ma matsuri (szkoda), nie jada się shimotsukare (na szczęście) i, nawet w miastach, nie zakłada się neko cafe (chyba przepisy na to nie pozwalają, a szkoda). A cóż to za dziwaczne, pisane kursywą nazwy? Przeczytajcie książkę, wtedy się dowiecie.
Anna Ikeda pisze w sposób niezwykle lekki — jej książka czyta się praktycznie sama. Lektura kolejnych rozdziałów przypomina pogaduchy z dawno niewidzianą koleżanką. Taką, dodajmy, która mieszkała w Japonii i właśnie wróciła pogadać z dawnymi znajomymi, a do tego ma dar opowiadania. Nie owija w bawełnę, ale dzięki dystansowi do siebie jest w stanie obrócić w żart własne wpadki i wpleść w opowieść mnóstwo humoru, czasem uszczypliwego. Nie można się nie uśmiać przy opisie sposobu, w jaki po raz pierwszy trafiła do Kraju Kwitnącej Wiśni czy wyprawy mającej na celu zdobycie jednej ze świętych gór — co pretenduje książkę do tytułu idealnej lektury na lato.

Jednak te opowieści (bo Życie jak w Tochigi to w zasadzie zbiorek luźno ze sobą powiązanych rozdziałów, opisujących różne ciekawe zagadnienia czy sytuacje) nie są tylko zabawne. Przez autorkę najwyraźniej przemawia patriotyzm lokalny — chociaż zarzeka się, że o Japonii jako takiej, jej historii, kulturze itd., pisać nie będzie, nie szczędzi historycznych danych odnośnie własnej prowincji (dodam dla jasności, że „prowincja” to w Japonii jednostka administracyjna). Dowiemy się więc ze szczegółami, kim był taki np. mnich Shodo i co zrobił, poznamy rozkład świątecznych parad i kilka innych detali przyrodniczo-architektoniczno-turystycznych. Wszystko to napisane tak zajmująco, że z pewnością nikogo nie znudzi.

Anna Ikeda stara się przedstawić rzeczywistość taką, jaką widzi podczas swoich codziennych zajęć — nie ma ambicji odmalowania kompleksowego obrazu Japonii, czy choćby tego jej małego kawałka, w którym mieszka. Nie chce rozwodzić się nad psychiką statystycznego obywatela — woli porównywać stereotypy z ludźmi, których spotyka i w razie potrzeby je weryfikować. Nie zaprzecza, że Japonia jest krajem znacznie różniącym się od państw zachodnich (choćby w kwestii rasizmu), jednak nie interesuje jej skala ogólnokrajowa, a jedynie codzienność i to, z czym się w jej ramach spotyka. I to podejście wydaje mi się bardzo szczere.

Słów jeszcze kilka o wydaniu. Autorka (lub wydawca) najwyraźniej stara się hołdować tradycji dotyczącej starych książek podróżniczych (o ile książkę o miejscu, w którym się na stałe mieszka, można nazwać podróżniczą) i Życie jak w Tochigi stworzyła na poły albumem. Zdjęcia są bardzo gęsto rozsiane (czasami czytelnika prześladuje wrażenie, że stron ze zdjęciami jest tyle samo, co tych z tekstem), kolorowe i nad wyraz urodziwe. Wraz z elegancką, minimalistyczna okładką i świetnym tekstem worzą przedmiot, który nie tylko miło postawić na półce, ale czasem też warto otworzyć dla odnalezienia inspiracji.

Życie jak w Tochigi mogę polecić każdemu. Miłośnicy Japonii znajdą tam swój ulubiony kraj. Miłośnicy lekkich opowieści — mnóstwo zabawnych anegdot. Fani egzotycznych klimatów szczyptę odmienności właśnie. Ale przede wszystkim usatysfakcjonowani będą zwolennicy dobrej książki, którą Anna Ikeda niewątpliwie napisała.


Recenzja dla portalu Unreal Fantasy.

Tytuł: Życie jak w Tochigi
Autor: Anna Ikeda
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok: 2012
Stron: 320

piątek, 24 sierpnia 2012

Jak to widzę?: Theon Greyjoy

Oto kolejna odsłona mojej blogowej akcji, o której można wszystkiego dowiedzieć się tutaj. Tym razem na tapecie jeden z drugoplanowych bohaterów "Pieśni Lodu i Ognia" George'a R. R. Martina. Muszę przyznać, że Theon sprawił mi sporo kłopotów. Po pierwsze - jest facetem, a z rysowaniem facetów zawsze mam problem (Locke wyszedł mi chyba tylko przypadkiem). Po drugie - bardzo podobał mi się Theon serialowy i mimo pewnych różnic, trudno mi się było od niego odczepić. Generalnie, różnice polegały na tym, że wyobrażałam sobie tego chłopaka co prawda jako mentalnego gówniarza, co tylko babskie tyłki mu w głowie i ewentualnie jakieś polowanie/bitka/uczta, ale w serialu wydał mi się nieco zbyt dziecinny, jeśli chodzi o powierzchowność. Wizualizowałam sobie Theona jako wyglądającego na starszego, niż jest, z mocno zarysowaną szczęką, podczas gdy aktor miał raczej buźkę dobrego kumpla - taki trochę podrasowany Sam Gamgee. No a że z facetami mam problem, nanoszenie drobnych poprawek dało wynik niezadowalający, chociaż z krzywym uśmieszkiem. Toteż nie bijcie z rozczarownania.^^'

Theon Greyjoy. Można go powiększyć kliknięciem, ale robicie to na własną odpowiedzialność.
PS. Strasznie mi się rozrastają te wstępy. Ktoś je w ogóle czyta? Nie przeszkadzają Wam?

środa, 22 sierpnia 2012

Prawie jak szaman i prawie jak Bond - "Człowiek ze złotym amuletem" Simon R. Green

Czasem czytelnik potrzebuje książki ściśle rozrywkowej. Takiej, która nie sili się na głębokie przesłanie czy szczególne odniesienia do aktualnych problemów świata. Takiej, w której akcja toczy się wartko i w miarę gładko, dając się śledzić z zainteresowaniem, ale bez szczególnego zaangażowania umysłu. Problem polega na tym, że książki pisane, aby zaspokoić tego typu gusta, często bywają irytująco naiwne (żeby nie powiedzieć: głupie) i puste. A jak to jest z „Człowiekiem ze złotym amuletem” Simona R. Greena?

Eddie Drood lubi się przedstawiać jako Szaman Bond. To taki niewinny żarcik z jego strony, kiedy chce pozostać incognito. Zazwyczaj bywa w lokalach, w których fakt bycia szamanem, wilkołakiem, wampirem czy innym magicznym dziwadłem nie budzi zdziwienia, zaś z zawodu jest agentem terenowym rodziny Droodów do walki z siłami nieczystymi. Tymi samymi, do których zdarza mu się przypijać, więc sami rozumiecie…

Niestety, sprawy się komplikują. Eddie pewnego dnia, zdawałoby się bez powodu, zostaje uznany za zdrajcę rodu – co oznacza, że cała jego liczna rodzina będzie go teraz niezmordowanie ścigać, zaś dla tych, co są spoza niej, wyznaczy solidną nagrodę za głowę naszego agenta. Eddie jednak za wszelką cenę postanawia dociec prawdy, co oznacza, że będzie musiał poszukać pomocy u tych, których do tej pory uważał za wrogów.

Lubicie filmy o Jamesie Bondzie? Jeśli nie, nie ma sensu sięgać po „Człowieka ze złotym amuletem”, jest on bowiem swoistą parodią (chociaż w tym miejscu równie dobrze pasowałoby słowo „hołd”) poczynań najsłynniejszego agenta Jej Królewskiej Mości. Tak jak prawdziwy Bond, Eddie Drood jest jednym z najlepszych w swoim fachu, a zaplecze, jakie zapewnia mu rodzina, może się równać z tym, za które odpowiada brytyjski wywiad - wliczając laboratorium pełne najdziwniejszych gadżetów służących do robienia innym kuku bądź ratowania własnego tyłka. Fabuła książki również przypomina film o 007 (tylko dziewczynom agenta nie dzieje się krzywda): nagłe zwroty nieprzerwanie wartko płynącej akcji, strzelaniny, pościgi, walki, ucieczki, strzelanie z wyposażonej jak czołg zabytkowej bryki, trup ścielący się gęsto i wątek miłosny, a na końcu konfrontacja z głównym wrogiem w jego własnej siedzibie. Wszystko to przepuszczono jednak przez filtr fantastyki, toteż wraży agenci nie są normalnymi rzezimieszkami, a i nasz bohater wyposażony jest w magiczne gadżety. Brzmi zachęcająco?

Niestety, „Człowiekowi ze złotym amuletem” nie brakuje wad. Akcja mknie z zawrotną prędkością, co byłoby niekwestionowaną zaletą, gdyby dawała od czasu do czasu chwilę wytchnienia i zwalniała. Niestety, tak się nie dzieje, a w konsekwencji mniej więcej w połowie powieści czytelnik jest już znużony i śledzi te nieustanne strzelaniny i podchody jedynie siłą rozpędu. Kolejny minus to irytujący bohater. Praktycznie niezniszczalny, z odpowiednią zabawką na każdą okazję, z każdej opresji jakoś się wykaraska, każdemu przygada i ogólnie nikt mu nie podskoczy, a jeśli nawet, to pożałuje. Z prawdziwym Bondem to jakoś przechodziło, ale z Szamanem Bondem nieszczególnie. Bohater po pewnym czasie staje się irytujący do tego stopnia, że czytelnik ma ochotę coś mu zrobić, żeby tylko wprowadzić jakieś urozmaicenie. Sytuacji nie poprawia fakt, że naszemu Eddiemu wszystko przychodzi praktycznie bez trudu, a całość niebezpiecznie zbliża go do typu postaci określanego mianem Gary’ego Stu. Szczęście, że bohaterowie z dalszych planów są wyjątkowo barwni i różnorodni.

Co jeszcze można znaleźć w „Człowieku ze złotym amuletem”? Z pewnością nieco humoru, garść zaskakujących wydarzeń, elfy bliskie pratchettowskim i mnóstwo wybuchów. Zatem jeśli lubicie powieści akcji w konwencji fantasy (czy też urban fantasy) i nie przeszkadza wam wszechmogący bohater bez wysiłku i szwanku wychodzący z każdej opresji, sięgnijcie śmiało po powieść Greena. Cykl ma kilka tomów, więc jeśli polubicie Eddiego, niebawem prawdopodobnie będziecie mogli znowu się z nim spotkać.

Recenzja dla portalu Insimilion.

Tytuł: Człowiek ze złotym amuletem
Autor: Simon R. Green
Tłumacz:
Dominika Schimscheiner
Tytuł oryginalny: The Man with the Golden Torc
Cykl: Sekretne historie
Wydawnictwo: Fabryka słów
Rok: 2012
Stron: 492
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...