środa, 18 października 2017

"Skrzydła Ognia: Mroczny sekret" Tui T. Sutherland

Minęło sporo czasu, odkąd ostatnio odwiedziłam Pyrrię. Wydawnictwo zafundowało fanom serii ponad roczną przerwę i to w dość niefortunnym miejscu, bo ostatnio skończyło się cliffhangerem. Mnie osobiście poprzedni tom trochę rozczarował, ale muszę przyznać, że historia Gwiezdnego Lotnika (bo to z jego perspektywy poznajemy wydarzenia „Mrocznego sekretu”) to zupełnie nowa jakość. Autorka strzeliła z grubej rury.

No i UWAGA, SPOILERY! Głownie do tej, ale i do poprzednich części.

Gwiezdny Lotnik został porwany przez swoich pobratymców, Nocoskrzydłe, do ich tajemniczego królestwa. Co prawda okoliczności przybycia nie były najszczęśliwsze, a pierwsze wrażenie nie nastraja optymistycznie, ale młody smok ciągle ma nadzieję, że jego rodzaj okaże się tak wspaniały, jak mówią  ukochane zwoje. Przecież przerażający, wredny i okrutny Wieszcz (jedyny przedstawiciel własnego gatunku, jakiego Lotnik kiedykolwiek poznał) nie może być reprezentatywny, prawda?

Jak dotąd autorka, przedstawiając nam społeczności poszczególnych gatunków smoków zamieszkujących Pyrrię, była raczej umiarkowana. Owszem, każda miała swoje wady, swoją niekoniecznie pozytywną charakterystykę i często okrutne obyczaje, ale szczerze mówiąc, nie było to nic, czego nie możnaby się spodziewać po fantasy dla młodszego czytelnika (znaczy, są krwawe walki między smokami i padają trupy, ale dla mnie to nie jest nic, czego bym się nie spodziewała po akurat tym cyklu…). Tymczasem teraz… cóż, stworzyła nacjonalistów.

Społeczność Nocoskrzydłych ma dwa główne problemy. Pierwszy (i jedyny, jaki zauważają), to fakt, że ich królestwo umiera. Wyspa, na której dotąd mieszkały, została jakieś dziesięć lat wcześniej zmieniona w pustkowie przez wybuch wulkanu, więc przetrzebiona populacja smoków głoduje, a z powodu zanieczyszczenia powietrza pyłem i wyziewami wciąż aktywnego wulkanu wykluwa się niewiele młodych. Zrozumiałe, że w takich warunkach smoki będą desperacko poszukiwać przestrzeni do życia. I każde rozwiązanie dające szanse na sukces będzie dobre. Nawet jeśli obejmuje wybicie i zniewolenie (w dowolnej kolejności i proporcjach) innego ze smoczych gatunków.

Przy czym to samo w sobie nie jest dziwne – potrafię zrozumieć desperację narodu, który za wszelką cenę chce znaleźć takie miejsce do życia, które nie zabija ich dzieci. Ale Nocoskrzydłe są przy tym głęboko przekonane o swojej wyższości nad innymi smokami. Wierzą, że mają prawo je wykorzystywać i traktować instrumentalnie, że są nadsmokami, których naturalnym przeznaczeniem jest rozkazywać każdemu, komu chęć rozkazywania wyrażą. Mamy więc scenkę że smoczym odpowiednikiem doktora Mengele, który każe porywać i torturuje łagodne Deszczoskrzydłe, aby prowadzić badania nad ich jadem – przy czym traktuje swoje prawo do poświęcania innego rodzaju smoków w imię nauki jako oczywistość. Kiedy Gwiezdny Lotnik zwraca mu uwagę, że jest de facto katem, naukowiec jest głęboko wstrząśnięty. Wychowano go w przekonaniu, że inne smoki można traktować jak zwierzęta laboratoryjne i potrzeba było kogoś z zewnątrz, żeby zauważyć, że coś tu jest nie tak. Owszem, organizująca walki gladiatorów między pojmanymi jeńcami królowa Nieboskrzydłych też była okrutna, ale było to prymitywne okrucieństwo silniejszego - który wie, że kiedyś już może silniejszy nie być, ale tymczasem cieszy się chwilą. Tutaj mamy okrucieństwo systemowe, wynikające z głębokiego przeświadczenia o własnej wyższości,uświęcającej wszelkie występki.

I w takie otoczenie tafia idealistyczny Gwiezdny Lotnik. Który naczytał się w (pisanych oczywiście przez Nocoskrzydłe) zwojach o wspaniałości i rozlicznych zaletach własnej rasy. Który dodatkowo jest bierny z natury, brak mu przebojowości, a jego sposób radzenia sobie z problemami polega na czekaniu, aż same się rozwiążą. I któremu brutalne zderzenie z rzeczywistością uświadomi, że tym razem musi działać, bo dojdzie do katastrofy, której konsekwencje poniosą dwa smocze gatunki. Przyznam, że w przeciwieństwie do poprzednich tomów "Mroczny sekret" nie mówi nam, jaka przemiana zaszła w jego głównym bohaterze - końcowe wydarzenia powieści były dla Lotnika bardzo traumatyczne i pewnie dopiero w kolejnej części dowiemy się, jakie ostatecznie wywarły na nim piętno. Widać, że autorka powoli odchodzi od prostego schematu weryfikacji dziecięcych marzeń swoich bohaterów i zaczyna stawiać na ich dojrzewanie jako proces, nie akt (co było zasygnalizowane już w poprzedniej części).

Z pewnością jest to tom bardziej udany niż poprzedni: dzieje się więcej, a i ciężar wydarzeń zdaje się bardziej znaczący dla fabuły całości cyklu. Bardzo przyjemnie czyta mi się o młodych smokach. I chętnie będę czytać kolejne tomy.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag

Tytuł: Skrzyła Ognia: Mroczny sekret
Autor: Tui T. Sutherland
Tytuł oryginalny: Wings of Fire. Book Four: The Dark Secret
Tłumacz: Małgorzata Strzelec
Cykl: Skrzydła Ognia
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2017
Stron: 278

sobota, 14 października 2017

"Dwie karty" Agnieszka Hałas

Agnieszka Hałas ma w fandomie opinię jednej z najbardziej niedocenionych pisarek. Głównie niedocenionej przez wydawców, bo jak dotąd udawało się jej wydawać w oficynach niszowych z ograniczoną dystrybucją i promocją – a trudno zbudować sobie fanbazę, kiedy twoje książki docierają tylko do osób już zaangażowanych. Teraz za sztandarowy cykl Agnieszki, czyli „Teatr węży”, zabrał się Rebis – czyli wydawnictwo znane i z pewnością umiejące w marketing. Czekałam na to z lekturą. Kruki od lat krakały, że dobre i w ogóle, więc dlaczego miałabym sobie odmawiać rarytasów teraz, kiedy stały się znacznie łatwiej dostępne? Acz muszę przyznać, że to krucze krakanie i ogólny klimat niedocenionej perełki sprawił, że miałam pewne oczekiwania. Które podczas lektury musiałam zweryfikować.

Kiedy bogowie (po iście pyrrusowym zwycięstwie w wojnie z siłami zła) opuszczali świat, okryli go Zmroczą, aby chroniła mieszkańców przed demonami. Pieczę nad Zmroczą sprawują srebrni magowie – pilnują zachowania równowagi niezbędnej do prawidłowego funkcjonowania osłony. No i są jeszcze czarni magowie, którzy według srebrnych tę równowagę zakłócają…

Tymczasem w Shan Vaola, dużym i bogatym mieście nad Zatoką Snów, grupa nędzarzy znajduje na brzegu morza mężczyznę. Zaczyna się zakłócenie Zmroczy, a to nie jest dobra pora na zostanie na zewnątrz, zwłaszcza dla kogoś, kto jak widać sporo przeszedł i nie bardzo jest z nim jakikolwiek kontakt. Dlatego zbieracze śmieci postanawiają zabrać nieznajomego do swojej kryjówki. Gdzie ten stopniowo wraca do siebie. I choć nie pamięta swojej przeszłości, to dość szybko orientuje się, że jest wyszkolonym czarnym magiem…

Pierwszym zaskoczeniem był fakt, że książka nie ma określonej linii fabularnej. Wiecie, zwykle, kiedy czyta się powieść (zwłaszcza fantasy, bo tutaj autorzy są raczej nieskłonni do eksperymentów konstrukcyjnych), to od razu wiadomo, o co chodzi. Jeśli mamy mroczny artefakt, to fabuła będzie dążyć do jego zniszczenia. Jeśli mamy księcia, który utracił tron, to wiadomo, że będzie próbował go odzyskać. Jeśli mamy drużynę najemników, to będą próbowali wykonać zlecone im zadanie i tak dalej. Tymczasem bohater Hałas po prostu jest, robi różne rzeczy… i tyle. Nie dąży do niczego, z nikim nie walczy, teoretycznie żadne siły rządzące światem się nim nie interesują, próbuje po prostu przeżyć. Owszem, dzieją się wokół niego wydarzenia niesamowite, ścierają się potęgi, ale tak naprawdę Krzyczący w Ciemności jest najwyżej ich mimowolnym uczestnikiem (żeby nie powiedzieć – gapiem). Nie chcę powiedzieć, że taka konstrukcja fabuł jest wadą. Wręcz przeciwnie – przy zalewie fabuł generycznych i przewidywalnych to raczej powiew świeżości. Tylko ostrzegam, że prowadzenia przez cały alfabet, od punktu A przez B do Z nie będzie.

Sam świat przestawiony jest jak dotąd fragmentarycznie – co jest wymuszone narracją skupioną na bohaterze, który żyje w tunelach pod miastem. Brakuje mi trochę szerszej perspektywy, ale przede mną jeszcze dwa tomy, więc może się pojawi. Tymczasem wycinek, który autorka postanowiła nam pokazać jest faktycznie oryginalny, zwłaszcza na tle rodzimej twórczości. Oto bowiem mamy miasto, plus-minus renesansowe. Ale nie tę jego część, którą eksploatuje większość pisarzy fantasy – nie domu zamożnych mieszczan, nie mieszkanka robotników, nawet nie dzielnice rozrywki, gdzie jedni próbują pozyska pieniądze od utracjuszy dobrowolnie, a inni… mniej dobrowolnie. Hałas skupiła się na tej najmniej reprezentacyjnej stronie miasta: podziemnych slumsach. Gdzie schronienie znajdują nie tylko ludzie niskich warstw społecznych (lub tacy, którzy z racji zawodu nie powinni być zbyt widoczni), ale też odmieńcy. Wszak Shan Vaola to miasto zarządzane przez srebrnych magów, więc i o nienaturalne stworzenia tu łatwo. A że mocno niekiedy różnią się od ludzi, to i nie są mile widziane w lepszych dzielnicach. 

Taki wybór dekoracji sprawia, że powieść jest nieco mroczna - podziemia nie są szczególnie estetyczne a biedacy zdrowi, ścieki nie pachną fiołkami i tak dalej. Tak więc trzeba się przygotować na nieco turpistyczne doznania, jeśli ma się ochotę na lekturę "Dwóch kart".

Hałas bardzo skutecznie porzuciła klasyczny bestiariusz fantasy – jak dotąd zamiast elfów i krasnoludów mamy odmieńców, chowańce i demony (oraz trochę pomniejszego tałatajstwa). Dwa ostatnie to po prostu stworzenia z innych wymiarów – demony mieszkają w… miejscu, które nosi wszelkie znamiona piekła, wygląd też mają klasyczny (z tym, że jest to raczej klasyczny Bosch, a nie brzydal z rogami i kopytami, plus trochę inspiracji różnymi mitologiami), a ich głównym celem jest pozyskanie dusz, od czego zależy potęga ich domeny. Chowańce to po prostu stworki sprowadzane z różnych platform astralnych, aby pełnić funkcje pomocnika maga i mogą mieć dowolny wygląd. Mnie osobiście najbardziej zainteresowali odmieńcy, których genezę i funkcję autorka nakreśliła tylko bardzo z grubsza. Zwykle są humanoidalni, ale zakres tej humanoidalności waha się od zrakowaciałego goblina po mokra fantazję miłośnika furry. Zwykle są inteligentne. I zwykle żyją na marginesie – o ile toleruje się je, kiedy są pożyteczne, to przeważnie woli się ich nie oglądać, a kiedy dzieje się im coś złego, nikt się o nich nie upomni. Maja własną kulturę, dość hermetyczną. Mamy wśród nich kilka bardzo ciekawych postaci – moją ulubioną i chyba najlepiej zarysowaną jest Pyszczek, kobieta kot, która zarabia zwykle jako tancerka. Mam nadzieję, że jeszcze ją spotkam. I że autorka rzuci więcej światła na odmieńców jako takich, bo to dla mnie fascynująca grupa społeczna (gatunek chyba nie do końca).

Magia jako taka też jest przedstawiona ciekawie (jak i magowie w swej masie). Dzieli się, jak wspomniałam wyżej na srebrną i czarną. Srebrni magowie darzeni są szacunkiem (a przynajmniej budzą zdrowy lęk) i ogólnie trzymają władzę, mają swoje uniwersytety, a o prestiżu niech świadczy fakt, że nazywaj się Elitą. To legalna magia, a talent do niej jest pożądanym towarem. Czarna magia jest skażona, wyklęta, a tych, którzy urodzili się z talentem do niej ściga się niczym zbrodniarzy. Autorka nie wyjaśnia nam na tym etapie, jak działa magia srebrna, natomiast wiemy, że czarni magowie żywią się emocjami, zwłaszcza tymi negatywnymi - bólem, cierpieniem, rozpaczą. I to jest ten moment, w którym chyba zaczynam zaczyna nadinterpretować, ale nie potrafię się powstrzymać.

Otóż widzicie, korzystanie z obu rodzajów magii wymaga podobnych mechanizmów - pentagramy, rytuały, zioła, krew. Pomimo jednoznacznie kojarzących się nazw nie można im przypisać dobra i zła - czarni magowie, którzy zatracili się w swoim talencie bywają okrutni i niebezpieczni (cóż, ktoś, kto robi się potężniejszy od cudzego cierpienia będzie pewnie bardzo kreatywny w dążeniu do zwiększenia swojej potęgi), ale srebrni wcale nie są lepsi pod tym względem (ich dla odmiany interesuje tylko Ekwilibrium, równowaga Zmroczy i dla jej utrzymania stosują zasadę, że cel uświęca środki. Naprawdę wszystkie środki). Dlatego nie chce mi się wierzyć w to, że czarna magia jest nienaturalna i trzeba ją tępić. Przecież równowagi nie osiąga się przez wyeliminowanie jednego z pary. Układ między czarnymi a srebrnymi magami bardziej pasuje mi do sytuacji, kiedy historię napisali zwycięzcy - srebrni w tym przypadku (a autorka zasugerowała nam jeszcze, ze oficjalne wersje mitów w jej świecie niekoniecznie są jedynymi wersjami, nie bardziej prawdopodobnymi niż reszta). Dlatego nasuwa mi się myśl, że destabilizacja Zmroczy nie jest przyczyną tępienia ka'ira, czarnych magów. Tylko jej skutkiem. Być może ta teoria umrze wraz z przeczytaniem kolejnego tomu, ale na razie bardzo mi się podoba.;)

Chyba popadłam za bardzo w dygresje i detale, wróćmy więc może do spraw istotnych. Głównego bohatera na przykład. Sam Krzyczący w Ciemności to jest ten typ bohatera, który bardzo lubię – niby mroczny, po przejściach, ale jednak na swój sposób szlachetny. Coś pomiędzy chaotyczny dobry a neutralny dobry. Problem w tym, że nie czuję, żebym dobrze go poznałam. Autorka trzyma czytelnika na dystans od swojego bohatera i pozwala się do niego zbliżyć dość rzadko. Widzimy, co robi, ale nie wiemy, co myśli. Oczywiście z biegiem fabuły sytuacja się poprawia, ale wiąż nie wiemy, co w głowie maga siedzi, jak widzi świat i czego pragnie. Być może wynika to z faktu, że Krzyczący sam nie do końca wie, kim jest. Nie pamięta przeszłości i od czasu do czasu dopada go lęk związany z tym, do czego może doprowadzić go nadmierne i niekontrolowane użycie mocy, ale poza tym nie ma żadnych celów i ambicji, a fabuła nie zmusza go do porzucenia wygodnej kryjówki w podziemiach. Widzę w nim ogromny potencjał, ale obawiam się, że zaprezentuje go w pełni dopiero, kiedy ktoś go wykurzy z przytulnej krypty. Na co liczę (sorry, Krzyczący).

Przyznam, że mimo kilku wad i zgrzytów, z niecierpliwością czekam na premierę kolejnej części „Teatru węży”. Krzyczący w Ciemności jest bohaterem, jakiego w znanej mi rodzimej fantasy mi brakowało, dlatego cieszę się nako lejne spotkanie (kto wie, może tym razem da się lepiej poznać?). To samo dotyczy w sumie świata przedstawionego. No kawałek dobrej fantastyki po prostu. Lubię takie. 

Książkę otrzymałam od autorki

Tytuł: Dwie karty
Autor: Agnieszka Hałas
Cykl: Teatr węży
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2017
Stron: 370

sobota, 7 października 2017

Na co poluje Moreni: październik 2017

Po obfitym wrześniu nastał równie obfity październik - jesień to w ogóle najbogatsza w premiery pora roku i tak jest od lat. Zamierzam z tego skorzystać.

Mamy też w październiku sporo spadkowiczów z września: "Daleka droga do małej, gniewnej planety" Becky Chambers ukaże się dopiero 9 października, "Zaszyj oczy wilkom" Marty Krajewskiej ostatecznie ukazało się chyba 5 października, a "W Kasprowym mateczniku" Wojciecha Gąsienicy-Byrcyma ma się ukazać dopiero 10 października. "Trudno być najmłodszym" Basztowej i Iwanowej spadło na 11 października.

Chcę mieć

"Pośród cieni" Agnieszka Hałas
10 października

Sam fakt, ze drugi tom cyklu "Teatr węży" znalazł się w tym zestawieniu, dobrze świadczy o pierwszym (o którym będziecie mogli przeczytać w środę). Po prostu chcę wiedzieć, co będzie dalej.

Wkraczacie w świat Zmroczy – przesyconą magią, posępny i fascynujący.
"Pośród cieni" to drugi tom cyklu dark fantasy "Teatr węży" – mrocznego, intrygującego, pełnego plastycznych szczegółów, z pełnokrwistymi postaciami i przemawiającą do wyobraźni społecznością.
Dla Krzyczącego w Ciemności schronienie w Podziemiach przestaje być bezpiecznym azylem. Dręczą go wizje i sny. Pokazują utraconą przeszłość czy kłamią? Tymczasem w realnym świecie czyhają srebrni magowie, przed którymi nie da się uciec nawet w śmierć. W labiryncie sfer są miejsca, gdzie można się ukryć lub szukać odpowiedzi. Czy to wystarczy, aby umknąć prześladowcom? A jeśli to cienie z przeszłości stanowią największe zagrożenie?

"Jak zwierzę. Intymne zbliżenia z naturą" Charles Foster
11 października

Wygląda na to, że Czwarta Strona ma swoją nieformalną serię eko. I na ile wiarygodne było moje macanie w empiku, są to książki ślicznie wydane. Ale nie tylko dlatego chciałabym mieć tę - ciekawy jest też pomysł na nią, a ja lubię ciekawe pomysły. Choć siedzący we mnie cynik ostrzega, że się rozczaruję.

Charles Foster chciał wiedzieć, jak naprawdę wygląda życie z perspektywy borsuka, wydry, jelenia, lisa i jerzyka. Postanowił doświadczyć tego na własnej skórze.
Przez kilka tygodni niczym borsuk mieszkał w norze i odżywiał się dżdżownicami. Jako wydra pływał nocą w rzekach północnej części hrabstwa Devon. Wzorem żyjącego w mieście lisa szukał jedzenia w kontenerach na śmieci londyńskiego East Endu, a jako jeleń szlachetny stał się przedmiotem polowania, jakie mogłoby się odbyć w górzystej części Szkocji. Podążając trasą migracyjną jerzyka, odbył podróż z Oksfordu do Afryki Zachodniej.
Jak zwierzę to nowe podejście do literatury przyrodniczej i kameralne spojrzenie na życie dzikich zwierząt. 

"Ten łokieć źle się zgina" Sebastian Frąckiewicz
18 października

No jakże bym mogła przejść obojętnie obok ksiązki o ilustracji?

Co łączy projekty postaci do gry Wiedźmin, koszulkę Slayera, przewodnik po Szczecinie dla dzieci i Księgę dżungli? Za każdym projektem stoi człowiek – ilustrator.
Polska ilustracja od lat 60. jest światowym fenomenem – ceniona, dostrzegana i nagradzana, ale zawieszona między światem sztuk wizualnych, projektowaniem graficznym a literaturą nieczęsto staje się tematem książek innych niż naukowe. W jakiej kondycji jest polska ilustracja dziś? Co inspiruje twórców? Czym się zajmują poza pracą? I jak szeroko rozumiana ilustracja radzi sobie na wolnym rynku, nie tylko w przypadku projektów artystycznych, ale także działań usługowych i komercyjnych?
Sebastian Frąckiewicz rozmawia z jedenastoma przedstawicielami tej profesji – zarówno bardzo młodymi twórcami, jak i klasykami, na których pracach się wychowaliśmy. Każdy z rozmówców trochę inaczej traktuje swój zawód, inaczej też rozumie rolę ilustracji, a niektórzy nawet nie lubią używać tego pojęcia.
To książka o inspirujących, barwnych ludziach, dla których obraz jest pierwszym językiem.
O pracy ilustratora opowiadają: Jan Bajtlik, Katarzyna Bogucka, Bohdan Butenko, Iwona Chmielewska, Emilia Dziubak, Bartłomiej Gaweł, Anna Halarewicz, Jan Kallwejt, Piotr Socha, Rafał Wechterowicz i Józef Wilkoń.

Chcę przeczytać

"Tajemnicze życie grzybów" Robert Hofrichter
3 października

Popularyzatorskiej książki o grzybach (nie, atlasy się nie liczą) jeszcze chyba nie mieliśmy. A ja mam ogromną ochotę sprawdzić, czy jest bardziej przystępna od moich podręczników do mikologii. I będę miała okazje, bo książka już czeka na czytniku.

Nie są ani roślinami, ani zwierzętami. Żyją najczęściej w ukryciu. A jednak bez grzybów nie byłoby naszych lasów, klimatu, a może i w ogóle życia na Ziemi – takiego, jakie znamy dzisiaj. Grzyby są panami świata, mają niezwykłe cechy, nawiązują zaskakujące sojusze, są pełne zagadek. Robert Hofrichter otwiera nam oczy na niewidzialny ekologiczny wszechświat, który rozciąga się pod naszymi stopami – i nie tylko tam! Książka nie jest leksykonem ani atlasem grzybów. Nie chodzi w niej o porady, jak zbierać i przyrządzać te – niekiedy smaczne, niekiedy podstępne – skarby lasów. Ma raczej na celu wprawić w zdumienie czytelników nieznanym światem i jego fascynującymi zależnościami.
Wybierzmy się więc na ekscytującą wędrówkę przez tajemniczy świat grzybów. Spotkamy w nim prawdziwych arystokratów i przebiegłych oszustów, sieci współpracy i oszałamiających mistrzów przemiany. Przede wszystkim jednak dowiemy się sporo o kontekście życia, o świecie wypełnionym walką i symbiozą, partnerstwem i współzawodnictwem.
Dajmy się oczarować!

"Silos", "Zmiana", "Pył" Hugh Howey
11 października

Z okazji wizyty autora w Polsce Papierowy Księżyc wznawia całą trylogię. To chyba jest jakaś okazja do zapoznania się z całością.;)

Światowy bestseller!
Początek fascynującej trylogii dla fanów “Marsjanina”.
“Silos” to niezwykły sukces wydawniczy, który zamienił nieznanego autora, publikującego na własny rachunek w światową gwiazdę literatury science-fiction ze szczytów list bestsellerów New York Timesa.
Po wielkim sukcesie wydawniczym “Silosu” prawa do sfilmowania tej niezwykłej powieści zakupił sam Ridley Scott, reżyser takich klasyków jak “Obcy” czy “Łowca androidów”.
“Silos”, który został nazwany Igrzyskami Śmierci dla dorosłych, to niezwykłe zaproszenie do wyjątkowo wykreowanej rzeczywistości, w której społeczność zamieszkuje w ogromnym podziemnym silosie.
Ta powieść odkryje przed tobą prawdziwy labirynt tajemnic, sekretów i kłamstw i sprawi, że będziesz pochłaniał ją w napięciu do ostatniej strony.
*
W przyszłości, gdy Ziemia stała się toksycznym pustkowiem, przetrwać zdołała ledwie garstka ludzi, zamieszkujących gigantyczny podziemny silos.
Odcięci od świata zewnętrznego, wiodą życie pełne nakazów i zakazów, sekretów i kłamstw.
By przeżyć, muszą ściśle przestrzegać pewnych zasad. Niektórzy jednak się na to nie godzą.
Ci stanowią największe zagrożenie – mają czelność marzyć i śnić, zarażać innych swoim optymizmem.
Czeka ich prosta i zabójcza kara: zostaną wypuszczeni na zewnątrz.
Jules jest jedną z takich osób. Być może już ostatnią.

Zmiana to drugi tom trylogii Silos, która stała się jednym z największych bestsellerów w gatunku literatury fantastycznej i postapokaliptycznej ostatnich lat.
***
Przyszłość, mniej niż pięćdziesiąt lat od dnia dzisiejszego.
Świat nadal jest taki, jakim go znamy, a czas wciąż biegnie swoim dawnym rytmem.
Prawda jest jednak taka, że nasz czas się kończy.
Garstka wpływowych ludzi wie, co nas czeka. Przygotowują się. Próbują nas ochronić.
Wyznaczają dla nas ścieżkę, z której już nigdy nie zdołamy zawrócić.
Ścieżkę, która poprowadzi do zniszczenia; ścieżkę, która zawiedzie nas głęboko pod ziemię.
Karty historii silosu czekają, by je zapisać.
Nasza przyszłość wkrótce się zacznie.

Znakomite zakończenie trylogii dla fanów “Marsjanina”.
Pył to znakomite zwieńczenie trylogii Silos, która stała się jednym z największych bestsellerów książkowych ostatnich lat na rynku amerykańskim.
***
KAŻDY POCZĄTEK MA SWÓJ KONIEC
Powstanie dobiegło końca. Mieszkańcy silosu 18 uczą się żyć w nowej rzeczywistości.
Niektórzy akceptują zmiany, inni obawiają się nieznanego.
Nikt z nich nie ma kontroli nad własnym losem.
Silosowi wciąż zagrażają ludzie dążący do jego zniszczenia, a Jules wie, że musi ich powstrzymać.
Bitwa o silos została wygrana.
Wojna o ludzkość dopiero się rozpoczyna.

"Opowieści z Dziedziczki" Simona Kossak
12 października

Mam dwie przyrodnicze ksiązki Kossak oraz jej biografię, więc czemu by nie kolajna?

"Opowieści z Dziedzinki" to zbiór fascynujących gawęd Simony Kossak o świecie roślin i zwierząt, ich uzależnieniu od siebie i wzajemnym uzupełnianiu się dla wspólnych korzyści, o miejscu człowieka w tym świecie. Wciągają nas w ten świat, wydawałoby się, tajemniczy i nie do przeniknięcia. Nagle zaczynamy go rozumieć i chciałoby się to, o czym Simona Kossak opowiada, natychmiast zobaczyć. Autorka tłumaczy zjawiska przyrody tak ciekawie i obrazowo, że zaczynamy je czuć prawie namacalnie. Zachwyca swoją sztuką opowiadania o świecie, który nas otacza i pokazuje, że bez przyrody trudno byłoby nam żyć.
Nikt wcześniej tak jasno i czytelnie nie pokazał życia przyrody, jej tajemnic, codzienności, ciekawostek i zaskakujących w tym świecie zachowań. Jak mówi Anna Kamińska, historie, które Simona snuje... nadają się do czytania w samotności, w parze lub w stadzie. Na dzień dobry i na dobranoc. Niezwykły teatr wyobraźni, fenomenalne opowieści i zmysłowe lekcje historii. Nikt z takim pazurem, werwą i swadą nie opowiada dziś o przyrodzie!

"Koń doskonały" Elizabeth Letts
17 października

Wojenne losy lipicanów (bo o nie chodzi) są mi z grubsza znane z "Czystej, białej rasy". A że dla tamtej ksiązki mam mnóstwo sympatii, to chętnie przekonałabym się, jak inna autorka opisała temat.

Wojna dobiega końca. Amerykański oddział przechwytuje informację o stadninie, w której ukryto najcenniejsze polskie araby z Janowa Podlaskiego i austriackie lipicany z Wiednia. Naziści starają się stworzyć z nich rasę doskonałych koni wojskowych. Tymczasem ze wschodu nadciąga wygłodniała Armia Czerwona, gotowa bez wahania posłać czempiony na rzeź. Pułkownik Hank Reed musi zorganizować zuchwałą akcję ratunkową. Walcząc z czasem, jego oddział przedziera się przez linię wroga, by ocalić szlachetne zwierzęta.
"Koń doskonały" to porywający reportaż historyczny, odsłaniający kulisy jednej z najbardziej spektakularnych misji wojskowych. Elizabeth Letts, łącząc kronikarską skrupulatność z literacką wrażliwością, przybliża czytelnikom nieznane wydarzenia II wojny światowej. Prowadząc czytelnika przez zagrożone spadającymi bombami stajnie, zniszczone walkami osady i amerykańskie sztaby dowodzenia, autorka przedstawia nam galerię niezwykłych postaci – nie tylko opiekunów wierzchowców i kawalerzystów, lecz przede wszystkim konie na czele z Witeziem II - dumą Janowa Podlaskiego.
Książka znalazła się w czołówce listy bestsellerów The New York Times
.

"Jak kominiarzy śmierć w proch zmieni" Alan Bradley
18 października

Niby obiecałam sobie, ze nie będę w zestawieniach uwzględniała kolejnych tomów cykli, których nie znam nawet pierwszego, ale ponieważ pierwszy akurat czeka na swoją kolej na półce, to pomyślałam, że czemu by nie oznajmić światu, ze siódmy tom przygód Flavii ma się niedługo ukazać.:)

Banitka! Tak właśnie jedenastoletnia Flawia de Luce lamentuje nad swym trudnym położeniem, kiedy odkrywa, że jej ojciec i ciocia Felicja wysłali ją za ocean do Kanady, do Żeńskiej Akademii panny Bodycote – szkoły z internatem, do której niegdyś uczęszczała także jej mama, Harriet. Zanim jeszcze nastał pierwszy poranek niewoli, u jej stóp wylądował podarunek od losu. Ponieważ Flawia to Flawia – dobrze zapowiadająca się chemiczka i detektyw – tym podarunkiem jest okopcone i zmumifikowane ciało, które wypada z ceglanego komina. Od tej chwili, uczęszczając na lekcje, zdobywając przyjaciół (oraz wrogów), a także oceniając surową dyrektorkę szkoły i jej ciało pedagogiczne (które ma w swym gronie między innymi uniewinnioną morderczynię), Flawia stara się jednocześnie ustalić tożsamość ofiary, czas śmierci, podejrzanych, motywy i środki. Krążą pogłoski, że akademia jest nawiedzona, a kilka dziewcząt zniknęło bez śladu. Kiedy dochodzi do rozwiązania tych zagadek, Flawia staje na wysokości zadania, lecz nie zna jeszcze swego prawdziwego przeznaczenia.

"Lab Girl" Hope Jahren
19 października

Lubię powieści o kobietach. A ta nie dość, że o kobiecie, to jeszcze o naukowcu (!) i przyrodniczce (!!) - botaniczce co prawda, ale niech stracę. No nie mogłam się nie zainteresować.

Fenomenalny pamiętnik z botanicznego laboratorium, który zdobył uznanie czytelników Barnes&Noble i zagranicznych mediów!
Jako mała dziewczynka Hope Jahren zawsze od zabawy z innymi dziećmi wolała wizyty w laboratorium taty. Tak zrodziła się niebywała pasja do nauki i życiowa misja badania sekretów świata roślin. Dziś Hope prowadzi trzy laboratoria i zajmuje miejsce wśród najwybitniejszych naukowców. Kobieta, która potrafi całymi dniami badać anatomię malutkiego liścia, w swojej autobiografii z niebywałą wrażliwością opowiada o pielęgnowaniu pasji, wzlotach i upadkach, ogromnej determinacji, a także ludzkiej przyjaźni i miłości. To również historia jej bratniej duszy – Billa, genialnego odkrywcy, z którym przebyła długą drogę od niebiańskiego Bieguna Północnego, przez Stany Zjednoczone, aż do rajskich Hawajów.
Oto książka o nieuchronnych rozczarowaniach, triumfach, ekscytujących odkryciach oraz tajemnicach liści, gleb, nasion i korzeni, która pozwoli nam spojrzeć na świat natury jako wspaniały cud życia.

"Geniusz ptaków" Jennifer Ackerman
25 października

Książki o ptakach stają się ostatnio tak popularne, jak te o psach i kotach. Może to i dobrze, bo zwiększa prawdopodobieństwo trafienia na perełkę. Mam nadzieję, że to będzie perełka.

Od dziś "ptasi móżdżek"nabiera nowego znaczenia!
Autorka przedstawia najnowsze odkrycia naukowe dotyczące niezwykłych ptasich zdolności, ubarwiając opowieść licznymi anegdotami. Jak się okazuje, poza doskonałą orientacją w terenie czy umiejętnością korzystania z narzędzi, zwierzęta te wykazują ogromną inteligencję społeczną. Potrafią zwodzić, manipulować i podsłuchiwać. Wzywają świadków, gdy odkryją śmierć swoich pobratymców, opłakują zmarłych i całują na pocieszenie. A niektóre potrafią nawet rozpoznać swoje odbicie w lustrze. To idealna lektura nie tylko dla miłośników ptaków, ale także dla wszystkich ciekawych otaczającego nas świata.
Czy wiesz, że... ?
Czarnowron zdobywa swoje ulubione orzechy, kładąc je na przejściu dla pieszych. Czeka, aż przejeżdżające samochody zmiażdżą łupiny, a na czerwonym świetle spokojnie zbiera smakołyki.
Orzechówka popielata ukrywa swoje zapasy – nawet 30 000 ziaren – na obszarze kilkunastu kilometrów kwadratowych i potrafi je wszystkie odnaleźć po kilku miesiącach.
Przedrzeźniacz umie zapamiętać do 2000 różnych melodii, choć jego mózg jest ponad tysiąc razy mniejszy od naszego.
 

"Na południe od Brazos" Larry McMurtry
25 października

Przyznam szczerze, że nie znam się na westernach. Jedyny jakie oglądałam, to "Wild Wild West", czytać nie czytałam żadnego. Ale to jest ponad osiemset stron bardzo plastycznie napisanego westernu... Więc się waham.

Oddana po raz pierwszy do rąk czytelników w 1985 roku „Na południe od Brazos” Larry'ego McMurtry’ego to powieść wyjątkowa. Doceniona zarówno przez krytyków (nagroda Pulitzera za 1985 rok), jak i czytelników (średnia ocen na goodreads.com to 4,5 w pięciostopniowej skali, z kolei na lubimyczyac.pl: 8,5 na 10 możliwych), doczekała się też wspaniałej ekranizacji w postaci miniserialu z życiowymi (jak sami przyznają) rolami wybitnych aktorów, Roberta Duvalla i Tommy’ego Lee Jonesa. Larry McMurtry stworzył western z krwi i kości, zachwycający nawet tych, którzy za westernami nie przepadają; napisany z rozmachem, pełen mistrzowsko wykreowanych, wielowymiarowych postaci, uchwyconych w nad wyraz realistycznej, niespiesznej fabule. Książkę bez wad, literackie arcydzieło, które bawi, smuci, wzrusza, skłania do refleksji.
Wydanie powieści, które Czytelnik ma przed sobą, w doskonałym, klasycznym tłumaczeniu Michała Kłobukowskiego (który m.in. za ten przekład otrzymał nagrodę Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich za 1991 rok), wzbogacone zostało o obszerne posłowie Michała Stanka oraz wkładkę z unikalnymi materiałami ilustracyjnymi – oryginalnymi fotografiami z epoki, a także zdjęciami z planu filmowego opartego na powieści serialu.

"Mitologia słowiańska" Jakub Bobrowski, Mateusz Wrona
25 października

Można powiedzieć, że ksiązki wydawnictwa Bosz to przedmioty dla kolekcjonerów - zawsze dopracowane artystycznie. A że jakoś tak się złożyło, że żadnej mitologii słowiańskiej w domu nie mam, czemu nie miałaby to być śliczna (zakładam) wersja od nich?

"Mitologia słowiańska" Jakuba Bobrowskiego i Mateusza Wrony zabiera czytelników w fascynujący świat pradawnych Słowian oraz ich wierzeń. Autorzy, w oparciu o aktualne opracowania naukowe z dziedziny historii, religioznawstwa i językoznawstwa, w sposób barwny i pobudzający wyobraźnię prezentują sylwetki pradawnych bogów i herosów, jak również postaci słowiańskiej demonologii. Tym, co wyróżnia "Mitologię słowiańską" spośród innych dostępnych tego typu książek jest przyjazny każdemu czytelnikowi język przedstawionych historii, pozbawiony naukowych, często trudno rozumianych terminów. Publikacja ta jest zbiorem fabularnych opowiadań ilustrujących treść słowiańskich mitów, jednak wszystkie kulturowo-historyczne składniki zawartych w niej tekstów – imiona bóstw i demonów, ich atrybuty i zachowania – zgodne są z wiedzą naukową. W połączeniu z atrakcyjną i przejrzystą formą narracji, czyni to niniejsza książkę atrakcyjną nie tylko dla badaczy historii Słowian, ale także miłośników literatury fantasy, gier komputerowych i wszelkich działań mających charakter rekonstrukcji przeszłości.

"Nie mamy pojęcia" Jorge Cham, Daniel Whiteson
25 października

Książka popularnonaukowa z ciekawym pomysłem. Lubię takie. Mam nadzieję, że to nie będzie li tylko zbiór ciekawostek (takich nie lubię).

Już za chwilę dowiecie się o wszystkim, czego nie wiemy o naszym dziwnym i tajemniczym wszechświecie!
Wiedza człowieka o świecie, jaki go otacza, jest pełna luk. I nie są luki małe, takie, które można by bez obaw zignorować – mowa tu raczej o ziejących pustką otchłaniach! Tak – aż do tego stopnia nie mamy pojęcia, jak działa wszechświat! Twórca znanej serii pasków komiksowych PHD, a także robotyk – Jorge Cham – wraz z fizykiem cząstek elementarnych Danielem Whitesonem połączyli swe siły, by zbadać stan naszej wiedzy – a raczej ogromnej niewiedzy! – o wszechświecie. Za pomocą zabawnych komiksowych rysunków, przemawiających do wyobraźni infografik i niezwykle humorystycznych, a przy tym bardzo klarownych naukowych wyjaśnień, Jorge i Daniel zaprezentują nam cały wachlarz zdumiewających pytań, które wciąż wprawiają naukowców w zakłopotanie, i spróbują poszukać najlepszych możliwych i zgodnych ze stanem obecnej wiedzy odpowiedzi.
Co to za pytania? Oto zaledwie kilka z nich:
Dlaczego we wszechświecie obowiązuje ograniczenie prędkości?
Jak to się stało, że nie jesteśmy zbudowani z antymaterii?
Co (lub kto) atakuje Ziemię strumieniem małych ultraszybkich cząstek?
Czym jest antymateria? I dlaczego uparcie nas ignoruje?
Wygląda zatem na to, że wszechświat jest pełen dziwactw, które na pierwszy rzut oka są zupełnie bez sensu. Ale Jorge i Daniel stawiają sprawę inaczej: pokazują, że pytania, na które nie znamy odpowiedzi, są równie intrygujące jak te, które już mamy z głowy.
Ta książka to w pełni ilustrowany wstęp do największych nierozwikłanych tajemnic fizyki – ale to nie wszystko; to także wspaniała lektura, która odczarowuje i wyjaśnia wiele rzeczy, o których bardzo dużo już wiemy: od kwarków i neutrin, przez fale grawitacyjne, aż do wybuchających czarnych dziur. Jorge i Daniel zachęcają nas, byśmy spojrzeli na wszechświat jak na niezmierzony, niezbadany obszar, który wciąż możemy poznawać – a czynią to, pisząc niezwykle lekko i z wielkim poczuciem humoru.

"Dzika biblioteka" Paweł Dunin-Wąsowicz
25 października

Rozmowy o książkach zawsze na propsie. Zwłaszcza, że autor kiedyś coś o fantastyce skrobnął, więc jest nadzieja na tytuły nie tylko z mainstreamu. Ciekawam.

Paweł Dunin-Wąsowicz opowiada o ważnych dla niego książkach. O detektywistycznych powieściach, które poznał w dzieciństwie i dziwactwach wyszperanych w antykwariatach. Także o tym, jak wydał pierwsze książki Doroty Masłowskiej i Jakuba Żulczyka i jak nie wydał innych bestsellerów.

"Sekrety zwierząt" Fleur Daugey
26 października

Przyznam, że tę książkę odnotowuje bardziej ku pamięci - nie zainteresowała mnie niczym szczególnym, ale jest o zwierzętach, więc dobrze o niej pamiętać.

Fascynujące tajemnice świata, który szczeka, miauczy, syczy, bzyczy, ryczy, buczy, muczy, kląska i pohukuje…
Zwierzęta - dzikie i te oswojone, nasze domowe pieszczochy – mają wiele sekretów. Pora je poznać. Dzięki Fleur Daguey odkryjesz, że twój ulubiony kot może stać się prawdziwym zabójcą, niektóre ryby są w stanie przeżyć nawet w temperaturze 50°C, a japońskie makaki dzielą się między sobą… kulinarnymi przepisami! Poczujesz dreszcz na plecach, czytając o tygrysach ludojadach i żarłocznych ptasznikach… Nauczysz się też w końcu odróżniać gawrony od kruków, a pingwiny od alek. W tej zielonej książeczce, kontynuacji bestsellerowych Sekretów roślin Anne-France Dautheville, znajdziesz ponad 300 anegdot, historyjek i legend na temat zwierząt. Są poważne i zabawne, czysto naukowe i bardzo praktyczne, użyteczne i całkiem zbędne, i niezmiennie nas fascynują oraz zaskakują
.

"Szepty pod ziemią" Ben Aaronovitch
27 października

Mag postanowił nareszcie wydać trzeci tom cyklu o Peterze Grancie, przy okazji wznawiając dwa poprzednie w nowej, twardej oprawie (pisałam już o nich: tu o pierwszym, a tu o drugim). Chętnie się dowiem, co będzie dalej, choć jakoś szczególnie nóżkami nie przebieram.

Nazywam się Peter Grant i jestem detektywem posterunkowym w potężnej armii sprawiedliwości znanej jako policja londyńska (tudzież psiarnia). Szkolę się także na czarodzieja, jestem pierwszym takim uczniem od pięćdziesięciu lat. Oficjalnie pracuję w wydziale do zwalczania przestępstw gospodarczych i innych, w jednostce dziewiątej, znanej też jako Szaleństwo i jako jednostka, o której grzeczni, dobrze wychowani gliniarze nie rozmawiają w kulturalnym towarzystwie.
Od poniedziałku mam okazję zająć się prawdziwą policyjną robotą. Niezidentyfikowana Ofiara została zadźgana na torach metra przy stacji Baker Street. Obecność magii niewykluczona.
Niezidentyfikowana Ofiara okazuje się synem amerykańskiego senatora i zanim zdążysz powiedzieć „międzynarodowy incydent” do sprawy posterunkowego detektywa Granta dołącza agentka FBI Kimberley Reynolds.
A w ciemnych tunelach londyńskiego metra, pośród pogrzebanych rzek i wiktoriańskich rynsztoków niesie się szept o zemście zza grobu.
Najnowsza sprawa posterunkowego detektywa Granta zaraz się wtoczy na śliskie tory…

środa, 4 października 2017

Stosik #96

Wrzesień był miesiącem bogatym w interesujące premiery i to widać po rozmiarach mojego stosu. A to jeszcze bynajmniej nie koniec zakupów, tylko z ciągiem dalszym czekam na wypłatę.;) Niemniej, przejdźmy do rzeczy.


Po lewej mamy stos zakupowo-biblioteczny. Na samej górze "Dzieci Norwegii" Macieja Czarneckiego, na które ostrzyłam sobie zęby właściwie od premiery. Już przeczytane, a recka będzie, jak ją napiszę.;) 

Niżej set zakupowy. Trzy pierwsze to raczej nabytek Lubego, ale i ja chętnie skorzystam. "Długi kosmos" duetu Baxter i Pratchett (choć ten drugi chyba figuruje na okładce już tylko jako chwyt marketingowy - gdybym wierzyła w ludzką przyzwoitość, to powiedziałabym, że jako pomysłodawca, ale nie wierzę) do kolekcji, bo poprzednie tomy już mam. Dalej brakujące elementy serii o magach prochowych Briana McCallena. "Sługa korony" to uzupełniający trylogię zbiór opowiadań, a "Krwawa kampania" to brakujący drugi tom. 

Dalej mamy dwa wygrzebki z kosza z tanią książką, kupione mocno spontanicznie. "Drugi kod", jeśli wierzyć opisowi na okładce, to popularnonaukowa książką o terapiach genowych. Po tych kilku latach od wydania nie jest już pewnie szczególnie aktualna, ale WAB to dla mnie ciągle wydawnictwo gwarantujące pewien poziom. A "Pogrzebany olbrzym", cóż, jest ładnie wydany. No i kilka pozytywnych opinii mi się o oczy w sieci obiło, więc czemu nie. Pod nimi "Cień Gildii" Aleksandry Janusz, więc też uzupełnienie serii, a na samym dole "Księga cmentarna" Gaimana, którą już kiedyś czytałam, ale kompletowanie tego nowego "literkowego" wydania to doskonały pretekst, żeby ją sobie kupić.

Po prawej mamy za to nabytki recenzenckie. Na samej górze "Dwie karty" Agnieszki Hałas, na które dość długo czekałam, bo pierwotnie miały wyjść w marcu - od samej autorki i z autografem. :) Już przeczytana, nocia w przyszłym tygodniu. Dalej mamy książkę niespodziankę od Prószyńskiego - "Cukiernia pod Amorem: Ciastko z wróżbą". W sumie nie wiem, co mam z nią zrobić, bo kiedyś nawet chciałam "Cukiernię pod Amorem" przeczytać, ale to jest już któryś z kolei tom. Co prawda niby otwierający nowy podcykl, ale nie wiem, czy jest sens się za to brać.

Dalej mamy rzeczy od do recenzji od wydawców. "Zatrute ciasteczko" Alana Bradleya od wydawnictwa Vesper. Ten pierwszy tom przygód Flavii trafił do mnie, ponieważ w październiku ma wyjść tom siódmy (o czym więcej w kolejnej notce), ale ciężko bałoby mi go zrecenzować, skoro nie znam sześciu poprzednich.;) O Flavii chyba wszyscy w blogosferze wypowiadali się pochlebnie, więc mam pewne oczekiwania.

Pod Flavią mamy rzeczy do recenzji od Maga. Najwyżej najnowszy tom "Akt Dresdena", czyli "Zdrajca" Jima Butchera, już przeczytany i zrecenzowany. Dalej kolejny tom "Skrzydeł Ognia", czyli "Mroczny sekret" - ciąg dalszy przygód młodych, smoczych wybrańców. A na samym dole "Nibynoc" Jaya Kristoffa. Mam do młodzieżówek tego pana słabość, więc i nowy cykl chętni poczytam.

A pomiędzy kolumnami dwa numery Smokopolitana. :)

Mam też takie dwie elektroniczne rzeczy:





Obie od Prószyńskiego i s-ki. "Tajemnicze życie grzybów" to książka z nurtu trochę eko, trochę popularnonaukowego, ale z którego bardziej to dowiem się dopiero po lekturze. A "1000 słów" Bralczyka już nawet zaczęłam - świetne do nieśpiesznego podczytywania .

czwartek, 28 września 2017

"Zdrajca" Jim Butcher

Za mną już jedenasty tom przygód Harry’ego Dresdena, co niniejszym czyni cykl Jima Butchera najdłuższą po „Świecie Dysku” czytaną przeze mnie serią. Poprzedni tom nieco mnie rozczarował – mimo bycia dziesiątym, cierpiał na ostry syndrom drugiego tomu: dużo zapychaczy, mało treści. W ”Zdrajcy” autor zdecydowanie wrócił do formy.

Harry spędza leniwy poranek w swojej suterenie, kiedy nagle z kanapy ściąga go pukanie do drzwi. Jakież jest zdziwienie naszego maga, kiedy po otwarciu ukazuje mu się ciężko ranny Morgan – publicznie zastępca dowódcy Strażników Białej Rady, prywatnie nemezis Harry’ego (facet przez ładnych kilka lat był kuratorem Dresdena i robił absolutnie wszystko, żeby złapać go na jakimś przewinieniu, które pozwoliłoby na drobną egzekucję; acz trzeba uczciwie przyznać, że robił to w szczerym przekonaniu, że Harry jest cwanym potworem, którego trzeba zatłuc, zanim urośnie w siłę… nie pytajcie). Morgan został oskarżony o zamordowanie jednego z najpotężniejszych magów Białej Rady, jak twierdzi niesłusznie i, jak to się ładnie mówi, stawiał opór przy zatrzymaniu. A teraz chce, żeby Harry pomógł mu złapać prawdziwego zdrajcę. Jest to jedna z tych sytuacji, z których każde wyjście wydaje się niewłaściwe.

Tym razem Butcher skupił się na konflikcie Białej Rady, czyli na metahistorii łączącej wszelkie tomy cyklu – do tego stopnia, że tradycyjny „problem odcinka” jest częścią tegoż konfliktu. Wojna z Czerwonym Dworem wampirów przeszła do chwilowego etapu chwiejnego rozejmu (zakończeniem bym tego nie nazwała. Obie strony raczej wykrwawiły się do tego stopnia, że prowadzenie dalszych działań byłoby dla nich zbyt ryzykowne, więc ich zaprzestano). Ale, jak już od jakiegoś czasu wiemy, ktoś za wybuchem tej wojny stał, a że najwyraźniej nie był zadowolony z wyników poprzedniej intrygi, postanowił wywołać nowy konflikt. A Harry miota się, próbując nie dopuścić do jego wybuchu.

W związku z tym, że w intrygę zamieszane są struktury Białej Rady, czytelnik ma okazję dowiedzieć się, że w ogóle jakieś istnieją (poza Strażnikami, czyli magiczna policją, oraz Radą Starszych). Dla Butchera ogólnie charakterystyczne jest, że eksponuje nam elementy świata przedstawionego na zasadzie „co prawda dotąd wam nie wspominałem o tym różowym słoniu w salonie, ale nikt nigdy nie dotarł do ściany za nim, więc hej, on tu od początku był!” i to nawet działa, tak tutaj trochę przegiął. Jasne, wiadomo było, że istnieje szybka linia komunikacji i struktura szybkich przejść przez Nigdynigdy, no ale… Wiecie, kiedy autor, który od dziesięciu tomów konsekwentnie sugeruje, że mamy do czynienia ze społecznością rozproszoną i złożoną z bardzo autonomicznych jednostek, nagle ujawnia, że, well, w sumie to od kilkuset lat mają olbrzymią kwaterę główną (nie jedyną!), zamieszkiwaną stale przez dziesiątki, jeśli nie setki magów pełniących właściwie wszystkie funkcje administracyjno-techniczne, to jest już pewna przesada. Osobiście czuję się jako czytelniczka trochę oszukana, a samo zagranie mocno kojarzy się z początkującymi autorami, którzy wrzucają rewolucyjne pomysły w połowie książki bo są fajne, nie kłopocząc się osadzaniem ich we wcześniejszych realiach.

Z dobrych (?) wiadomości nastąpiły spore zmiany w relacjach między postaciami. Co prawda nie poznajemy raczej nikogo nowego (w ogóle to dość kameralny jak na Butchera tom), ale za to Harry zyskuje nowego skilla, pojawiają się wampiry z Białego Dworu, w którego kręgach również sporo się dzieje no i widzimy starych znajomych z Białej Rady. No i spotykamy znowu młode, chicagowskie wilkołaki. Ogólnie dzieje się dużo i na nowych polach, a zakończenie daje nadzieję na bardzo interesujący rozwój wypadków w przyszłości.

Z wiadomości mniej dobrych, mamy nowego tłumacza, już czwartego w ciągu cyklu. I nie podoba mi się to. Do przekładu Jakuszewskiego miałam pewne zastrzeżenia, jednak całkiem mi się podobał. Przekład Anny Reszki wydawał mi się za to dość gruzłowaty (choć trzeba jej oddać, że w przeciwieństwie do poprzednika, przynajmniej dokładnie zapoznała się z uniwersum) – w trakcie lektury łapałam się na tym, że sceny, które powinnam łykać gładko jak młody pelikan śliska rybkę, przerywałam, żeby zastanowić się, co z nimi jest nie tak. A to już świadczy o pewnej niepłynności (dość niezdefiniowanej, z racji tego, że nie znam oryginału). Irytowała mnie też ciągota tłumaczki do dosłownego przekładania idiomów – ja wiem, że Amerykanie (czy Anglosasi w ogóle) zwracają się do swoich psów „good boy” czy po prostu „boy”, ale Polak w analogicznej sytuacji powie raczej „dobry piesek”. Harry do Myszka w przekładzie Reszki zwraca się zwykle „chłopcze” – co IMO jest o tyle nietrafione, że u nas to zwrot kojarzący się z protekcjonalizmem czy wręcz reprymendą, a nie czułością i pochwałą… Niby mała rzecz, a irytuje. I nie jest jedyna niestety (co jest w sumie trochę smutne, bo z przekładów Reszki czytałam jeszcze „Cesarza Ośmiu Wysp” i tam nie miałam się do czego przyczepić).

No i tak – z jednej strony mamy wartką akcję, ciekawą dynamikę relacji postaci i wydarzenia pchające metafabułę do przodu, czyli to, co tygrysy lubią najbardziej. Z drugiej, przekład trochę przeszkadza… Ale i tak na plus.

Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Zdrajca
Autor: Jim Butcher
Tytuł oryginalny: Turn Coat
Tłumacz: Anna Reszka
Cykl: Akta Dresdena
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2017
Stron: 636

środa, 20 września 2017

[Rok z Nebulą] "Mały Brat" Cory Doctorow

Kiedy dobierałam sobie listę tytułów do nebulowego wyzwania, kierowałam się dość prostymi kryteriami. Miały być to książki, które mnie choć trochę interesowały. Dodatkowe punkty dostawały za fakt, że mam je w domu (okazało się, że mam w domu zaskakująco dużo powieści, które nominowano do Nebuli). „Małego Brata” akurat miałam. Pomyślałam, że to młodzieżówka, więc powinna się sprawnie czytać, czyli świetnie nadawała się do wyzwania. Cóż, w tej kwestii się nie pomyliłam.

Marcus jest bystrym i trochę buntowniczym siedemnastolatkiem z San Francisco niedalekiej przyszłości (tak niedalekiej, że mogłaby być właściwie nieco alternatywną teraźniejszością). Ma kolegów i normalne życie, a jego pasją jest elektronika, programowanie i gry. Czasem zdarza mu się zerwać się ze szkoły, żeby te pasje realizować. Podczas takich właśnie wagarów jego miasto pada ofiarą zamachu bombowego, sam Marcus zaś – ofiarą nadużyć władz. Przekonawszy się na własnej skórze, jak cenna jest prywatność i wolność osobista, wobec narastającej (w imię zapobiegania terroryzmowi) inwigilacji, chłopak postanawia pomóc znajomym chronić prywatność. A oni pomagają swoim znajomym i tak dalej… Kiedy Marcus zaczynał, nie miał pojęcia, gdzie jak daleko to może zajść.

Mam problem z tą książką. Bo widzicie, po przeczytaniu doskonale zdaję sobie sprawę z tego, dlaczego ona dostała nominację do Nebuli, ale… przez całą lekturę towarzyszyło mi przekonanie, że to za mało. Literacko „Mały Brat” kompletnie niczym się nie wyróżnia spośród szeregów sprawnie napisanych powieści młodzieżowych – ot, język tak zwany przejrzysty (co samo w sobie nie jest wadą, no ale mówimy przecież o książce, którą nominowano do jednej z najbardziej prestiżowych branżowych nagród), sposób przedstawienia tematyki bardzo aktualny, ale nie rewolucyjny. Cóż, po nominacji do Nebuli generalnie spodziewałabym się więcej, niż literacko-koncepcyjnej poprawności.

Za co więc ta nieszczęsna nominacja? Za tematykę. Doctorow bowiem stworzył powieść przerażająco aktualną, nawet teraz po prawie dziesięciu latach od premiery. Autorowi udało się bowiem wykreować niepokojąco realną wizję państwa, w którym niby żyje się normalnie, ale władze wykorzystują każdy pretekst do tego, żeby zagarniać kolejną działkę prywatności obywateli, przekonując ich jednocześnie, że to dla ich dobra i tak naprawdę nic się nie dzieje. A każdego, kto próbuje się przed tym bronić (i egzekwować zapisane w konstytucji, należne mu prawa), od razu traktuje jak przestępcę. Doctorow pokazuje nie tylko mechanizmy powstawania takiego opresyjnego systemu, ale też mechanizmy tworzenia się obywatelskiego oporu, który przeradza się w otwartą rewolucję.

Sam mechanizm powstawania opresyjnego państwa nie jest tak naprawdę niczym nowym. Bardziej interesujące jest to, w jaki sposób autor, przy pomocy bohaterów swojej opowieści, prezentuje różnorodność ludzkich postaw w obliczu problemu. Mamy więc Marcusa, buntownika mimo woli, przykład tego, jak system sam produkuje sobie wrogów. Marcus nie chciał doprowadzić do buntu – chciał tylko dać ludziom wybór. A i to by go nie interesowało (czy raczej nie odkryłby, że coś jest nie tak), gdyby na własnej skórze nie doznał niesprawiedliwości i okrucieństwa systemu. Jako czytelnicy widzimy, że jego przyjaciele (przynajmniej niektórzy z nich przeżyli to samo) reagują inaczej. Van, nastolatka, której rodzice pochodzą z Korei Północnej, od razu dystansuje się do sprawy i stara się zapomnieć, żyć normalnie. Jolu, typowy buntownik, na początku chętnie się angażuje w opór przeciwko władzy, ale później się wycofuje. Zdaje sobie sprawę z tego, że będąc Latynosem, ryzykuje dużo więcej, niż biały Marcus – wie, że drugiej szansy nie dostanie. Mamy też wiele dzieciaków, które traktują to jako fajny event, nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji. Nie brakuje ludzi, którzy możliwość donoszenia na znajomych i szpiegowania ich trktują jak dar od losu i pozwalają się bez skrępowania rozwijać swojemu małemu, wewnętrznemu sadyście. Ciekawym przypadkiem jest ojciec Marcusa – człowiek, który wierzy, że wspierając opresyjne państwo naprawdę może uchronić swoich najbliższych przed zewnętrznym niebezpieczeństwem i który przez bardzo długi czas nie zdaje sobie sprawy, że ono nie czai się na zewnątrz a poczucie bezpieczeństwa jest złudne…

Podsumowując: na plus realistyczna wizja kraju, który powoli staje się opresyjny i mechanizmów rządzących tym procesem. Także szeroka gama sprawnie odmalowanych postaw w reakcji na powyższe oraz kreacja realistycznych postaci. Na minus – zbyt prosty język, narracja czasem zamieniająca się w wykład (zazwyczaj ciekawy, but still; nie pomagają też przypisy, często rozwijające skrótowce albo oczywiste dla każdego użytkownika Internetu, albo wyjaśnione kilka zdań później). Ogólnie nie żałuję czasu spędzonego nad tą książką. Ale na nominację do Nebuli to ona nie zasłużyła.

Tytuł: Mał Brat
Autor: Cory Doctorow
Tytuł oryginalny: Little Brothre
Tłumacz: Barbara Komorowska
Wydawnictwo: Otwarte
Rok: 2011
Stron: 378

czwartek, 14 września 2017

"Ogień przebudzenia" Anthony Ryan

Jak wiadomo, każda książka, która oferuje smoki, wzbudza moje automatyczne zainteresowanie. Nie inaczej było z nowym cyklem Anthony’ego Ryana (znanego u nas z trylogii „Kruczy Cień”, z którą też mam zamiar się kiedyś zapoznać). I owszem, smoki są i to dużo, nawet w ciekawych ujęciach, ale o tym później. Co mnie uderzyło, to wiele punktów zbieżnych między prozą Ryana i Sandersona – i pozwólcie, że sobie te punkty zbieżne przy okazji niniejszej recenzji poomawiam.

Żelazny Syndykat Handlowy ma problem – smocza krew, na której oparł swoją ekonomiczną (a więc i każdego innego rodzaju) potęgę, zaczyna być coraz trudniejsza do zdobycia: wydajność hodowli drastycznie spada, a koszty odławiania dzikich smoków wszystkich czterech znanych gatunków (Czarnych, Czerwonych, Zielonych i Niebieskich) rosną w tempie wykładniczym. Oczywiście nie jest to informacja, która może przedostać się do szerszego audytorium (bo Cesarstwo Corvuskie tylko czeka na okazję do ataku). Należy przedsięwziąć odpowiednie kroki zaradcze. I Zarząd Syndykatu podejmuje: w nadziei na odkrycie piątego, legendarnego gatunku, wysyła ekspedycję do Interioru, a aby ekspedycja wiedziała, gdzie właściwie ma się udać, wysyła też agentkę z równoległą misją pozyskania tajemniczego artefaktu, którzy rzekomo wskazuje położenie terenów zamieszkanych przez legendarne Białe. Żadna z zainteresowanych stron nie wie jednak, jakie konsekwencje przyniosą ich działania.

Autorowi udało się stworzyć interesujący świat przedstawiony – coś na kształt steampunkowego cyberpunku. „Cywilizowany” świat jest podzielony między wpływy ponadnarodowych korporacji i jedyne ale za to zajmujące cały kontynent, absolutystyczne Cesarstwo Corvuskie, a wszystko to w dekoracjach plus-minus dziewiętnastowiecznych. Przy czym widać, że jest to konstrukcja głęboko przemyślana i bardzo złożona. Ryan poświęca wiele narracyjnej energii, aby odmalować nie tylko zróżnicowanie etniczno-kulturowe w momencie trwania akcji, ale też zasugerować, że przed akcją było ładne kilka tysięcy lat historii z licznymi, czekającymi na zbadanie białymi plamami. Mamy więc nie tylko bohaterów o zróżnicowanym wyglądzie (czekam na narzekania na tą straszliwą poprawność polityczną) i mówiących różnymi językami, ale też wywodzących się z rozmaitych kultur (co rzadsze, autor wspomina o konfliktach między tymi różnego pochodzenia bohaterami mających korzenie we wspólnej, czasem bardzo nieprzyjemnej historii). Właśnie ten zróżnicowany świat i jego zagadki jest główną osią napędową fabuły.

I to między innymi (poza upodobaniem do opasłych tomiszczy) łączy powieść Ryana z pisarstwem Sandersona – dobre światotwórstwo i wykorzystywanie tego światotwórstwa nie tylko jako fajnych dekoracji, ale też osi napędowej fabuły. Poza tym system magiczny opisany przez Ryana jest bardzo podobny do sandersonowej allomancji z cyklu „Ostatnie Imperium”. W obu przypadkach polega ona na wykorzystaniu rzadkich, wrodzonych zdolności, które pozwalają „spalić” zażyty wcześniej eliksir (u Sandersona była to zawiesina drobinek metalu, u Ryana ekstrakt ze smoczej krwi) i w zależności od rodzaju tego eliksiru uzyskać różne nadnaturalne moce na czas określony. To nie są jedyne podobieństwa, ale moim skromnym zdaniem wszystko inne Ryan zrobił lepiej.

Weźmy taką narrację. Podczas gdy czytając właściwie wszystkie grubsze powieści Sandersona miałam ochotę sporo powycinać (serio, naprawdę nie trzeba co kilka rozdziałów przez kilka stron przypominać czytelnikowi, jakież to rozterki przeżywa bohater, zwłaszcza, kiedy nic się w temacie nie zmienia), u Ryana nie jestem w stanie wskazać żadnego zbędnego elementu, żadnej dłużyzny. Obaj panowie stosują narrację trzecioosobową z perspektywy bohatera i znowu Ryan robi to lepiej – potrafi zróżnicować sposób narracji w zależności od możliwości konkretnego bohatera i jego sposobu odbierania świata. Na przykład agentka specjalna zwraca uwagę na gestykulację i drobne tiki rozmówcy, ponieważ może jej to wiele zdradzić o jego zamiarach i narracja o nich wspomina. Za to były rzezimieszek czy żołnierz kompletnie na takie niuanse uwagi nie zwracają i w ich przypadku narrator koncentruje się na czymś innym.

Co wychodzi Ryanowi nadzwyczaj dobrze, to prezentacja kobiet. „Ogień przebudzenia” to jedna z naprawdę nielicznych powieści fantasy, w których nie tylko mamy istotną główną bohaterkę (to akurat nie jest wcale takie rzadkie), ale też narrację poprowadzoną w ten sposób, żeby pokazać czytelnikowi, że świat nie składa się wyłącznie z robiących rzeczy mężczyzn i kryjących się gdzieś na nieistotnym uboczu kobiet (tu może mały disclaimer: ja naprawdę nie uważam, że pisarze i pisarki świadomie piszą opowieści z jedynym takim żeńskim płatkiem śniegu osadzonym wśród mających moce sprawcze mężczyzn i robiących za tło kobiet. Tylko że większość chyba najzwyczajniej w świecie nie ma pomysłu na sensowne bohaterki drugo- i trzecioplanowe, więc ich nie pisze. Co skutkuje tym, że na kilkuset stronach mamy nadreprezentację bohaterów męskich przy braku lub pretekstowych/ledwie wspominanych bohaterach żeńskich. I o ile w stosunkowo krótkich, kameralnych na dobrą sprawę utworach jestem w stanie to zrozumieć – bo objętość powieści ogranicza możliwość ekspozycji – to przy ogromnych kolubrynach na prawie tysiąc stron już nie bardzo). Z trójki wiodących postaci jedna jest kobietą i jej właśnie najbliżej do tej typowej Silnej Postaci Kobiecej – to taki James Bond swoich czasów w spódnicy, postać świetnie napisana, ale w sumie dość przewidywalna. Ale nie jest jedyną zarysowaną postacią kobiecą w swoim wątku – autor zdołał bowiem stworzyć też dalszoplanowe, ale pełnokrwiste postacie płci obojga, których mimo braku jakiejś szczególnej fabularnej roli czytelnik nie traktuje jako dekoracji. I takich pełnokrwistych bohaterów dalszych planów jest w książce mnóstwo – właśnie płci obojga, bo stosunek jest wyrównany. A to zaskakująco rzadkie.

Głowni bohaterowie, z których perspektywy obserwujemy wydarzania, to były złodziejaszek, agentka specjalna i oficer marynarki wojennej Syndykatu. Każda z tych perspektyw tworzy właściwie własną powieść (jeśli o oficera chodzi, to właściwie jest to tylko przedstawienie postaci, bo zakończenie sugeruje, że większą rolę będzie miał do odegrania dopiero w kolejnym tomie). I tak były złodziejaszek, Claydon Torcreek, pozwala nam za swoim pośrednictwem poznać przygodową opowieść o wyprawie w nieznaną dzicz – coś jak pamiętniki dziewiętnastowiecznych angielskich podróżników, tylko te bardziej podkoloryzowane. Przy czym mam wrażenie, że jest postacią najbardziej statyczną – owszem, dojrzewa do podjęcia ogromnej odpowiedzialności, ale już na początku autor wyraźnie sugerował, że takie odruchy nie są mu obce. Poza tym jest po prostu sympatycznym chłopakiem, który trochę się w życiu pogubił. Na wyprawę w dziki Interior Clay wybrał się ze stryjem i jego kompanią najemników, która sama w sobie stanowi mieszaninę barwnych postaci, a w trakcie opowieści jeszcze kilka się znajduje (między innymi smok. Czarny z błękitnymi oczami. Czy to tylko moje wrażenie, że odkąd Novik stworzyła Temeraire’a, każdy czarny smok musi mieć niebieskie oczy?). Agentka, o której wspominałam w poprzednim akapicie to właśnie taka kobieta osadzona w typowo męskiej roli (z naszej perspektywy, bo akurat w tym uniwersum kobieta szpieg to nie nowina), poza tym jest bardzo aktywną, mająca ogromny wpływ na bieg wydarzeń postaci. Przechodzi najbardziej złożoną metamorfozę – z bezgranicznie ufającej przełożonym, oddanej agentki, w kobietę, która wreszcie zaczyna dostrzegać potencjalne niebezpieczeństwo drzemiące we wpojonych jej ideałach. Najmniej wiemy o poruczniku Hilemore – ale dowiemy się pewnie znacznie więcej w kolejnym tomie.

Kilka słów o smokach, no bo gdzieżby nie. Na początku czytelnik poznaje je jako zwykłe, choć cwane zwierzaki bez szerszych możliwości intelektualnych, jednak z biegiem wydarzeń okazuje się, że to złudne wrażenie. Sam autor wykorzystuje je po trosze jako metaforę zgubnych sił natury. Z jednej strony gospodarka nie może sobie bez tego dobra poradzić (rozpaczliwa sytuacja Syndykatu), a kiedy już wyeksploatowała źródło do granic, zaczęła szukać nowych, ignorując niebezpieczeństwa z tym związane.

Przyznam szczerze, że „Ogień przebudzenia” spodobał mi się bardziej, niż się spodziewałam. Bogaty świat, sympatyczni bohaterowie, fajne smoki, intrygujące zagadki – czego chcieć więcej? Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Ogień przebudzenia
Autor: Anthony Ryan
Tytuł oryginalny: The Waking Fire
Tłumacz: Małgorzata Strzelec
Cykl: Draconis Memoria
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2017
Stron: 712

sobota, 9 września 2017

Zmyślenia #38: Czytampierwszy.pl - wrażenie pierwsze (i chyba ostatnie)

Tę notkę miałam napisać później i miała wyglądać inaczej. Planowałam przetestować serwis od A do Z (czyli wziąć sobie jakąś książkę, przeczytać, napisać reckę, wrzucić, zdobyć punkty) i dopiero wtedy opisać swoje wrażenia, dodać kilka porad, wiecie, jak ci znani blogerzy od nowinek technologicznych. Ale wygląda na to, że całego cyklu nie doprowadzę do końca (o czym później), więc postanowiłam chociaż raz skorzystać z okazji napisania notki na temat modny. A nuż ktoś żądny sensacji kliknie, skuszony tytułem.

Jeśli nie słyszeliście jeszcze o portalu Czytampierwszy.pl, to krótkie wprowadzenie. Jest to nowa inicjatywa dla ludzi chcących dostawać książki za recenzje, oparta na zasadzie przyznawania punktów, za które to punkty można potem „kupić” kolejne książki. Punkty otrzymuje się za różne aktywności, zależnie od ich jakości.


I nie, nie mam zamiaru jak niektórzy rwać szat nad wyzyskiem blogerów, ani też udowadniać, dlaczego ci, co rwą nie mają racji. Chcę napisać tekst o swoich wrażeniach, swoistą zupełnie subiektywną analizę zjawiska, choć nieco uboższą, niż zamierzałam pierwotnie (no i wiadomo, każdy temat na notkę dobry). Łowcy sensacji się zawiodą, ale kliki już poszły.;)

Sama do inicjatywy podeszłam bardzo entuzjastycznie. Wiecie, bezpośredni kontakt z wydawcą ma swoje zalety, ale dla skrajnej introwertyczki tak chętnie chowającej się pod kamieniem jak ja, możliwość pominięcia etapu korespondencji to czasem zaleta. W dodatku system punktowy miał różnicować przyznawane nagrody w zależności od poziomu recenzji, więc mogłabym się poczuć doceniona, czy coś. Niestety, rzeczywistość okazała się nieco mniej różowa, z kilku różnych powodów.

Regulamin i prawa autorskie

Może nie wiecie, ale mam do swoich płodów dość paranoiczny stosunek. Przynajmniej jeśli chodzi o prawa autorskie. Po prostu lubię mieć pełną kontrolę nad tym, gdzie i w jakiej formie te moje płody sie pokazują.

Może nie jestem specjalistką od interpretacji, ale zapis o udzieleniu „nieodpłatnej, wyłącznej i bezterminowej licencji” na replikowanie we wszystkich znanych formach trochę mnie odrzuca. Znalazł się tam zapewne po to, żeby zarządca serwisu nie miał problemów z, powiedzmy, zezwalaniem na umieszczanie fragmentu na tylnej okładce czy skopiowaniu, powiedzmy, na stronę wydawcy. Ale, jeśli interpretuję go prawidłowo, właściwie pozwala na dowolne powielanie tekstu gdziekolwiek, z pominięciem podania pierwotnego autora. A dla blogera to o tyle niekorzystne, że po pierwsze tekst śmiga po sieci, a nikt nawet nie wie, kto go naprawdę napisał i że można gdzieś szukać więcej (ergo tracimy potencjalnych czytelników), a po drugie, jeśli Google zorientuje się, że takie same teksty znajdują się na kilku stronach, to ogranicza wyświetlanie tych stron w wynikach wyszukiwania. Co dla sporego portalu nie ma większego znaczenia, ale dla małego blogaska już tak. I tak, wiem, że to jest dość standardowy zapis w serwisach gromadzących recenzje i opinie – zgadnijcie, dlaczego nie wrzucam pełnej treści notek na LC?

Co zabawniejsze, mogłabym ten zapis jakoś przełknąć – w końcu skoro już dają te książki, to niech tam sobie wezmą licencję do tekstów, jest to zawsze jakiś deal. Ale tutaj dochodzimy do kwestii naliczania punktów.

Punktacja

Sam pomysł punktacji jest fajny – jasna rozpiska, jasna sytuacja. Trochę mniej fajne są już sumy punktów. (Ale nie, nie zamierzam w tej chwili płakać nad wyzyskiem blogosfery. Zresztą, o swoim ogólnym stosunku do współprac też kiedyś napiszę). Ponieważ żeby dostać papier, trzeba na start dozbierać sobie 50 punktów. Co jest możliwe, bo istnieje opcja dodawania recenzji do książek, których nie wykupiło się w serwisie. Tylko że mnie osobiście nie uśmiecha się oddawanie (o przepraszam, udostępnianie w bezterminowej licencji) praw do tekstów, z którymi serwis nie miał nic wspólnego.

Jednakowoż nie każdy przecież musi czytać papier. Mnie osobiście, jako że jestem leniwą bułą i nie chce mi się rozrzucać po Internecie zmienionych i skróconych wersji tekstów dla punktów, wystarczyłyby ebooki, a te są znacznie, bo pięciokrotnie tańsze od papieru. Po to się kupiło czytnik, żeby z takich okazji wygodnie korzystać, prawda? No cóż, nie do końca.

Forma elektroniczna

Zapisując się do serwisu, spodziewałam się, że do wyboru będę miała formę papierową (prebook lub normalną książkę, w zależności od czego, czy chodzi o egzemplarz przedpremierowy, czy nie) albo ebooka. Dotychczasowe współprace nauczyły mnie, że w takim wypadku ebookiem jest po prostu plik z książką w wybranym, wygodnym dla recenzenta formacie, a żadna z informacji zamieszczonych w serwisie nie wyprowadziła mnie z tego przekonania. Toteż zdziwiłam się mocno, kiedy dowiedziałam się, że rzeczona wersja elektroniczna to tak naprawdę link do pliku do wglądu online (a i tego dowiedziałam się z drugiej ręki, bo mój link od trzech dni nie działa, a próby kontaktu z obsługą pozostają bez odpowiedzi).

I to jest właśnie główny powód, dla którego nie mam zamiaru swojej współpracy z serwisem kontynuować. Czytanie z monitora jest dla mnie osobiście torturą (tym większą, że mam sporą wadę wzroku i po dłuższym czasie to dosłownie boli), od czytania książek wirtualnych mam czytnik. Jeśli nie mogę z niego korzystać, to cała impreza mija się z celem.

Przy czym ciągle uważam, że cała inicjatywa to fajny temat. Tylko nie jestem jej targetem, ani indywidualnie, ani jako członkini pewnej grupy. Wydaje mi się, że serwis jest skierowany bardziej do ludzi, którzy albo blogów nie mają i wrzucają recki tylko na Lubimy Czytać i ewentualnie serwisy społecznościowe, albo dopiero zaczynają przygodę z blogowaniem i nie wiedzą, jak te współprace zacząć/nie mają chwilowo zbyt wiele do zaoferowania. Taka stara blogowa krowa jak ja nie ma tam czego szukać. Choć pewnie i tak będę z ciekawości zaglądać i sprawdzać, co się zmieniło.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...