Wiem, że dla niektórych Schmitt jest niestrawny. Że stawia się go na tej samej półce co Coelho albo wyzywa od bezczelnych hien, żerujących na ludzkich emocjach. Mimo tego powiem otwarcie, że ja Schmitta bardzo lubię i cenię. Może i jego powieści to nie są arcydzieła literatury światowej, ale dla mnie są przesiąknięte magią. Magią tego typu, która emanowała z „Małego Księcia”. Magią, która pozwala patrzeć na banalne historie jak na najwspanialsze baśnie, niby na wyciągnięcie ręki, a jednak tak niezwykłe, że nieosiągalne. Magią, którą każdy z nas może odnaleźć we własnej historii, jeśli tylko zechce.
Do „Marzycielki z Ostendy” podchodziłam dość sceptycznie, ale z dużą dozą ciekawości. Sceptycyzm brał się z tego, że nie przepadam za opowiadaniami. Ciekawość zaś to skutek mojej sympatii do autora. Zastanawiałam się, czy fakt, że lubię autora przekona mnie do nielubianej formy. Muszę przyznać, że przekonał.
Pięć opowiadań, wchodzących w skład zbioru traktuje o przeróżnej tematyce, ale w prawie każdym (oprócz jednego), sporą rolę odgrywa miłość. Są to przeróżne formy miłości, nie sprowadzającej się li tylko to uścisków wreszcie szczęśliwej pary na tle zachodzącego słońca. Kiedy teraz patrzę na te opowiadania jako całość, mam wrażenie, że autor chciał nam pokazać, że rewersem miłości wcale nie jest nienawiść (jak każą wierzyć skostniałe schematy), ale śmierć. Śmierć, która pozwala dołączyć do ukochanego. Śmierć, która wyzwala, ale nie daje radości. Śmierć całkiem przypadkowa. Wreszcie śmierć, która jednym pozwala zakończyć życie oparte głównie na wspomnieniach, a drugim poznać na prawdę tych, których tylko wydawali się znać. To opowiadania w równym stopniu o miłości, co o śmierci.
Najbardziej poruszyło mnie opowiadanie tytułowe, najobszerniejsze i mogące w zasadzie uchodzić za mikropowieść. Każda z nas marzyła kiedyś o tym, żeby spotkać księcia z bajki, prawda? Ale chyba żadna by nie uwierzyła, gdyby okazało się, że komuś z sąsiedztwa takie spotkanie się przytrafiło. Dlatego, że to mało prawdopodobne. Dlatego, że to się nie zdarza. Dlatego, że to tylko bajki, a czasy kopciuszków nawet, jeśli kiedykolwiek były, dawno już minęły. Dlatego, gdyby starsza, schorowana dama opowiedziała nam o swojej miłości tak nieprawdopodobnej, pewnie zostałaby wyśmiana. Jak tytułowa marzycielka, której po konfrontacji z wymogami brutalnej rzeczywistości pozostały już tylko wspomnienia, która kochała tak bardzo, że wolała samotność z duchami przeszłości niż towarzystwo nędznej namiastki. Bo „Z wielkiej miłości nie da się wyleczyć.” [20]
Pozostałe opowiadania nie zaczarowały mnie aż tak bardzo, ale poruszają jakąś strunę wzruszenia w duszy. Największą niespodzianką były chyba „Kiepskie lektury”, które najbardziej odbiegają od klimatu pozostałych opowiadań. Jest to mianowicie kolejny utwór literacki traktujący o tym, że książki mogą zabijać. Zwłaszcza w połączeniu ze zbyt wybujałą wyobraźnią czytelnika nienawykłego do powieści sensacyjnych, a w dodatku strachliwego z natury. Po Schmitt’cie się nie spodziewałam, że poda swoim czytelnikom coś takiego. Ale trzeba mu przyznać, że umiał stworzyć nastrój napięcia i nawet, w pewnym sensie, grozy. Bardzo intrygujące wydało mi się też króciutkie opowiadanko „Kobieta z bukietem”. Jest ono jednak tak niewielkie, że nie pisnę słowa o fabule, bo nawet jedno mogłoby być tym o jednym za dużo. Sami odkryjcie, o co chodzi.
Nie polecę tego zbioru czytelnikom Schmitta nielubiącym. Stwierdziliby tylko, że tematyka banalna i pretensjonalna, ogólnie taki Coelho dla bardziej wymagających. Ale zapewniam, że każdy, kto lubi niezwykły klimat zwykłych wydarzeń i magię dnia codziennego, znajdzie tu coś dla siebie. Wszystko pisane malowniczym stylem, tak charakterystycznym dla tego pisarza.
Tytuł: Marzycielka z Ostendy
Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Tytuł oryginalny: La reveuse d'Ostende
Tłumacz: Anna Lisowska
Wydawnictwo: Znak
Rok: 2009
Stron: 314