- No co?!
- ...rzucę do gardła, a ty mnie spierzesz na kwaśne jabłko. I będziesz się z tym paskudnie czuł, ha! Jak ci się to podoba?" [574]
Książeczkę wspaniałomyślnie mi pożyczyła pewna biblionetkowiczka. Dziękuję!:)
Panie Lynch, będzie się pan smażył w piekle. Co prawda nie dostanie pan takiego honorowego, głębokiego grajdołka z wrzącą smołą w samym środku kręgu dla znęcających się nad swoimi bohaterami pisarzy, jak George R. R. Martin, ale pewnie dorzucą coś panu za znęcanie się nad czytelnikami. Bo nie dość, że takie okropne rzeczy pan przygotował dla Niecnych Dżentelmenów, to jeszcze najważniejszą i najbardziej nieprzyjemną kwestię postanowił pan rozwiązać w kolejnym tomie. Na który trzeba dłuuugo czekać. Tak się nie robi…
Locke ma plan. Przygotowuje intratny skok w nowym mieście – tak zuchwały, że najbardziej doświadczeni włamywacze popukaliby się znacząco w czoło na samą propozycję. Tym razem tka swoje misterne sieci w Tal Verrar i robi to już od dwóch lat. Niewiele więcej czasu niż rzeczone dwa lata minęło od tragicznych wydarzeń w Camorrze, ale Locke i ocalałe niedobitki Niecnych Dżentelmenów zdołały się jakoś otrząsnąć z tragedii która ich spotkała. Mają właśnie wprowadzić w życie rozstrzygającą fazę swojego planu, kiedy sprawy się mocno komplikują.
Okazuje się bowiem, że przez intrygi starych wrogów nasi przyjaciele dostają się w łapy możnego i zdesperowanego człowieka. Wymusza on na nich najbardziej niedorzeczną misję, jaką nawet sam Locke mógłby wymyślić. Oto bowiem nasza wesoła kompania ma miesiąc na przeistoczenie się z zapamiętałych lądowych szczurów w najprawdziwsze wilki morskie. Mało tego, mają porwać statek, wykraść do niego załogę i ruszyć na morze w celu uprawiania pirackiego procederu. Szanse na powodzenie tej misji oscylują w bliskim sąsiedztwie zera, ale nasz mały przyjaciel nie byłby przecież sobą, gdyby nie dał z siebie absolutnie wszystkiego, aby wyjść cało z tego bagna. Znając Lockey’a, można sądzić, że będzie próbował nie tylko z niego wyjść, ale jeszcze się nie zamoczyć.
Opowieść jest podzielona na trzy części, a pierwsza z nich jest przeplatana „reminiscencjami”: retrospekcjami, które pokazują nam, co takiego Locke i inni porabiali bezpośrednio po wydarzeniach tomu pierwszego oraz w czasie przygotowywania się do nowego skoku. Czytelnik jest więc podwójnie usatysfakcjonowany: nie ma luki w wydarzeniach, a „przekładana” akcja (wraz z wrodzonym talentem, który pozwala autorowi z rzadko spotykanym wyczuciem przerywać i przeplatać wątki) sprawia, że nie odczuwa się przesytu. A o przesyt nie trudno, bo przez całe 600 stron akcja nie zwalnia ani na moment. Co prawda na początku wydarzenia zanadto nie popychają wątku głównego, ale mimo to nie sposób oderwać się od lektury.
Pan Lynch pokazuje nam tu całkiem nowy wycinek swojego misternie rozplanowanego świata. Mamy więc okazję poznać całkiem nowe miasto (co prawda nie tak dobrze, jak Camorrę, ale zawsze), ale co ważniejsze, zapoznać się z metodami lokalnego żeglarstwa. Oprócz drobnych i zaplanowanych przez autora rozbieżności w marynistycznym nazewnictwie (które dla mnie osobiście były po pierwsze, nieuchwytne, bo się nie znam, a po drugie nieinteresujące, bo żeglarstwo nie należy do dziedziny moich zainteresowań) mamy też dużo ciekawsze, zabawniejsze i bardziej zaskakujące różnice w marynarskich zwyczajach i przesądach. Bowiem, przykładowo, żaden pływający po Morzu Mosiądzu marynarz nie wsiądzie do łodzi, w której nie rezyduje co najmniej jeden kot. Kot musi być traktowany po królewsku, a każdy, kto poważy się podnieść na niego rękę(ewentualnie nogę, pałkę, kawał kija czy co tam będzie akurat do dyspozycji) natychmiast wyląduje za burtą. W przeciwnym razie na statek spadnie nieszczęście. Jako że uwielbiam koty, bardzo mi się ten przesąd spodobał.;) A to przykład jeno, podobnych ciekawostek jest znacznie więcej.
Mamy tu więc wszystko: przyjaźń (niezwykłą), miłość (dozgonną), napięcie (szarpiące nerwy), potyczki morskie i lądowe, widowiskowe akcje, nawet wzruszenia wyciskające mi łzy z oczu (a odporna na to jestem) i co tam jeszcze można wymyślić. Tylko tych biednych Niecnych Dżentelmenów szkoda. Dlaczego oni zawsze muszą mieć pod górkę i tracić bliskich? Ale nic już więcej nie powiem, o będą spoilery.
Cóż, niewiele mogę powiedzieć jeszcze o tej książce. A właściwie odwrotnie: mogłabym pisać bez końca o jej zaletach, ale po co? Po co odbierać czytelnikom radość odkrywania? Lepiej niech sami się zapoznają ze wszystkimi smaczkami życia na morzu. I z kotami. I nie tylko.
Autor: Scott Lynch
Tłumacz: Małgorzata Strzelec i Wojciech Szypuła
Tytuł oryginalny: Red Seas Under Red Skies
Cykl: Niecni Dżentelmeni
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2008
Stron: 620