"Smok Jego Królewskiej Mości" (His Majesty Dragon)
Naomi Novik
tłum. Paweł Kruk
wyd. Rebis
Oczywiście nie mogło tu się pojawić nic innego. Cykl „Temeraire” cały uwielbiam pasjami (i w związku z tym będę musiała bardzo uważać. Nie chcemy przecież, aby akcja „30 dni z książką” zamieniła się w pean pochwalny na cześć pisarstwa pani Novik), choć tomy prezentują raz niższy, raz wyższy poziom. Jednak to od „Smoka Jego Królewskiej Mości” moja miłość się rozpoczęła – a było to uczucie o tyle nietypowe, że od pierwszego wejrzenia, zakochałam się bowiem w okładce (pięć pierwszych tomów ma naprawdę fenomenalne okładki). Na szczęście wnętrze okazało się równie bogate, choć jeśli ktoś liczy na nieustanne walki skrzydlatych bestii i płomienie śmigające w powietrzu, to się zawiedzie. Owszem, sceny batalistyczne są, bo to w końcu wojsko, ale autorka położyła raczej nacisk na szok kulturowy: ze sztywnej marynarki wojennej do luzackiej (jak na owe czasy) kawalerii powietrznej. I tak jest nawet ciekawiej. A przy okazji stawia coraz więcej kluczowych pytań, co jest widoczne tym bardziej, im głębiej w cykl się wgryzamy. I są smoki, dużo smoków w najlepszym wydaniu, a takiemu smokofilowi jak ja w zasadzie już niczego więcej nie potrzeba (o smokach Novik to ja jeszcze kiedyś napiszę pseudoesej i będziecie go musieli na tym blogu czytać. Bójcie się).