"A...B...C..."
Eliza Orzeszkowa
Nie znoszę nowelek
pozytywistycznych już od wczesnego dzieciństwa. Czyli mniej więcej od drugiej
klasy podstawówki, kiedy kazano nam w ramach szkolnej lektury przeczytać „A…B…C…”
Orzeszkowej. Później już w sobie tę niechęć okiełznałam racjonalizmem, kiedy w
liceum przychyliłam się do tłumaczenia, że to jakaś tam część historii
literatury i wypada znać przykłady (tylko po co aż tyle? W liceum moja klasa
dzieliła się na tych, co już trzy razy omawiali „Antka” i na tych, co już trzy
razy omawiali „Janka Muzykanta”… Toż to jawna strata czasu.). Ale kto wymyślił,
żeby dzieciakom bez żadnego przygotowania teoretycznego dawać coś takiego do
czytania? O ile Moreni siedemnastoletnia była w stanie pojąć, że przykłady
małoobjętościowych dzieł Orzeszkowej trzeba znać, bo ilustrują ważne trendy w
literaturze pozytywistycznej (i ogarniała realia Polski pod zaborami), tak
Moreni ośmioletnia była straszliwie znudzona opowieścią o niczym, dziejącą się
w nudnych i abstrakcyjnych dla niej realiach. Bo przesłanie tej nowelki jest
niestety li tylko patetyczno-patriotyczne i to patriotyzmem niestrawnym dla
ośmiolatka, który nie rozumie (dowie się dopiero podczas omawiania, kiedy już
się przy lekturze wynudzi i będzie miał głęboko gdzieś wszystko, co z nią
związane) dlaczego ta nauczycielka była tak uparta i co w tym wartego naśladowania.
Serio, już chyba lepiej byłoby przeczytać „Dobrą panią” – tam przynajmniej
omawiano postawy aktualne nawet dziś i możliwe do zrozumienia nawet bez
znajomości kontekstu historycznego.