poniedziałek, 15 listopada 2010

"Piekło to świadomość naszych błędów bez możliwości naprawy"* - "Wolałbym żyć" Thierry Cohen


Czy wiecie, czym jest dybuk? Według mitologii żydowskiej, jest to dusza zmarłego, która nie może zaznać wiecznego spoczynku. Wstępuje więc w ciało żywego człowieka i przejmuje nad nim kontrolę, w pewnym momencie wypierając duszę właściciela, która nie ma już nic do powiedzenia w sprawie swojego ciała. W czasie lektury „Wolałbym żyć” skojarzenie z dybukiem przylgnęło do mnie na samym początku i pozostało do ostatniej strony. A dla uściślenia dodam, że żaden dybuk (jako stworzenie fantastyczne bądź mityczne) w fabule się nie pojawia.

Historia opowiedziana przez autora jest niezwykła. Zaczyna się bowiem od samobójstwa nieszczęśliwie zakochanego młodego człowieka. Jednak świadomość Jeremiasza nie gaśnie w tym momencie. Pisany mu jest inny los. Musi obserwować, jak życie innych ułożyło się po jego śmierci. Co najważniejsze, w życiu tym ciągle bierze udział jego ciało, jak najbardziej żywe. Tylko dusza, czy też świadomość młodego mężczyzny, pozostaje nieobecna, pojawiając się jako bezsilny obserwator w chwilach kluczowych. Ale dlaczego tak się stało? Dlaczego Jeremiasz nie odszedł w niebyt czy też nie płonie teraz w piekielnym ogniu należnym samobójcom? Czy doświadczenie to czegoś go nauczy? I najważniejsze: czy Jeremiasz dostanie drugą szansę?

Książka jest niesamowicie wciągająca, a jeśli wziąć pod uwagę jej niewielkie gabaryty, czyta się ją wręcz ekspresowo. Mogę nawet stwierdzić, że zbyt szybko. Jednak nie chciałabym, aby autor bardziej się rozpisywał czy też bardziej rozwijał te czy inne wątki. Czasem mniej znaczy lepiej i „Wolałbym żyć” jest tego najlepszym przykładem.

Jeremiasz bardzo przypomina mi Oskara z „Oskara i pani Róży” Schmitta. Chociaż jeden z nich jest dziesięcioletnim chłopcem wbrew woli niejako skazanym na śmierć, a drugi dwukrotnie starszym młodym człowiekiem, niemogącym się upragnionego końca doczekać, łączy ich pewien element. Zarówno dziecko, jak i młody mężczyzna doznają przyspieszonego procesu dojrzewania poprzez śmierć. I chociaż ze zrozumiałych względów u Jeremiasza proces ten jest bardziej drastyczny, to w zasadzie obaj przechodzą przez bardzo zbliżone jego etapy.

Bohaterowie (wszyscy razem) są skonstruowani dobrze i mimo, że autor nie poświęca im całych rozdziałów ani nie uprawia wodolejstwa, możemy zajrzeć głęboko w ich umysły. Dla mnie to wielki plus. Poza tym opisy emocji i stanów psychiki są tak żywe i barwne, tak pełne realizmu, że nie sposób nie dzielić ich z postaciami.

Co mi w książce przeszkadzało? Tłumaczenie. W sumie nie jest w tej kwestii tragicznie, nie ma błędów rażących i na zgrzyty nie natykamy się zbyt często. Jednak tłumaczenie niektórych wyrażeń, mimo, że nie błędne, wywoływały we mnie dysonans. Ot, choćby zwroty w języku polskim utarte (choć jeszcze nie frazeologiczne) występują tutaj w dziwacznych niekiedy mutacjach. Nie jest to błąd: po prostu żaden zwykły człowiek takich wyrażeń nie używa. Taki stan rzeczy nieco utrudniał mi delektowanie się treścią.

Ogólne wrażenie? W mojej osobistej klasyfikacji Thierry Cohen wyrównał poziom, jeśli nie przewyższył Schmitta. Niech jednak osoby, które Schmitta nie trawią, nie zrażają się moim porównaniem. Bo historia podana w sposób tak ciekawy i niebanalny, a poza tym tak wzruszająca i jednocześnie odmienna od pozostałych zasługuje n przeczytanie. Zachęcam więc. Szczerze.

Tytuł:
Wolałbym żyć
Autor: Thierry Cohen
Tłumacz: Wiktor Dłuski
Tytuł oryginalny: J'Auraus prefere vivre
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok: 2008
Stron: 190


*Cohen Thierry, Wolałbym żyć, Świat Książki, warszawa 2008, str. 185.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...