poniedziałek, 22 września 2014

Znowu w Toruniu byłam, czyli relacja z Coperniconu 2014

To już mój drugi Copernicon, ale wyjątkowy, bo po raz pierwszy prowadziłam punkty programu. Dwa konkretnie (trzeci mi odpadł, bo okazało się, że Marek Huberath nie może się pojawić). To było chyba najdziwniejsze przeżycie tego roku, bo z jednej strony trochę euforyczne, a z drugiej trzeba walczyć z nieustającą chęcią wpełznięcia pod stół i zostania tam. Moja walka z wrodzoną nieśmiałością i ogólną niechęcią do pokazywania się w większym gronie ludzi chyba jeszcze nie została wystarczająco zwalczona...

Coperniconowy smok miał kilka wersji - to jedna z trzech, które widziałam.
Ale może po kolei. W tym roku na Coperniconie nie byłam sama, towarzyszyła mi koleżanka G. ze swoją siostrą A. Dachu nad głową użyczyli nieoceniona Serenity i Turel (niech im bór wynagrodzi w czym tam sobie chcą, a najlepiej w figurkach do Warhammera 40k, bo czemu by nie). Zaczęło się dość niefortunnie, bo uciekł nam pociąg, w związku z czym nie zdążyłyśmy na panel dyskusyjny prowadzony przez Serenity o seksie w fantastyce. Wielki smutek i żal, ale podobno ktoś całość nagrał i wrzucił do sieci. Mnie nie udało się znaleźć, może wy będziecie mieli więcej szczęścia. 

Coperniconowy zestaw startowy. Była jeszcze nieśmiertelna papierowa bransoletka, ale nie dowiozłam jej do domu. Za to wstążeczki do identyfikatorów, które miały być czerwone, okazały się różowawe (widoczna na zdjęciu była jedną z najbardziej zbliżonych do czerwieni) ku wielkiemu niezadowoleniu panów.;)
W związku z dywersyjnymi działaniami PKP byłyśmy na miejscu dopiero około dziesiątej wieczorem, ale jako iż Serenity ciągle pełniła obowiązki organizatorskie na terenie konwentu, to wraz z Turelem pojechaliśmy zobaczyć, jak jej idzie. Przy okazji udało się nam zaakredytować - już się bałyśmy, że będzie trzeba to zrobić rano, bo teoretycznie punkt miał być czynny do 22.00. Potem co prawda głównie czekaliśmy na naszą ulubioną orgę, ale nie powiem, że bezproduktywnie, bo bezczelnie i całkiem jawnie podsłuchiwałam rozmowę Turela o japońskim uzbrojeniu (nie pogonił mnie, to chyba się nie gniewa;)).

Pierwszy i absolutnie najlepszy zakup konwentowy:)
W sobotę był mój wielki dzień, bo miałam swoje punkty programu. Zaczęliśmy dzień wcześnie, bo już w okolicach dziewiątej byliśmy całym stadem na terenie konwentu. Za wcześnie. Ktoś z organizatorów przytomnie pomyślał, że ludzie będą jednak chcieli się wyspać, ewentualnie dojechać i zarówno w sobotę, jak i w niedzielę, program zaczynał się o dziesiątej. Niestety, hale handlowe również otwierały się o tej porze, więc musiałyśmy sobie z G. poczekać na zakupy (reszta o godzinie zero wybrała się na konkurs tolkienowski - nieodłączny element absolutnie każdego konwentu, czasem nawet w różnych wariantach przewija się kilkukrotnie). Hale targowe co prawda nie były tak imponujące jak na Pyrkonie, ale i tak znacznie pełniejsze fascynujących rzeczy niż mój portfel gotówki. I co najważniejsze, na targowisko wstęp był wolny, nie trzeba było być uczestnikiem konwentu, żeby się tam obłowić.

A potem prowadziłam trzy godziny programu. Na początek spotkanie autorskie z Anią Kańtoch, która jest absolutnie przeuroczą osobą. Chyba poszło dobrze, mam nadzieję, że zarówno słuchacze, jak i pisarka byli usatysfakcjonowani.

Absolutnie przefantastyczna Ania Kańtoch na spotkaniu autorskim (zdjęcie robione przez G.)
Potem miałam dwugodzinny panel dyskusyjny o postaciach kobiecych w fantastyce. Nie jestem z niego jakoś specjalnie zadowolona, choć dyskutanci dawali z siebie wszystko - zwłaszcza Olga Gromyko, która świetnie odnajduje się chyba w sytuacjach gdy ma rozmawiać z czytelnikami, bo słyszałam, że na innych panelach też wymiatała. Agnieszka Hałas i Ania Kańtoch też świetnie sobie radziły, tak jak i Marcin Wełnicki. Tylko Jacek Inglot jak zwykle niesforny.

Moi dyskutanci. Od lewej: fragment tłumaczki Olgi Gromyko, sama Olga Gromyko, Agnieszka Hałas, Ania Kańtoch, nieco niewyraźny Marcin Wełnicki i Jacek Inglot.
Następnym punktem programu, na który poszłam, był panel dyskusyjny o militariach w fantastyce, prowadzony przez Turela. Panel wypadł świetnie, a z trójki rozmówców, Ewy Białołęckiej, Bartka Biedrzyckiego i Stanisława Mąderka, największy show robił ten ostatni. W zasadzie na dobrą sprawę mógłby być samowystarczalny.;) Sporo było o sposobach mordowania zombie (jak widłami, to tylko o trzech zębach, pamiętajcie!), o tym, co ignorancka postprodukcja potrafi zepsuć w filmie i o rzucaniu kałachem we wroga. Dodatkową atrakcją był taniec wiedźmina na szkle w wykonaniu Mąderka.
Scenka rodzajowa, w której Stanisłam Mąderek celuje do wyimaginowanych wrogów z atrapy karabinu snajperskiego zmontowanej naprędce z gumowego pistoletu i drewnianego miecza (przynajmniej pochwę miał drewnianą). Wszystkiemu temu przygląda się Ewa Białołęcka i Bartek Biedrzycki. Tak, to właśnie jedna z tych prelekcji, na których dzieją się rzeczy dziwne i wszyscy są szczęśliwi.
Na prelekcji Turela o katanach nie byłam (ale były G. i A. i mówiły, że było świetnie, choć o katanach chyba najmniej), bo akurat w tym samym czasie odbywały się warsztaty ilustracji z Danielem Grzeszkiewiczem, więc wybór był ciężki, acz oczywisty (w ogóle kto to wymyślił, żeby fajne punkty programu dawać o tej samej porze, kiedy inne fajne punkty programu). Warsztaty były świetne, bo i kilka technik na osiągnięcie ciekawych efektów domowymi sposobami i niewielkim kosztem (materiałowym i czasowym) można było podpatrzeć, i dowiedzieć się, jak praca ilustratora wygląda od kuchni i od strony technicznej (rozumianej jako kontakt ze zleceniodawcami) a i kilka ciekawych anegdot padło. Żałuję tylko tego, że po drugiej dobie z przespanymi trzema godzinami byłam już na tyle nieprzytomna, że zdarzało mi się zapomnieć pytanie, zanim zdążyłam je wypowiedzieć. Mogłabym skorzystać więcej.

Potem jeszcze wpadliśmy na prelekcję o matematycznych podstawach muzyki. Temat dość hermetyczny, ale prelegentka była świetnie przygotowana i robiła co mogła, żeby publiczność ją rozumiała. Niestety, okazało się, że dostała komputer bez dźwięku, co trochę zepsuło prelekcję, w planach było odtwarzanie przykładów muzycznych (co prawda część prelegentka zagrała osobiście na flecie, ale taką na przykład harmonię trudno zagrać samemu). Ale słuchacze i tak byli zadowoleni.

I na koniec dnia prelekcja Zwierza Popkulturalnego, która wypadła zupełnie znienacka. Co prawda temat w zasadzie taki, jak w zeszłym roku, czyli jak blogować o popkulturze, ale wykonanie inne. W ogóle zwierza się bardzo fajnie słucha, więc zawsze można to robić jeszcze raz.:)
O tej porze G.już się trzęsły ręce i focia ze Zwierzem mi nie wyszła. Nie będzie lansowania się na cudzą sławę.;(
W niedzielę wpadłyśmy tylko na prelekcję Dominiki Oramus o końcu biologicznej ewolucji człowieka i była to prelekcja zdecydowanie zbyt krótka - mogłabym słuchać przez dwie godzinki, a nie tylko 50 minut. I chyba nie tylko ja, bo ludzi było całkiem sporo i chyba mieli sporo pytań, na które czasu zabrakło. Choć przyznam, że spodziewałam się mocniej zarysowanego wątku naukowego, a tymczasem (poza może Darwinem) dostałam tylko literaturę. Co również nie było złe. Niestety, potem trzeba było się zbierać i jechać do domu i to już było gorsze.

Obowiązkowa fotka z naszym ulubionym strażnikiem Gondoru.
Fajnie było w tym roku na Coperniconie. Odkryłam strefę handlu, organizatorzy dali radę, a i publiczność dopisała (w sobotę było 2000 osób, czyli o jakieś 600 więcej niż w zeszłym roku. Po liczby ostatecznej zajrzyjcie sobie do Serenity, jak już pojawi się jej relacja). Zdobyłam autograf od Ani Kańtoch i rozpoznała mnie Agnieszka Hałas (od której już autografu nie dostałam, bo urodzinowy prezent dla Serenity zajął tyle miejsca, że ani Hałas, ani Oramusa nie wzięłam do podpisania. Następnym razem;)) - jestę sławnym blogerę;). Dowiedziałam się też, że panele dyskusyjne jednak nie są moim żywiołem. Może następnym razem jakaś prelekcja...? W każdym razie w przyszłym roku na pewno też na Copernicon zawitam.

Tymczasem będę chyba przez cały tydzień konwent odsypiać (stara jestem, snu potrzebuję). A wam na pocieszenie jeszcze trochę fotek:

Autograf na drugim tomie "Przedksiężycowych" (żeby nie było, w kolejce do recenzji).

Dosztukowałam Charmanderowi Vaporeona do towarzystwa. Turel twierdzi, ze zbieram starter i może mieć rację. W takim razie brakuje mi już tylko roślinnego.
Zakupowa drobnica. To po lewej to skórzana zakładka do książek.

poniedziałek, 15 września 2014

Subiektywne prasowanie #27 - Nowa Fantastyka 09/2014

Tematem z okładki wrześniowego numeru Nowej Fantastyki są jak widać piraci. Jednak i inne tematy poruszane na łamach numeru zasługują na uwagę.

Zaczynamy oczywiście od wstępniaka Jerzego Rzymowskiego, który tym razem pisze o ponurych aspektach osiągnięcia nieśmiertelności (i chodzi mu o rzeczy bardziej przyziemne niż nuda egzystencjalna).

Mateusz Wielgosz (którego felietony wyrastają na moje ulubione artykuły w NF zaraz po Wattsie) zaczyna od powiadomienia o bardzo słusznym kroku BBC, żeby skończyć na streszczeniu tego, o co chodzi z tym efektem cieplarnianym. Wbrew pozorom, na katastrofę nie trzeba będzie czekać, aż stopnieje ostatni lodowiec.

Dalej mamy już temat z okładki, czyli piracki artykuł Andrzeja Kaczmarczyka. Ciekawy o tyle, że autor sporo miejsca poświęcił na tłumaczenie czytelnikowi, że ten oryginalny kapitan Hak znacznie się różnił od disneyowskiego. „Piotrusia Pana” nie znam, więc było to dla mnie pewne odkrycie. Poza tym autor znacznie więcej miejsca poświęca początkom piratów we współczesnej popkulturze, niż chwili obecnej czy głębiej sięgającym korzeniom.

„90 procent bezmyślności”
to tekst, w którym trudno określić tezę przewodnią. Z jednej strony autor chyba miał zamiar przedstawić czytelnikowi kilka przykładów, jak popkultury wykorzystuje motyw nagłego przyrostu inteligencji bohatera. Z drugiej, energicznie bombarduje dość popularny mit dotyczący rzekomego wykorzystywania przez ludzi tylko 10% mózgu. I o ile to drugie wychodzi mu bardzo zgrabnie, to to pierwsze wypada ubogo.

Dalej mamy wywiad kolegi Shadowa z Lauren Beukes. Bardzo interesujący, z ciekawymi pytaniami i jeszcze ciekawszymi odpowiedziami. A podróż dookoła świata tym razem zawiedzie nas do fantastycznych Indii. Za to z lamusa wyciągniemy I wojnę światową i sprawdzimy, jak odbiła się we współczesnej sobie fantastyce.

Przejdźmy do felietonów. Maciej Parowski w trzecim tekście o cenzurze przechodzi do jej bardziej współczesnego oblicza. Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego niektóre filmy nie doczekały się w Polsce żadnej dystrybucji? Oczywiście, pewnie chodziło o zyski, ale warto zastanowić się, co wynika z faktu, że wartościowe filmy są uznawane za mało zyskowne i niepokazywane szerszej publiczności. Rafał Kosik pisze o socjopatach na szczytach władzy. W przeciwieństwie do niego jednak nie uważam, aby to zjawisko miałoby być czymś pozytywnym. Oczywiście, na wysokich stanowiskach bez pewnej dozy przedmiotowego podejścia do podwładnych raczej imperium nie zbudujemy. Ale wciąż pozostają dwa pytania: dlaczego ktokolwiek miałby budować imperium naszym kosztem (bo większość z nas jest tymi przedmiotowo traktowanymi pracownikami, a takiemu psychopatycznemu imperatorowi będzie zależało przecież wyłącznie na własnym dobru – póki siła robocza nie zdycha masowo z głodu, można ją cisnąć) i czy w ogóle potrzebujemy jakiegoś wielkiego imperium? Z Kosikiem zwykle sąsiadował Watts, ale przez jakiś czas go nie będzie. Wakat zajął Robert Ziębiński i ma zamiar pisać o przemijaniu. Zaczyna od rozważań nad tym, jak szybko starzeją się filmowe realia. A Łukasz Orbitowski o „Absentii” - horrorze z dużo większymi możliwościami interpretacji, niż wydaje się na pierwszy rzut oka.

Czas na opowiadania, które znowu stoją na stosunkowo wysokim poziomie. „Dobranoc, Pimky Limky” Marcina Podlewskiego to moim zdaniem najlepsze opowiadanie w zbiorze. Klimaty cyber-biopunkowe, ponure, coś jak wprowadzenie postaci z disneyowskich kreskówek do kryminału nior. Co prawda nie obraziłabym się, gdyby zakończenie było bardziej zrozumiałe, ale nie narzekam. „Matki na przemiał” Dawida Kaina to króciutki tekst w klimacie nietypowej postapokalipsy ze sporą domieszką nihilizmu. Nie można mu wiele zarzucić, jednak zdecydowanie nie mój klimat ani pod względem tematyki, ani stylistyki językowej. „Druciara” Alexandra Guetsche to świetny i subtelny opis powstawania patologii w rodzinie. Dla mnie największa wartość miało pokazanie, jak poczucie winy matki zmienia się w agresję wobec najbliższych (słowną i emocjonalną, bo do rękoczynów przecież nie dochodzi). Przemoc w białych rękawiczkach, z której nawet ofiary nie zdają sobie sprawy. A to wszystko w otoczce łudzącej normalności.

Teksty zagraniczne nietypowo oceniam niżej niż polskie. „Rozdział szósty” Stephena Grahama Jonesa to dość surrealistyczne skrzyżowanie apokalipsy zombie z dysputa naukową i odrobiną przypowieści(?). Zaskakująco ciekawy. „Olbrzymy” Petera Wattsa rozczarowały mnie. Po poprzednim tekście autora miałam pewne oczekiwania, tymczasem dostałam opowiadanie co prawda poprawnie skonstruowane, ale ani poruszające, ani dające do myślenia. Mocno przeciętnie jak na tego autora. „Koniec końca wszystkiego” Dale'a Baileya to pocztówki z zagłady. Mamy tu obrazki z dekadenckiego pożegnania umierającego świata przez bogatych artystów. Obrazek ładny, ale również nie wybitny.

środa, 10 września 2014

Zabawa znacznie ciekawsza czyli więcej Kańtoch w Kańtoch - "Zabawki diabła" Anna Kańtoch

Na pierwszy tom opowiadań o Domenicu Jordanie narzekałam, bo mnie rozczarował – spodziewałam się czegoś lepszego niż tylko dobry zbiór. Jednak, zwłaszcza w ostatnich opowiadaniach, było już widać poprawę. Ta wzrostowa tendencja utrzymuje się i przyznam, że gdyby „Diabeł na wieży” miał poziom „Zabawek diabła”, to nie narzekałabym. Choć oczywiście zawsze mogłoby być lepiej.

W „Zabawkach diabła” kolejne opowiadania nie są już tak od siebie oderwane, jak w poprzednim tomie. Nie tylko sam Domenic, ale i inne postacie wracają w kolejnych historiach, już to odgrywając małe epizody, już to będąc kluczowymi dla fabuły. Niektóre motywy zapoczątkowane w drugim opowiadaniu, czyli „Nocnym Strażniku”, powracają aż do końca tomu (w drugim, bo pierwsze - „Mandracourt” - jest retrospektywne. Motywy w nim zawarte powracają o tyle, że miały ogromny wpływ na charakter i życie Jordana. Ale o tym może później). Inne przenikają się tylko w pojedynczych historiach, tworząc wątki poboczne. Całość ma klimat bardziej mroczny i ponury niż poprzedni zbiór – wzmiankę o serialu „Z archiwum X” na okładce można potraktować wiążąco, przynajmniej jeśli chodzi o klimat.

Poprzednio narzekałam też na samego Domenica, który jawił mi się bohaterem zanadto niedostępnym. Należę do czytelników, którzy lubią babrać się w psychicznych bebechach, dlatego ograniczone informacje, którymi mnie autorka uraczyła dość mocno uwierały. Tutaj nie mam już tego problemu. W „Mandracourt” mamy okazję poznać mroczny sekret z przeszłości Domenica, który nie tyle sprawił, że wtedy jeszcze chłopiec stał się mężczyzną, którego mieliśmy okazje obserwować, ile odsłonił nam jego podstawowe cechy i motywacje, przejawiane od zawsze. To, co poprzednio autorka dawała do zrozumienia epitetami, teraz nabrało głębi i zyskało podłoże, pozwalając nam wejrzeć głębiej. Nie jest to może obraz szczególnie oryginalny, zwłaszcza w świetle panującej ostatnio mody na popkulturalnych bohaterów aspergeropodobnych (Zwierz popkulturalny miała o tym bardzo fajną notkę), ale spójny i przekonujący.

Ciekawą postacią jest też brat Domenica - dziedzic Mandracourt. Autorka przewidziała dla ich relacji ciekawy obrót (choć w momencie, kiedy rozgrywa się lwia część akcji, główny tor braterskich uczuć jest już ustalony i tylko eskaluje), szkoda tylko, ze postanowiła poprowadzić fabułę w taki sposób, że rozwój tych relacji z konieczności śledzimy fragmentarycznie. Żeby jeszcze bardziej skomplikować sytuację, w ten układ wmieszana jest Alais – kuzynka i żona starszego Jordana, która wychowywała się razem z braćmi. Nie jest to trójkąt miłosny (tak naprawdę, mimo różnych silnych uczuć żywionych do Alais, żaden z braci jej nie kocha; mam szczere wątpliwości, czy Domenic w ogóle jest zdolny do uczuć głębszych niż fascynacja), raczej relacja oparta na trójstronnej mieszance fascynacji, cierpienia, nienawiści i urazy, z pewną dozą nieuświadomionego masochizmu. Myślę, że gdyby autorka zdecydowała się teraz przekuć swoje opowiadania na powieść, mógłby jej wyjść jeden z najlepszych dramatów psychologicznych w polskiej fantastyce.

Nie wyszedł w opowiadaniach, bo sama ich forma nie bardzo temu sprzyja. Autorka ciągle trzyma się akcji rodem z serialowych procedurali (tak sobie myślę że gdyby te opowiadania przerobić na serial z porządnym scenariuszem, to mogłoby wyjść coś naprawdę świetnego), co ma swoje dobre strony, ale zdecydowanie nie sprzyja pogłębianiu relacji między postaciami. Wspomnianą dobrą stroną jest fakt, że Kańtoch ma naprawdę świetne pomyły na kolejne zagadki podsuwane Domenicowi, które szkoda zmarnować, a które trudno (lub w ogóle) byłoby ująć w formie bardziej spójnej fabularnie. Moim faworytem jest „Cień w słońcu”, będący najbardziej niepokojącym tekstem w zbiorze (naprawdę, radzę nie czytać wieczorem przy jednej lampce). Tytułowe „Zabawki diabła” niewiele mu ustępują, a dodatkowo zawierają największy chyba ładunek informacji o pogmatwanych relacjach bohaterów. „Ciernie” uważam za nieco słabsze – fabule co prawda nie można wiele zarzucić, ale brakuje im klimatu, tak jak i „Nocnemu Strażnikowi” czy „Karnawałowi we krwi”. Ten ostatni rekompensuje braki kilkoma dobrymi scenami i fajnym pomysłem na znane fantastyczne stworzenia.

Tak więc mimo tego, że cykl o Domenicu Jordanie raczej nie dorasta do swoich następców, polecam. Zwłaszcza, ze jeśli ktoś się uprze, właściwie nie ma przeszkód, aby sięgnąć tylko po drugi, lepszy tom. A Kańtoch zawsze dobra.


Tytuł: Zabawki diabła
Autor: Anna Kańtoch
Cykl: Domenic Jordan
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2009
Stron: 472

poniedziałek, 8 września 2014

Diabeł tkwi w szczegółach czyli rozczarowanie na wieży - "Diabeł na wieży" Anna Kańtoch

Czasami zdarzają się autorzy, którzy z każdą kolejną książką znacząco rozwijają swój warsztat. I wtedy powstaje problem. Bo taka Moreni na przykład sięga po najnowszą książkę i się zachwyca. Zdaje sobie sprawę z tego, że ponieważ autorka się rozwija, jej poprzednie książki prawdopodobnie nie będą aż tak dobre. (A przynajmniej przyjmuje do wiadomości ten fakt w jakiś powierzchowny sposób; gdzieś tam, na poziomie podświadomości, tli się jeszcze nadzieja). I potem czuje się trochę rozczarowana, choć książka była przecież całkiem dobra.

„Diabeł na wieży”
, czyli pierwszy tom opowiadań o Domenicu Jordanie nie jest co prawda debiutem, ale dopiero drugą książka autorki. Ponieważ opowiadania osadzone są w tym samym uniwersum (a nawet w tym samym kraju) i dotyczą tych samych bohaterów, pozwolę sobie zrezygnować ze schematu, według którego zwykle omawiam zbiory opowiadań i omówić „Diabła…” jako spójny utwór. Zważywszy na to, że schematy poszczególnych historii są do siebie raczej podobne (każda opisuje próbę rozwiązania przez Domenica zagadki o magicznej proweniencji).

Zbiory opowiadań o jednym bohaterze, rozgrywające się w tym samym świecie były swego czasu bardzo popularne – można było opowiedzieć fantastyczną historię bez konieczności konstruowania spójnego neverlandu. Kiedyś bardzo mi to odpowiadało, bo średnio interesowała mnie sytuacja geopolityczna, jakieś opisy czy spójność świata przedstawionego, liczyła się tylko wartka akcja i fascynujący główny bohater. Teraz bardziej cenię rozbudowane tło, dlatego czytając „Diabła na wieży”, czułam pewien niedosyt. Tym większy, że momentami widać było, że autorka potrafi ładnie zakreślić tło, bo kreślenie małych widoczków przychodzi jej łatwo i wychodzi świetnie. Tylko że wszystkie te oderwane krajobrazy i miasta nie tworzą całości. Po trosze można to tłumaczyć formą, wszak w opowiadaniach trudno skonstruować spójny świat, ale nie jest to niemożliwe (Wegnerowi się przecież udało). W „Diable…” mamy tylko przerzucanie bohatera z jednego bliżej nieokreślonego miejsca w inne. Dodatkowo warstwa kulturowo-mitologiczna również pozostaje fragmentaryczna. Wiemy co nieco o religii (w tym momencie mogłabym się zacząć wyzłośliwiać, że autorka działała według zasady „chrześcijaństwo w każdym uniwersum”, ale wyszło jej to tak naturalnie i z dodatkowym lokalnym kolorytem, że pozostaje mi raczej przyklasnąć i stawiać za wzór. Choć wolałabym, żeby religia w neverlandach nie była zaczerpnięta z naszego podwórka), docierają do nas jakieś okruchy o magii, mamy jedno święto, ale to właściwie tyle. Co boli tym bardziej, że w układzie sił… nazwijmy je „magicznych”, jaki obmyśliła autorka, tkwi olbrzymi potencjał. Cóż, może trochę go wykorzysta w następnym tomie.

Przejdźmy do drugiego elementu, czyli głównego bohatera. Domenic Jordan jest centrum wszelkich wydarzeń – czasem wysuniętym na pierwszy plan, innym razem będącym jedynie siłą sprawczą, ale zawsze niezbędnym. Jest typowym bohaterem w typie wiedźmińskim, jakich całkiem sporo można znaleźć na kartach polskiej fantastyki z lat dwutysięcznych: włada magią, mieczem, oraz bystrym umysłem, jeździ po świecie i rozwiązuje zagadki magicznej proweniencji, a poza tym posiada niepokojąca powierzchowność. No i mam problem, bo z jednej strony strasznie lubię bohaterów w typie wiedźmińskim, zwłaszcza jeśli autor nie podszył ich sukinsyństwem. Z drugiej, Domenic nie podbije serca czytelnika poczuciem humoru czy ostrym językiem, jego mroczna przeszłość (właściwie w ogóle przeszłość, pochodzenie i cokolwiek, co wydarzyło się przed akcją opowiadań) pozostaje w sferze domysłów, a sposób bycia raczej odstręcza. Nie byłaby to wada (w końcu bohater nie musi być misiem przytulinkiem o ciepłym, puchatym serduszku, żebym go lubiła; właściwie wolę tych chaotycznych dobrych;)), ale na tym etapie o Domenicu wiemy zbyt mało, żeby zapałać do niego jakimkolwiek czytelniczym uczuciem (to się zmienia w kolejnym tomie, ale na razie o nim nie mówimy). Trudno fascynować się kimś, kto pozostaje w cieniu. (Z drugiej strony, im dalej w opowiadania, tym bardziej z tego cienia wypełza; mam wrażenie, że dopiero z pisaniem kolejnych historii obraz Domenica się autorce wykrystalizowywał. Zobaczymy, co ostatecznie wykwitnie).

„Diabeł na wieży”
to z pewnością nie jest zły zbiór – powiedziałabym, że jest co najmniej dobry. Kolejne historie to intrygujące zagadki kryminalne i całkiem fajnie się je czyta. Jednak czuję się rozczarowana – oczekiwałam po autorce, że to, co zaczyna się pokazywać w ostatnich tekstach zbioru - nietuzinkowość, planowość i charakterystyczny styl, będzie już w całym. Poza tym, chyba wyrosłam już ze zbiorów w typie wiedźmińskim. Wolę poczytać powieść napisana z epicki rozmachem bądź niesamowitym stylem i klimatem, albo misternie złożone opowiadania, które nie udają powieści. Więc to nie wina autorki. Ale i tak po kolejny tom sięgnę – może tam to, co lubię u Kańtoch będzie już wyraźniej widoczne.

Tytuł: Diabeł na wieży
Autor: Anna Kańtoch
Cykl: Domenic Jordan
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2009

Stron: 368

sobota, 6 września 2014

Kup pan nerkę, czyli wanna z lodem zbędna - "Czerwony rynek" Scott Carney

Niniejsza recenzję sponsoruje JoannazKociewia, która pozyczyła mi ksiązkę. Dzięki!:)

Jak część z Was zapewne wie, moje czytelnicze gusta można z grubsza podzielić na trzy kategorie: fantastyka, zwierzęta i literatura faktu, która już to zahacza o kategorię numer dwa, już to krystalizuje się w kilku lubianych przeze mnie podzbiorach. Jednym z takich podzbiorów jest literatura medyczna i do niego można też zaliczyć „Czerwony rynek”. Kiedy tylko pojawiła się w zapowiedziach, wiedziałam, że koniecznie muszę przeczytać. Rozważałam nawet zakup, tyle że koleżanka JoannazKociewia mnie ubiegła i pozwoliła skorzystać. Ale o czym my właściwie rozmawiamy?

Tytułowy czerwony rynek to określenie wszelkich praktyk związanych z handlem częściami ludzkiego ciała, żywymi bądź martwymi. Autor w kilku rozdziałach prezentuje różne oblicza czerwonego rynku, jedne całkiem legalne, inne półlegalne, a jeszcze inne całkowicie niezgodne z prawem. Czasem czytelnik dostaje tylko reportaż pod tytułem „tak jest”, pozwalający zobaczyć kulisy niektórych procesów, częściej jednak można się dowiedzieć, jak wygląda mroczniejsza strona tego, czego nam, ludziom zachodu (szczególnie krajów europejskich, gdzie ubezpieczenie – przynajmniej w teorii – pokrywa koszty leczenia w kraju, a ubezpieczyciel nie szuka tańszej, zagranicznej alternatywy) nawet nie przyszłoby do głowy wiązać z wyzyskiem czy przestępczością.

Mam trochę problem z tymi tekstami. Widać, że autor stara się zachować maksymalny obiektywizm, pokazywać zarówno wynaturzenia systemu, jak i jego lepsze oblicze oraz mieć na uwadze, że gra idzie o czyjeś życie. Z drugiej strony w niektórych przypadkach odnoszę wrażenie, że Carneyowi jest bardzo niewygodnie z tym, że jakiejś praktyki nie może z żadnej strony potępić. Tak jest w przypadku handlu włosami. Pochodzą one najczęściej ze świątyni i są dobrowolnie oddawane w charakterze religijnej ofiary (te gorszej jakości są po prostu skupowane jako odpady z salonów fryzjerskich czy prywatnych domów). Osobiście nie widzę nic zdrożnego w tym, że mnisi, zamiast płacić za utylizację „ofiar”, postanowili sprzedać je z zyskiem (zwłaszcza, że spora część tego zysku jest przeznaczona na cele charytatywne). Za to autor dokłada sporo starań, żebym jednak coś zdrożnego w tym zobaczyła.

Moim drugim problemem jest to, że autor skupił się tylko na jednym aspekcie (choć w wielu różnych odsłonach) problemu – mianowicie chodzi o wyzysk mieszkańców krajów biedniejszych i działalność przestępczą (lub prawie przestępczą) z tym związaną. To jest niezwykle ważne (i bardzo medialne, dodam nieco złośliwie) i stanowi największy problem całej sprawy, ale też sprawia, że do pewnych problemów wygodniej jest podejść tylko pod określonym kontem. Na przykład problemy z dawstwem gamet przedstawione są tylko od strony pobierania komórek jajowych i tylko pod kątem cypryjskich klinik masowo skupujących komórki od dawczyń zza wschodniej granicy. Sama chętnie przeczytałabym bardziej wielopłaszczyznową analizę problemu.

Trochę sobie ponarzekałam, ale wcale nie jest tak, że uważam przez te narzekania ogólny przekaz książki za niesłuszny. Nawet te niedostatecznie czy na wyrost (według mnie) opisane praktyki posiadają aspekty, które nie mogą być tolerowane i wymagają wdrożenia natychmiastowych rozwiązań. Innych natomiast nie usprawiedliwia nic. Jestem w stanie zrozumieć, że osoba jadąca na operację przeszczepu nerki do Indii wypiera fakt, że nerka, którą otrzyma, została za bezcen kupiona od jakiegoś nędzarza, - w końcu nikt chyba nie chciałby żyć z taką wiedzą (co nie znaczy, że automatycznie takie postępowanie staje się bardziej moralne). Wtedy trudno mówić o tym, że chory osobiście i z premedytacją wykorzystuje czyjąś krzywdę. Ale są sytuacje, w których zarówno „dawca” jak i „biorca” jest oszukiwany zarówno w kwestii pochodzenia, jak i przeznaczenia przedmiotu sprawy (a często też są w to zamieszane organizacje charytatywne, nierzadko działające w dobrej wierze). Te uważam za obrzydliwe w dwójnasób.

Uważam, że książka taka jak „Czerwony rynek" jest potrzebna, choćby po to, żebyśmy my, ludzie z krajów w miarę bogatych, mogli zobaczyć, jaka czasem jest cena naszego spokojnego życia. I że trzeba szukać rozwiązań, żeby tę cenę zminimalizować. Często prostych rozwiązań nie ma, czasem są, ale chwilowo poza naszym zasięgiem. Niemniej, trzeba się starać, bo czerwony rynek jest rynkiem, a na rynku nieuregulowanym pojawia się szara strefa. Tam, gdzie dotyczy to często ludzkiego życia, cena istnienia takiej szarej strefy może być straszliwa.

Tytuł: Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci
Autor: Scott Carney
Tytuł oryginalny: The Red Market
Tłumacz: Janusz Ochab
Cykl: Reportaż
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2014
Stron: 420

poniedziałek, 1 września 2014

Stosik #59

Tym razem nawet nie próbowałam zakładać, że stosik będzie mniejszy, mimo niewielkiej liczby interesujących premier w sierpniu. Tyle dobrego, że przynajmniej udało mi się niewiele wydać na te opasłe tomiszcza, które nabyłam. A całość na dwóch zdjęciach z przyczyn logistycznych (a właściwie z jednej - pierwsze pół stosika nabyłam na urlopie będąc i nie chciało mi się tego taszczyć do miasta pracy tylko po to, żeby zrobić zdjęcia).


Zdjęcie pierwsze (fatalnej jakości, bo robione telefonem), czyli nabytki urlopowe. Te dwa na górze to nawet nie nabytki, a pożyczana od Lubego. Małe i czerwone to książeczka z serii Focusa o wdzięcznym tytule "Jak przetrwać?". Już mi się kilka razy zdarzyło pisać o tych zbiorkach, to i ten jakoś krótko podsumuję, jak przeczytam. O "Ziarnach Ziemi" pisałam przy okazji relacji z Pyrkonu, a że Luby już je przeczytał, to teraz moja kolej. Nieprędko co prawda, bo kolejka długa i ciągle coś mi się w niej przepycha, ale to już nieuniknione.;)

Pozostałe to wynik zakupowego szału, jaki napadł mnie w olsztyńskiej taniej książce (za wszystko zapłaciłam 32 zł, więc sami rozumiecie, żal nie skorzystać). Od góry "Słonie na Neptunie", czyli zbiór opowiadań, w którego tytule się zakochałam. Mam nadzieję, że przynajmniej część zawartości dorównuje mu urodą. Potem "Dzień tryfidów. Poczwarki" nabyte głównie dlatego, że były i to tanio. Poza tym będą mi ładnie wyglądać na półce wśród innych książek z serii Klasyka SF. Za to "Siedemdziesiąt dwie litery" to must have. Co prawda tytułowe opowiadanie mam już w którychś "Krokach w nieznane", ale i tak chciałam mieć tę książkę. Na "Lato Helikonii" i "Zimę Helikonii" dałam się namówić Lubemu, choć cienki głosik z tyłu głowy podpowiadał mi, że pierwszy tom tej trylogii jest już praktycznie nie do zdobycia. Trudno, może kiedyś mi się poszczęści.


A tu zdobycze pozaurlopowe. Na górze jedyny w tym miesiącu egzemplarz recenzencki, czyli "Wieczne życie" od Czarnego. Mieliśmy już w Menażerii reportaż, mieliśmy coś na kształt przypowieści filozoficznej, wygląda na to, że teraz pora na pozycję bardziej popularnonaukową. Ale przekonam się, jak przeczytam.

Niżej trzyczęściowy korpus wsparcia od nieocenionej JoannyzKociewia. "Sowa Wesley" to opowieść o wychowanej przez ludzi płomykówce i mam nadzieję, że mi się spodoba. "Kore" to rzecz i autor, o którym nie miałam pojęcia, dopóki Joanna mnie nie oświeciła. Ciekawe, czy eseje medyczno-kulturowe przypadną mi do gustu. Za to na "Higienistów" od dawna ostrzyłam sobie ząbki. Już się wgryzłam i przyznam, że nie wiem, co o tym powiedzieć - pewnie powiem coś, jak przejdzie mi szok i zdziwienie.

A "Opętanie" kupiłam sobie na przecenie w Matrasie. Doszłam do wniosku, że czas najwyższy nabyć jakąś literaturę wysoką.;)

sobota, 30 sierpnia 2014

Przerwana lekcja muzyki, czyli warszawskie mechaborgi parą spowite - "Aposiopesis" Andrzej W. Sawicki

Polska fantastyka jest dla mnie źródłem wiecznego niepokoju i, zazwyczaj, rozczarowań. Bardzo chciałabym czytać dobre, polskie powieści – nawet niekoniecznie wybitne literacko (choć takie też), ale będące solidną rozrywką, napisane z werwa i niepowielające schematu ulubionego przez autora (mam wrażenie, że większość polskich pisarzy fantastów pisze wciąż od nowa jedna książkę. I nawet nie próbuje tego maskować). Oczywiście jest garstka autorów, których uważam za świetnych, wybitnych nawet. Jest też garstka tych, których uważam za wybitnych, ale rzemieślników (w czym nie ma niczego złego, po prostu to rozróżnienie jest dla mnie istotne). Do tej drugiej grupy właśnie dołączył Andrzej W. Sawicki.

Samo nazwisko było mi znane już wcześniej, ale omijałam je, bo kojarzyło mi się z fantastyką historyczną, której nie lubię, a która w wykonaniu polskich autorów często jest wręcz toksyczna od kipiącej ideologii (i to generalnie niezależnie od rodzaju tej ideologii). Co prawda „Aposiopesis” to też fantastyka właściwie historyczna, ale z pewnymi, istotnymi dla mnie, różnicami. Po pierwsze, autor zdecydował się z grubsza zachować linię historyczna znaną z naszego świata, nie mamy więc do czynienia z Polską jako światowym mocarstwem, obrońcą narodów czy czymś jeszcze innym absolutnie niezbędnym do egzystencji reszcie świata. Po drugie, zdecydował się na okres inny niż czasy wąsatego sarmatyzmu, zamiast tego udając się w rok 1871 (okres mniej więcej tak samo popularny jak sarmacki, ale zdecydowanie mi milszy). Po trzecie – steampunk. Uwielbiam tę konwencję.

Zarys fabuły jest raczej prosty: w trakcie przedstawienia w jednej z warszawskich oper ginie austriacki dyplomata. Śmierć jest spektakularna, bo delikwent zostaje rozszarpany przez widmo przybyłe ze strefy eteru, a wezwane za pomocą muzyki. Sytuacja robi się niezręczna dla sceny politycznej, potrzeba schwytania kogoś, kto mógłby za zamach odpowiadać, staje się paląca. Zadanie to zostaje powierzone drużynie dość barwnych postaci: pruskiej junkierce Henriecie von Kirhcheim, która przypadkiem była świadkiem zdarzenia, rosyjskiemu oficerowi Siergiejowi Kusowowi i Daniłowi Downarowi, polskiemu inżynierowi, który również w sprawę wmieszał się przypadkiem. Czy uda im się rozwiązać zagadkę?

Największym plusem powieści jest świat przedstawiony. Co prawda nie obraziłabym się, gdyby autor pokazał nam z niego nieco więcej, ale i to, co dostajemy, jest bardzo smakowite. Oto mamy Warszawę znaną z powieści pozytywistów, po której jednak poza zwykłymi ludźmi poruszają się różnego rodzaju mechaborgi, a nawet ożywieńcy zszyci z różnych kawałków trupów na frankensteinowską modłę. W urzędach petentów obsługują automaty resocjalizacyjne, a eksperymenty z magiczną substancją, zwana tutaj eterem, nie są niczym dziwnym. Wszystko to malownicze, zgrabnie opisane i niezwykle żywe. Autor miał pomysł, a potem nie zawahał się go dopracować i dopiero użyć. Co godne pochwały, widać też, że świat ma znacznie więcej zakamarków i aspektów, niż nam pokazuje. Jedyne, co w tym zachwycającą obrazku wprowadza lekki dysonans, to mocno stereotypowy sposób opisywania mieszkańców. Jak Żyd, to interesowny, szarpiący pejsy i krzyczący „aj-waj!”, jak przekupka, to wielka, wredna i wrzaskliwa. Trochę szkoda, że autor nie zdecydował się na większą różnorodność. 

Kilku słów o bohaterach. Mam z nimi... może nie problem, bo to zbyt mocne słowo, ale po prostu jakieś drobne elementy mi w konstrukcji niektórych zgrzytają. Taka Henrietta na przykład. Żołnierz oddziałów specjalnych, obecnie na bezterminowym urlopie, bojowy cyborg (jak to zgrabnie nazywa autor – mechaborg) ze wspomaganym mechanicznie trybem szału bojowego. Także dwudziestokilkuletnia, spokojna urzędniczka. Autor starał się ukazać dychotomię tej postaci, która z jednej strony wiele widziała i przeżyła, a z drugiej ciągle marzy jej się spokojne życie u boku kochanego mężczyzny. Temat bardzo nośny, ale nie udało się go w pełni wykorzystać, bo pan Sawicki dziewczęcość postanowił utożsamić z infantylnością. Henrietta, która na froncie dosłownie rozszarpywała ludziom gardła zębami, w cywilu zachowuje się jak zaczytująca się harlequinami nastolatka, w dodatku dość kapryśna. Z jednej strony jest to zabieg w jakiś sposób udany, bo nie mamy do czynienia z postacią całkowicie nieprawdopodobną. Dodaje też pannie von Kirhcheim nieco rozczulającego uroku. Z drugiej, takie zachowanie zupełnie nie pasuje do jej wieku i wojennych przeszłości.

Męscy bohaterowie są już pozbawieni takich zgrzytów, choć ciągle pozostają mało zaskakujący (sama nie wiem, czy to wada). Danił, poza byciem zdolnym inżynierem, zajmującym się projektami łączącymi mechanikę z eterem, jest również mechaborgiem (ale nie wojskowym bynajmniej) ma też przywary, takie jak przesadna skłonność do romantycznego postrzegania świata i nadmiernej rozrzutności. Niemniej, jest postacią chyba najsympatyczniejszą w powieści, takim typowym misiem przytulinkiem o genialnym umyśle i całkiem walecznym jak na swoje warunki sercu. Kompletnym przeciwieństwem Daniła jest Kusow, który charakter ma gwałtowny i podejrzliwy, jak na oficera służb przystało. Jest też zabójczo przystojny i skłonny do agresji, na szczęście tłumionej. Odniosłam wrażenie, że autor nie bardzo miał na niego pomysł, toteż stosunkowo niewiele Kusowa w powieści. Z jednej strony to dobrze, z drugiej szkoda, bo jako postać bynajmniej nie jest nudny, mimo że przewidywalny. Poza tym towarzyszy mu menażeria osobliwych podkomendnych, których ku mojemu rozczarowaniu nie dane mi było poznać bliżej. Na dokładkę mamy plejadę postaci pobocznych: automatów, postaci historycznych (tych jest zaskakująco dużo, nawet jeśli tylko migają w tłumie. Przy tym nie ma się odczucia, że autor ich poupychał na siłę w fabule), przedstawicieli śmietanki towarzyskiej i świata nadprzyrodzonego. Wyraźniej zarysowany jest jedynie dżin Alojzy, służący Daniła. Przypadła mu rola trickstera, którą odgrywa ze sporym wdziękiem.

Pierwotny projekt okładki. Grafika znacznie
IMO ciekawsza, ale mniej dopasowana do treści.
Obaj panowie – Danił i Siergiej – będą się starać o względy Henrietty. Jest to typowy schemat „ich dwóch, ona jedna” i przyznam, że w pisaniu wątku miłosnego autor nie popisał się niczym odkrywczym. Ot, zestawienie romantyka o czystym sercu z uroczym łotrem i dziewczyna, która nie może się zdecydować. Plusem jest to, że wątek romantyczny nie dominuje fabuły, nie jest też pomijany zdawkowym wspomnieniem. Ładnie uzupełnia akcję i trochę ożywia życie wewnętrzne bohaterów. Drugim plusem jest rozwiązanie wątku, ale nie będę spoilerować.

Reszta fabuły również jest niczego sobie. Sawicki zaprezentował nam powieść przygodową zmieszaną z kryminałem (nie domyśliłam się rozwiązania zagadki, za co brawa dla autora, bo to rzadkość), zawierająca kilka niezależnych wątków. Niektóre z nich wyskakują co prawda jak bandyta zza winkla, zupełnie znienacka, ale są tak zgrabnie prowadzone, że nie sposób się zirytować. 

Mimo narzekań, jestem z lektury bardzo zadowolona. Nie jest to może ambitna literatura, ale z pewnością solidne rzemiosło, na poziomie, który rzadko reprezentują polscy pisarze. Za część mojego zadowolenia odpowiada być może zaskoczenie, bo spodziewałam się czegoś gorszego niż ostatecznie dostałam. Nie zmienia to faktu, ze Sawicki potrafi posługiwać się piórem, choć może jeszcze nie mistrzowsko (i przez jakiś czas jeszcze nie będzie, jak sądzę). Tak więc mój pierwszy kontakt z Horyzontami Zdarzeń, nową serią polskiej fantastyki, mogę uznać za udany – zwłaszcza, że strona techniczna książki jest bardzo przyjemna (trochę co prawda nie w smak była mi zmiana grafiki na okładce, ale przyznam, ze obecna bardziej pasuje do treści. Co nie przeszkadza mi sądzić, że pierwsza była ładniejsza). Polecam tym, którzy szukają solidnej rozrywki - „Aposiopesis” z pewnością wam ją zapewni.

Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Rebis.

Tytuł: Aposiopesis
Autor: Andrzej W. Sawicki
Seria: Horyzonty Zdarzeń
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2014
Stron: 352

środa, 27 sierpnia 2014

Zmyślenia #7 - Książki, które chciałabym postawić na półce, ale raczej do tego nie dojdzie

Każdy czytelnik ma swoje małe marzenia (z resztą, nie tylko czytelnik, bo i gracz, i kinoman...), których spełnienie niby gdzieś tam w rachunku prawdopodobieństwa jest różne od zera, ale tylko w granicy błędu statystycznego. I taką listą marzeń niespełnionych chciałabym się z wami podzielić. Oczywiście będą to tylko marzenia książkowe i może kiedyś jakieś polskie wydawnictwo pozytywnie mnie zaskoczy, ale póki co metafora z pierwszego zdania nadal obowiązuje. Do rzeczy więc. 

1. Piękny omnibus cyklu "Temeraire" Naomi Novik
Wiem, że jestem jedną z bardzo nielicznych fanek gotowych takie wydanie zakupić, dlatego raczej nie ma szans, żeby się pojawiło. Niemniej, gdyby kiedyś jednak taki cud się zdarzył, kupiłabym. Mimo że mam wszystkie dotąd wydane tomy. A kupiłabym dlatego, że tę serię zaczytuję niemal do szczętu, a pierwszy tom jest już niemal nie do zdobycia (errata: było wznowienie z okazji wydaniu ósmego tomu, ale kiedyś nadejdzie i taki dzień, kiedy "Smoka Jego Królewskiej Mości" naprawdę nie da się zdobyć. I co ja wtedy zrobię?), więc kiedy mój się rozpadnie, nie bardzo będę miała jak go wymienić na nowy. Kupiłabym także dlatego, że uwielbiam tę serię i takim cudeńkiem na półce mogłabym się napawać tylko dla samych wrażeń estetycznych i czystej radości płynącej z posiadania. Oczywiście moje wymarzone wydanie musi być solidne - twarda oprawa, papier w żadnym wypadku ekologiczny, szyte kartki. Musi też być piękne (przyznam, że przy odpowiednim poziomie piękna byłabym skłonna przymknąć oko na braki w solidności), więc grafika okładki musi być wysokiej jakości (ta zaprezentowana obok na przykład, ale nie upieram się, jestem otwarta na propozycje), a i na ilustracje bym się nie obraziła, najlepiej tego pana. Absurdem byłoby też umieszczanie wszystkich dziewięciu tomów w jednym woluminie (pewnie wyglądałby jak dwie "Peanatemy" razem wzięte), dlatego najrozsądniej byłoby wypuścić trzy takie omnibusy, każdy po trzy tomy. Ech, marzenie...


2. Polskie wydanie serii "A Memoir by Lady Trent"
Tu mam jeden zasadniczy warunek: okładki i ilustracje muszą być jak w oryginale (ewentualnie dopuszczam jakieś drobne, kosmetyczne ustępstwa). Treść co prawda zapowiada się obiecująco (wiecie, smoki), ale bardzo chciałabym móc postawić na półce coś z tak pięknymi okładkami i równie cudną oprawą graficzną wnętrza. Wtedy byłabym szczęśliwa nawet jeśli treść okazałaby się totalnym gniotem - przecież "Dzieci Hurina" też są totalnym gniotem, ale ilustracje Alana Lee wszystko mi wynagradzają. Myślę, że Todd Lockwood też dałby radę (choć szczerze mówiąc, styl tego najbardziej znanego twórcy ilustracji do D&D zawsze trochę mi zgrzytał. Nie aż na tyle jednak, żeby się nie zachwycać, zwłaszcza pracami czarno-białymi). Oraz mam ogromną słabość do poruszania wątków badawczych w literaturze fantastycznej, więc sami rozumiecie.

To marzenie wydaje mi się mniej nieprawdopodobne od poprzedniego (bo przecie szansa, że któryś z wydawców skusi się na tytuł jeszcze na polskim rynku nieobecny jest większa niż na to, że ktoś wypuści ekskluzywne wydanie niezbyt popularnej serii), więc ciągle trzymam kciuki za jego spełnienie. Mam tylko nadzieję, że całość, jeśli już do niej dojdzie, nie odbędzie się w myśl powiedzonka "Jeśli Bóg chce nas ukarać, spełnia nasze marzenia" i wydawca nie zechce zaoszczędzić na szacie graficznej. To byłoby nie fair.


3. Zakończenie cyklu "Protektorat Parasola". Po polsku.
Na polski zostały przełożone cztery tomy "Protektoratu...", czyli prawie cała historia. Sęk w tym, że został jeszcze jeden, ostatni, zamykający cykl. Jednak od kiedy wydawnictwo Prószyński i s-ka oświadczyło, że rezygnuje z wydawania fantastyki (poza Pratchettem i Cardem), prawdopodobieństwo jego ukazania się oscyluje w okolicach zera. Tego się czytelnikom nie robi... Zrozumiałabym decyzję, gdyby te cztery tomy, które już się ukazały należały do tasiemcowego, przynajmniej kilkunastoczęściowego cyklu. Wtedy wiadomo - skoro już na początku wyniki sprzedaży nie są zadowalające, to trudno inwestować dalej, zwłaszcza że widoków na zakończenie cyklu i zadowolenie fanów raczej nie widać. Ale kiedy została tylko jedna książka? Wiecie, nie znam się na ekonomii wydawniczej, ale wydaje mi się, ze skoro opłacało się wydać cztery tomy, to i piąty nie przyniósłby strat, w końcu to zamknięcie cyklu. Zwłaszcza, że spora grupa czytelników, nauczona przykrymi doświadczeniami, czekała z zakupem, aż całość będzie po polsku. Trudno im się dziwić, bo niestety porzucanie serii to dość powszechna na naszym rynku praktyka, choć może akurat nie w wykonaniu tego wydawnictwa. Tym bardziej rozczarowująca była decyzja odnośnie Carriger. Cóż, życie...


4. Artbook do filmu "Jak wytresować smoka". Albo jakiegoś innego pięknego filmu z pięknymi smokami (może być też któraś z moich ulubionych animacji). 
To jest w ogóle dziwne, bo jak uwielbiam i zawsze wzdycham do artbooków maści wszelakiej, tak... nie mam ani jednego. Za to ten do HTTYD chciałaby najbardziej ze wszystkich (bardziej mogłabym chcieć chyba tylko ten dotyczący ekranizacji "Temeraire" Novik, ale nie ma przecież ani filmu, ani tym bardziej artbooka. Choć album wszystkich amerykańskich okładek i pokrewnych tematycznie prac ich rysownika też bym chętnie przygarnęła). Po prostu uwielbiam patrzeć, jak wraz z postępem prac zmieniały się projekty postaci, a wiele obrazków powstałych w ramach przygotowań jest po prostu pięknych nawet jeśli się nie wie, że zostały stworzone na potrzeby ulubionego filmu. Szanse, że ta akurat książka wyjdzie kiedyś po polsku są przyzerowe (jedyne książki z serii "jak robiono film", o których wiem, to te dotyczące ekranizacji Tolkiena. Śliczne są, ale za mało smoków na mój gust), ale to akurat nie jest problem, bo tu najważniejsza jest strona graficzna (plus, nie spodziewam się tekstu na tyle skomplikowanego, żebym nie mogła sobie z nim poradzić nawet z moim marnym angielskim). Musiałabym się tylko przekonać do zakupów z Amazonu... A może lepiej poczekać, aż ten wejdzie na polski rynek?;)


5. Wszystkie książki z serii "Uczta Wyobraźni", które chciałam sobie kupić, ale nie zdążyłam...
Czyli na przykład widniejące obok. W razie gdyby ktoś nie wiedział, służę wyjaśnieniem, że książki z UW nie są wznawiane (przynajmniej nie w szacie graficznej serii), nie ma też dodruków, więc jeśli ktoś się nie załapie, to po ptokach. (Chyba że stać go na zapłacenie ceny z pięciokrotną przebitką na alledrogo, to wtedy jest jeszcze nadzieja. Ja wolę te dwieście złotych spożytkować inaczej, w końcu za taką sumkę można sobie kupić znacznie więcej książek niż jedna) Trzy, które widać na załączonym obrazku to moje osobiste największe bolączki. Z "Atlasem chmur" jeszcze nie jest tak źle, bo nie zależy mi, żeby mieć koniecznie wydanie z Uczty. Chcę mieć wydanie estetyczne, a to jak dotąd najbardziej mi się podoba (okładka jest fenomenalna). Niestety, cały nakład rozszedł się w ciągu trzech czy czterech miesięcy od premiery i zostało tylko ohydne wydanie filmowe. Ale jest nadzieja - istnieje szansa, że wydawca kiedyś wznowi w innej szacie graficznej, a ja wierzę w poczucie estetyki Maga - "Ślepowidzenie" doczekało się dwóch bardzo przyzwoitych wydań pozaucztowych (ciągle się waham, ale powoli się łamię. Może nabędę razem z kontynuacją - "Echopraksią"). "Nakręcana dziewczyna" Bacigalupiego co prawda też doczekała się wznowienia, ale wersja bez zbioru opowiadań w pakiecie (o którym wydawca powiedział, że nie ma takiej opcji, żeby pojawił się w innej odsłonie) niezbyt mnie interesuje. W wyścigu po "Welin" zaś przegrałam już na starcie, bo nakład książki wyczerpał się, zanim dotarło do mnie, że takowa istnieje. Teraz przynajmniej kupuję interesującą UW na bieżąco, ale tych kąsków już raczej nie nabędę...


 6. "Kroki w nieznane" 2005 i 2007
Sytuacja analogiczna jak z Ucztą Wyobraźni - po prostu się nie załapałam. I o ile na tom z 2009 roku mogę jeszcze liczyć w wydaniu miękkookładkowym, to na te dwa wcześniejsze już nie. Wcześniej była jeszcze nadzieja - Solaris udostępnił pięć pierwszych tomów serii w druku na życzenie, jako że niektóre nie były już dostępne na rynku. To było skorelowane w czasie z moim postanowieniem zebrania serii, więc się ucieszyłam i oddałam pozyskiwaniu pozostałych tomów, bo przecież w druku na żądanie nakład mi się nie wyczerpie. A tu kicha, bo nagle się okazało, że są problemy z prawami do niektórych opowiadań z pierwszych trzech tomów serii i wydawca wycofał je ze sprzedaży. Tom drugi udało mi się dorwać w twardej oprawie, ale pierwszy i trzeci przepadły (analogicznie jak w przypadku UW, nie mam zamiaru wydawać trzycyfrowych sum na okazy z Allegro - potrafię znaleźć lepsze zastosowanie dla takiej kwoty). Pozostaje mi liczyć na jakąś szczęśliwą gwiazdę, która przyświeci mi w antykwariacie (choć obecnie nawet egzemplarz z biblioteki by mnie zadowolił. Skoro już nie mogę ich postawić wraz z resztą serii na półce, to przynajmniej chciałabym poznać treść).


Zdjęcie z oficjalnej strony autora.
 7. W miarę kompletny zbiór opowiadań Kena Liu
Jeśli komuś zdarza się czytać moje notki o kolejnych numerach Nowej Fantastyki, miał okazję się przekonać, że Ken Liu wyrasta na jednego z moich ulubionych twórców krótkiej formy. Fajnie, że redakcja pisma go drukuje - i to, jak pisze, tylko najlepsze teksty, pomijając te "zaledwie bardzo dobre" - ale marzy mi się książkowe wydanie. Po pierwsze dlatego, że chciałabym mieć wszystkie teksty autora w jednym miejscu, a po drugie dlatego, że osobiście lubię zbiory opowiadań. Niestety, jak to u pisarza znanego tylko z krótkich form, nawet oryginalne wydania tekstów są rozproszone po różnych czasopismach i antologiach tematycznych i raczej nie zanosi się na to, żeby ktoś zechciał je zebrać do kupy. Sytuację może zmienić powieść autora (która również mogłaby się znaleźć na tej liście. Nie znalazła się, ponieważ premiera planowana jest na przyszły rok i ciągle się łudzę, że do tego czasu ktoś jednak zechce ją u nas wydać), oczywiście tylko w wypadku, kiedy okaże się bestsellerem. Wtedy może ktoś (może nawet polski wydawca sam wpadnie na ten pomysł - przykład Petera Wattsa pokazuje, że nie jest to wcale takie niemożliwe) zdecyduje się wybrać teksty (liczę na przynajmniej dwadzieścia, choć wymarzonym rozwiązaniem byłyby wszystkie) do zbioru opowiadań. Ale na razie zbyt wiele tu zmiennych, żeby mówić o prawdopodobieństwie istotnie różnym od zera.

A jak wyglądałaby Wasza lista?

sobota, 16 sierpnia 2014

Subiektywne prasowanie #26 - Nowa Fantastyka 08/2014

Z okładki sierpniowego numeru Nowej Fantastyki spogląda na nas Herkules. Trochę mnie to zdziwiło, bo przecież hitem miesiąca są „Strażnicy Galaktyki” i to raczej ich bym się spodziewała, a nie fotosu z filmu o znacznie słabszej promocji. Ale nie przedłużając, zajrzyjmy do środka.

Wstępniak to tym razem rozważania o naturze humanisty w klasycznym tego słowa znaczeniu. Całkiem to zmyślnie napisane, choć może niespecjalnie odkrywcze. Mateusz Wielgosz sarka na piarowe posunięcia NASA, która postanowiła swoim sztandarowym produktem uczynić napęd WRAP. Bardzo trafiają do mnie jego argumenty.

Dalej mamy to, czego zabrakło mi na okładce, czyli długi artykuł o kolejnych (przeważnie komiksowych) inkarnacjach Strażników Galaktyki. Film co prawda przede mną, więc nie wiem, jak treść artykułu ma się do niego, ale pouczyłam się nieco podbudowana wiedzą. Zaraz za strażnikami kolejny filmowy temat, czyli historia Wojowniczych Żółwi Ninja. Artykuł sprawnie nakreśla ich genezę i karierę, więc jeśli ktoś chciałby się zapoznać ze wszystkimi dziełami z udziałem wojowniczych gadów, to znajdzie tu idealny przewodnik. Dla tych, którzy wybierają się na film, tekst może się stać ciekawym uzupełnieniem.

Następny jest długi (w ogóle w tym numerze teksty wydają mi się dłuższe niż zazwyczaj) wywiad z Tadem Williamsem. Choć moje pierwsze spotkanie z autorem nie przebiegło zbyt pomyślnie, to rozmowę przeczytałam ze sporą przyjemnością, bo autor zdaje się być interesującym człowiekiem, a i pytania otrzymywał sensowne. Po rozmowie z Williamsem kończymy literacką wycieczkę do Brazylii rantem o współczesnym obliczu fantastyki w tym kraju.

I dopiero teraz docieramy do tematu z okładki, czyli artykułu o wizerunku Herkulesa w filmie, w którym Jerzy Rzymowski ubolewa (poniekąd słusznie), że mało kto sili się na pokazanie dramatycznej strony tej postaci (i podaje dość zaskakujące dla mnie dane o popularności disnejowskiego „Herkulesa”. Choć moje zaskoczenie bierze się pewnie z tego, że pan Rzymowski kierował się być może wynikami sprzedaży tudzież oceną na Filmwebie a ja brakiem entuzjastycznego (uznajmy to za gruby eufemizm) fandomu). W charakterze książki miesiąca tym razem „Pozostawieni” Toma Perrotta. Samej książki nie czytałam, ale pomysł na fabułę mogę skomentować tylko słowami przypisywanymi George’owi Martinowi: „Zniknęło 2% ludzkości? I ktoś to w ogóle zauważył?”

Przejdźmy o felietonów. Maciej Parowski prezentuje drugą odsłonę rozważań o cenzurze i tym razem bardziej się skupia na zagadnieniu autocenzury. Rafał Kosik pisze o bezsensie nadregulacji prawnych. Z zasadniczą tezą felietonu się zgadzam, ze szczegółami już nie, bo moja i autora definicja nadregulacji diametralnie się różnią. Poza tym znowu przyłapałam go na reaserchu ziemkiewiczowskim – wstyd, panie Kosik, nikomu już nie można ufać. Za to Peter Watts komentuje niepokojące wyniki pewnych badań naukowych dotyczących związku między zdolnością weryfikacji faktów a ich zgodnością z poglądami badanych. Jak zwykle bardzo ciekawy tekst. Łukasz Orbitowski znowu pisze o filmie, który nie jest horrorem. I tym razem wydaje się to być film dla mnie, aczkolwiek należy go przeznaczyć na oglądanie w specyficznym stanie ducha. A mowa o „Kin Dza Dza!”.

Poświęcę jeszcze klika zdań recenzjom, bo tak się złożyło, że tym razem przeczytałam niektóre książki zrecenzowane w numerze, więc mogę się odnieść. „Szczęśliwej godziny w piekle” Tada Williamsa co prawda postanowiłam nie czytać, a Jerzy Rzymowski utwierdza mnie w przekonaniu, że dobrze zrobiłam, choć jemu akurat książka się podobała. Za to „Krew tyranów” oceniamy podobnie wysoko, choć znowu mnie podobały się zupełnie inne elementy powieści niż rednaczowi. Za to ze zdaniem Jerzego Stachowicza o „Aposiopesis” zgadzam się w całej rozciągłości, choć to i owo jeszcze bym dodała (i dodam niebawem, bo książka już przeczytana).

Opowiadania w tym numerze trzymają zaskakująco wysoki poziom. „Księżniczka i śpiący rycerze” wspomnianego wyżej Andrzeja W. Sawickiego to bardzo sprawnie napisane przygodowe opowiadanie w klimacie steampunku zmieszanego z cyberpunkiem. Dawno nie czytałam w dziale prozy polskiej tak sprawnie napisanego, czysto rozrywkowego tekstu. Gdybym wcześniej nie czytała „Aposiopesis”, historia księżniczki i jej nietypowych rycerzy (zamach stanu gratis) z pewnością pozytywnie by mnie zaskoczyła. A tak dostałam tylko potwierdzenie, że Sawicki to autor, któremu z pewnością warto się bliżej przyjrzeć. „Kolczasty” Tomasza Duszyńskiego to opowiadanie w zupełnie innym klimacie – bliżej mu moim zdaniem do realizmu magicznego niż do czystej fantastyki. Klimat przypomina mi raczej powieści Marqueza pożenione z Shepardem w bardziej odrealnionej odsłonie. Aczkolwiek tematyka około wojenna raczej nie jest moją ulubioną.

Proza zagraniczna to standardowo trzy teksty. „Ilustrowana biografia Lorda Grima” Daryla Gragory’ego to przewrotna próba pokazania jak wygląda rzeczywistość szarych mieszkańców w świecie superbohaterów. Jeśli dodam, że owi mieszkańcy żyją akurat w kraju rządzonym przez superprzestępcę, robi się jeszcze ciekawiej. Okazuje się bowiem, że w pewnym momencie nikt już nie chce, żeby go wyzwalać – ludzie po prostu chcą mieć święty spokój (myślę, że można się doszukiwać głębszych konotacji, jeśli ktoś ma ochotę). „Odrodzenie” Kena Liu to dla mnie najlepsze opowiadanie w numerze. W zasadzie zasługuje na osobną notkę (której kiedyś może się doczeka), bo w ta krótkiej wzmiance niewiele mogę o nim powiedzieć. Dość zdradzić, że autor porusza w nim kwestię kontaktu z obcym znaczenia pamięci i zadaje pytania o to, co definiuje naszą tożsamość. A to tylko czubek góry lodowej. „Raj na pustyni” Adriana Simmonsa dla odmiany oceniam jako najsłabsze w numerze – z tym, że to ciągle jest opowiadanie przynajmniej dobre. Prosta, mało zaskakująca, ale solidnie napisana historia fantasy z ciekawie zarysowanymi bohaterami. W innym towarzystwie mogłaby uchodzić za gwiazdę wieczoru, ale tym razem przypadła jej rola szarej myszki.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

PAJĄKI. PAJĄKI SĄ MIŁE czyli arachnofilozofia dla początujących - "Pająki pana Roberta" Robert Pucek

Po roku doczekałam się drugiej książki w serii Menażeria. Szok, szczerze mówiąc bałam się, że projekt umarł. Szkoda by było, bo uwielbiam „zwierzęce” serie. Tymczasem wydawca na tym nie poprzestał i dołożył jeszcze jeden szok – książka jest polskiego autorstwa. Niby nic takiego, bo Czarne często Polaków wydaje. Problem w tym, że Polacy, poza kilkoma nazwiskami będącymi marką samą w sobie, rzadko piszą o zwierzętach – i najczęściej jeśli już to robią, to w lukrowo-sentymentalnym klimacie (swego czasu „Biuro kotów znalezionych” też mnie zaskoczyło brakiem lukru, no ale tam były koty czyli przynajmniej odpowiednio popularna tematyka). Pan Pucek zaś postanowił stworzyć książkę na kilku poziomach niepopularną: raz, że polskiego autorstwa, dwa, że lekko filozoficzną, a trzy… o pająkach. Takiej dozy planowanej niepopularności nie mogłam minąć obojętnie.

O czym właściwie są „Pająki pana Roberta”? No… o pająkach. Z tym, że pan Robert nie jest arachnonerdem, poświęcającym życie i karierę naukową tym ośmionogim stworzeniom (znam ten typ, potrafi trzymać pięćdziesiąt pająków w terrarium w akademiku), tylko filozofem. I filozoficznie właśnie do pająków podchodzi – zamiast fascynować się najnowszymi odkryciami z dziedziny arachnologii, czyta oczarowany zakurzone stare woluminy o naszych rodzimych stawonogach, po czym cytuje je i porównuje z czynionymi własnoręcznie (własnoocznie?) obserwacjami. Trochę przy tym filozofując.

Książka jest więc filozoficznym atlasem przyrody. Są tam opisane obyczaje pająków, jakie każdy z nas spotyka w swoim otoczeniu, z dodatkiem zdecydowanie nienaukowego komentarza. Każdy rozdział opowiada o innym pająku i czasem mocniejsza stroną jest przyroda, a czasem filozofia, więc każdy znajdzie coś dla siebie (no, może poza zatwardziałymi racjonalistami. Osobiście wyrażam pogląd konsultantki naukowej dzieła, która odżegnuje się jednoznacznie od „herezji, jakie autor wypisywał na temat ewolucji” [125]).

„Pająki pana Roberta” mają też pewien nieokreślony urok. Sam autor-narrator (przy takiej zbieżności skojarzenia są nieuniknione) jest bardzo podobny do herbertowskiego pana Cogito. Z resztą, Herbertowi już w przedmowie oberwało się za pomylenie łątki z jętką i autor w tym momencie podbił moje serce (tak, należę do osób, które niesamowicie się irytują takimi drobiazgami. Zawsze to miło znaleźć z autorem jakąś wspólna płaszczone porozumienia). Poza tym narrator obserwuje świat z dziecięcym zachwytem dla całkiem prozaicznych zjawisk, potrafiąc przy tym wciągać dojrzałe wnioski (z tym, że zgoła nienaukowe). Bardzo przyjemnie się to czyta, zwłaszcza, że podane jest przystępnie. Nawet ulotne wrażenie, że autor musiał momentami poskramiał swą naukową manierę pisarską (czysto subiektywne z resztą) nie przeszkadza w delektowaniu się pajęczymi opowieściami.

Śliczne pan Robert ma pająki. Kocha je i szanuje, choć tak naprawdę do niego nie należą. Może z resztą są częścią czegoś większego? Może pan Robert używa ich tylko jako przykładów, okruszków, za pomocą których zadaje nam pytania o obraz całości? Ja wam nie powiem, zgadnijcie sami.

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Czarne.


Tytuł: Pająki pana Roberta
Autor: Robert Pucek
Seria: Menażeria
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2014
Stron: 126
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...