poniedziałek, 20 października 2014

Wyssij mój saksofon czyli zdecydowanie preludium - "Księżyc nad Soho" Ben Aaronovitch

Okazuje się, że mam słabość do czarodziejskich detektywów w wielkim mieście, a oni to bezczelnie wykorzystują – Grant z Dresdenem regularnie mijają się w drzwiach, a pod progiem czai się Swift (choć nie znam go jeszcze, może tylko udaje detektywa). Niedawno byłam na wycieczce w Chicago (choć Harry nie jest najlepszym przewodnikiem. Na szczęście i tak nie można się przy nim nudzić), czas więc znowu odwiedzić Londyn. Jeśli chodzi o oprowadzanie po mieście, to Peter Grant jest zdecydowanie lepszym towarzyszem.

Po wydarzeniach z „Rzek Londynu” Peter wciąż rozwija swoje umiejętności magiczne - potrafi już nie wysadzić w powietrze biurka, przy którym trenuje. Niestety, Lesley z wiosennych wydarzeń nie wyszła bez szwanku i ciągle zmaga się z ich konsekwencjami. Tymczasem umiera jazzman. Facet w średnim wieku, praca dość stresująca, to i nic dziwnego, że na zawał kojfnął zaraz po stresującym jak każdy koncercie. Nikt by na niego nie zwrócił uwagi, gdyby nie unosząca się nad denatem woń magii. Prędko okazuje się, że jazzamn nie był jedynym pachnącym magią muzycznym trupem. Na dodatek znowu zaczyna grasować pewna penisożerna piękność. W ogóle coś dziwnego dzieje się w mieście i tym razem miejscowe bóstwa nie mają z tym nic wspólnego.

Mam problem z tą książką, a właściwie nawet nie z nią samą tylko z pisaniem o niej notki. Bo widzicie, „Księżyc nad Soho” jest tak naprawdę bardzo podobny do „Rzek Londynu”, może ciut lepiej skonstruowany. Opiera się na podobnym schemacie i pomyśle (czyli wciągnięciu wątku (pop)kulturowego w zagadkę kryminalno-magiczną), bohaterowie trochę się rozwijają, a i język ciut lepszy, ale to w sumie wszystko. Niemniej, jest parę detali, na których chcę się skupić i trochę pomarudzić.

Na początek pomarudzę nad Grantem. On sam ciągle jest fajny, właściwie jako postać został tam, gdzie był. Autor postanowił jednak podkreślić te jego cechy, które w poprzednim tomie nie miały okazji dobrze się zaprezentować. I tak Peter nie porzucił swoich eksperymentów z magią (które przypominają ogólnie szkolne eksperymenty chemiczne, minus szkodliwe substancje), co może w końcu zaowocuje oświeceniem czytelnika w kwestii, jak ta magia właściwie działa. Z gorszych wiadomości, zubożały nam relacje młodego posterunkowego z otoczeniem. Lesley została z konieczności zepchnięta w cień – po wydarzeniach z poprzedniego tomu nie może pełnić czynnej służby i przechodzi długotrwałą rekonwalescencję, więc trzyma się obrzeży fabuły. Ta sytuacja byłaby świetną okazją do pokazania bardziej skomplikowanej niż „czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie” więzi (nie zrozumcie mnie źle, tego typu układ też można ciekawie przedstawić. Ale ogólnie, razem z „ich dwóch, ona jedna” to chyba najbardziej wyświechtany schemat), jednak autor nie do końca ją wykorzystał. Pokazał co prawda, że jest ciężko, ale większość zbył milczeniem. Szkoda. Tak samo jak szkoda, że nikt u boku Granta nie zastąpił Lesley (co prawda są dwie pretendentki, ale rola jednej sprowadza się właściwie do płomiennego romansowania, a druga jest tak starą policyjną wyjadaczką, że wciągnęłaby posterunkowego nosem, toteż asymetria we wzajemnych relacjach całkowicie je przytłacza. Choć kandydatka numer dwa ma potencjał).

Lesley zresztą nie daje czytelnikowi o sobie zapomnieć, choć autor pokazuje ją tak oszczędnie. Trauma jej nie złamała, choć znacząco nadwątliła pewność siebie. Ale to twarda dziewczyna i pretenduje do miana jednej z moich ulubionych postaci kobiecych, o ile oczywiście autor będzie dalej podążał tą drogą. Nawet ten straszliwie odczapisty wątek, jaki Aaronovitch zaserwował nam na ostatniej stronie ma możliwość przekształcenia się w coś fajnego. Wiem, że autora na to stać.

A skoro już przy wątkach jesteśmy, to poza standardową zagadką odcinka zaczyna się wykluwać coś większego. Oczywiście to dopiero preludium, ale mam wrażenie, że wydarzenia i postacie wprowadzone w „Księżycu…” będą się powtarzać jak uporczywy refren w kolejnych tomach. Na myśl o czym już się cieszę, gdyż są bardzo barwne i zdecydowanie ciekawsze od standardowych zagadek. A poza tym, dzięki nim poznajemy jakieś okruchy z przeszłości Nightingale’a i brytyjskich czarodziejów. W poprzednim tomie autor sugerował, że policyjny mag jest wszystkim, co pozostało z brytyjskiej magii, teraz jednak jakby zauważył, ze zamyka sobie bardzo kuszące drzwi i postanowił zmienić front.

Właściwie, to bardzo przyjemna książka – autor zadbał nawet o podkład muzyczny, bo każdy rozdział nosi tytuł jednego z jazzowych standardów. Niemniej, jestem trochę rozczarowana. Czytałam opinie, że „Księżyc…” jest znacznie lepszy od „Rzek…”. Lepszy jest, czy znacznie, nie powiedziałabym. Raczej troszkę. Ale Granta polubiłam już wcześniej i jeśli tylko będzie chciał mnie jeszcze raz oprowadzić po Londynie, to chętnie na tę wycieczkę pójdę. To towarzysz, z którym nie można się nudzić. 

Tytuł: Księżyc nad Soho
Autor: Ben Aaronovitch
Tytuł oryginalny: Moon Over Soho
Tłumacz: Małgorzata Strzelec
Cykl: Peter Grant
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2014
Stron: 384

sobota, 11 października 2014

Nieregularny karnawał blogowy #3

Postanowiłam sprawić, aby nieregularny karnawał był bardziej regularny. Nie w sensie czasowym, bo idea wyszukiwania ciekawych linków co ściśle określony czas pozostaje mi obmierzła. Będę bardziej regularna w gromadzeniu tychże linków - trzeba je łapać, póki są świeżutkie, nawet jeśli trochę w klatce posiedzą, zanim się je publiczności pokaże. A że się nazbierało, to pokazuję:


Nie wiem jak wam, ale mnie zawsze jakoś tak przyjemniej się oglądało, gdy postać w filmie czytała książkę. Zwierz stworzyła zestawienie swoich ulubionych książek w filmach.

Fabulitas podaje miażdżące odpowiedzi na najpopularniejsze antyfeministyczne zagrywki w dyskusjach o popkulturze. Dla mnie bomba, bo sama często ubolewam nad kiepsko skonstruowanymi postaciami kobiecymi i się nad tym rozwodzę. Na szczęście rzadko udzielam się w tych fragmentach internetu, gdzie mógłby mnie spotkać ostrzał odczapistymi argumentami, o których pisze Fabulitas, ale jeszcze wszystko przede mną.

Na Kaczej zupie bardzo fajna notka o tym, dlaczego nie ma co się oburzać, że blogerzy popkulturowi czasem dostają jakieś fanty do zrecenzowania. Zgadzam się w całej rozciągłości.

A Grendella pisze o "Czarnoksiężniku z Archipelagu" tak, jak ja bym chyba nigdy nie potrafiła. Choć przekaz miałybyśmy podobny.;)

Tu z kolei Drakainy garść luźnych refleksji o literaturze współczesnej, zwłaszcza polskiej. Nie, żebym się szczególnie (czy nawet nieszczególnie) na takowej znała, ale jakoś bliskimi mi się widzą poglądy autorki notki.

W Tramwaju nr 4 można przeczytać trochę inną notkę o współpracy z wydawnictwami. konkretnie o jej mrocznej stronie.;)

Znowu Zwierz, tym razem o tym, czego nie lubi w książkach. Dyskusja na 150 komentarzy gratis (a ja się czuję jak ostatnia osoba w internecie, która znalazła ten wpis).

Kasjeusz jak zwykle pięknie, tym razem o smokach. Notka o smokach musiała się tu znaleźć.;)

Coś, co powinni przeczytać wszyscy, którym marzy się wydanie własnej książki, czyli krótki eksperyment na temat tego, czy firmy wydawnicze interesują się jakością nadsyłanych tekstów.

Zwierz ponownie, tym razem z wpisem noszącym pewne znamiona popularnonaukowości (o ile można odnieść ten termin do historii kina). Rzecz o Hollywood sprzed czasów kodeksu Haysa.

Padma o byciu oczytanym. Krótko i celnie, jak zawsze.

poniedziałek, 6 października 2014

Subiektywne prasowanie #28 - Nowa Fantastyka 10/2014

Okładka październikowego numeru Nowej Fantastyki została ozdobiona fotosem ze „Strażników”. Nie żeby coś o nich pisano w środku (a przynajmniej nie jakoś szczególnie o nich), ale w Łodzi akurat odbywał się Międzynarodowy Festiwal Komiksu, więc komiksowa grafika to sensowne rozwiązanie (choć myślę, że można byłoby poszukać jakiejś niefilmowej. Ale nie będę się czepiać).

Jerzy Rzymowski we wstępniaku poświęca kilka słów rocznicy swego wstąpienia na rednaczowski stołek i uchyla rąbka tajemnicy odnośnie planów na przyszłość. A w planach jest na przykład poszerzenie oferty elektronicznych form czasopisma (sama najchętniej bym się na taką przestawiła, ale to może dopiero wtedy, gdy zakupię czytnik). Szykuje się też coś grubego, ale chwilowo rednacz nie zdradza więcej szczegółów.

Mateusz Wielgosz tym razem z lekką nutką goryczy, ale w krótkich słowach rozprawia nad tym, jak to media traktują informacje naukowe. A traktują kiepsko, bo wybierają tylko zdania brzmiące sensacyjnie, a niekoniecznie sensownie (zwłaszcza wyrwane z kontekstu). Dalej mamy temat z okładki, czyli tekst z okazji łódzkiego MFK. Nie dotyczy on jednak samego festiwalu, a naświetla nam historię komiksu (zwłaszcza zachodniego) w Polsce. Tekst zapewne mocno skrótowy ze względu na formę, ale zawiera wiele ważnych faktów, więc dla laika w sam raz.

Wawrzyniec Podrzucki tym razem zaserwował czytelnikom tekst nieco inny niż zwykle. Nie rozprawia się bowiem z fiction za pomocą science, a pozwala sobie na nieco luźniejszą refleksję na temat wykorzystania motywów religijnych i metafizycznych w hard SF. Bardzo ciekawie to wyszło. Zaraz potem możemy przejść do wywiadu z Elżbietą Cherezińską.

Fantastyczna podróż dookoła świat znowu zabierze nasz do Indii. Ku mojemu zdumieniu okazało się, że niektóre tytuły wspomniane w artykule zostały wydane w Polsce. Kilka innych niestety nie, a szkoda, bo bardzo chciałabym je poznać. A książka miesiąca została oczywiście „Echopraksja”, bo cóż by innego.

Artykułów jakoś mniej w tym numerze (przynajmniej takie robią wrażenie – choć trzeba przyznać, że recenzji za to jest wyraźnie więcej), przejdźmy więc do felietonów. Maciej Parowski pisze o wzajemnym oddziaływaniu na siebie polskich fantastów i skupia się na Snergu i Zajdlu. To dopiero pierwsza część, może później pojawią się inni. Rafał Kosik dochodzi do dość smutnego wniosku, że wielkie inwestycje typu nie lot na księżyc nawet, ale zakrojone na szeroką skalę projekty budowlane mogą być przeprowadzane tylko przez totalitarny rząd światowy. Ja bym jeszcze dodała korporacje, bo czemu by nie. Robert Ziębiński zastanawia się, czy budżet (lub jego brak) oddziaływuje na geniusz reżysera i jeśli tak, to jak. Ciągle jeszcze nie mogę się zgrać ze stylem autora, popadanie w liczne dygresje i odpływanie na chwilę do innych tematów to niekoniecznie to, czego w felietonie szukam. Ale to dopiero drugi tekst, więc może się przyzwyczaję. A Łukasz Orbitowski pisze o „Dust Devil”. Co prawda film kompletnie nie dla mnie, ale autor felietonu bardzo ciekawie podszedł do tematu różnych interpretacji tego horroru i śmiem twierdzić, że jest to jeden z jego najlepszych tekstów opisujących film kompletnie dla mnie nieatrakcyjny (bo jeśli czytam o filmie, który mogłabym obejrzeć, to jednak taki tekst oceniam trochę inaczej).

Opowiadania znowu prezentują wysoki poziom, choć może ich liczba nie jest imponująca. „Nawet cienie będą szeptać” Sebastiana Uznańskiego nie przechodzi testu brzytwą Lema. Co nie oznacza, że jest złe. Wręcz przeciwnie – bezsprzecznie jest to najlepsze spośród zamieszczonych w tym numerze polskich opowiadań. Bardzo podobała mi się konstrukcja tego tekstu, prosta i precyzyjna, jednocześnie z mistrzowskim użyciem metafor i przypowieści. Dodajmy do tego, że autor nie wątpi w inteligencję czytelnika i stara się go wciągnąć w opowieść, zagrać na jego emocjach, a otrzymamy coś zaiste smakowitego. „Powrót demonów słońca” Jana Żerańskiego to udana zabawa formą – autor chciał opowiedzieć historię fantasy za pomocą języka zarezerwowanego dla cyberpunku. Eksperyment można uznać za udany, aczkolwiek byłby zapewne udany bardziej, gdybyśmy poznali całość tej historii, bo teraz dostaliśmy tylko urywek. „Daję życie, biorę śmierć” Marty Krajewskiej to chyba próba pożenienia „Starej baśni” z horrorem. Całkiem udana, choć mnie najbardziej fascynowało to, jak autorka pokazała codzienność swoich bohaterów, która przecież była ściśle związana z tym, co ponadnaturalne. Z naszego punktu widzenia mamy tu horror i fantastykę, bo jakiś element grozy się pojawił. Ale dla tych bohaterów byłaby to codzienność, coś, o może nie zdarza się często, ale z czym trzeba się liczyć. Przy takim nastawieniu tekst czyta się o wiele przyjemniej.

Tekst zagraniczny mamy tylko jeden, za to całkiem spory i na poziomie. „Anioły sublimacji” Jasona Stanforda to historia rebelii (w sumie podobnie jak „Gliniane ławice” z czerwcowego numeru. Właśnie sobie uświadomiłam, jak bardzo jest zbliżona ich tematyka) z obcymi w tle. Mamy tu dobrze zarysowanych bohaterów, mamy personalne dramaty, mamy przemiany i dochodzenie do prawdy. Wszystko to świetnie napisane (choć próby stylizacji językowej wyszły moim zdaniem jednak niezgrabnie), nawet jeśli niezbyt odkrywcze. Krótko mówiąc, kawał solidnej, choć może nie genialnej fantastyki.

sobota, 4 października 2014

Rozdziobią nas kruki, czyli drugie życie kupy słonia - "Wieczne zycie" Bernard Heinrich

W serii „Menażeria” mieliśmy już reportaż i książkę przyrodniczo-filozoficzną. Najnowsza pozycja, czyli „Wieczne życie” trochę mnie zaskoczyła – jest chyba najbliższa książce popularnonaukowej (właściwie nawet można ją tak zakwalifikować). Z jakichś intuicyjnych przyczyn byłam przekonana, że seria będzie się skłaniać w stronę literatury wspomnieniowej bądź reportażu właśnie (być może jest to wpływ pierwszego wrażenia). Sprawdźmy więc, co nam pan Heinrich przygotował.

„Wieczne życie” to próba opisu, jak to, co w środowisku naturalnym umiera, zamienia się z powrotem w życie. Próba oczywiście niekompletna, bo dwieście stron to zdecydowanie zbyt mało aby zmierzyć się z tematem. Dlatego też autor wybrał kilka intrygujących przykładów i na nich się skupił. Są to przykłady dobrze ilustrujące najczęściej spotykane procesy. Mamy więc pochówek myszy i pożarcie grubszego zwierza, trochę o ptakach ścierwojadach i o kupie słonia, a wreszcie dużo miejsca poświęconego powolnemu procesowi umierania drzewa.

Bernard Heinrich jest emerytowanym profesorem biologii, nie dziwi więc jego rozległa wiedza na tematy, o których pisze. Za to sprawność, z jaką posługuje się piórem jest już znacznie bardziej zaskakująca (zwłaszcza, jeśli porówna się książki pisywane przez polskich naukowców – u nas niestety standardem jest używanie sztywnego, naukowego języka w książkach przeznaczonych dla szerokiej publiczności). Bo pióro ma precyzyjne, celnie podsumowujące najważniejsze fakty. Jednocześnie nieco gawędziarski styl potrafi sprawić, że nawet o wzajemnych relacjach chrząszczy grabarzy z roztoczami czyta się z fascynacją. I bardzo łatwo do tego, bo „Wieczne życie” wręcz pochłania się przez osmozę – co pozwala mi nadać mu tytuł jednaj z najsprawniej napisanych książek z pretensjami do popularnonaukowości, jaką czytałam.

Miałam napisać, że temat może wydawać się nieciekawy, bo rozkład raczej nie jest tym, co ludzi przyciąga, ale najwyraźniej się myliłam – jak można było przeczytać na facebookowym fanpage'u wydawnictwa, pierwszy nakład rozszedł się w ciągu miesiąca. Cóż, najwyraźniej krążenie materii w przyrodzie jednak interesuje ludzi. O ile rozkład drewna jeszcze można zaobserwować we własnym ogródku, mało komu chce się godzinami patrzeć na martwe myszy w celu ustalenia, co się z nimi dzieje. Autor „Wiecznego życia” nas w tym wyręczył, oferując poręczne okienko do zaglądania w świat przyrody. Właśnie w taki, który właściwie mamy na wyciągnięcie ręki, ale z różnych powodów nie poznajemy bliżej (wyłączając może słonie i to, co po nich zostaje. I sępy, bo u nas to jeno kruki i wrony).

Wydawałoby się, że tego typu książka nie ma bohaterów, ale to złudne wrażenie. Głównym bohaterem jest narrator, czyli autor – poznajemy jego wspomnienia, jego przemyślenia i czytamy opowieści o jego badaniach terenowych w Afryce. Ale jest jeszcze kruk Goliat i jego partnerka Białopiórka (chętnie poczytałabym o nich więcej, kruki to fascynujące zwierzęta) i cała rzesza anonimowych chrząszczy, much i sępów. Świetnie się czyta o ich losach.

„Wieczne życie” to kolejna świetna pozycja w „Menażerii”. Temat ciekawy, wykonanie piękne – czegóż chcieć więcej? Pozostaje mi tylko polecić.

Książke otrzymałam od Wydawnictwa Czarne

Tytuł: Wieczne życie. O zwierzęcej formie smierci
Autor: Bernd Heinrich
Tytuł oryginalny: Life Everlasting. The Animal Way of Death
Tłumacz: Michał Szczubiałka
Cykl: Menażeria
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2014
Stron: 220

środa, 1 października 2014

Stosik #60

Odebrałam dziś z poczty swoje spóźnialskie książki, więc możemy przechodzić do prezentacji kompletu moich wrześniowych nabytków.:)


Stos średnich rozmiarów, znacznie powiększony o rabunek na Serenity. Trzy książki na samej górze to właśnie owoce tego rabunku.;) "Zgonu" jestem ciekawa jako lekkiego czytadełka na jesienne wieczory. "I dusza moja" Cetnarowskiego to moje trochę nemesis - z opowiadaniami Cetnarowskiego prawie zawsze mi nie po drodze, ale Serenity bardzo się ta powieść podobała, więc chyba warto spróbować. Ze "Stoma dniami bez słońca" Szostaka mam podobnie, bo opowiadania tegoż pozwoliły mi stwierdzić, że istotnie jest on świetnym pisarzem. Tylko kompletnie nie w moim guście. Zobaczymy, czy coś się przez ostatnie kilka lat zmieniło.

Dwie kolejne to moje wrześniowe zakupy, czyli wiecznie odwlekany "Neonowy dwór" i takiż "Księżyc nad Soho". Podwójna dawka urban fantasy. "Księżyc..." już napoczęłam i cieszę się ze spotkania ze starymi znajomymi.

A na dole moduł recenzencki. Malutka "Ametysta" to egzemplarz od autorki - pierwsza od czasów "Jamili" książka selfpublishingowa, jaką mam zamiar przeczytać. Mam nadzieję, że spotkanie przebiegnie znacznie bardziej pomyślnie niż poprzednie. "Czarne skrzydła" od Literackiego należą do gatunku rzadko spotykanego na moim blogu, mianowicie powieść obyczajowa. "Sekretne życie pszczół" stoi na półce jak wyrzut sumienia, ale kiedyś bardzo mi odpowiadał klimat amerykańskiego południa nakreślony przez Fannie Flagg, a Kidd jest do niej często porównywana. Poza tym liczę na prawdziwą symfonię kobiecych charakterów.;)

I jeszcze trzy rzeczy od Rebisu. "Wrota mistrza wojny" to najnowszy tom "Cieni Pojętnych" i bodziec do nadrabiania cyklu. Podobnie z "Wilczym przesileniem", plus chcę zobaczyć, czy i jak mój stosunek do Rice się zmienił od czasu spotkania z "Wampirem Lestatem". No i największa ciekawostka z całej trójki, czyli "Tysiąc imion". Czytałam wstęp, jeszcze nie wiem, co o tym myśleć, ale mam nadzieję, że szybko się dowiem.

A poza tym obmacałam sobie trzecie wydanie "Ślepowidzenia" w sempiku. Zastanawiam się, czy sugestie dotyczące urodzin, które są za dwa miesiące nie są aby ciut wczesne...

poniedziałek, 29 września 2014

Anielski, diabelski, kosmiczny czy ziemski czyli spadkobiercy duchowi Pawełków i Janeczek - "Tajemnica Diabelskiego Kręgu" Anna Kańtoch

Annę Kańtoch uważam za dobrą pisarkę. Nie tylko ja zresztą, o czym świadczą liczne fandomowe nagrody, jakie otrzymuje. I chociaż konwencja i pewne elementy konstrukcyjne pozostają właściwie niezmienione, to autorka lubi w tę formę wciskać różne tworzywo. „Tajemnica Diabelskiego Kręgu” to tworzywo powieści młodzieżowej. Jak jej się to udało?

Nina miała osiem lat, kiedy z nieba spadły anioły. Było to w czasie, kiedy Polska intensywnie leczyła rany po II wojnie światowej i dla małej Niny, jak i dla większości Polaków, był to znak od samego Boga. Teraz Nina ma trzynaście lat i czasem nachodzą ją wątpliwości, czy anioły rzeczywiście są boskimi posłańcami choć nie wypada takich myśli wypowiadać, ani nawet świadomie formułować. Niemniej, kiedy skrzydlaty z ich kamienicy mówi Ninie, że ma wyjechać do klasztoru w Markotach, dziewczyna wybiera się w drogę. Okazuje się, że na miejscu czeka na nią jeszcze dwanaścioro kolegów i koleżanek oraz splot tajemniczych zdarzeń. A także ukryte niebezpieczeństwo.

Powiem na wstępie, że jako lekka powieść młodzieżowa „Tajemnica Diabelskiego Kręgu” mnie nie rozczarowała. Spodziewałam się solidnie napisanej, prostej i w pełni rozrywkowej historii i taką dostałam. Co prawda wiem, że Kańtoch jest zdolna do rzeczy daleko lepszych, ale wiedziałam też, że tym razem czeka mnie czysta rozrywka (jakoś tak mam, że po Uroborosie spodziewam się czystej, młodzieżowej rozrywki. Po Powergraphie na przykład już czegoś poważniejszego). Niemniej fakt, że dostałam dokładnie to, czego oczekiwałam, nie stoi na przeszkodzie, aby trochę o rzeczach fajnych i niedociągnięciach podeliberować.

Zacznijmy od bohaterów. Nina jest postacią bardzo dobrze napisaną – myśląca, bystra dziewczyna, trochę introwertyczna, ale nie jakoś szczególnie. Co prawda akcja toczy się w latach pięćdziesiątych, ale sądzę, że autorce udało się uchwycić wszystkie uniwersalne niezależnie od czasu cechy wczesnonastoletniego charakteru: jest skłonność do przesadnego dramatyzowania, do podważania autorytetów, ale też do podziwiania dorosłych, którzy w oczach bohaterki są tego podziwu godni. Przyznam, że Nina jest jedną z najlepiej skonstruowanych nastoletnich bohaterek, z jaką przyszło mi się spotkać. Niestety, trochę brakuje opisów interakcji z innymi bohaterami. Owszem, wyalienowanie w grupie, kiedy w toku fabuły koledzy odsuwają się od dziewczyny jest bardzo plastycznie opisane, ale problem w tym, że Nina nie nawiązała prawie żadnych relacji, których rozpad moglibyśmy oglądać. Autorka skonstruowała postać lekko aspołeczną, chyba świadomie, to i nie dziwota, że relacje są dość płytkie.

Sam brak głębi we wzajemnych stosunkach bohaterów byłby zapewne mniej widoczny, gdyby byli oni bardziej trójwymiarowi. I znów, Nina jest dopracowana, natomiast pozostałym dzieciom trochę tego dopracowania brak. Można to wybaczyć w stosunku do bohaterów, z którymi na wakacjach Nina nie trzymała się blisko – jeśli trzynaścioro dzieci spędzić razem i zamknąć na tydzień w jednym budynku, to będzie to zdecydowanie zbyt mało czasu, żeby nawiązały przyjaźnie z więcej niż jedną, dwiema osobami, a narracja prowadzona jest z perspektywy dziewczyny (choć trzecioosobowa) i dlatego pokazuje tylko te więzi, które bezpośrednio jej dotyczą. Niemniej, mamy przecież dwoje bohaterów, którzy zasłużyli na znacznie więcej, niż dostali. Tamara to zadziorna chłopczyca, która nie lubi swojej macochy, choć ta niczym sobie na to nie zasłużyła. I to w zasadzie wszystko, co o niej wiemy. Tej postaci szczególnie mi szkoda, bo aż prosiła się o fascynującą historię, wewnętrzny konflikt i wreszcie khatarsis, a tymczasem nie dostaliśmy nic oprócz obiecującego elementu standardowej youngadultowej trójcy. Podobnie z Jackiem, który przez większość czasu był tak nijaki, ze podświadomie założyłam jakiś zaskakujący zwrot akcji z nim związany czy niespodziewaną tajemnicę, która wyjdzie na jaw. Niestety, nic podobnego nie ma miejsca.

Fabuła za to jest całkiem przyzwoita. Do pewnego momentu trochę przypomina te wszystkie panysamochodziki i inne peerelowskie powieści o młodocianych, domorosłych detektywach, później przechodzi w schemat filmowego slaschera (minus fruwające flaki), żeby ostatecznie doszło do czysto horrorowej konfrontacji ze Złem (oczywiście przyciętej na miarę młodocianych widzów). Jednak bardziej interesujące wydaje mi się to, czego autorka nie napisała. A konkretnie, czego nie napisała o genezie aniołów i ich powodu przybycia na Ziemię. Bardzo chciałabym dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat, a jeszcze bardziej poznać wersję drugiej strony (choć obawiam się, że autorka raczej zrezygnuje z relatywizmu moralnego, który chciałabym tam zobaczyć – w końcu to powieść młodzieżowa. A może jednak mnie zaskoczy?).

Chwil może dla stylu. Po misternym konstruowaniu „Przedksiężycwych” i cyzelowaniu języka w „Czarnem” Kańtoch wraca do stylu podobnego do znanego z opowieści o Domenicu Jordanie. Z tym, że nawet ten w zamierzeniu lekki styl jest już dużo bardziej dopracowany niż w opowiadaniach, przez co opisy stają się bardziej plastyczne i niepokojące kiedy trzeba.

„Tajemnica Diabelskiego Kręgu” to powieść fajna – szybka i łatwa w czytaniu, wciągająca, z ciekawą bohaterką i intrygą oraz z charakterystycznym kańtochowym, lekko surrealistycznym klimatem. Niestety, nie jest wolna od wad, po usunięciu których niewątpliwie byłaby fajniejsza. Autorka planuje (choć nie obiecuje) drugi tom, o czym mówiła na coperniconowym spotkaniu i z pewnością po niego sięgnę, jeśli się ukaże. A nuż następnym razem uzupełni braki?
 
Tytuł: Tajemnica Diabelskiego Kręgu
Autor: Anna Kańtoch
Wydawnictwo: Uroboros
Rok: 2013
Stron: 510

poniedziałek, 22 września 2014

Znowu w Toruniu byłam, czyli relacja z Coperniconu 2014

To już mój drugi Copernicon, ale wyjątkowy, bo po raz pierwszy prowadziłam punkty programu. Dwa konkretnie (trzeci mi odpadł, bo okazało się, że Marek Huberath nie może się pojawić). To było chyba najdziwniejsze przeżycie tego roku, bo z jednej strony trochę euforyczne, a z drugiej trzeba walczyć z nieustającą chęcią wpełznięcia pod stół i zostania tam. Moja walka z wrodzoną nieśmiałością i ogólną niechęcią do pokazywania się w większym gronie ludzi chyba jeszcze nie została wystarczająco zwalczona...

Coperniconowy smok miał kilka wersji - to jedna z trzech, które widziałam.
Ale może po kolei. W tym roku na Coperniconie nie byłam sama, towarzyszyła mi koleżanka G. ze swoją siostrą A. Dachu nad głową użyczyli nieoceniona Serenity i Turel (niech im bór wynagrodzi w czym tam sobie chcą, a najlepiej w figurkach do Warhammera 40k, bo czemu by nie). Zaczęło się dość niefortunnie, bo uciekł nam pociąg, w związku z czym nie zdążyłyśmy na panel dyskusyjny prowadzony przez Serenity o seksie w fantastyce. Wielki smutek i żal, ale podobno ktoś całość nagrał i wrzucił do sieci. Mnie nie udało się znaleźć, może wy będziecie mieli więcej szczęścia. 

Coperniconowy zestaw startowy. Była jeszcze nieśmiertelna papierowa bransoletka, ale nie dowiozłam jej do domu. Za to wstążeczki do identyfikatorów, które miały być czerwone, okazały się różowawe (widoczna na zdjęciu była jedną z najbardziej zbliżonych do czerwieni) ku wielkiemu niezadowoleniu panów.;)
W związku z dywersyjnymi działaniami PKP byłyśmy na miejscu dopiero około dziesiątej wieczorem, ale jako iż Serenity ciągle pełniła obowiązki organizatorskie na terenie konwentu, to wraz z Turelem pojechaliśmy zobaczyć, jak jej idzie. Przy okazji udało się nam zaakredytować - już się bałyśmy, że będzie trzeba to zrobić rano, bo teoretycznie punkt miał być czynny do 22.00. Potem co prawda głównie czekaliśmy na naszą ulubioną orgę, ale nie powiem, że bezproduktywnie, bo bezczelnie i całkiem jawnie podsłuchiwałam rozmowę Turela o japońskim uzbrojeniu (nie pogonił mnie, to chyba się nie gniewa;)).

Pierwszy i absolutnie najlepszy zakup konwentowy:)
W sobotę był mój wielki dzień, bo miałam swoje punkty programu. Zaczęliśmy dzień wcześnie, bo już w okolicach dziewiątej byliśmy całym stadem na terenie konwentu. Za wcześnie. Ktoś z organizatorów przytomnie pomyślał, że ludzie będą jednak chcieli się wyspać, ewentualnie dojechać i zarówno w sobotę, jak i w niedzielę, program zaczynał się o dziesiątej. Niestety, hale handlowe również otwierały się o tej porze, więc musiałyśmy sobie z G. poczekać na zakupy (reszta o godzinie zero wybrała się na konkurs tolkienowski - nieodłączny element absolutnie każdego konwentu, czasem nawet w różnych wariantach przewija się kilkukrotnie). Hale targowe co prawda nie były tak imponujące jak na Pyrkonie, ale i tak znacznie pełniejsze fascynujących rzeczy niż mój portfel gotówki. I co najważniejsze, na targowisko wstęp był wolny, nie trzeba było być uczestnikiem konwentu, żeby się tam obłowić.

A potem prowadziłam trzy godziny programu. Na początek spotkanie autorskie z Anią Kańtoch, która jest absolutnie przeuroczą osobą. Chyba poszło dobrze, mam nadzieję, że zarówno słuchacze, jak i pisarka byli usatysfakcjonowani.

Absolutnie przefantastyczna Ania Kańtoch na spotkaniu autorskim (zdjęcie robione przez G.)
Potem miałam dwugodzinny panel dyskusyjny o postaciach kobiecych w fantastyce. Nie jestem z niego jakoś specjalnie zadowolona, choć dyskutanci dawali z siebie wszystko - zwłaszcza Olga Gromyko, która świetnie odnajduje się chyba w sytuacjach gdy ma rozmawiać z czytelnikami, bo słyszałam, że na innych panelach też wymiatała. Agnieszka Hałas i Ania Kańtoch też świetnie sobie radziły, tak jak i Marcin Wełnicki. Tylko Jacek Inglot jak zwykle niesforny.

Moi dyskutanci. Od lewej: fragment tłumaczki Olgi Gromyko, sama Olga Gromyko, Agnieszka Hałas, Ania Kańtoch, nieco niewyraźny Marcin Wełnicki i Jacek Inglot.
Następnym punktem programu, na który poszłam, był panel dyskusyjny o militariach w fantastyce, prowadzony przez Turela. Panel wypadł świetnie, a z trójki rozmówców, Ewy Białołęckiej, Bartka Biedrzyckiego i Stanisława Mąderka, największy show robił ten ostatni. W zasadzie na dobrą sprawę mógłby być samowystarczalny.;) Sporo było o sposobach mordowania zombie (jak widłami, to tylko o trzech zębach, pamiętajcie!), o tym, co ignorancka postprodukcja potrafi zepsuć w filmie i o rzucaniu kałachem we wroga. Dodatkową atrakcją był taniec wiedźmina na szkle w wykonaniu Mąderka.
Scenka rodzajowa, w której Stanisłam Mąderek celuje do wyimaginowanych wrogów z atrapy karabinu snajperskiego zmontowanej naprędce z gumowego pistoletu i drewnianego miecza (przynajmniej pochwę miał drewnianą). Wszystkiemu temu przygląda się Ewa Białołęcka i Bartek Biedrzycki. Tak, to właśnie jedna z tych prelekcji, na których dzieją się rzeczy dziwne i wszyscy są szczęśliwi.
Na prelekcji Turela o katanach nie byłam (ale były G. i A. i mówiły, że było świetnie, choć o katanach chyba najmniej), bo akurat w tym samym czasie odbywały się warsztaty ilustracji z Danielem Grzeszkiewiczem, więc wybór był ciężki, acz oczywisty (w ogóle kto to wymyślił, żeby fajne punkty programu dawać o tej samej porze, kiedy inne fajne punkty programu). Warsztaty były świetne, bo i kilka technik na osiągnięcie ciekawych efektów domowymi sposobami i niewielkim kosztem (materiałowym i czasowym) można było podpatrzeć, i dowiedzieć się, jak praca ilustratora wygląda od kuchni i od strony technicznej (rozumianej jako kontakt ze zleceniodawcami) a i kilka ciekawych anegdot padło. Żałuję tylko tego, że po drugiej dobie z przespanymi trzema godzinami byłam już na tyle nieprzytomna, że zdarzało mi się zapomnieć pytanie, zanim zdążyłam je wypowiedzieć. Mogłabym skorzystać więcej.

Potem jeszcze wpadliśmy na prelekcję o matematycznych podstawach muzyki. Temat dość hermetyczny, ale prelegentka była świetnie przygotowana i robiła co mogła, żeby publiczność ją rozumiała. Niestety, okazało się, że dostała komputer bez dźwięku, co trochę zepsuło prelekcję, w planach było odtwarzanie przykładów muzycznych (co prawda część prelegentka zagrała osobiście na flecie, ale taką na przykład harmonię trudno zagrać samemu). Ale słuchacze i tak byli zadowoleni.

I na koniec dnia prelekcja Zwierza Popkulturalnego, która wypadła zupełnie znienacka. Co prawda temat w zasadzie taki, jak w zeszłym roku, czyli jak blogować o popkulturze, ale wykonanie inne. W ogóle zwierza się bardzo fajnie słucha, więc zawsze można to robić jeszcze raz.:)
O tej porze G.już się trzęsły ręce i focia ze Zwierzem mi nie wyszła. Nie będzie lansowania się na cudzą sławę.;(
W niedzielę wpadłyśmy tylko na prelekcję Dominiki Oramus o końcu biologicznej ewolucji człowieka i była to prelekcja zdecydowanie zbyt krótka - mogłabym słuchać przez dwie godzinki, a nie tylko 50 minut. I chyba nie tylko ja, bo ludzi było całkiem sporo i chyba mieli sporo pytań, na które czasu zabrakło. Choć przyznam, że spodziewałam się mocniej zarysowanego wątku naukowego, a tymczasem (poza może Darwinem) dostałam tylko literaturę. Co również nie było złe. Niestety, potem trzeba było się zbierać i jechać do domu i to już było gorsze.

Obowiązkowa fotka z naszym ulubionym strażnikiem Gondoru.
Fajnie było w tym roku na Coperniconie. Odkryłam strefę handlu, organizatorzy dali radę, a i publiczność dopisała (w sobotę było 2000 osób, czyli o jakieś 600 więcej niż w zeszłym roku. Po liczby ostatecznej zajrzyjcie sobie do Serenity, jak już pojawi się jej relacja). Zdobyłam autograf od Ani Kańtoch i rozpoznała mnie Agnieszka Hałas (od której już autografu nie dostałam, bo urodzinowy prezent dla Serenity zajął tyle miejsca, że ani Hałas, ani Oramusa nie wzięłam do podpisania. Następnym razem;)) - jestę sławnym blogerę;). Dowiedziałam się też, że panele dyskusyjne jednak nie są moim żywiołem. Może następnym razem jakaś prelekcja...? W każdym razie w przyszłym roku na pewno też na Copernicon zawitam.

Tymczasem będę chyba przez cały tydzień konwent odsypiać (stara jestem, snu potrzebuję). A wam na pocieszenie jeszcze trochę fotek:

Autograf na drugim tomie "Przedksiężycowych" (żeby nie było, w kolejce do recenzji).

Dosztukowałam Charmanderowi Vaporeona do towarzystwa. Turel twierdzi, ze zbieram starter i może mieć rację. W takim razie brakuje mi już tylko roślinnego.
Zakupowa drobnica. To po lewej to skórzana zakładka do książek.

poniedziałek, 15 września 2014

Subiektywne prasowanie #27 - Nowa Fantastyka 09/2014

Tematem z okładki wrześniowego numeru Nowej Fantastyki są jak widać piraci. Jednak i inne tematy poruszane na łamach numeru zasługują na uwagę.

Zaczynamy oczywiście od wstępniaka Jerzego Rzymowskiego, który tym razem pisze o ponurych aspektach osiągnięcia nieśmiertelności (i chodzi mu o rzeczy bardziej przyziemne niż nuda egzystencjalna).

Mateusz Wielgosz (którego felietony wyrastają na moje ulubione artykuły w NF zaraz po Wattsie) zaczyna od powiadomienia o bardzo słusznym kroku BBC, żeby skończyć na streszczeniu tego, o co chodzi z tym efektem cieplarnianym. Wbrew pozorom, na katastrofę nie trzeba będzie czekać, aż stopnieje ostatni lodowiec.

Dalej mamy już temat z okładki, czyli piracki artykuł Andrzeja Kaczmarczyka. Ciekawy o tyle, że autor sporo miejsca poświęcił na tłumaczenie czytelnikowi, że ten oryginalny kapitan Hak znacznie się różnił od disneyowskiego. „Piotrusia Pana” nie znam, więc było to dla mnie pewne odkrycie. Poza tym autor znacznie więcej miejsca poświęca początkom piratów we współczesnej popkulturze, niż chwili obecnej czy głębiej sięgającym korzeniom.

„90 procent bezmyślności”
to tekst, w którym trudno określić tezę przewodnią. Z jednej strony autor chyba miał zamiar przedstawić czytelnikowi kilka przykładów, jak popkultury wykorzystuje motyw nagłego przyrostu inteligencji bohatera. Z drugiej, energicznie bombarduje dość popularny mit dotyczący rzekomego wykorzystywania przez ludzi tylko 10% mózgu. I o ile to drugie wychodzi mu bardzo zgrabnie, to to pierwsze wypada ubogo.

Dalej mamy wywiad kolegi Shadowa z Lauren Beukes. Bardzo interesujący, z ciekawymi pytaniami i jeszcze ciekawszymi odpowiedziami. A podróż dookoła świata tym razem zawiedzie nas do fantastycznych Indii. Za to z lamusa wyciągniemy I wojnę światową i sprawdzimy, jak odbiła się we współczesnej sobie fantastyce.

Przejdźmy do felietonów. Maciej Parowski w trzecim tekście o cenzurze przechodzi do jej bardziej współczesnego oblicza. Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego niektóre filmy nie doczekały się w Polsce żadnej dystrybucji? Oczywiście, pewnie chodziło o zyski, ale warto zastanowić się, co wynika z faktu, że wartościowe filmy są uznawane za mało zyskowne i niepokazywane szerszej publiczności. Rafał Kosik pisze o socjopatach na szczytach władzy. W przeciwieństwie do niego jednak nie uważam, aby to zjawisko miałoby być czymś pozytywnym. Oczywiście, na wysokich stanowiskach bez pewnej dozy przedmiotowego podejścia do podwładnych raczej imperium nie zbudujemy. Ale wciąż pozostają dwa pytania: dlaczego ktokolwiek miałby budować imperium naszym kosztem (bo większość z nas jest tymi przedmiotowo traktowanymi pracownikami, a takiemu psychopatycznemu imperatorowi będzie zależało przecież wyłącznie na własnym dobru – póki siła robocza nie zdycha masowo z głodu, można ją cisnąć) i czy w ogóle potrzebujemy jakiegoś wielkiego imperium? Z Kosikiem zwykle sąsiadował Watts, ale przez jakiś czas go nie będzie. Wakat zajął Robert Ziębiński i ma zamiar pisać o przemijaniu. Zaczyna od rozważań nad tym, jak szybko starzeją się filmowe realia. A Łukasz Orbitowski o „Absentii” - horrorze z dużo większymi możliwościami interpretacji, niż wydaje się na pierwszy rzut oka.

Czas na opowiadania, które znowu stoją na stosunkowo wysokim poziomie. „Dobranoc, Pimky Limky” Marcina Podlewskiego to moim zdaniem najlepsze opowiadanie w zbiorze. Klimaty cyber-biopunkowe, ponure, coś jak wprowadzenie postaci z disneyowskich kreskówek do kryminału nior. Co prawda nie obraziłabym się, gdyby zakończenie było bardziej zrozumiałe, ale nie narzekam. „Matki na przemiał” Dawida Kaina to króciutki tekst w klimacie nietypowej postapokalipsy ze sporą domieszką nihilizmu. Nie można mu wiele zarzucić, jednak zdecydowanie nie mój klimat ani pod względem tematyki, ani stylistyki językowej. „Druciara” Alexandra Guetsche to świetny i subtelny opis powstawania patologii w rodzinie. Dla mnie największa wartość miało pokazanie, jak poczucie winy matki zmienia się w agresję wobec najbliższych (słowną i emocjonalną, bo do rękoczynów przecież nie dochodzi). Przemoc w białych rękawiczkach, z której nawet ofiary nie zdają sobie sprawy. A to wszystko w otoczce łudzącej normalności.

Teksty zagraniczne nietypowo oceniam niżej niż polskie. „Rozdział szósty” Stephena Grahama Jonesa to dość surrealistyczne skrzyżowanie apokalipsy zombie z dysputa naukową i odrobiną przypowieści(?). Zaskakująco ciekawy. „Olbrzymy” Petera Wattsa rozczarowały mnie. Po poprzednim tekście autora miałam pewne oczekiwania, tymczasem dostałam opowiadanie co prawda poprawnie skonstruowane, ale ani poruszające, ani dające do myślenia. Mocno przeciętnie jak na tego autora. „Koniec końca wszystkiego” Dale'a Baileya to pocztówki z zagłady. Mamy tu obrazki z dekadenckiego pożegnania umierającego świata przez bogatych artystów. Obrazek ładny, ale również nie wybitny.

środa, 10 września 2014

Zabawa znacznie ciekawsza czyli więcej Kańtoch w Kańtoch - "Zabawki diabła" Anna Kańtoch

Na pierwszy tom opowiadań o Domenicu Jordanie narzekałam, bo mnie rozczarował – spodziewałam się czegoś lepszego niż tylko dobry zbiór. Jednak, zwłaszcza w ostatnich opowiadaniach, było już widać poprawę. Ta wzrostowa tendencja utrzymuje się i przyznam, że gdyby „Diabeł na wieży” miał poziom „Zabawek diabła”, to nie narzekałabym. Choć oczywiście zawsze mogłoby być lepiej.

W „Zabawkach diabła” kolejne opowiadania nie są już tak od siebie oderwane, jak w poprzednim tomie. Nie tylko sam Domenic, ale i inne postacie wracają w kolejnych historiach, już to odgrywając małe epizody, już to będąc kluczowymi dla fabuły. Niektóre motywy zapoczątkowane w drugim opowiadaniu, czyli „Nocnym Strażniku”, powracają aż do końca tomu (w drugim, bo pierwsze - „Mandracourt” - jest retrospektywne. Motywy w nim zawarte powracają o tyle, że miały ogromny wpływ na charakter i życie Jordana. Ale o tym może później). Inne przenikają się tylko w pojedynczych historiach, tworząc wątki poboczne. Całość ma klimat bardziej mroczny i ponury niż poprzedni zbiór – wzmiankę o serialu „Z archiwum X” na okładce można potraktować wiążąco, przynajmniej jeśli chodzi o klimat.

Poprzednio narzekałam też na samego Domenica, który jawił mi się bohaterem zanadto niedostępnym. Należę do czytelników, którzy lubią babrać się w psychicznych bebechach, dlatego ograniczone informacje, którymi mnie autorka uraczyła dość mocno uwierały. Tutaj nie mam już tego problemu. W „Mandracourt” mamy okazję poznać mroczny sekret z przeszłości Domenica, który nie tyle sprawił, że wtedy jeszcze chłopiec stał się mężczyzną, którego mieliśmy okazje obserwować, ile odsłonił nam jego podstawowe cechy i motywacje, przejawiane od zawsze. To, co poprzednio autorka dawała do zrozumienia epitetami, teraz nabrało głębi i zyskało podłoże, pozwalając nam wejrzeć głębiej. Nie jest to może obraz szczególnie oryginalny, zwłaszcza w świetle panującej ostatnio mody na popkulturalnych bohaterów aspergeropodobnych (Zwierz popkulturalny miała o tym bardzo fajną notkę), ale spójny i przekonujący.

Ciekawą postacią jest też brat Domenica - dziedzic Mandracourt. Autorka przewidziała dla ich relacji ciekawy obrót (choć w momencie, kiedy rozgrywa się lwia część akcji, główny tor braterskich uczuć jest już ustalony i tylko eskaluje), szkoda tylko, ze postanowiła poprowadzić fabułę w taki sposób, że rozwój tych relacji z konieczności śledzimy fragmentarycznie. Żeby jeszcze bardziej skomplikować sytuację, w ten układ wmieszana jest Alais – kuzynka i żona starszego Jordana, która wychowywała się razem z braćmi. Nie jest to trójkąt miłosny (tak naprawdę, mimo różnych silnych uczuć żywionych do Alais, żaden z braci jej nie kocha; mam szczere wątpliwości, czy Domenic w ogóle jest zdolny do uczuć głębszych niż fascynacja), raczej relacja oparta na trójstronnej mieszance fascynacji, cierpienia, nienawiści i urazy, z pewną dozą nieuświadomionego masochizmu. Myślę, że gdyby autorka zdecydowała się teraz przekuć swoje opowiadania na powieść, mógłby jej wyjść jeden z najlepszych dramatów psychologicznych w polskiej fantastyce.

Nie wyszedł w opowiadaniach, bo sama ich forma nie bardzo temu sprzyja. Autorka ciągle trzyma się akcji rodem z serialowych procedurali (tak sobie myślę że gdyby te opowiadania przerobić na serial z porządnym scenariuszem, to mogłoby wyjść coś naprawdę świetnego), co ma swoje dobre strony, ale zdecydowanie nie sprzyja pogłębianiu relacji między postaciami. Wspomnianą dobrą stroną jest fakt, że Kańtoch ma naprawdę świetne pomyły na kolejne zagadki podsuwane Domenicowi, które szkoda zmarnować, a które trudno (lub w ogóle) byłoby ująć w formie bardziej spójnej fabularnie. Moim faworytem jest „Cień w słońcu”, będący najbardziej niepokojącym tekstem w zbiorze (naprawdę, radzę nie czytać wieczorem przy jednej lampce). Tytułowe „Zabawki diabła” niewiele mu ustępują, a dodatkowo zawierają największy chyba ładunek informacji o pogmatwanych relacjach bohaterów. „Ciernie” uważam za nieco słabsze – fabule co prawda nie można wiele zarzucić, ale brakuje im klimatu, tak jak i „Nocnemu Strażnikowi” czy „Karnawałowi we krwi”. Ten ostatni rekompensuje braki kilkoma dobrymi scenami i fajnym pomysłem na znane fantastyczne stworzenia.

Tak więc mimo tego, że cykl o Domenicu Jordanie raczej nie dorasta do swoich następców, polecam. Zwłaszcza, ze jeśli ktoś się uprze, właściwie nie ma przeszkód, aby sięgnąć tylko po drugi, lepszy tom. A Kańtoch zawsze dobra.


Tytuł: Zabawki diabła
Autor: Anna Kańtoch
Cykl: Domenic Jordan
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2009
Stron: 472

poniedziałek, 8 września 2014

Diabeł tkwi w szczegółach czyli rozczarowanie na wieży - "Diabeł na wieży" Anna Kańtoch

Czasami zdarzają się autorzy, którzy z każdą kolejną książką znacząco rozwijają swój warsztat. I wtedy powstaje problem. Bo taka Moreni na przykład sięga po najnowszą książkę i się zachwyca. Zdaje sobie sprawę z tego, że ponieważ autorka się rozwija, jej poprzednie książki prawdopodobnie nie będą aż tak dobre. (A przynajmniej przyjmuje do wiadomości ten fakt w jakiś powierzchowny sposób; gdzieś tam, na poziomie podświadomości, tli się jeszcze nadzieja). I potem czuje się trochę rozczarowana, choć książka była przecież całkiem dobra.

„Diabeł na wieży”
, czyli pierwszy tom opowiadań o Domenicu Jordanie nie jest co prawda debiutem, ale dopiero drugą książka autorki. Ponieważ opowiadania osadzone są w tym samym uniwersum (a nawet w tym samym kraju) i dotyczą tych samych bohaterów, pozwolę sobie zrezygnować ze schematu, według którego zwykle omawiam zbiory opowiadań i omówić „Diabła…” jako spójny utwór. Zważywszy na to, że schematy poszczególnych historii są do siebie raczej podobne (każda opisuje próbę rozwiązania przez Domenica zagadki o magicznej proweniencji).

Zbiory opowiadań o jednym bohaterze, rozgrywające się w tym samym świecie były swego czasu bardzo popularne – można było opowiedzieć fantastyczną historię bez konieczności konstruowania spójnego neverlandu. Kiedyś bardzo mi to odpowiadało, bo średnio interesowała mnie sytuacja geopolityczna, jakieś opisy czy spójność świata przedstawionego, liczyła się tylko wartka akcja i fascynujący główny bohater. Teraz bardziej cenię rozbudowane tło, dlatego czytając „Diabła na wieży”, czułam pewien niedosyt. Tym większy, że momentami widać było, że autorka potrafi ładnie zakreślić tło, bo kreślenie małych widoczków przychodzi jej łatwo i wychodzi świetnie. Tylko że wszystkie te oderwane krajobrazy i miasta nie tworzą całości. Po trosze można to tłumaczyć formą, wszak w opowiadaniach trudno skonstruować spójny świat, ale nie jest to niemożliwe (Wegnerowi się przecież udało). W „Diable…” mamy tylko przerzucanie bohatera z jednego bliżej nieokreślonego miejsca w inne. Dodatkowo warstwa kulturowo-mitologiczna również pozostaje fragmentaryczna. Wiemy co nieco o religii (w tym momencie mogłabym się zacząć wyzłośliwiać, że autorka działała według zasady „chrześcijaństwo w każdym uniwersum”, ale wyszło jej to tak naturalnie i z dodatkowym lokalnym kolorytem, że pozostaje mi raczej przyklasnąć i stawiać za wzór. Choć wolałabym, żeby religia w neverlandach nie była zaczerpnięta z naszego podwórka), docierają do nas jakieś okruchy o magii, mamy jedno święto, ale to właściwie tyle. Co boli tym bardziej, że w układzie sił… nazwijmy je „magicznych”, jaki obmyśliła autorka, tkwi olbrzymi potencjał. Cóż, może trochę go wykorzysta w następnym tomie.

Przejdźmy do drugiego elementu, czyli głównego bohatera. Domenic Jordan jest centrum wszelkich wydarzeń – czasem wysuniętym na pierwszy plan, innym razem będącym jedynie siłą sprawczą, ale zawsze niezbędnym. Jest typowym bohaterem w typie wiedźmińskim, jakich całkiem sporo można znaleźć na kartach polskiej fantastyki z lat dwutysięcznych: włada magią, mieczem, oraz bystrym umysłem, jeździ po świecie i rozwiązuje zagadki magicznej proweniencji, a poza tym posiada niepokojąca powierzchowność. No i mam problem, bo z jednej strony strasznie lubię bohaterów w typie wiedźmińskim, zwłaszcza jeśli autor nie podszył ich sukinsyństwem. Z drugiej, Domenic nie podbije serca czytelnika poczuciem humoru czy ostrym językiem, jego mroczna przeszłość (właściwie w ogóle przeszłość, pochodzenie i cokolwiek, co wydarzyło się przed akcją opowiadań) pozostaje w sferze domysłów, a sposób bycia raczej odstręcza. Nie byłaby to wada (w końcu bohater nie musi być misiem przytulinkiem o ciepłym, puchatym serduszku, żebym go lubiła; właściwie wolę tych chaotycznych dobrych;)), ale na tym etapie o Domenicu wiemy zbyt mało, żeby zapałać do niego jakimkolwiek czytelniczym uczuciem (to się zmienia w kolejnym tomie, ale na razie o nim nie mówimy). Trudno fascynować się kimś, kto pozostaje w cieniu. (Z drugiej strony, im dalej w opowiadania, tym bardziej z tego cienia wypełza; mam wrażenie, że dopiero z pisaniem kolejnych historii obraz Domenica się autorce wykrystalizowywał. Zobaczymy, co ostatecznie wykwitnie).

„Diabeł na wieży”
to z pewnością nie jest zły zbiór – powiedziałabym, że jest co najmniej dobry. Kolejne historie to intrygujące zagadki kryminalne i całkiem fajnie się je czyta. Jednak czuję się rozczarowana – oczekiwałam po autorce, że to, co zaczyna się pokazywać w ostatnich tekstach zbioru - nietuzinkowość, planowość i charakterystyczny styl, będzie już w całym. Poza tym, chyba wyrosłam już ze zbiorów w typie wiedźmińskim. Wolę poczytać powieść napisana z epicki rozmachem bądź niesamowitym stylem i klimatem, albo misternie złożone opowiadania, które nie udają powieści. Więc to nie wina autorki. Ale i tak po kolejny tom sięgnę – może tam to, co lubię u Kańtoch będzie już wyraźniej widoczne.

Tytuł: Diabeł na wieży
Autor: Anna Kańtoch
Cykl: Domenic Jordan
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2009

Stron: 368
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...