środa, 27 maja 2015

Zmyślenia #17: Festiwal strachów miejskich czyli o ustawie o cenie ksiązki słów kilka

Po ostatnich Targach Książki znowu zrobiło się głośno o ustawie o jednolitej cenie książki, głównie ze względu na dyskusję, jaka się na tych targach odbyła. Samą dyskusją i żenującą postawą przedstawicieli PIK zajęła się już miedzy innymi Ćma, wiec ja nie muszę (choć o niej wspomnę, nie mogłabym zmilczeć). Chciałabym raczej w tym miejscu spróbować uporządkować moje myśli odnośnie rzeczonej ustawy.

Wiecie, ja się tej ustawy chyba zwyczajnie boję. Należę do czytelników świadomych i polujących w księgarniach na najkorzystniejsze ceny, a w rożnych miejscach sieci na wymiany - gdybym wszystko, co chcę mieć, miała kupować po cenie okładkowej, to… no, nie kupiłabym. Te 40 zł (bo tyle średnio kosztuje przeciętna powieść) to jednak ciut zbyt dużo jak dla mnie. Zwolennicy ustawy argumentują, że ceny są wysokie, bo zawierają już w sobie 30% rabatu. Jeśli nie będzie trzeba nowości przeceniać, to i cena okładkowa będzie niższa. Być może będzie, ale raczej o pięć procent, a nie o trzydzieści (a podobno niektóre wydawnictwa przyznają nieoficjalnie, że nie mają zamiaru w ogóle obniżać cen okładkowych).

Dzisiejszy wpis ilustrują kucyki. Bo tak.
Bo niby co miałoby wydawców do tego zmusić? W internecie daje się odnaleźć głosy wydawców utrzymujących, że obniżenie ceny wcale nie zwiększa sprzedaży, a w związku z tym nie ma sensu jej obniżać (taki głos pojawił się na fejsbukowym profilu Zwierza Popkulturalnego, o ile dobrze pamiętam). Jeśli wydawca jest przekonany, że niezależnie od tego, na ile wyceni książkę, sprzeda mniej więcej tyle samo egzemplarzy, co ma go zmotywować do zmiany? A pośrednicy? Ustawa nic o nich nie mówi, zaś wielkie firmy pośredniczące w handlu książką są przyzwyczajone do kupowania ich od wydawców z rabatem. I raczej dalej będą domagać się 50% mniej, niezależnie od ceny na okładce (a różnicę włożą do własnej kieszeni). Dla sprzedającego im te książki wydawcy to już będzie różnica – połowa z czterdziestu złotych to jednak dwa razy więcej niż połowa z dwudziestu, a koszty druku, redakcji i składu jakoś magicznie nie zmaleją, żeby to zrównoważyć (liczby oczywiście z kosmosu, ale wiecie, co miałam na myśli).

Nie przekonuje mnie też argument o małych księgarniach. Działacze PIK-u namiętnie powołują się na przykład Niemiec, ale jak pokazuje tramwajowa relacja Agnieszki, małe księgarnie wcale nie przeżywają tam renesansu. Muszą się raczej wyspecjalizować, żeby mieć jak konkurować z gigantami. I znowu: taka wyspecjalizowana czy ambitna księgarnia ma rację bytu tylko w dużym mieście, bo w małym miasteczku zwyczajnie zabraknie jej odpowiedniej klienteli (wiem coś o tym, chodziłam w takim małym miasteczku do liceum). Czyli znowu zostaniemy przy sklepach sprzedających mydło i powidło, a przy okazji książki, bo fakt, że w tych całych dwóch księgarniach w mieście można kupić książki w tej samej cenie raczej nie zachęci przypadkowych ludzi (czyli potencjalnych czytelników) do zakupu - zwłaszcza, jeśli ta cena będzie wysoka, jak teraz. A rasowe mole książkowe i tak zamówią w internecie, bo raz, że będzie też kilka innych tytułów z listy, a dwa, może trafi się jakaś fajna promocja na coś starszego (pomijam już tych, którzy tak czy siak kupiliby w sieci, bo nawet do najbardziej zapyziałej księgarni stacjonarnej mają 18 km).

No tak, powiecie, ale przecież w projekcie ustawy napisano, że sprzedawca ma obowiązek sprowadzić każdą dostępną książkę, której klient sobie zażyczy. To nic nowego – wiele księgarń dzisiaj również proponuje sprowadzenie książki, o którą pyta klient. Ale dwie sprawy: raz, jeśli przychodzę do księgarni, to znaczy, że potrzebuję książki zaraz - gdybym mogła poczekać kilka dni, zamówiłabym ją w sieci z dostawą do domu. Dwa, sprzedawca owszem, ma obowiązek zamówić daną pozycję, ale dopiero po zapłaceniu przez klienta z góry nie tylko za książkę, ale i za wszelkie ewentualne koszty jej sprowadzenia. Czyli nie dość, że płacisz za wysyłkę jak w sieci, to nie wiadomo ile to będzie kosztować ani jak długo będziesz czekać na książkę. Konkurencja dla księgarni internetowych – żadna.

I obawiam się, że biblioteki nas nie uratują. Bo 15% rabatu (i to maksymalnie!) to wcale nie jest tak dużo. Te instytucje od dawna są niedofinansowane, a ustawa jakoś nie wspomina o wsparciu bibliotek (w sumie to nie jej rola, wszak, jeśli ktoś książkę wypożyczy i przeczyta, to już raczej jej nie kupi, prawda?). Tu i ówdzie można przeczytać o jakimś wsparciu zapewnianym przez PIK czy zewnętrzne organizacje, ale konkretów brak.

Jako miłośniczce fantastyki nie daje mi spokoju jeszcze coś innego. Fantastyka przecie cyklami stoi, a wydanie kolejnych tomów zależy od sprzedaży tomów poprzednich. I już teraz wydawcy często z cykli rezygnują, bo pierwszy tom nie spełnił oczekiwań. A jeśli po wprowadzeniu ustawy sprzedaż spadnie, prawdopodobieństwo kończenia cykli spadnie wraz z nią. Strach czytać cokolwiek nowego, bo szansa, że dowiemy się, jak się skończy, spada.

Na chwile obecną ustawa prezentuje nam jeden fakt – zabetonujemy ceny okładkowe – i wiele obietnic, które są tylko mglistymi mrzonkami, bo opierają się na dobrej woli decydentów. A jaka ona jest, to można sobie wywnioskować na podstawie wspominanej wyżej dyskusji. Wypowiadający się tam dyskutanci dość wyraźnie dają do zrozumienia, że reformowanie rynku obchodzi ich tylko o tyle, o ile koszty tej reformy uda mi się przerzucić na najniższy szczebel, czyli czytelników. Nawet trud odpierania ich (czyli czytelników) obaw i argumentów uważają za zbyteczny – podali nam pięknie skrojoną bajeczkę na tacy, a kiedy okazało się, że mamy jakieś wątpliwości, dali do zrozumienia, że bajeczka była ino gestem kurtuazji wobec istot podrzędnych i właściwie mają gdzieś naszą reakcję, bo i tak zrobią swoje. Nie chcąc podjąć nawet wysiłku dyskusji, no bo po co. W tym kontekście opowiadanie o wzroście jakości obsługi w księgarniach wydaje się podwójnie nieszczere - jeśli wierchuszka ma klienta gdzieś, to dlaczego inaczej ma postępować szeregowy pracownik? 

Stosunek niektórych działaczy do czytelników.
Być może demonizuję. Być może są gdzieś w internecie wiążące deklaracje wydawców, że obniżą cenę okładkową o 30% i szczegółowo rozpisane programy szeroko zakrojonego wsparcia bibliotek firmowane przez PIK i jej działaczy. Ale ich nie widziałam, a doświadczenie uczy, że należy oczekiwać najgorszego. Cóż, jeśli ustawa wejdzie w życie, będę miała pół roku na uzupełnienie swojej biblioteczki. A potem ruszę do antykwariatu – może chociaż im to wszystko wyjdzie na dobre.

Optymistyczny akcent na zakończenie.

24 komentarze:

  1. Ja też się boję tej ustawy. Ani to małych księgarni nie uratuje, ani wydawnictwom większej sprzedaży nie zapewni. Cykle fantasy to będzie masakra, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że nasi wydawcy lubią nam te grubaśne tomy na 2 albo i 3 podzielić... Zresztą dotyczy to nie tylko fantasy. Wydawnictwo Sonia Draga postanowiło np. wydać powieść Hilary Mantel "Kogo smierc nie sięgnie" w 3 tomach. Dobrze, że nie w broszurkach 15-stronicowych. Wyraziłam swoją opinię na WTK, a oni na to, że to dla komfortu czytelnika. Co ciekawe, również pewnie dla komfortu czytelnika, zostały wydane 3 e-booki. Lubię kupować książki po polsku, ale podejrzewam, że z czym się da będę się na angielski przerzucać, bo nawet z dostawą wiele książek taniej mi wyjdzie.

    OdpowiedzUsuń
  2. W ogóle problem z polityką "wydamy kolejny tom tylko jak się sprzeda ten" jest taki, że ona nie motywuje wcale fanów serii do kupna, bo można się ciągle obudzić, brzydko mówiąc, z ręką w nocniku -- bo my kupimy, ale niekoniecznie seria odniesie komercyjny sukces i co wtedy? Kolejnych tomów nie będzie.

    A co do tej wygody kilkutomowych rozbić: kiedyś sobie myślałam, że może to i ma sens, ale ostatnie doświadczenia coraz bardziej mnie uczą, źe tak średnio. Otóż ostatnio nabyłam "Jonathana Strange'a...", żeby mieć go w domu pod ręką, w tym wydaniu z Uczty Wyobraźni -- w jednym tomie. Wcześniej czytałam wydanie WL, trzytomowe. I szczerze mówiąc, nie ma wielkiej różnicy w wygodzie: wielkość druku podobna, papier może nawet w UW lepszy, a wszystko ma się od razu w jednym miejscu i zgodnie z odautorską intencją. Ale jeszcze nie przekreślam tego pomysłu, w końcu są cegiełki, którym by to nawet pomogło -- ale właśnie, wszystko chyba trzeba robić z głową.

    OdpowiedzUsuń
  3. No dokładnie, jak autor pisze trylogię albo cykl - to ok taki miał zamiar. Ale jaki sens ma rozbijanie jednego tomu trylogii na dwie albo trzy części (casus wydania Robin Hobb)? Nóż się w kieszeni otwiera, weź i skompletuj całość, jak w jednej księgarni jeden tom, a w drugiej kolejny.

    Podejście do Mantel też mnie wkurzyło strasznie. Kupiłabym po angielsku, gdyby nie fakt, że dostałam to pierwszy w prezencie i mam dla mnie wartość sentymentalną...

    OdpowiedzUsuń
  4. Żeby pomóc wydawnictwom, to trzebaby sprawić, żeby terminy płatności od wielkich sieci były krótsze. W sumie zapomniałam o tym wspomnieć w notce, ale bardzo mi się nie podoba fakt, że wydawca wystawiając we własnej księgarni też nie będzie mógł obniżyć ceny (choć akurat wydawcom najłatwiej będzie wykorzystać paragraf o książkach uszkodzonych). To jakieś nieporozumienie...

    No ja dzielenie na połówki w niektórych wypadkach rozumiem - nie pochwalam, ale rozumiem. Na przykład w przypadku "Strachu mędrca" miało to sens o tyle, że gdyby drugi tom wyszedł w tym samym formacie co pierwszy, to grzbiet łamałby mu się raczej prędzej niż później. A Mag jak odstawił taki numer przy ostatniej książce Paoliniego, to przynajmniej szczerze na forum napisali, że licencja na niego była dwa razy droższa niż na inne i muszą to sobie jakoś odbić (zamiast mydlić oczy komfortem czytelnika).

    OdpowiedzUsuń
  5. "W ogóle problem z polityką "wydamy kolejny tom tylko jak się sprzeda
    ten" jest taki, że ona nie motywuje wcale fanów serii do kupna"
    Z jednej strony tak - coraz więcej osób deklaruje, ze jakiś cykl chętnie nabędą, ale dopiero jak wyjdzie cały. Ale z drugiej, trudno wymagać od wydawcy, żeby inwestował kupę kasy w rzeczy, których rentowność pozostaje wątpliwa. W tej kwestii najlepsze doświadczenia mam z Magiem (który ma szczere chęci dokończenia przynajmniej niektórych swoich starych cykli i łatwo o to dopytać na forum) i Rebisem (który od kilku lat konsekwentnie wydaje moje ulubione serie, choć są długie i chyba dość niszowe jednak).


    Mam wrażenie, że u nas generalnie bardziej się ceni czytelnika przypadkowego niż świadomego i kupującego regularnie - widać to choćby po tym, jak niemrawo działają wszelkie programy lojalnościowe w księgarniach...

    OdpowiedzUsuń
  6. głosy wydawców utrzymujących, że obniżenie ceny wcale nie zwiększa sprzedaży
    No święta prawda, panie. Jak obniżą z trzydziestu dziewięciu na trzydzieści pięć, to nic a nic nie zwiększą sprzedaży mnie. :P

    A 15% dla bibliotek to już teraz jest, a przynajmniej bywa.

    OdpowiedzUsuń
  7. No właśnie. Bo to nie jest tak, że czytelnik jest wyłącznie roszczeniowy (a często nie jest, bo po prostu się cieszy, że coś zostało wydane). Ale jak się już ma doświadczenie z którymś z kolei nie skończonym cyklem, to naturalne, że się podchodzi z pewną nieufnością do nowego -- i można się czuć jednak źle z tym, że się jako czytelnik-fan w żaden sposób nie zostało docenionym.

    OdpowiedzUsuń
  8. Prezes PIK na stronie lubimyczyta.pl odpowiedział na niektóre pytania czytelników.
    I najpierw bardzo mocno twierdził, że literatura to taki produkt który musi być na rynku, nawet jak społeczeństwo nie czyta. Bio kultura, ideały itp. A potem bardzo się oburzał na darmowe egzemplarze dla bibliotek, że to kolejny podatek. Czyli brońmy, ale nie naszym kosztem.

    OdpowiedzUsuń
  9. Dla mnie to jest uczciwe postawienie sprawy. Tak samo jak deklaracja Sonii Draga i Maga, że wydają bardzo lekkie powieści, bo one sie sprzedają, a dzięki temu moga finansować wydanie ambitniejszych pozycji. A nie opowiadanie jak to wydawnictwo pochyla się nad moim kręgosłupem i łokciami.

    OdpowiedzUsuń
  10. Znaczy, dla mnie pretensje do wydawców o to, że wydają lekkie czytadła są ogólnie nietrafione (no, problem mam z powieściami reklamowanymi jako miłe i przyjemne, a w rzeczywistości zawierającymi szkodliwe treści. Ale to tak jakby problem innej natury). No bo powód, dla którego to robią jest chyba oczywisty? A poza tym, co nagannego jest wydawaniu lekkich czytadeł (plus - problemem jest ustanowienie, gdzie czytadłowość się zaczyna)?

    OdpowiedzUsuń
  11. No też mi się tak wydawało. Dlatego ta "wielka łaska" wydaje mi się bardzo naciągana.

    OdpowiedzUsuń
  12. O, mówisz, ze odpowiedział? Śledziłam wątek przez jakiś czas, ale szczerze mówiąc, mimo deklaracji jakoś nieszczególnie wierzyłam, że odpowie.W takim razie doczytam.
    Jakże typowa postawa - narzekajmy na kiepskie czytelnictwo, ale jedyne działania, jakie podejmujemy, to podniesienie cen książek. Mam nadzieję, że jeśli sejm przyjmie ustawę do czytania, i do uchwalenia, to przynajmniej wprowadzi do niej zapis zmuszający PIK do wspierania bibliotek. Konkretnego.

    OdpowiedzUsuń
  13. Jakby to był dolny próg, 15% obowiązkowo, a większe zniżki, powiedzmy, księgarnia mogłaby sobie odpisać od podatku, to moglibyśmy nazywać to jakąś zmianą.

    Jeśli już chcą być tacy do przodu ze "wspieraniem", to niech lepiej zaczną od ustawowego dopilnowania, żeby niecytaty i niepisaty wójt z nielepszą radą gminy nie mogli sobie tak po prostu zamknąć w kilkusetosobowej wsi bibliotecznej filii, która śmiała mieć tylko setkę czytelników, więc była niepotrzebna. Szczególnie, jeśli zarazem przed budynkiem gminy stawia się fontannę. (Tru story, znam gminę.) Zamiast chromolenia o "małych księgarenkach", niech lepiej dopilnują, żeby każdej małej bibliotece rzucić bodaj dziesięć Jagiełłów rocznie na książki (nawet nie mówię "nowości"; na szkolne lektury, do jasnej zarazy), to będą też mieli stałą hodowlę czytelników, którzy jak się porządnie uzależnią, to poszukają książki, nawet jeśli nie będzie pod ręką tej świętej "małej księgarenki", wiem po sobie. Chyba, że jednak hodowla małych księgarenek, nawet tylko pozorna, jest ważniejsza od tego tam, promowania czytelnictwa. :P

    OdpowiedzUsuń
  14. O, taki pomysł mi się podoba - i to by było jakieś realne wsparcie bibliotek.

    Wiesz, o bibliotekach to się mówi tylko tak o, żeby oczy zamydlić - wszak księgarzom nieszczególnie na bibliotekach zależy, przecież kto książkę wypożyczy, ten jej nie kupi.
    Dobra, nabijam się bezczelnie, ale u nas naprawdę wszyscy ignorują rolę bibliotek w kształtowaniu czytelniczych postaw. A przecież przykład krajów skandynawskich pokazuje, że bez bibliotek i odpowiedniego wczesnego kształcenia czytelników się nie wychowa (no i co z tego, że niby zestaw lektur w klasach I-III jest teraz dowolny, skoro wciąż wielu nauczycieli katuje dzieci lekturami sprzed kilkudziesięciu lat, bo do tych mają gotowe opracowania?).

    OdpowiedzUsuń
  15. Biblioteka, w przeciwieństwie do szkoły, z punktu widzenia małolata (i dorosłego też) polega na tym, że tam się bierze, co się chce, a nie co się musi (no dobra, pomijamy przypadki nawiedzonych bibliotekarek). Co w tym układzie lepiej promuje czytelnictwo, nie trzeba wyjaśniać nikomu, kto był bodaj jeden dzień w szkole... A co do księgarzy mordowanych przez okropną konkurencję bibliotek, może tak myśli wierchuszka układająca plany marketingowe, ale gdyby spytali szeregowych sprzedawców z kim w okolicy robią najlepsze hurtowe interesy... ;) Nie bez przyczyny księgarnie dają te rabaty już teraz, nieprzymuszane. Jeśli w mieście są trzy księgarnie i jedna biblioteka (czyli typowy obrazek), to warto dać tej bibliotece 15%, jeśli konkurencja daje 10%.

    OdpowiedzUsuń
  16. W rzeczywistości różnice miedzy cenią okładkową a tym co dostaje od hurtownika wydawca bliższe są 40% a w przypadku wielkich sieci, tak jak pisałaś dochodzą nawet do 50%.
    Co do rabatów wydawców, to im się one zwyczajnie nie opłacają, wolą zachęcać do kupna w swoich księgarniach internetowych w inny sposób, jak np darmowa wysyłka tytułów zamówionych w preorderze czy punkty rabatowe do następnych zakupów i różnicę cenową zgarnąć dla siebie

    OdpowiedzUsuń
  17. Pracuję w jednym z polskich wydawnictw, ale w zeszłym roku spędziłam jakiś czas w Portugalii. Obowiązuje tam ustawa o jednolitej cenie książki, aczkolwiek nie wiem jak dokładnie wygląda od strony prawnej. Sytuacja z mojego punktu widzenia wyglądała tak: książki są strasznie drogie dla przeciętnego Portugalczyka, małych księgarń nie doświadczyłam - albo wielka, kilkusalowa księgarnia albo małe antykwariaty. Tj. małe księgarnie są, ale oprócz książek muszą też sprzedawać mydło i powidło, organizować wydarzenia itp. Miałam też okazję uczestniczyć w targach książki - i tu sytuacja jest fascynująca. Rynek wydawniczy, przynajmniej tak tłumaczyła mi znajoma, podzielony jest między cztery ogromne grupy wydawnicze, które stopniowo wchłonęły mniejsze wydawnictwa - sytuacja przypomina trochę rynek telefonii komórkowej ;-) Dlatego nie jestem przekonana co do tego, że w Polsce to zadziała. Aczkolwiek rozmawiałam z moim szefem w wydawnictwie i on też ma bardzo sensowne argumenty "za" - przede wszystkim trzeba wesprzeć księgarzy, bo jeśli oni padną to wydawnictwa zostaną zdane na pastwę wielkich - i nie płacących w terminie - sieci. Tylko że trzeba to zrobić sensownie, bo inaczej może się powtórzyć sytuacja sprzed paru lat, gdy wprowadzono VAT na książki - w tzw. "okresie przejściowym" padło sporo wydawnictw i księgarni, bo nie było dokładnych rozporządzeń, jak kupować i jak sprzedawać książki, a ustawa okazała się dziurawa.

    OdpowiedzUsuń
  18. Znaczy, żeby była jasność, ja nie oczekuję, że wydawcy będą dawać te 40-50% rabatu tylko z tego powodu, że omijają dystrybutorów. Ale sądzę, że możliwość dania, powiedzmy, 15% rabatu w swoich własnych sklepach na swoje własne książki powinni mieć. Tak normalnie, a nie zasłaniając się "uszkodzeniami".
    A o planach odnośnie VATu też słyszałam. Ale też trochę się boję, że ceny ebooków ustabilizują się wyżej, niż przebiega granica mojej wydolności finansowej.

    OdpowiedzUsuń
  19. Anom, szczerze mówiąc, spodziewam się w Polsce czegoś podobnego jak w Portugalii (w Hiszpanii zdaje się, sytuacja jest podobna, przynajmniej na Tramwaju nr4 tak pisali. Chyba, że coś pokręciłam). Ogólnie nie wierzę w sukces ustawy w państwie, w którym nie ma kultury czytania. I właściwie (myślę, że podobnie jak Twój szef) uważam, że wydawcom znacznie bardziej pomogłoby skrócenie maksymalnych terminów płatności od wielkich firm. Ale za tym trudniej lobbować (poza tym w przeciwieństwie do ustawy, wielkie firmy takiego postulatu raczej nie poprą)...

    OdpowiedzUsuń
  20. Ja myśle ze jednak ta ustawa nie przejdzie - ponoć wsród posłów PO ma przeciwników, a PO nie będzie teraz chciało robić nic, co może wkurzyć ludzi i jeszcze pogorszyć ich notowania

    OdpowiedzUsuń
  21. Chciałabym zaprosić do zapoznania się z moim blogiem. Jest
    on w dojść nietypowej tematyce, jednakże jest to moja historia, z którą
    chciałabym się podzielić. Nie robię tego, by wzbudzić jakieś współczucie, bo to
    nie o to chodzi. Sama daję sobie z tym wszystkim radę. Bardzo bym chciała, aby
    ten blog był dla innych oparciem, dla osób, które doskonale wiedzą o czym
    piszę, co czuję. W ten sposób będą mogli
    uchronić się przed popełnieniem najgorszych błędów…

    Zapraszam : http://bol-ktorego-nie-zapomnisz.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  22. Ten komentarz zostawię dla przykładu, ale więcej tak bezczelnego spamu tolerować nie będę - każdy kolejny komentarz dotyczący wyłącznie (lub prawie wyłącznie) autoreklamy autora będzie wylatywał.

    OdpowiedzUsuń
  23. Mnie w ogóle bawią argumenty, że przy ograniczonym budżecie i możliwości zysków wydawca zdecyduje się na coś ambitnego i niszowego, a nie kolejny łatwy bestseller z zagranicy. Przecież musi zarobić. A bez ostrej promocji kultury czytania to się nie sprawdzi.

    OdpowiedzUsuń
  24. Dla mnie nic, ale niektórzy traktują czytelnictwo bardzo ambitnie. Że to hobby dla wybranych, elitarne, więc jeśli chcesz należeć do klubu Prawdziwych Moli Książkowych, to musisz co najmniej czytać Prousta w oryginale, a sięgnięcie po Cassandrę Clre wykreślają Ciebie i Twoją rodzine do dziewiątego pokolenia.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...