Po ostatnich Targach Książki znowu zrobiło się głośno o ustawie o jednolitej cenie książki, głównie ze względu na dyskusję, jaka się na tych targach odbyła. Samą dyskusją i żenującą postawą przedstawicieli PIK zajęła się już miedzy innymi Ćma, wiec ja nie muszę (choć o niej wspomnę, nie mogłabym zmilczeć). Chciałabym raczej w tym miejscu spróbować uporządkować moje myśli odnośnie rzeczonej ustawy.
Wiecie, ja się tej ustawy chyba zwyczajnie boję. Należę do czytelników świadomych i polujących w księgarniach na najkorzystniejsze ceny, a w rożnych miejscach sieci na wymiany - gdybym wszystko, co chcę mieć, miała kupować po cenie okładkowej, to… no, nie kupiłabym. Te 40 zł (bo tyle średnio kosztuje przeciętna powieść) to jednak ciut zbyt dużo jak dla mnie. Zwolennicy ustawy argumentują, że ceny są wysokie, bo zawierają już w sobie 30% rabatu. Jeśli nie będzie trzeba nowości przeceniać, to i cena okładkowa będzie niższa. Być może będzie, ale raczej o pięć procent, a nie o trzydzieści (a podobno niektóre wydawnictwa przyznają nieoficjalnie, że nie mają zamiaru w ogóle obniżać cen okładkowych).
![]() |
Dzisiejszy wpis ilustrują kucyki. Bo tak. |
Bo niby co miałoby wydawców do tego zmusić? W internecie daje się odnaleźć głosy wydawców utrzymujących, że obniżenie ceny wcale nie zwiększa sprzedaży, a w związku z tym nie ma sensu jej obniżać (taki głos pojawił się na fejsbukowym profilu Zwierza Popkulturalnego, o ile dobrze pamiętam). Jeśli wydawca jest przekonany, że niezależnie od tego, na ile wyceni książkę, sprzeda mniej więcej tyle samo egzemplarzy, co ma go zmotywować do zmiany? A pośrednicy? Ustawa nic o nich nie mówi, zaś wielkie firmy pośredniczące w handlu książką są przyzwyczajone do kupowania ich od wydawców z rabatem. I raczej dalej będą domagać się 50% mniej, niezależnie od ceny na okładce (a różnicę włożą do własnej kieszeni). Dla sprzedającego im te książki wydawcy to już będzie różnica – połowa z czterdziestu złotych to jednak dwa razy więcej niż połowa z dwudziestu, a koszty druku, redakcji i składu jakoś magicznie nie zmaleją, żeby to zrównoważyć (liczby oczywiście z kosmosu, ale wiecie, co miałam na myśli).
Nie przekonuje mnie też argument o małych księgarniach. Działacze PIK-u namiętnie powołują się na przykład Niemiec, ale jak pokazuje tramwajowa relacja Agnieszki, małe księgarnie wcale nie przeżywają tam renesansu. Muszą się raczej wyspecjalizować, żeby mieć jak konkurować z gigantami. I znowu: taka wyspecjalizowana czy ambitna księgarnia ma rację bytu tylko w dużym mieście, bo w małym miasteczku zwyczajnie zabraknie jej odpowiedniej klienteli (wiem coś o tym, chodziłam w takim małym miasteczku do liceum). Czyli znowu zostaniemy przy sklepach sprzedających mydło i powidło, a przy okazji książki, bo fakt, że w tych całych dwóch księgarniach w mieście można kupić książki w tej samej cenie raczej nie zachęci przypadkowych ludzi (czyli potencjalnych czytelników) do zakupu - zwłaszcza, jeśli ta cena będzie wysoka, jak teraz. A rasowe mole książkowe i tak zamówią w internecie, bo raz, że będzie też kilka innych tytułów z listy, a dwa, może trafi się jakaś fajna promocja na coś starszego (pomijam już tych, którzy tak czy siak kupiliby w sieci, bo nawet do najbardziej zapyziałej księgarni stacjonarnej mają 18 km).
No tak, powiecie, ale przecież w projekcie ustawy napisano, że sprzedawca ma obowiązek sprowadzić każdą dostępną książkę, której klient sobie zażyczy. To nic nowego – wiele księgarń dzisiaj również proponuje sprowadzenie książki, o którą pyta klient. Ale dwie sprawy: raz, jeśli przychodzę do księgarni, to znaczy, że potrzebuję książki zaraz - gdybym mogła poczekać kilka dni, zamówiłabym ją w sieci z dostawą do domu. Dwa, sprzedawca owszem, ma obowiązek zamówić daną pozycję, ale dopiero po zapłaceniu przez klienta z góry nie tylko za książkę, ale i za wszelkie ewentualne koszty jej sprowadzenia. Czyli nie dość, że płacisz za wysyłkę jak w sieci, to nie wiadomo ile to będzie kosztować ani jak długo będziesz czekać na książkę. Konkurencja dla księgarni internetowych – żadna.
I obawiam się, że biblioteki nas nie uratują. Bo 15% rabatu (i to maksymalnie!) to wcale nie jest tak dużo. Te instytucje od dawna są niedofinansowane, a ustawa jakoś nie wspomina o wsparciu bibliotek (w sumie to nie jej rola, wszak, jeśli ktoś książkę wypożyczy i przeczyta, to już raczej jej nie kupi, prawda?). Tu i ówdzie można przeczytać o jakimś wsparciu zapewnianym przez PIK czy zewnętrzne organizacje, ale konkretów brak.
Jako miłośniczce fantastyki nie daje mi spokoju jeszcze coś innego. Fantastyka przecie cyklami stoi, a wydanie kolejnych tomów zależy od sprzedaży tomów poprzednich. I już teraz wydawcy często z cykli rezygnują, bo pierwszy tom nie spełnił oczekiwań. A jeśli po wprowadzeniu ustawy sprzedaż spadnie, prawdopodobieństwo kończenia cykli spadnie wraz z nią. Strach czytać cokolwiek nowego, bo szansa, że dowiemy się, jak się skończy, spada.
Na chwile obecną ustawa prezentuje nam jeden fakt – zabetonujemy ceny okładkowe – i wiele obietnic, które są tylko mglistymi mrzonkami, bo opierają się na dobrej woli decydentów. A jaka ona jest, to można sobie wywnioskować na podstawie wspominanej wyżej dyskusji. Wypowiadający się tam dyskutanci dość wyraźnie dają do zrozumienia, że reformowanie rynku obchodzi ich tylko o tyle, o ile koszty tej reformy uda mi się przerzucić na najniższy szczebel, czyli czytelników. Nawet trud odpierania ich (czyli czytelników) obaw i argumentów uważają za zbyteczny – podali nam pięknie skrojoną bajeczkę na tacy, a kiedy okazało się, że mamy jakieś wątpliwości, dali do zrozumienia, że bajeczka była ino gestem kurtuazji wobec istot podrzędnych i właściwie mają gdzieś naszą reakcję, bo i tak zrobią swoje. Nie chcąc podjąć nawet wysiłku dyskusji, no bo po co. W tym kontekście opowiadanie o wzroście jakości obsługi w księgarniach wydaje się podwójnie nieszczere - jeśli wierchuszka ma klienta gdzieś, to dlaczego inaczej ma postępować szeregowy pracownik?
![]() |
Stosunek niektórych działaczy do czytelników. |
![]() |
Optymistyczny akcent na zakończenie. |