wtorek, 10 maja 2011

Na koniec świata i dalej wgłąb - "Zakon Krańca Świata" Maja Lidia Kossakowska

Maja Lidia Kossakowska jest znana przede wszystkim ze swojego anielskiego cyklu o Dajmonie Freyu. Inna jej powieść, „Zakon Krańca Świata” mianowicie, przeszła jak mi się zdaje bez większego echa. Fabryka Słów przygotowała wznowienie obu tomów (gdyż nie jest to dylogia, a jedynie powieść w dwóch częściach) i bardzo dobrze. Albowiem moim skromnym zdaniem „Zakon…” jest lepszy od cyklu anielskiego.

Trochę ponad 80 lat temu nastąpił totalny Armageddon, koniec świata pod hasłem „Dla każdego coś miłego”. Były więc wybuchy bomb atomowych, wojny bogów, anioł z siedmioma pieczęciami i co tam jeszcze komu mogło przyjść do głowy – Mistrzowie Blasku, fundatorzy i organizatorzy całej imprezy już zadbali o to, żeby nikomu nie zabrakło jego własnej apokalipsy. Stworzyli też swój własny raj, jak na dwunastu fanatyków religijnych przystało – i przenieśli cześć ludzkości do sztucznego wymiaru, gdzie mieściła się wymarzona utopia. Jak się kończą próby stworzenia utopii może się przekonać każdy, czytając choćby historię Związku Radzieckiego. A jeśli na czele takiej (anty)utopii staną władcy potężni niemal jak bogowie, zadufani w sobie i okrutni, standardu życia można się łatwo domyślić. I oni jeszcze śmią bezczelnie wmawiać swoim poddanym, że to na Ziemi teraz jest piekło…

A jeśli już na Ziemi jesteśmy, to ludzie jednak przetrwali. Nawet próbują odbudować cywilizację i przy okazji żyć godnie i wygodne. Wielkim ułatwieniem w dążeniu do tych szlachetnych idei są fanty podkradane z domeny Mistrzów Blasku. Pozyskiwaniem ich zajmują się, jak sama nazwa wskazuje, pozyskiwacze – ludzie obdarzeni talentem przechodzenia do innego wymiaru. Elitą wśród pozyskiwaczy są Grabieżcy.

Lars „Berg” Bergson jest jednym z ostatnich Grabieżców, za to śmiało można przyznać, że najlepszym. W czasie jednego z abordaży (jak nazywa się wyprawy do (anty)utopii) jest już o krok od wydarcia Mistrzom Blasku części tajemnicy ich mocy, kiedy nagle przeszkadza mu w tym pojawienie się dziewczyny, co do której użycie epitetu „niezorientowana” jest sporym niedomówieniem. Lars ledwo uchodzi z życiem ratując ją i serdecznie sobie życzy już nigdy więcej panny nie oglądać, ale nic z tego. Szybko okazuje się, że to dopiero początek jego kłopotów z Miriam. W dodatku zaczynają się nim interesować podejrzane typy (nie, żeby to było coś nowego – po prostu inne typy, niż zazwyczaj), a jakieś cholerne Drzewo ciągle go woła, używając metod raczej mało subtelnych.

Ta książka pani Kossakowskiej zupełnie mnie zaskoczyła. W sposób bardzo prosty – wykazując, jak zwykły zjadacz fantastyki jest przyzwyczajony do schematów. A przyzwyczajony jest tak bardzo, że celowe manipulacje autora na tychże jest gotów uznać i okrzyczeć błędami. Ot, prosty przykład: najlepszy z najlepszych przypadkiem spotyka naiwną i ogólnie niedostosowaną damską wersję Luke’a Skywalkera. I czytelnik już zaczyna sobie roić: aha, mamy mentora i uczennicę, zaraz pewnie ona się okaże niczego nieświadomą Jedyną Nadzieją Świata. Zwłaszcza, że początkowo autorka zdaje się podążać tym tropem. Tyle, że w pewnym momencie akcja zmienia się o 180 stopni i wszystko staje na głowie. Czytelnik jest wzburzony, że jak to, że po co, że schemat rozwalony, że papier zmarnowany, nie wspominając o pomyśle i wątku, bo jak tak miało być od początku, to po co się rozwodzić? Ano, właśnie po to. Żeby pokazać zadufanemu w schematy czytelnikowi język i dać pstryczka w nos. Bo w życiu nie jest tak, że każdy wybitnie uzdolniony zaraz zostaje the chosen one. Więc dlaczego ma tak być we wszystkich książkach? I nie każdy olany przez los/autora utalentowany jest błędem pisarza. Czasem to próba przełamania schematu i poskromienia czytelnika. Jak tu.

Ale koniec dygresji osobistej, wróćmy  do twardych faktów. Jak już wspomniałam, obie części „Zakonu…” stanowią spójną całość, więc odradzam długie przerwy między jednym a drugim tomem. Pierwszy z nich stanowi swoisty wstęp, odsłaniający realia świata, detale zawodu pozyskiwacza i ogólny koloryt lokalny, jedynie mgliści i niewyraźnie łącząc się z główną linią fabularną. Mimo to śmiem twierdzić, że trzyma w napięciu bardziej, niż tom drugi, w którym zostają rozwinięte główne założenia akcji. Dzieje się tak za sprawą niezwykle barwnego i żywego świata, jaki odmalowała nam autorka. Jego bogactwo zachwyca, a z drugiej strony wydaje się niezwykle subtelnie opisane w charakterystyczny dla Kossakowskiej sposób – z odrobiną surrealizmu. Ta odrobina surrealizmu daje się szczególnie i bezustannie odczuwać w tomie drugim, może nawet odrobinę za bardzo. Ale pozwala autorce zaprezentować bujną wyobraźnię w całej krasie.

A jeśli już wspomniałam o głównej linii fabularnej, to warto zaznaczyć pewną rzecz.  Dygresja osobista dwa akapity wyżej pokazała dobitnie z dorobku jakich schematów autorka nie korzystała, wypadałoby więc wspomnieć, na kim mogłaby się wzorować. No cóż, skoro nie Tolkien ze swoim the chosen one i nie Conan Barbarzyńca, to zostaje nam już raczej tylko jedna ścieżka: Ged Krogulec. "Zakon Krańca Świata" jest bowiem o wędrówce wgłąb siebie - tak jak "Ziemiomorze". Nawet symbolika obu pań jest zbliżona. Jednak pani Le Guin nadała swoim powieściom klimat przypowieści, baśni, ludowej gawędy spisanej literackim językiem. Pani Kossakowska zaś wolała swoją opowieść przybrać w kostium bardziej "na czasie": jest to coś, co gdyby nie było fantastyką zyskałoby pewnie miano powieści awanturniczo-przygodowej dla dorosłych (nie dlatego "dla dorosłych", że mamy sceny 18+ czy chlustanie krwią i flakami na prawo i lewo, ale dlatego, że zasadniczym targetem powieści są czytelnicy dorośli, nie młodzież). Na polskim rynku takie nawiązanie to ewenement, o tyle ciekawy w tym przypadku, że  udany.

Kolejnym atutem książki są postacie, ze szczególnym uwzględnieniem głównego bohatera. Berg może i sprawia wrażenie pogrążonego w ciągłej depresji ponurego typa, ale i tak uważam, że jest postacią dużo bardziej złożoną od Daimona Freya. Dodatkowo pozostali bohaterowie pozbawieni są swoistej infantylności, jaka ciągle towarzyszy aniołom. I chociaż zdarzy się, że ten czy inny epizodyczny gość kart powieści jest schematyczny czy lekko toporny, to i tak uważam bohaterów „Zakonu…” za kawał świetnej, pisarskiej roboty.

Napiszę jeszcze tylko na koniec, że jest to jedna z najciekawszych polskich powieści fantasy, jakie kiedykolwiek zdarzyło mi się czytać. Jedna z nielicznych, które zdają się raczej nawiązywać do twórczości Le Guin, niż Sapkowskiego czy Tolkiena. Dlatego uważam, że każdy miłośnik fantastyki, niezależnie od preferencji podgatunkowych, powinien ją przeczytać. Poza czystą i pewną rozrywką, książka potrafi dostarczyć trochę materiału do przemyśleń.

Tytuł: Zakon Krańca Świata, tom 1 i 2
Autor: Maja Lidia Kossakowska

Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: tom 1 2005, tom 2 2006
Stron: tom 1 500, tom 2 423
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...