poniedziałek, 18 czerwca 2012

Monster, monster in the sea! - "Behemot" Scott Westerfeld


„Behemot” to drugi tom cyklu „Lewiatan”. Przy okazji tomu pierwszego chwaliłam świetną fabułę, żywe postacie barwny świat. Co pochwalę przy okazji tomu drugiego? To samo i jeszcze kilka innych rzeczy.

„Lewiatan”, olbrzymi, żywy statek powietrzny, jest w drodze do Konstantynopola. Mimo katastrofy i wielu utrudnień, doktor Barlow jest bardzo zdeterminowana, aby ukończyć swoją misję i nie chce słyszeć o zawróceniu statku. Nawet jeśli jedyną możliwość jego poruszania się gwarantują chrzęstowe silniki, obsługiwane przez Alka i jego szkieletową załogę. Alek z kolei powoli obmyśla plan ucieczki, gdyż doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak cennym łupem stałby się dla Anglików, gdyby jego tożsamość została odkryta. Deryn przez większość czasu prowadzi życie zwykłego kadeta. Do chwili, gdy zostaje jej zlecona pewna tajna misja. A nad tym wszystkim unoszą się widma rebelii, wielkiej polityki i pewnego wścibskiego dziennikarza.

Fabuła jest, jak poprzednio, typowo przygodowa – pościgi, tajne misje, tajne spotkania, negocjacje na wysokim szczeblu, konspiracja i wreszcie spektakularne akcje, pościgi, wybuchy i wielka rozwałka. I bardzo dobrze, bo gdyby w powieści przygodowej absolutnie nic się nie działo, to byłaby katastrofa. Jednak, mimo, że wymienione wyżej fajerwerki zajmują najwięcej miejsca, warto zajrzeć trochę głębiej, bo autor sporo rzeczy poukrywał pod tą niezwykle ruchliwą i barwną warstwą.

Jeśli ktoś oczekiwał rozważań o paskudnej naturze wojny, to się rozczaruje. Akcja powieści rozgrywa się głównie w Istambule, który od głównego frontu jest oddalony o setki kilometrów. Nasi młodzi bohaterowie nie mają okazji oglądać okropności wojny. Owszem, dopada ich refleksja nad losem załogi wrogiego statku, z którym akurat prowadzili wymianę ognia i żal im ginących Niemców, ale nie rozpaczają przesadnie – w końcu, z dwojga złego, lepiej, żeby to oni leżeli na dnie, a nie my. Ale ja nie o tym miałam pisać. 

Największe wrażenie zrobiło na mnie wplecenie wątków etnicznych i feministycznych (czytelnicy, którzy na to słowo reagują alergicznie, proszeni są o nieuciekanie z krzykiem). Świetnie opisany jest wielokulturowy charakter przedwojennego Istambułu, a to, że każda mniejszość obstawia swoją dzielnicę maszynami własnej roboty i specyficznego wzornictwa, niezwykle działa na wyobraźnię. Czego mi zabrakło? Ano wyjaśnienia, dlaczego polityka sułtana jest wielkiej liczbie ludzi tak bardzo nie na rękę, żeby wzniecać drugie w ciągu sześciu lat powstanie. Widać emocje i zaangażowanie powstańców, nie widać natomiast, skąd one się wzięły.

Wątki feministyczne są chyba oczywistym wtrętem, jeśli weźmie się pod uwagę, że główna bohaterka musi udawać chłopca. W „Behemocie” Deryn przeciwstawiono Lilit, bardzo podobną, a jednocześnie całkiem odmienną od młodej Angielki. Deryn musi ciągle udowadniać, że jest bardziej męska od dowolnego chłopaka, aby móc robić to, co kocha i aby jej kamuflaż pozostał nienaruszony. Lilit otwarcie udowadnia, ile kobieta może być warta – i nikt z miejscowych tego nie krytykuje. Tylko młodzi europejczycy, mimo dowodów, ciągle nie są w stanie uwierzyć, że kobieta może w czymkolwiek dorównać mężczyźnie. Dla nas takie myślenie jest co najmniej dziwne i kojarzone z fanatyzmem religijnym, ale Westerfeld subtelnie pokazuje, że jeszcze sto lat temu było normą. A przy okazji humorystycznie daje do zrozumienia, że dziewczęta mogą być bardziej męskie, niż chłopcy.;)

Czy powieść ma jakieś wady? Dla mnie osobiście – za mało doktor Barlow. Ta irytująco bystra kobieta wystąpiła co prawda w roli dyplomaty, ale najbardziej ją lubię, kiedy występuje w roli samej siebie. Chyba daruję sobie resztę pisaniny o wadach, bo dotyczą one głównie niedoborów i nadmiarów tego czy owego w fabule i raz, że są czysto subiektywne, a dwa – wymagałyby mnóstwa spoilerów.

Co więc czeka czytelników w „Behemocie”? Mnóstwo wartkiej akcji, nieco intryg, kopy humoru i jedno zwierzątko zdecydowanie mądrzejsze od swojego pana, a poza tym początek (ciągle początek, bo od poprzedniego tomu nic się nie zmieniło) historii miłosnej, a jeśli przeczucie mnie nie myli, to może  następnym tomie wykiełkuje jeszcze jedna. Krótko mówiąc – lektura dla każdego – nic, tylko brać i czytać. 

Jak ja bardzo nie umiem robić zdjęć...


Tytuł: Behemot
Autor: Scott Westerfeld
Tytuł oryginalny: Behemoth
Tłumacz: Jarosław Rybski
Cykl: Lewiatan
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2011
Stron: 465
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...