środa, 18 lutego 2015

Zmyslenia #13 - Moje ulubione koty

Pomysł na tę notkę przyszedł mi do głowy równolegle z notką o ulubionych smokach. Ta ostatnia rozwinęła się w cykl (znaczy, rozwinie się). O ulubionych kotach nie mam do powiedzenia aż tak dużo, żeby starczyło na kilka wpisów, ale jeden jak najbardziej wyjdzie. Zanim przejdziemy do rzeczy, chciałabym się wytłumaczyć z nieobecności Kota z Cheshire (bo na pewno ktoś by o niego zapytał. I to raczej prędzej niż później). Po prostu nie czytałam "Alicji...", a zamieszczanie go tu na podstawie filmu Burtona byłoby chyba jednak przesadą (zwłaszcza, że za samym Burtonem jednak nie przepadam). Skoro mamy to już za sobą, możemy przejść do rzeczy. Kolejność oczywiście przypadkowa.

Niania Ogg i Greebo. Autorem ilustracji jest (chyba) Paul Kidby.
1. Greebo (cykl "Świat Dysku" Terry'ego Pratchetta)
Tego kocura znają chyba wszyscy, którzy mieli styczność z cyklem sir Terry'ego. Dla tych, którzy nie mieli, krótkie przedstawienie postaci. Greebo jest kocurem Niani Ogg, jednej z trzech wiedźm. To wielkie, bure (choć niektórzy twierdzą, że czarne) kocisko bez oka, poznaczone śladami niezliczony i w większości wygranych bitew. Boją się go okoliczne psy i niedźwiedzie, a także całkiem sporo okolicznych ludzi. Sam również miał małe entre w ludzkiej postaci, dzięki czemu czytelnicy i same wiedźmy mogły się przekonać, co też takiego widzą w nim kotki (a urok miał potężny, nawet Niania Ogg była pod wrażeniem).

Greebo jest kwintesencją i oczywiście przerysowanym portretem pewnego typu wiejskich kotów (bo w Lancre, a przynajmniej takie odnoszę wrażenie, nawet stolica jest bardziej wsią niż miastem), których głównym zajęciem jest tłuczenie konkurencji, pilnowanie terytorium i przymilanie się do gospodarzy w celu pozyskania smacznych kąsków. Powody, dla których sama go lubię są dwa. Pierwszy to ogólna karykaturalna trafność, tak charakterystyczna dla postaci tworzonych przez Pratchetta. Mam wrażenie, że autor zebrał wszystkie opowieści niesamowite o potężnych kocurach, polał sosem z filmików o kotkach przeganiających niedźwiedzi i z tej pierwotnej zupy wyłonił się Greebo (oczywiście, Greebo jest starszy niż filmik na You Tube z kotem i niedźwiedziem. Myślę, że występująca tam kotka właśnie nim się inspirowała). Dzięki temu jest nadkotem i esensją tej ewolucyjnej odnogi kotowatości, która znalazła sobie niszę na wsi (miejskim kotom brakuje animuszu. To pewnie przez ograniczoną przestrzeń). Drugi powód jest natury osobistej. Miałam kiedyś takiego kota. Nazywał się Zonk. Co prawda nie jadał wampirów na kolację, ale wierzę, że tylko dlatego, że u mnie nie występują (zresztą, kto go tam wie, przecież nie da się kota pilnować przez cały czas). Lubię myśleć, że Greebo to po prostu jedno z jego dziewięciu żywotów. Co tylko dowodzi fenomenalnego zmysłu obserwacji, jakim dysponuje Terry Pratchett.

Mogget z trochę za mało złośliwym jak na mój gust wyrazem pyszczka, ale i tak najładniejszy ze wszystkich, jakie znalazłam (stąd)

2. Mogget ("Sabriel" Garth Nix)
Mogget właściwie nie jest kotem, choć w powieści taką akurat postać przyjął (wcześniej zdarzało mu się występować pod innymi). Jest tworem Wolnej Magii (mówcie co chcecie, ale moim zdaniem określenie "twór wolnej magii" jakoś tak dziwnie pasuje do każdego kota) i naturalnie występuje jako z grubsza humanoidalna postać zbudowana z białoniebieskiego światła czy też płomienia. Jednak wtedy nie jest do końca Moggetem. Kiedy jest Moggetem, wygląda jak biały, smukły kocur z czerwoną obrożą z dzwoneczkiem na szyi. Ponieważ ma służyć Abhorsenom, towarzyszy Sabriel w jej wyprawie ratunkowej.

Urzekł mnie już w czasie przygotowań do tej wyprawy. Głównie tym, że był tak bardzo koci. Jego niezadowolenie z faktu, że musi opuścić bezpieczną rodową rezydencję jest kropka w kropkę takie, jak niezadowolenie kota, którego ktoś wyciąga z ulubionego fotela i unosi w daleki świat, najpewniej do gabinetu weterynarza (oczywiście mówimy o zwierzęciu, które się weterynarza nie boi, a po prostu go nie lubi). Oczywiście jest wiernym towarzyszem i choć najchętniej zostałby w domu, co nieustannie daje do zrozumienia, musi chronić niedoświadczoną Abhorsen, bo ta bez niego, Moggeta, nie da sobie rady. Widzę więc kota egoistycznego z natury, który jednak posiada głęboko skrywane cechy altruistyczne, ale nie chce się do nich przyznać, żeby nie ucierpiał jego PR. W gruncie rzeczy ma jednak dobre serduszko, więc dokona tych aktów altruizmu przy akompaniamencie stosownej liczby gorzkich żali i wymówek. I ta postawa jakoś tak z gruntu wydaje mi się kocia.


3. Kot Simona ("Kot Simona i..." Simon Tofield)
Nie jest co prawda bohaterem żadnej powieści, ale nie dyskryminujemy nikogo ze względu na środek przekazu, komiks i film są równie dobre. Kot Simona oficjalnie nie ma imienia, choć jego pierwowzorem był kocur autora o imieniu Hugh. Choć sam Hugh jest czarny, w komiksach przybrał białą barwę, później zaś doczekał się towarzystwa w postaci kociaka. Na kartach komiksu (i w krótkich filmikach na YT) zajmuje się głównie tym, czym koty zajmują się na co dzień - robi kompletnie przypadkowe rzeczy i domaga się jedzenia.

Lubię go właśnie za bycie prawdziwym kotem w krzywym zwierciadle. Śmieszne filmiki o kotach mogą być fajne, ale nie pokarzą kota zamieniającego twoje udko z kurczaka na miskę swojej karmy. Ich urok polega na tym, że właściwie mogłyby się wydarzyć. Dlatego tak bardzo je lubię.

Dochodzę do wniosku, że wyraźnie zarysowanych kocich bohaterów nie ma znowu aż tak wielu. Znaczy, są znakomite książki o tych zwierzakach (na przykład świetnie "O kotach" Dorris Lessing czy sympatyczne "Biuro kotów znalezionych"), ale one wszystkie opowiadają o bohaterze zbiorowym - plejadzie futrzaków, która przewinęła się przez życie autorek. Brak mi opowieści o kotach z silnie zarysowanym charakterem (dwie takie o psach sama mam na półce, przynajmniej kilka innych znam ze słyszenia lub czytałam. Znaleźć taką o kocie jest znacznie trudniej, choć podobno wielu pisarzy woli koty). W ogóle uważam, że popkultura paradoksalnie koty krzywdzi, w najlepszym wypadku robiąc z nich przygłupów z paskudnym charakterkiem, których głównym zadaniem jest spektakularne obrywanie, a w najgorszym bezpłciowo-papierowe czarne charaktery. To dość przykre. Jeśli znacie jakieś utwory w dowolnym medium, które tej tezie zaprzeczą (proszę mi nie wyskakiwać z Kotem w Butach, to pójście na łatwiznę;P), podzielcie się.:)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...