Przeczytałam pierwszy tom przygód Feliksa Castora i podobał mi się cokolwiek średnio. Postanowiłam jednak kontynuować tę znajomość, także za sprawą głosów, że dalej będzie lepiej. Od razu powiem, że głosy miały rację, ale chyba jednak z panem Castorem się nie polubimy.
W tym odcinku do drzwi biura naszego egzorcysty puka młode małżeństwo z nietypową sprawą. Otóż ktoś ukradł im ducha ich ukochanej córeczki. Chcą, żeby Castor go odnalazł i sprowadził do domu. Początkowo ucieszony perspektywą uszczęśliwienia bliźnich (pod koniec ostatniego tomu nieco zmieniły mu się poglądy i zwykłe odsyłanie duchów na drugą stronę nie wydaje mu się już tak jednoznaczne moralnie jak kiedyś) egzorcysta szybko przekonuje się, że sprawa nie jest tym, na co wygląda.
W drugiej powieści Careya widać, że autor nabrał trochę wprawy i już zdecydowanie bardziej zdaje sobie sprawę z tego, czym się różni literatura od scenariusza filmowego. Londyn staje się bardziej pełny, a podróż po nim nie przypomina już oglądania wyblakłych, zamglonych widoczków. Teraz są opisy, całkiem plastyczne nawet i zawierające pewną nutkę indywidualizmu dla każdego opisywanego miejsca, dzięki czemu dzielnice, ulice i budynki nie wydają się już tą samą dzielnicą, ulicą i budynkiem, tanio ucharakteryzowanym na potrzeby niskobudżetowej produkcji.
Carey dopracował też świat przedstawiony. Co prawda mam wrażenie graniczące z pewnością, że niektórych rzeczy nie zaplanował, tylko wrzucił na szybko, bo wydały mu się fajne, ale większość to jednak rozwijanie pomysłów, których zalążki widzieliśmy poprzednio. Poznajemy Rosie, najstarszego ducha w Wielkiej Brytanii (a najprawdopodobniej i na świecie), widzimy też jak wygląda wiodący oddział, powiedzmy, leczenia schorzeń metafizycznych. Mamy też okazję wyjaśnić kilka tajemnic z przeszłości Felixa, co pewnie miałoby dla mnie większe znaczenie, gdyby Felix potrafił mnie jakkolwiek swoją przeszłością zainteresować. Niestety, poprzednio nie potrafił, a teraz nic się w tej kwestii nie zmieniło.
To chyba nienajlepiej świadczy o powieści, jeżeli postacie poboczne interesują nas bardziej, niż główny bohater, a „Błędny krąg” to właśnie taki przypadek (i obawiam się, że tak pozostanie do końca cyklu). Niemniej, bardzo fajnie rozwija się Juliet, sukub, który postanowił zmienić branżę. Zresztą, nieumarci wychodzą autorowi znacznie lepiej niż żywi, bo paranoiczny Nicky czy wilkołaki z ich nietypowym chlebodawcą są znacznie ciekawsi, iż ich żywi koledzy. Mają wyraźnie zarysowane charaktery, dynamiczniej się zmieniają (albo niezmienne cechy charakteru dają o sobie znać w coraz bardziej spektakularny sposób) i potrafią czytelnika zaskoczyć. A przecież powinni być raczej dodatkiem do głównej postaci.
Tak mi się wydaje, że chyba się z Castorem nie dogadamy. Widzicie, potrafię strawić kryminały tylko wtedy, gdy zlecenie na odnalezienie mordercy kończy się wylądowaniem w samym środku wojny elfich dworów – czyli kiedy są tak mało kryminalne, jak tylko się da. W cyklu Careya chyba zbyt dużo jest klasycznego kryminału, żeby mi się go czytało bez zgrzytów. Ale i tak go dokończę. Kiedyś. Na razie robię sobie przerwę. Nie będę tęsknić, Felixie.
Autor: Mike Carey
Tytuł oryginalny: Vicious Circle
Tłumacz: Paulina Braiter
Cykl: Felix Castor
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2009
Stron: 400