wtorek, 29 września 2020

"Farmageddon" Philip Lymbery, Isabel Oakeshott

 Jak pisałam tu już kilkakrotnie, książki z wydawnictwa Mova mają tę dziwną właściwość, że najpierw mnie kuszą ciekawym tematem, a potem rozczarowują wykonaniem. Niemniej jednak, ciągle mnie kuszą, więc daję szansę kolejnym. I Farmageddon będzie pierwszą, która mnie nie rozczarowała. Co nie znaczy, że nie mam do niej zastrzeżeń.

Zainteresowałam się tym tytułem głównie dlatego, że chciałam sobie uzupełnić pewne kwestie, które w Wyzwoleniu zwierząt poruszał Peter Singer. Poświęcił on tam wiele miejsca nieetycznym metodom hodowli, ale ostatnia aktualizacja jego książki miała miejsce jakieś 20 lat temu i w zasadzie dotyczyła głównie USA. Chciałam przeczytać coś pokazującego bardziej aktualny stan rzeczy oraz nawiązującego do realiów europejskich. Dlatego „Farmegeddon”, wydany w oryginale w 2014 roku (i jakieś 5 lat temu również w Polsce, bo wydanie, które czytałam, jest już drugim) wydał mi się całkiem trafnym wyborem. I tu niespodzianka: to nie jest książka o prawach zwierząt. To jest książka o etyce rolnictwa, powiedziałabym. Ale w żadnym wypadku nie jest to wada.

Autor, będący obecnie prezesem fundacji Compassion in World Farming, działającej na rzecz promowania etycznych i naturalnych metod produkcji rolnej, postanowił napisać książkę o wadach przemysłowej hodowli zwierząt. Jest to więc tekst z tezą, w żadnym wypadku nie pozostawiający czytelnikowi wątpliwości, po której stronie powinien stanąć. Nie należy się też dziwić, że przedstawia tylko argumenty jednej strony. To również nie jest wada, wspominam o tym w ramach ostrzeżenia dla osób, które mogłyby się spodziewać innego tekstu.

Jako taki, „Farmageddon” bardzo zgrabnie podsumowuje zagrożenia i ukryte koszty (w ramach maksymy, że jeśli coś jest tanie, to tak naprawdę nie jest, tylko realne koszty ponosi ktoś inny) prowadzenia na wielką skalę przemysłowego chowu zwierząt. Lymbery pisze więc o dość oczywistych rzeczach, jak choćby naruszenie dobrostanu (przyznam, że rozdziały o dobrostanie kur, krów i świń nieco mnie znudziły, bo jeśli ktoś ogląda filmy dokumentalne na temat chowu przemysłowego, to to wszystko już wie, to są sztandarowe tematy w nich poruszane, a autor nie wychodzi z niczym nowym w tej kwestii), ale też o tych mniej oczywistych, jak wpływ hodowli ryb na dzikie populacje czy złudzeniu oszczędności. Co prawda wszystkie tematy porusza raczej ogólnikowo, ale w tego typu przeglądowej pracy jest to raczej zrozumiałe.

Na plus trzeba też niewątpliwie policzyć fakt, że autor nie tylko podsumowuje zagrożenia związane z przemysłowym modelem rolnictwa, ale też sugeruje rozwiązania, jakie mogłyby zostać wprowadzone, aby poprawić sytuację. Wydają się one być sensowne i przemyślane, niestety wymagają pewnej zmiany myślenia konsumentów, rządów i samych farmerów. Oraz z pewnością dostosowania do lokalnych warunków, bo nie wszystkie wszędzie się sprawdzą (z czego Lymbery zresztą zdaje sobie sprawę).

I tak jak jest to niewątpliwie kompleksowy przegląd wad systemu, tak mam pewne zastrzeżenia. Po pierwsze do bibliografii. Autor bowiem często zamiast odnieść się w niej do źródłowych badań naukowych, odnosi się do notek prasowych czy mniej lub bardziej sensacyjnych artykułów pisanych nie przez naukowców, a przez dziennikarzy. Każdy, kto kiedykolwiek prześledził ewolucję jakiegokolwiek newsa wie, że jest to cokolwiek ryzykowne podejście. Zdarza mu się też manipulować językiem. Na przykład o ludziach zajmujących się GMO, którego nie popiera, pisze „Niewidoczni dla opinii publicznej, ukryci w laboratoriach na całym świecie, mężczyźni i kobiety w białych kitlach tworzą wszelkiego rodzaju dziwaczne stwory, które chcieliby uczynić prototypami wszelkiego rodzaju zwierząt hodowlanych” [287]. Brzmi jak wyimek o szalonych naukowcach, prawda? W stosunku do ludzi zajmujących się hodowlą mięsa in vitro, którą popiera, już takiej retoryki nie stosuje, a nie zdziwiłabym się, gdyby to literalnie byli przynajmniej częściowo ci sami naukowcy. Kiedy podaje dramatycznie wyglądające zestawienie zużycia pestycydów w uprawie soi po wprowadzeniu odmian GMO, podaje tylko ogólne zużycie. Co może nie wzbudziłoby moich podejrzeń, gdyby kilka rozdziałów wcześniej nie rozwodził się, jak bardzo wzrósł areał tych upraw. Czyżby gdyby podać bardziej miarodajne przeliczenie zużycia na hektar uprawy, zestawienie już nie byłoby takie ładne? Takie wybiegi trochę psują odbiór książki, bo jeśli autor stosuje je w jednym rozdziale, to skąd mam wiedzieć, czy nie zrobił tego także w innych? Moje zaufanie do niego zostało podkopane.

Trochę jest też wpadek korektorskich, zwłaszcza w dalszej części: a to pomylone cyferki, a to jakaś dziwna nowomowa („reprodukcja seksualna”, kto w ogóle tak mówi?), a to dziwnie zaznaczony przypis. Trochę zwykłych literówek też się znajdzie. Wypadałoby poprawić.

Uważam, że to dobra lektura na początek, coś w sam raz do zapoznania się z tematem. Taka nie poddająca się szczegółowej klasyfikacji literatura faktu: trochę w niej reportażu, trochę książki popularnonaukowej, trochę literatury zaangażowanej. Czyta się całkiem przyjemnie (choć forma wydania trochę przeszkadza: format duży, a papier i okładka tak miękkie, że nie da się tego czytać trzymając w jednej ręce, bo książka sama składa się do tyłu. Za to idealnie rozkłada się położona na płasko). Oczywiście trzeba mieć gdzieś z tyłu głowy, że to książka pisana pod konkretną tezę, więc i argumentacja przeszła pełną selekcję (acz sądzę, że raczej podświadomą niż celową), niemniej na bazę wypadową do kolejnych lektur nada się wyśmienicie. 

Książkę otrzymałam od księgarni Tania Książka.


Tytuł: Farmageddon. Rzeczywisty koszt taniego mięsa
Tytuł oryginalny: Farmageddon. The True Cost of Cheap Meat
Tłumacz: Ryszard Oślizło
Wydawnictwo: Mova
Rok: 2020
Stron: 388

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...