sobota, 9 sierpnia 2014

Kim jestem? Czyli wojna i pokój i smoki - "Krew tyranów" Naomi Novik

Czas na „Krew tyranów” - ósmą i przedostatnia już odsłonę cyklu Naomi Novik o Temerairze i jego świcie. Przyznam, że już na samym początku autorka zdecydowała się na zabieg, który wywołał u mnie mieszane uczucia. Ale może po kolei.

Czyli od tego kontrowersyjnego zabiegu, bo dostajemy nim po oczach już od pierwszej strony. Otóż Laurence, który w czasie sztormu trafił za burtę, budzi się na japońskim wybrzeżu i... kompletnie nie pamięta ostatnich ośmiu lat życia – wszystkich tych, które spędził z Temeraire'em. Mam problem z tym zabiegiem, a nawet cały szereg problemów. Po pierwsze, utraty pamięci zajęły honorowe miejsce wśród kiepskich rozwiązań fabularnych z wenezuelskiej telenoweli rodem. Najczęściej były stosowane w odcinkach o wysokim numerze, gdzie najwyraźniej scenarzystom brakowało pomysłów. Nic dziwnego więc, że pojawienie się tego rozwiązania w przedostatnim tomie ulubionej serii budzi niepokój. Sama nabrałam pesymistycznego przekonania, że teraz będzie tylko gorzej. Po drugie trochę to wygląda, jakby autorka nie miała już pomysłu na bohatera, względnie jej się znudził i postanowiła go napisać od nowa. To może budzić obawy wśród czytelników, bo oto staja przed widmem sytuacji, w której bohater znany i lubiany, z którym się zżyli i którego rozwój śledzili, nagle stanie się kimś zupełnie innym. Na szczęście do żadnego z tych nieszczęść ostatecznie nie doszło, ale i tak dziwnie mi z tą amnezją.

Mimo tak ryzykownego kroku, Novik udało się udowodnić, że zna się na swoim fachu i wątek poprowadziła bardzo dobrze. Czytelnicy mogą więc obserwować Laurence'a, jak próbuje najpierw odnaleźć się w sytuacji, w której nawet nie wie gdzie się znalazł i jak (w końcu osiem lat temu nawet nie potrafiłby sobie wyobrazić okoliczności, które mogłyby go zagnać do Japonii), a później zrekonstruować czas, który utracił. Ostatecznie powstaje bohater odmieniony, choć nie do końca. Tutaj trzeba pisarce przyklasnąć, bo mimo że zabrała bohaterowi pamięć, to jednak pozostawiła w nim resztki wspomnień – na przykład w pewnym momencie Will zastanawia się, dlaczego ogromne smoki nie budzą w nim niepokoju, choć logicznie rzecz biorąc powinny. Z czasem udaje mu się zrekonstruować utracone wspomnienia i otrzymujemy zapewnienie, że nie jest już tą samą osobą, którą był kiedyś, ale póki co, to tylko zapewnienia, bo osobiście nie dostrzegłam większej różnicy między Willem z „Próby złota” a Willem z „Krwi tyranów”.

O głównym bohaterze już było, zanim przejdziemy do pobocznych (licznych i ciekawych), może trochę o świecie przedstawionym. Wspominałam o Japonii i prawdą jest, że bohaterowie się wokół niej kręcą, ale czytelnikom dane jest poznać jedynie migawki z życia codziennego kraju, na tyle skąpe, że trudno z nich wywnioskować obraz całości. Wiadomo, że stosunki na linii ludzie-smoki są tam podobne do chińskich i że Japończycy dysponują pewną rasą smoków o osobliwym cyklu rozwojowym i darzonych taką czcią, że w zasadzie stoją ponad prawem. Ale to właściwie tyle. Znacznie więcej można się dowiedzieć o sytuacji smoków północnoamerykańskich, ale to też z drugiej ręki – mam wrażenie, że autorka trochę żałowała, że nie zdąży już tam zabrać czytelników, więc postanowiła skorzystać z okazji i wcisnąć trochę pomysłów.

Główną scenerią „Krwi tyranów” są jednak tereny Chin (znowu) i Rosji. W Chinach już byliśmy, jednak oglądaliśmy je z perspektywy turysty-honorowego gościa, a więc już to ogólnie, już to w izolowanych kawałkach. Teraz możemy się przyjrzeć dokładniej strukturom wojskowym czy polityce. Bardzo podoba mi się to przybliżenie – Novik udowodniła, że dokładnie przemyślała swój świat i po prostu pokazuje nam coraz większe kawałki uprzednio namalowanego obrazu, a nie łata dziury naprędce nasmarowanymi szkicami. 

Rosja to już zupełnie inny świat. Jak dotąd autorka pokazywała nam zwykle miejsca, w których smoki (czyli, jak by nie patrzeć, drugą rasę rozumną) traktuje się lepiej niż w Anglii – jak ludzi, czyli istoty rozumne właśnie. Teraz postanowiła pokazać mroczniejszą stronę świata. W Rosji smoki traktuje się jako śmiertelne zagrożenie, tych największych boją się nawet ich własne załogi. Oczywiście brutalne metody szkolenia i traktowania mają też swoje złe strony nawet z punktu widzenia ludzi (np. smoki rosyjskie nie są zdolne do walki metodą inną niż „kupą, panowie”), ale najwyraźniej w kraju zdolnym do wystawienia milionowych armii nikomu to nie przeszkadza. Z jednej strony trochę mnie ten obraz Rosji szturchnął (bo nie uderzył przecież) – taki stereotypowy jak za czasów zimnej wojny. Z drugiej jest też właśnie taki, jaki kreśliła rosyjska proza z dziewiętnastego wieku, więc nie mogę mieć pretensji do autorki, że podążyła tą drogą.

Czas na słów kilka o bohaterach. W tym odcinku najbardziej fascynującymi postaciami okazały się smoki: a to towarzyski kupiec z Ameryki (tak! Z własnym statkiem i u progu intratnego biznesu), a to smoczyca z japońskiej świątyni, która usposobieniem i pogardą dla konwenansów przypominała nieco szurniętą starszą panią. Jednak najwięcej czasu antenowego spośród nowicjuszy zabrał generał Chu – wzór żołnierskich cnót wszelakich, wiekowy i doświadczony. Świetnie udowadnia, że ludzie i smoki wcale tak bardzo się od siebie nie różnią (przynajmniej, kiedy młodzieńcza gorąca krew już nieco im ostygnie). Nowych ludzi poznajemy niewielu, a tylko jeden z nich ma jakieś znaczenie fabularne. Niestety, nie jest nam dane spędzić z nim zbyt wiele czasu – a szkoda, bo ukazanie jego życia wewnętrznego mogłoby tylko wyjść powieści na dobre.
To mogła być polska okładka...


Nie byłabym sobą, gdybym nie powiedziała kilku słów o okładce. Nie jest co prawda tak żenująca, jak w poprzednim tomie, ale ciągle brzydka jak grzech. Śmiertelny. Co boli zwłaszcza gdy zdajemy sobie sprawę, że pierwsze przymiarki były robione do angielskiej wersji okładki. Cóż przynajmniej korekta jest przyzwoita jak na ten cykl – tylko sporadycznie przepuszcza babole. Za to redakcja angielska przepuściła pewną nieścisłość, mianowicie pozwoliła, żeby smoki Nefrytowe na przestrzeni sześciu tomów dość znacznie urosły: w drugim tomie były określane jako znacznie mniejsze od człowieka, zaś teraz nagle są wielkości konia pociągowego (co jest o tyle znaczące, że poprzednim razem autorka poświęciła trochę uwagi opisowi zdumienia bohaterów, którzy nigdy nie spodziewali się zobaczyć tak małej rasy, wielkości pociągowego konia zaś bywały popularne europejskie rasy kurierskie).

Podsumowując: na duży plus. Świat się rozwija, akcja też. Zastanawiam się, czy autorka postanowi podążyć zgodnie z naszą ogólną linią historyczną, czy też zdecyduje się na coś przeciwnego. Tymczasem czekam na ostateczne starcie. To może być już w przyszłym roku.

Ksiązke otrzymałam od wydawnictwa Rebis.

Tytuł: Krew tyranów
Autor: Naomi Novik
Tytuł oryginalny: Temeraire: Blood of Tyrants
Tłumacz: Jan Pyka
Cykl: Temeraire
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2014
Stron: 564

środa, 6 sierpnia 2014

Nie piszę recenzji, bo robię zakładki

Tytuł mówi wszystko - wczoraj miałam skończyć tekst o "Krwi tyranów", żeby was nim dziś uraczyć, ale robienie zakładek skutecznie mi to uniemożliwiło. Toteż zamiast recenzji będzie dziś autopromocja - zapraszam do oglądania smerfnych zakładek na moim drugim blogu:

Kliku klik.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Subiektywne prasowanie #25 - Nowa Fantastyka 07/2014

Wiedziałam, że rozprawienie się z lipcową Nową Fantastyką będzie wymagało większego samozaparcia niż z poprzednimi numerami. Powód jest prosty – przewodnim tematem są horrory, a ja zdecydowanie z horrorami nie jestem kompatybilna. Jak widać, czytanie trochę przeciągnęło się w czasie, ale podołałam.

Wstępniak Jerzego Rzymowskiego tym razem bardzo interesujący – red. nacz. ostrzega w nim przed ryzykiem wynikającym z pokusy wyręczania się we wszystkim technologią (mam nadzieję, że już na dobre dał sobie spokój z minirozprawami o kulturze dyskusji. Temat dawno się wyczerpał). Felieton Mateusza Wielgosza wstępniakowi nie ustępuje, nawet wręcz przeciwnie. Tym razem rzecz o tym, dlaczego „bliźniaczki Ziemi” wcale nie są bliźniaczkami, a nawet do przyrodniego rodzeństwa często im daleko. Swoją drogą, coraz bardziej lubię ten cykl, takie małe, precyzyjne i atrakcyjnie podane dawki naukowych faktów to był strzał w dziesiątkę.

Dalej temat z okładki, czyli bardzo obszerny artykuł na temat kultowego już serialu „American Horror Story”. Jak wspominałam, z tematem jestem kompletnie niekompatybilna, ale przynajmniej miałam okazję dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi. W tych samych klimatach pozostaje tekst „Małe miasta, duży strach”, czyli przegląd seriali eksploatujących ulubiony przez Kinga motyw horroru na amerykańskiej prowincji.

Kolejny tekst odbiega od tematu przewodniego (choć powiązania, jak sądzę, można by bez trudu znaleźć) i traktuje o związku malarstwa z fantastycznym kinem. Interesujący, choć jak mi się wydaje, dość powierzchowny z konieczności. A na wyprawę w świat tym razem wyruszamy do Brazylii, żeby prześledzić początki tamtejszej dziedziny fantastycznej. Współczesność w następnym numerze.

Kolejna odsłona cyklu „Z lamusa” zabiera nas na wycieczkę po przedwojennym (i mam tu na myśli I wojnę światową) i międzywojennym duńskim kinie fantastycznym. Zadziwiającym, zważywszy na fakt, że do tej pory nie wiedziałam nawet, że takowe istniało. Tekst ciekawy, choć osobiście wolę raczej ogólniejsze odsłony cyklu niż te dotyczące konkretnych grup wytworów kultury. A książka miesiąca tym razem został „Golem i dżin”, o którym już pisałam (nawet dwa razy). Jerzy Rzymowski zrobił to lepiej.

Obejrzyjmy sobie teraz pozostałe felietony. Rafał Kosik pisze o akcjach często na wielką skalę, podejmowanych przez (grupy) ludzi często wbrew logice. Tekst mógłby być ciekawy, ale zabiła go spora dawka reaserchu ziemkiewiczowskiego – po pisarzu pokroju Kosika spodziewałabym się jednak więcej. Za to Watts zastanawia się, jak bardzo trwałe i bezpieczne są dane przechowywane w chmurach i jak wielką kontrolę mamy nad najnowszymi urządzeniami, które wymagają częstego łączenia z „bazą”, żeby w ogóle działać. Bardzo zrównoważony wywód, bez apokaliptycznego czy spiskowoteoretycznego rysu, a to rzadkość w tej tematyce. Maciej Parowski prezentuje pierwszą część tekstu o cenzurze i przyznam, że czytałam go z ogromnym zainteresowaniem, bo dla kogoś takiego jak ja perypetie peerelowskiej inteligencji to całkiem niezbadany świat. A Łukasz Orbitowski, jakby stwierdzając, że skoro tylu ludzi w tym numerze pisało o horrorach, to on już nie musi, przedstawia nam „Frequencies” - i jest to dopiero drugi w historii moich spotkań z jego felietonami przypadek, kiedy opisany film chciałabym zobaczyć.

Czas na sekcję literacką, czyli opowiadania – nie bardziej obfite w horrory niż zwykle. „Róża wiatrów” Cezarego Zbierzchowskiego jest przez redakcję określana jako ciężki, brutalny horror, ale nie zgodziłabym się. To raczej ciężki kryminał, który nawet nie przechodzi testu brzytwą Lema. Co nie znaczy, że jest zły – wręcz przeciwnie. Sam pomysł, choć makabryczny, jest bardzo intrygujący – zastanawialiście się kiedyś, co może wyniknąć ze spotkania dwóch seryjnych morderców? „Starcie ultymatywne” Wiktora Ruszkiewicza to opowiadanie dziwne dziwnością dukajową i przyznam, że ku zdziwieniu mi się podobało, choć próba opisu o czym właściwie jest mija się z celem. Za to „MMA” Michała Nowina nie przypadło mi do gustu – miała być humorystyczna walka magów w klatce, ale ten typ humoru kompletnie do mnie nie trafia.

Zagraniczne teksty zaczynają się od „Kadrów apokalipsy” Paolo Bacigalupiego i jest to tekst rozczarowujący. Nie chodzi o to, że jest słaby, po prostu po autorze tak chwalonym spodziewałam się czegoś więcej, niż sprawnie napisanych kadrów z życia lokalnej dziennikarskiej hienki na tle umierającej Ameryki. Mam nadzieję, że nie jest to tekst reprezentatywny dla poziomu pisarza. Lepiej wypadają „Ciemne ogrody” Grega Kurzawy – rasowy horror z niepokojąca atmosferą i legionem tworzących ją niedopowiedzeń. Ale najbardziej przypadły mi do gustu „Shoggothy w rozkwicie” Elizabeth Bear – nietypowa odsłona kontaktu z czymś niezbadanym. Dodatkowo zaprawiona smaczkiem klasycznych badań zoologicznych, więc tym bardziej satysfakcjonująca. Coraz bardziej lubię tę autorkę.

sobota, 2 sierpnia 2014

Stosik #58

Miało być skromnie, bo przecież sezon ogórkowy w pełni i szaleństwa nowości nie odnotowano. Ale wiecie jak to jest - jedna okazja, druga okazja, ktoś coś pożyczy i kolejna papierowa góra w moim pokojowym łańcuch gotowa. A nawet dwie, bo jedna nie zmieściłaby się w kadrze. Zacznijmy od pożyczanek:


Stosik pożyczankowy jest w większości sponsorowany przez Siostrę Lubego - jej wpływy widać od góry. Na czubku pięć tomów mangi "Blue Exorcist", które już przeczytałam. Notki nie będzie, bo nie znam się na komiksie ani zachodnim, ani japońskim, więc mogłabym najwyżej bzdur nawypisywać. Także dlatego, że chyba już wyrosłam (albo nigdy nie byłam targetem) z młodzieżowych mang i byłabym zanadto czepliwa. Ale nawet fajnie się czytało, zwłaszcza jak już przepłynęłam przez fale nastoletniego angstu.

Niżej, z tego samego źródła, potężny ładunek Pratchetta, od góry: "Łups!", "Straż Nocna", "Ruchome obrazki", "Niuch" i "Niesamowity Maurycy i jego Edukowane Gryzonie". Po średnim "Eryku" stęskniłam się za Pratchettem. Najbardziej interesuje mnie ostatni z wymienionych, tutaj w nowym tłumaczeniu.

Trzy ostatnie książki to pożyczanka od JoannyzKociewia. Najbardziej ostrzę sobie ząbki na "Czerwony rynek" i pewnie pierwszy trafi na tapetę. "Myć się czy wietrzy?" ma urocze, humorystyczne ilustracje, a "Bogowie, groby, uczeni" to już właściwie klasyka.;)


Tutaj książki, które zostaną ze mną na dłużej niż czas konieczny na przeczytanie.;) Na górze dwie pozycje do recenzji. "Aposiopesis" od Rebisu to moja próba zapoznania się z serią Horyzonty zdarzeń - poprzednie pozycje jakoś mnie nie skusiły (choć Dębski był blisko), ale steampunkowi w Warszawie nie mogłam się oprzeć. Pod nią "Pająki pana Roberta" od Czarnego - wiadomo, Menażeria, którą obiecałam sobie zbierać (a poprzednia pozycja z serii była naprawdę świetna) już przeczytane, więc niedługo recenzja.

Dalej to już czysty zakupowy szał. Pierwszy tom "Rakietowych szlaków" to w zasadzie przypadek - miałam kupić tylko "Problem kluczy do mieszkania w Piasecznie" Oramusa, patrzę, a tu RS za 10 zł. Nawet miękka oprawa nie mogła ostudzić mojego entuzjazmu.;) Co prawda trzy opowiadania z tomu już kiedyś czytałam, ale do jednego z nich chętnie wrócę, a nieczytanych i tak pozostaje siedemnaście.;)

Poniżej "Zakwitające dziewczęta" - książka, na którą napaliłam się już od dnia premiery. Teraz znalazłam nowiuśki egzemplarz w lokalnej księgarni za jedyne 10 zł. W tej samej księgarni znalazłam też przecenione o 36% "Mgły Avalonu" (występujące jako podstawa stosu), więc dałam się ponieść.;)

Reszta to pakiet dedalusowy, którego w ogóle nie miałam w planach nabywać. Ale wchodzę sobie na stronkę, a tam "Krokodylowa skała" (na którą jestem chora od chwili wydania, ale sześćdziesiąt złotych za książkę w miękkiej oprawie to zdecydowanie więcej, niż jestem skłonna wydać) za 14 zł - propozycja nie do odrzucenia. A jak już postanowiłam złożyć zamówienie, to od razu dosztukowałam do niego kilka pozycji, które od dawna mnie interesowały, ale brakowało impulsu do zakupu. I tak sobie dołożyłam dwa tomy "Zadry" Piskorskiego (bardzo solidny rzemieślnik) i dwie książki Eco. O ile na "Nie myśl, że książki znikną" od dawna ostrzyłam ząbki, to "Apokaliptycy i dostosowani" byli zakupem kompletnie spontanicznym. Mam nadzieję, że mnie nie zawiodą.;)

Skoro tak wygląda miesiąc przewidywany jako wyjątkowo chudy, to aż się boję myśleć o sierpniu...

sobota, 19 lipca 2014

Zima, Zima, Zima czeka, czyli pór roku na się nastawanie - "Rycerz Lata" Jim Butcher

Czwarty Dresden leżakuje już wystarczająco długo, najwyższa pora coś o nim napisać (lato zdecydowanie nie sprzyja płodzeniu refleksji czytelniczych). Zbyt wiele w stosunku do trzeciego tomu się nie zmieniło, ale autor przygotował kilka fajnych niespodzianek dla czytelników (no dobrze, dla mnie były fajne, za ogól nie odpowiadam, bo fajność zależny tutaj mocno od osobistych preferencji).

Od czasu balu u wampirów Harry'emu nie wiedzie się zbyt dobrze. Zleceń od kilku miesięcy praktycznie nie ma – a nawet gdyby jakieś były, to trudno byłoby mu się o tym dowiedzieć, skoro całe dnie i noce przesiaduje w swojej piwnicy próbując wynaleźć antidotum na przypadłość Susan, jak dotąd nieskutecznie. Nawet fakt, że do miasta przybywa cała Biała Rada z pretensjami, nieszczególnie obchodzi Dresdena – choć ostatnia ulewa ropuch go zaniepokoiła. A do tego wszystkiego jeszcze sprawa morderstwa na elfim dworze, którą Harry będzie musiał rozwikłać, bo jeśli nie, najprawdopodobniej nie dożyje przyszłego tygodnia. Nikt nie mówił, że będzie lekko...

Niespodziankami, o których pisałam we wstępie, są powroty znanych postaci. Już przy recenzji „Pełni księżyca” pisałam, że chciałabym się jeszcze zobaczyć z Alfami, sforą nastoletnich wilkołaków. Teraz miałam okazję znowu ich spotkać. I to nie przelotnie – młodociane futrzaki mają do odegrania sporą rolę. Trochę szkoda co prawda, że całe Alfy to w zasadzie przedstawienie jednego aktora (bo tylko jednemu z nich autor jak dotąd wykreował charakter i tego się trzyma), ale może Butcher to jeszcze naprawi. Ciekawa jest też ich relacja z Dresdenem – akurat w tym odcinku niezbyt zróżnicowana, ale okoliczności w pełni to usprawiedliwiają. Zastanawia mnie, jak się będzie im układać w ciągu kolejnych lat. Kiedy poznaliśmy Alfy, na dobrą sprawę była to dzieciarnia z dobrymi intencjami, strasznie podjarana faktem, że umieją zmieniać się w wilki i Dresden podchodził do nich jak do takich właśnie dzieciaków – nie chciał ich narażać i bardzo mu nie w smak był fakt, że musi. Minęło półtora roki i szczenięta zmieniły się w co prawda młodocianych i narwanych, ale jednak wojowników, traktujących maga trochę jak mentora, a trochę jak maskotkę. Ciekawe jak to będzie za pięć-sześć lat (biorąc pod uwagę dotychczasowe „przeskoki” w czasie między powieściami, nietrudno będzie tego doczekać), kiedy nastolatki będą już dorosłymi mężczyznami i kobietami.

W „Rycerzu Lata” poznajemy też trochę tajników działania zarówno elfich dworów, jak i Białej Rady. Pojawia się wiele nowych, interesujących postaci, niemniej na obecnym etapie trudno cokolwiek o nich powiedzieć – są mocno epizodyczne i nie bardzo wiadomo, jak się rozwiną. Od razu też można się domyślić, że to nie ostatnie nasze spotkanie z nimi, więc może w którymś z kolejnych tomów będę miała o nich więcej do powiedzenia. Pojawia się też postać, której nikt się chyba nie spodziewał – i muszę przyznać, że świetnie autorowi wyszła. Niejednoznaczna (mimo tego, co próbuje nam i sobie wmawiać Dresden-narrator), bystra i potrafiąca wskazać Harry'emu kilka niewygodnych faktów, których nie chciał dostrzegać. Czekam na kolejne spotkanie, które niewątpliwie nastąpi.

Fabuła powieści jest jak zwykle dynamiczna i przyznam, że Butcher się wyrabia. W tym tomie akcja znalazły doskonały rytm i czytelnik nie czuje się przytłoczony wydarzeniami. Nie jest też przewidywalnie, tak jak za pierwszym razem i zakończenie naprawdę może zaskoczyć (wiele jest drobnych zaskoczeń w tej powieści). Oby tak dalej.

Chwilowo to koniec mojej przygody z Dresdenem – więcej tomów Mag po prostu nie wydał. Mam nadzieję, że w przyszłym roku do cyklu wróci, bo jak można wyczytać na forum wydawcy są z tym jakieś problemy techniczne i obiecany tom na kwartał na pewno nie wyjdzie. Mam tylko nadzieję, że uda się cykl doprowadzić do szczęśliwego zakończenia, bo bardzo by było szkoda.

Tytuł: Rycerz Lata
Autor: Jim Butcher
Tytuł oryginalny: Summer Knight
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Cykl: Akta Dresdena
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2013
Stron: 468

sobota, 12 lipca 2014

Duchy, miecz i matka chrzestna, czyli komu przysni się koszmar - "Śmiertelna groźba" Jim Butcher

Już trzeci raz pisze o Harrym Dresdenie i muszę przyznać, że mój stosunek do bohatera zaczyna się zmieniać. Ogólnie rzecz ujmując, „Śmiertelna groźba” dość mocno różni się od poprzednich tomów – i takie odchodzenie od schematu kryminalnego chyba będzie już trwałe. Ale może przejdźmy do konkretów.

Duchy atakują miasto – praktycznie codziennie ma miejsce jakaś mniej lub bardziej niebezpieczna emanacja i tak się dzieje już od dwóch tygodni. Harry Dresden ma więc pełne ręce roboty – szkoda tylko, że wolontaryjnej, ale jak się jest szlachetnym magiem, to czasem tak wychodzi. Nie dziwi się więc i wtedy, kiedy przychodzi do niego dziewczyna twierdząca, że ściga ja bardzo potężny upiór. A jakby tego było mało, jedna z bardziej wpływowych wampirzyc w mieście organizuje bal i zaprasza nań Harry'ego. Niby nic, ale nie pójść trudno, a zjawienie się na imprezie wydawanej przez kogoś, kto szczerze was nienawidzi nie jest dobrym pomysłem. I co teraz?

Moim głównym problemem ze „Śmiertelną groźbą” jest to, że wygląda ona trochę tak, jakby przed nią był jeszcze jakiś tom/opowiadanie/cokolwiek, co nie trafiło w ręce polskich czytelników (być może nawet tak było – pobieżny risercz wskazał na istnienie jakiegoś opowiadania w wydanej za oceanem antologii, ale nie wnikałam za bardzo). Autor co prawda nie ma obowiązku raportowania czytelnikowi każdej sprawy, jaką zajmuje się mag–detektyw (zważywszy na to, że między akcją kolejnych tomów jest zazwyczaj jakieś pół roku przerwy, byłoby to trudne), więc nie mam mu za złe wspominania grubej, kluczowej dla fabuły obecnej powieści obławy na czarnoksiężnika tylko w retrospekcjach. Trudno, niech i tak będzie, choć nie powiem, chętnie bym i o tym poczytała. Niestety, postaci nie dotyczy ta wymówka. I tak na przykład Michaela, człowieka prawego i jednocześnie będącego Rycerzem Pana, autor nam w ogóle nie przedstawia. Wprowadza go z nonszalancja postaci znanej i przedstawionej czytelnikom wcześniej, a i Harry mówi o nim jak o wieloletnim przyjacielu. Wszystko fajnie, tyle że w poprzednich tomach nikt nie zająknął się o nim ani słowem, a w tym pierwszą sceną, jaką widzimy jest szaleńcza jazda obu panów na miejsce potencjalnej zbrodni. Nie wiem jak wy, ale kiedy ja ją czytałam, nie opuszczało mnie pytanie „Kim do diabła jest ten drugi facet i skąd się właściwie wziął?”. Co prawda „kim” autor w końcu wyjaśnił, ale pytanie „skąd się wziął?” ciągle pozostaje bez odpowiedzi. To samo dotyczy tez całej afery z elfią matką chrzestną Harry'ego. Ona wygląda jeszcze bardziej na wymyślona na bieżąco od Michaela, bo jeśli do wspominania o tym drugim wcześniej, uczciwie mówiąc, nie było odpowiedniej okazji, to dla tej pierwszej owszem, tak.

Jednak, jak już człowiek opanuje początkowa irytację, da się to przeżyć, zwłaszcza że wprowadzone tak niefortunnie postacie są naprawdę ciekawie. Michaela polubiłam od pierwszego spotkania. Jest to ten tym postaci, który idealnie łączy stabilizacje normalności i konieczność magicznych działań na rzecz dobra. Widzę go trochę jako odpowiedź na komiksowych bohaterów. Wiecie, oni robią (a przynajmniej część z nich) straszna sprawę ze swoich mocy: albo ukrywają je w zabawnej i niezrozumiałej konspiracji (zawsze miałam złośliwe wrażenie, ze dzięki temu czują się jakoś lepsi), albo obnoszą się z nią jak celebryci na bankietach. Michael po prostu bierze starą torbę sportową i rusza wykonać obowiązki. Poza tym ma w sobie też trochę z ciotki ciągle wypytującej o to, kiedy się ożenisz i przykładnego męża i ojca, któremu nawet zmiana pieluchy niestraszna (doceniam to, bo pchanie w machizm postaci biegającej z wielkim, świętym mieczem jest realnym zagrożeniem pisarzy. Butcher go mistrzowsko unika).

Matka chrzestna Harry'ego to drugi koniec skali. Okrutna elfka, osobiście kojarząca mi się z „Panami i damami” Pratchetta (wiem, ze inspiracja były Sidhe, ale staram się zaznaczyć, że w „Aktach Dresdena” zdecydowanie nie mamy do czynienia z elfami tolkienowskimi) – idealnie egoistyczna, potężna istota, która bardzo chętnie potraktuje cie jako narzędzie, a potem zamieni w psa. Nie jest to typ postaci, który lobię, ale jest niewątpliwie świetnie napisana.

Ja tu się rozpisuje o bohaterach, a tak naprawdę chciałam napisać, czym konstrukcja fabuły „Śmiertelnej groźby” różni się od poprzedniczek. Po pierwsze i chyba najważniejsze, autor odszedł od schematu, w którym zlecenia przyjmowane przez Harry'ego na początku powieści są motorem napędowym fabuły. Owszem, ktoś do niego przyszedł i była to nawet postać znacząca, ale nie od niej wszystko się zaczęło. Całość ma tez więcej niż jeden główny nurt. Z jednej strony to tobrze, bo urozmaiceniom mówimy stanowcze tak, ale trochę tęsknię za prostym, kryminalnym schematem fabuły.

Ogólnie – tendencja zwyżkowa. Tom trzeci cyklu obfituje w wydarzenia ważne dla dalszej akcji, rozwija też trochę niektóre postaci poboczne (jestem już też po lekturze czwartego, więc mam wrażenie, że to autorowi wchodzi w krew). Bardzo udany, choć bardzo różny od poprzedników. Będę czytać dalej.

Tytuł: Śmiertelna groźba
Autor: Jim Butcher
Tytuł oryginalny: Grave Peril
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Cykl: Akta Dresdena
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2012
Stron: 487

środa, 9 lipca 2014

Złoto, złoto, złoto, złoto*, czyli smok w swatkę przemieniony - "Próba złota" Naomi Novik

Jak wspominałam wcześniej, „Języki węży” nie były szczególnie udaną powieścią. Były za to najzwyklejszym zapychaczem, czyli tomem, który jest konieczny, aby historia zachowała spójność (i odpowiednią objętość), ale niekoniecznie cokolwiek wnoszącym. Na szczęście to tylko chwilowy kryzys, bo w „Próbie złota” autorka wraca do formy.

Laurence i Temeraire powoli zadomawiają się w Australii i zdają się być całkiem radzi, że świat o nich zapomniał. Jednak to tylko złudzenie – świat ciągle o nich pamięta i już przygotował specjalną misję. W ramach tej misji czeka ich wyprawa do Ameryki Południowej, bo tamtejsze kolonie znalazły się w niebezpieczeństwie, a tak się składa, że nasza dwójka bohaterów jest z tym akurat zagrożeniem najlepiej zaznajomiona. Niestety, podróż nie obejdzie się bez komplikacji…

Grafika okładki wydania niemieckiego,
autorstwa Kerema Beytia. Na moje oko
przedstawia Fleur de Nuita.


Jakiś czas temu zdałam sobie sprawę, że świat wykreowany przez Novik należy do pewnej specyficznej kategorii – jest tak fascynujący i bogaty, że właściwie te wszystkie wojny i polityka tylko przeszkadza w kontemplacji. Najciekawiej czyta się nie sceny batalistyczne czy dworskie intrygi, ale rozdziały poświęcone codziennemu życiu w smoczych kryjówkach (czy też codziennemu życiu po prostu w krajach, w których smoki są częścią społeczeństwa). Szczerze mówiąc, chętniej poczytałabym, jak też radzą sobie niezaprzężone smoki w Anglii od kiedy opuściły tereny rozpłodowe i zaczęły same zarabiać na swoje utrzymanie niż jak wygląda sytuacja na froncie. Tym lepiej czytało mi się „Próbę złota”, której główna część poświęcona jest przedstawieniu kultury inkaskiej.

Mieliśmy już społeczności traktujące smoki jak cenne zwierzęta, mieliśmy równouprawnienie smoków i ludzi (to nawet w dwóch wariantach, w tym jednym z domieszką religii). Czas więc na model, w którym to ludzie są cennym skarbem. W państwie Inków (które ciągle istnieje, bo jako iż konkwistadorzy przypłynęli na kontynent bez smoków, zaś tubylcy mieli ich całkiem sporo, do konkwisty znanej z historii nigdy nie doszło) w wyniku epidemii ludność została znacznie przetrzebiona, więc smoki zazdrośnie strzegą rodzin, które uważają za swoje. Zdarzają się też kradzieże. Co ciekawe, autorka pokazała nam, że nie zawsze tak było, a zwyczaje znacznie zmieniły się na przestrzeni jednego - dwóch smoczych pokoleń. To pokazuje, że jej świat jest przemyślany i dynamiczny (także to, jak fajnie smoki z poszczególnych rejonów geograficznych korespondują z wierzeniami tamtejszych ludów znanymi z naszej rzeczywistości – smoki europejskie są dość masywne, zębate i grzebieniaste, często kolczaste i opancerzone. Rasy chińskie są smuklejsze, zaś smoki południowoamerykańskie… pierzaste. A przynajmniej mają łuski wydłużone na tyle, żeby uchodziły za pióra). Uwielbiam takie światy.

Okładka francuska.
Szalenie mi się podoba.
W „Próbie złota” autorka poświęciła też więcej niż zwykle miejsca bohaterom. Emily Roland zawsze była kreowana na odpowiedzialną i mądrą dziewczynę. Teraz jest nastolatką i przeżywa pierwszą miłość (co prawda wszystko to jest opisane raczej zdawkowo z perspektywy Laurence’a, który nie bardzo wie, jak też podejść do kwestii dorastającej panny w załodze, ale i tak fajnie to wygląda). Ciekawe jest, że Emily nawet w szale młodzieńczych uniesień ciągle ma na uwadze przede wszystkim przyszłość. Wie, co ją czeka za kilka lat i wie też, z kim nie może się związać, a z kim raczej nie powinna. Wyjątkowa dojrzałość jak na nastoletnią bohaterkę powieści rozrywkowej. Poza tym, poznajemy pewne tajemnice Granby’ego, o które nigdy bym go nawet nie podejrzewała. I to chyba dobrze świadczy o autorce, że tworzy postacie, które do tego stopnia nie są definiowane przez jedną cechę, że poznając ją nawet w siódmym tomie, czytelnik może poczuć się zaskoczony (choć muszę przyznać, że przez chwilę towarzyszyło mi poczucie wrzucania pewnych wątków na siłę, ale z drugiej strony nic nie świadczyło ani za, ani przeciw, więc autorce wolno).

Przejdźmy do technikaliów, żebym mogła dać upust swojej złośliwości. Furda kiepska korekta (bo co prawda kiepska była, ale nie aż tak jak w pierwszych tomach), ale ta okładka. TA OKŁADKA. Pomnik smoka (mgliście go kojarzę jako ozdobę dachu tradycyjnego budownictwa dalekowschodniego) z doklejonymi, potraktowanymi filtrami skrzydłami jakiegoś biednego zwierzęcia (które mogli sobie jednak darować) i makabrycznie powykręcanymi łapami (zauważyliście, że łapa, która miała „trzymać” zdobiący okładkę medalion jest po prostu odwrócona o 180 stopni, a nie zaciśnięta jak szpony?). Niniejszym jest to najgorsza okładka nie tylko w serii, ale, podejrzewam, ze wszystkich książek, jakie przeczytałam bądź przeczytam w tym roku. Bardzo wielka szkoda.

Mimo tak odpychającej powierzchowności, „Próba złota” to kawał przedniej rozrywki, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Polecam i lecę czytać kolejny tom.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Rebis.

Tytuł: Próba złota
Autor: Naomi Novik
Tytuł oryginalny: Temeraire: Crucible of Gold
Tłumacz: Jan Pyka
Cykl: Temeraire
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2012
Stron: 400


*Kto zgadnie, do czego nawiązuję w tytule, dostanie order z ziemniaka.;)

poniedziałek, 7 lipca 2014

Maggus w kręgu przywołania, czyli piekielne reformy - "Eryk" Terry Pratchett

Po dłuższej przerwie postanowiłam znowu uraczyć się Pratchettem. Jako że „Eryk” czekał na swoją kolej już od dłuższego czasu i był mikrej postury, padło na niego. Co prawda podcykl o Rincewindzie to najmniej przeze mnie lubiana część Świata Dysku, ale sir Terry potrafi osłodzić nawet nielubianych bohaterów.

Kiedy ostatni raz widzieliśmy Rincewinda, ten właśnie znikał w portalu prowadzącym do piekielnych wymiarów. Nie jest to okolica, w której człowiek chciałby pozostać na dłużej, to i nie dziwota, że mag chciał się wydostać. I tak oto budzi się w kręgu przywołania młodocianego demonologa – w końcu jeśli coś przybyło z otchłani, to musi być demonem, prawda? Potem standard: trzy życzenia i takie tam. Tylko oczywiście przy wypowiadaniu życzeń trzeba być bardzo, bardzo konkretnym…

W „Eryku” Pratchett trochę parodiował Fausta, ale nie jest to szczególnie widoczne. Fabuła jest oparta raczej na zabawie konwencją trzech życzeń, które, jak wie każdy kto przeczytał odpowiednią ilość powieści fantasy, trzeba wypowiadać bardzo ostrożnie. Jak wiadomo siły zła chętnie spełnią prośby, ale dostaniesz dokładnie to, o co prosisz, a nie to, czego potrzebujesz. Sam motyw do tej pory już się mocno zużył i gdyby nie pratchettowski styl, tę niewielką powieść trzeba by było określić nudną. Ale z tym autorem nudzić się nie można.

Jak to w Świecie Dysku, mamy więc mnóstwo nawiązań do kultury i rzeczywistości, wszystko odbite w krzywym zwierciadle humoru. Fani serii znajdą tu też mnóstwo znajomych postaci, choć nie aż tyle, ilu się spodziewałam. Zdecydowanie jednak nie polecam „Eryka” na początek znajomości z autorem – nie jest co prawda tomem słabym czy zbyt hermetycznym, ale Pratchett pisywał już zdecydowanie lepiej.

Co jest mocną stroną? Obraz piekła. Żaden porządny świat nie może obyć się bez własnej krainy tortur i Dysk nie jest wyjątkiem. Jednak w piekle zmieniło się kierownictwo i od jakiegoś czasu interes funkcjonuje według korporacyjnych zasad. Oczywiście Pratchett nie pisze niczego odkrywczego – wielu przed nim zauważyło już, że rozgrzane obcęgi duszom niestraszne, bo brak ciała uniemożliwia odczuwanie bólu, za to nuda zawsze budzi grozę. Ale Pratchett to Pratchett, żartuje sobie z tego truizmu i ładnie go wyolbrzymia – generalnie podaje w takiej formie, że nie dość iż czytelnik chichocze jak głupi, to jeszcze ma wrażenie, że podano mu pomysł całkiem świeży. Przy czym jest to zdecydowanie Dysk w starym stylu - nastawiony na parodię i groteskę, gdzie śmiech nigdy nie bywa gorzki. Osobiście wolę nowsze powieści, bardziej refleksyjne. Ale "Eryk" i tak daje radę.

Rozpisywać się nie będę, bo książeczka króciutka, jak na możliwości sir Terry’ego raczej przeciętna i nie chcę spoilerować. Fanom autora oczywiście polecam. Tym, którzy go nie znają radzę zacząć od czegoś innego i wrócić do „Eryka”, kiedy już zostaną fanami. Wtedy na pewno bardziej im się spodoba.

Tytuł: Eryk
Autor: Terry Pratchett
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Tytuł oryginalny: Faust Eric
Cykl: Świat Dysku
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 1997
Stron: 116


Ksiązka bierze udział w wyzwaniu Klucznik.

sobota, 5 lipca 2014

Nieregularny karnawał blogowy #2

Z ideą karnawału blogowego jest u mnie tak, że zazwyczaj zanim uda mi się uzbierać dość interesujących linków na kolejną notkę, dochodzę do wniosku, że to wszystko nie ma sensu i daję sobie spokój. Czasem jednak zdarza się, że w krótkim czasie natrafię na sporo wartych polecenia notek i wtedy idea odżywa. To jest właśnie jeden z takich przypadków - od razu skorzystam z okazji i polecę też kilka bardziej leciwych wpisów.:)


Nie przedłużam, wrzucam linki, nie tylko książkowe.:)

Na początek świetna notka Ninedin (jak wszystkie notki Ninedin, ale czasem trafiwją się świetne bardziej, jak ta) o Wielkiej Teorii Przeciwnika. Sama chciałam kiedyś napisać taką, ale ona zrobiła to szybciej i lepiej.:)

Padma z Miasta książek podpowiada, jak na 20 sposobów można spędzić przynajmniej część wakacji z książką.:)

Ach, no i jakże mogłabym nie wspomnieć o wspaniałej (znowu) recenzji Ninedin fenomenalnego cyklu komiksowego "Barman i Rabin"!

Tess z kolei doskonale podsumowała to, co i według mnie jest nie tak ze słynnym spotem o smutnym autobusie.

Drakaina napisała notkę, tknięta aferą z olimpiadą w Krakowie i bardzo wiele prawdy w tej notce jest, choć sama afera była tylko pretekstem.

Notka była już co prawda szeroko polecana, ale dobrem trzeba się dzielić, więc polecę jeszcze raz nocię Turela o tym, dlaczego katana wcale nie jest taka wspaniała.

Na blogu Jaguara wyjaśniają, skąd się bierze dublowanie okładek. W zasadzie z odrobiną logicznego pomyślunku można samemu dojść do podobnych wniosków, ale wiedza a przeczucia to jednak pewna różnica.;)

Misiael jakiś czas temu ruszył z cyklem notek o "Power Rangers" (chyba nie ma nikogo, kto w dzieciństwie nie widział choć kilku odcinków;)). Jakkolwiek recenzje kolejnych sezonów serialu są atrakcyjne raczej dla dość nielicznej grupy, tak notki o najważniejszych postaciach są absolutnie świetne. Moją ulubioną jest ta o Zeddzie, ale ta o Zordonie też smakowita.:)

W poprzednim karnawale miałam notkę o pisaniu scen erotycznych, to i w tym nie może zabraknąć pikanterii. Tekst co prawda nie z bloga, a z Esensji, ale bardzo warty przeczytania.

środa, 2 lipca 2014

Stosik #57

Tym razem stosik raczej ze średnich,a na następny miesiąc obstawiam tendencję spadkową. Na górze są owoce moich zakupów w Arosie - pierwsze "I tak człowiek trafił na psa" Lorenza. Razem z kupionymi wcześniej "Rozmowami ze zwierzętami" to już wszystko, co tego autora chciałam mieć (chyba że wyjdzie jeszcze coś ciekawego, o czym nie słyszałam). Pod nim trzeci i czwarty Dresden i mam nadzieję, że Mag choć połowicznie wywiąże się z obietnicy wydawania w przyszłym roku co kwartał kolejnej części, bo chciałabym jednak mieć co czytać (a na forum napisali ostatnio, że agent autora jest nie jest zadowolony z tempa wydawania serii. Nie on jeden...).

Niżej dwa egzemplarze recenzenckie od Rebisu. "Krew tyranów" Naomi Novik to jedna z najbardziej oczekiwanych przeze mnie premier tego roku (ciągle pozostaję nieutulona w żalu po okładce). Niezmiernie się cieszę z wypuszczenia nowego tomu, a jednocześnie strasznie mi żal, że to już przedostatni, choć na pocieszenie znacznie tłustszy od średniej cyklu. Recenzji możecie spodziewać się niebawem, bo już mnie rączki świerzbią.;) Dalej niespodzianka, czyli coś, o co nie prosiłam, a dostałam w chyba w charakterze bonusu, czyli "Monument 14. Odcięci od świata" - nowe młodzieżowe postapo. Mimo że nie zamawiałam, to nie narzekam i pewnie też niedługo przeczytam, choć na młodzieżowe postapo ostatnio nie mam apetytu. Za to wydanie bardzo fajne, szkoda że Novik takiego nie ma.

Na samym dole dwa tomy "Kroków w nieznane", szósty i ósmy, wyhaczone w solarisowej księgarni z pięćdziesięcioprocentową obniżką. Co oznacza, że z trzech brakujących do kompletu będę mogła w jakiejkolwiek formie nie będącej przepłacaniem na alledrogo kupić tylko jeden. Wzdech. Ale przynajmniej dobrych opowiadań mi nie zabraknie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...