sobota, 15 listopada 2014

Wiele twarzy niewolnictwa czyli historia kobiet - "Czarne skrzydła" Sue Monk Kidd

Uwielbiam powieści o kobietach – wydają mi się zawsze ciekawsze niż te o mężczyznach, przynajmniej jeśli poruszamy się w realiach historycznych. Bo wiecie, tak jakoś drzewiej bywało, że kobieta zwykle miała pod górkę i jeśli miała coś osiągnąć, musiała pokonać znacznie więcej trudności. A o pokonywaniu trudności czyta się świetnie i im więcej ich jest, tym mocniej się kibicuje bohaterkom. Bo jeśli im może się udać, to nam przecież też.

W Karolinie Południowej, w pewnym domu mieszkają dwie dziewczynki. Jedna z nich jest drobna i ma problemy z mówieniem. Ale przynajmniej jest ulubienicą ojca, któremu jej wywrotowe poglądy wydają się zabawnie urocze. Druga staje się własnością tej pierwszej. Wbrew pozorom łączy je wiele wspólnego – w Karolinie Południowej nie traktuj się kobiet poważnie, białych czy czarnych, bez różnicy. Białe są tylko droższe, bo pan mąż musi poważnie zainwestować w nabycie żony.

Zainteresowałam się Sue Monk Kidd, kiedy ktoś gdzieś napisał, że to pisarka zbliżona do Fannie Flagg, bo podobną tematykę porusza w podobny sposób. Flagg lubiłam (nie wiem, czy lubię nadal; „Smażone zielone pomidory” na pewno, ale czy nowsze powieści też podobałyby mi się jak kiedyś, trudno powiedzieć), więc pomyślałam, że i Kidd spróbuję. Nie powiem, że się rozczarowałam, bo nie byłaby to prawda, jednak porównanie tych autorek uznaję za nietrafione. Flagg opowiada zupełnie inaczej – trochę jak babcia opowiadająca wnukom historie ze swojego życia i wygładzająca pewne szczegóły, choć starsze latorośle bez trudu mogą się domyślić mrocznych szczegółów. Kidd nie owija w bawełnę. Co prawda nie lubuje się w naturalistycznych opisach, ale też jej styl jest przejrzysty. Nie ma w nim niedopowiedzeń, zawoalowanych sugestii czy półsłówek, ale za to jest równowaga niezbędna, aby nie zniesmaczyć czytelnika (nie jest to autorka lubiąca szokować. Może dlatego, ze szok często wywołuje wyparcie, a Kidd chce, żebyśmy dokładnie przyjrzeli się życiu jej bohaterek). Czysty i klarowny, choć nie pozbawiony odrobiny poetyki przekaz.

Tym przekazem w „Czarnych skrzydłach” jest historia buntu. Każdy buntuj się w taki sposób, na jaki go stać. Matka Szelmy kradnie i niszczy drobne przedmioty należące do swoich panów, bo innej możliwości nie ma. Jej córka pod nieobecność państwa korzysta z przynależnych im luksusów, żeby udowodnić chyba przede wszystkim sobie, że jest takim samym człowiekiem, choć ma skórę innego koloru. To drobne rzeczy, a wybór metody nie wynika z wrodzonej subtelności, tylko z prostego faktu, że innej możliwości nie ma. Jest w tym coś strasznie smutnego.

Białe dziewczęta mogą buntować się inaczej. Ale dopiero wtedy, gdy z panien na wydaniu staną się starymi pannami. Wtedy dławiąca ręka dobrego obyczaju i honoru rodziny staje się trochę lżejsza i można się wyrwać. Zacząć się oddawać męskim zajęciom, jak na przykład publiczne wygłaszanie odczytów na polityczne tematy. Można próbować pomóc tym, których prawo ustawia na gorszej pozycji.

Bunt ma jednak swoją cenę. Czasem trzeba za niego zapłacić krwią, czasem odrzuceniem miłości, która nas krępuje. Zawsze będzie trzeba znosić ostracyzm społeczny i liczyć się z tym, że jeśli bunt będzie w jakimś stopniu udany, staniemy się w najlepszym wypadku osobliwością, którą ludzie będą przychodzili oglądać jak dziwowisko, a w najgorszym – osobą niepożądaną, której grozi się aresztowaniem i pobiciem. W idealnym świecie nic takiego nie miałoby miejsca. Ale świat (zwłaszcza ten dziewiętnastowiecznej Ameryki) nie jest idealny. W idealnym świecie nie trzeba się buntować.

Poza opowieścią o buncie Kidd postanowiła napisać po swojemu kawałek historii. Sara Grimke i jej siostra Angelina istniały naprawdę i naprawdę prowadziły swoją abolicjonistyczną działalność. Historia lubi zapominać o takich przypadkach i tutaj jest miejsce dla literatury. Archiwalne damy bowiem w „Czarnych skrzydłach” dostają nowy głos (nie tylko one zresztą). Zyskują też życie, które w historycznych dokumentach słabo się przechowuje. A jest to opowieść fascynująca, bo rozgrywająca się w świecie dla nas na szczęście zupełnie nieznanym. Nieznanym właśnie dzięki takim kobietom jak siostry Grimke.

Nie zawiodłam się „Czarnymi skrzydłami”, bo to powieść, w której kilka kobiet pokonuje wiele trudności, część z nich w walce o lepsze jutro dla wszystkich. Udowadnia też, że nie tylko mężczyzny walczyli o słuszną sprawę (nie zawsze trzeba przecież walczyć zbrojnie). Jednak taka walka nigdy nie obywa się bez poświęceń. Cena często jest wysoka, jak to cena marzeń. Dlatego warto przeczytać tę książkę – udowadnia, że czasem i taką cenę warto zapłacić. Jeśli nie dla siebie, to dla innych.

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Literackiego.

Tytuł: Czarne skrzydła
Autor: Sue Monk Kidd
Tytuł oryginalny: The Invention of Wings
Tłumacz: Marta Kisiel-Małecka
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok: 2014
Stron: 485

poniedziałek, 10 listopada 2014

Film ostatnio widziałam #7 - "Interstellar"

Jeśli jeszcze nie zauważyliście, to jestem skrajnie niewymagającym widzem. Żeby film mi się podobał, wystarczy, żeby był odpowiednio ładny (co w praktyce oznacza, że spodoba mi się każdy film z odpowiednio wysokim budżetem). Schematy fabularne mi nie przeszkadzają, bo jestem z tych widzów, którzy lubią oglądać to, co znają, choć nie mam też nic przeciwko zaskakiwaniu mnie. Czasem jednak trafi się film, w którym wszystkiego jest za mało – i ładności, i schematów, i zaskoczeń. Dla mnie takim filmem jest „Interstellar”.

Zanim przejdę do konkretów, może kilka zdań o tym, z czym właściwie mamy do czynienia. Otóż Ziemia umiera, nękana przez suszę i burze pyłowe. Ale oto tuż za Saturnem odkryto WARPa, prowadzącego wprost do odległej galaktyki, i to w miejsce, gdzie znajduje się kilka potencjalnie dogodnych do kolonizacji planet. Wyrusza więc misja w celu określenia, gdzie najlepiej byłoby założyć kolonie. W tle mamy konflikt ojca z dorastającą córką. Wydawać by się mogło, że takiego scenariusza nie da się zepsuć.

Dla mnie największym problemem „Interstellar” jest to, że nie potrafię zawiesić niewiary. Kiedy już, już mam uwierzyć w historię, którą mi reżyser ze scenarzystą opowiada, zaraz wyskakuje coś (jakiś drobny detal najczęściej), co wszystko psuje. Ot, choćby ten wielki głód, z którym ze wszystkich sił Ameryka walczy. A walczy tak, że wszystkich, których się da, kształci na farmerów. Nie na botaników, nie na technologów rolnictwa, nie na inżynierów rolnictwa, nie na genetyków, tylko na farmerów. Bo wiecie, taki farmer na pewno więcej wynajdzie w dziedzinie usprawniania technologii uprawy i zwiększania plonów, niż genetyk specjalista od tworzenia nowych odmian roślin. Na pewno też lepiej zaprojektuje maszyny niż jakiś tam inżynier. To ja się wcale nie dziwię, że oni tam głód cierpią, skoro najwyraźniej w drugiej połowie XXI wieku ta najważniejsza z gałęzi przemysłu ciągle stoi na obecnym (a może nawet jeszcze niższym) poziomie.

Nie wspominałam jeszcze, że świat tradycyjnie składa się tylko z USA (mamy co prawda wspomnienie o tym, że gdzieś tam są Indie, które dziesięć lat temu zamknęły swój program wojskowy). To mnie akurat mniej uwierało, bo już się przyzwyczaiłam, że w absolutnie każdym hollywoodzkim blockbusterze musi się znaleźć odpowiednia liczba ujęć powiewającej amerykańskiej flagi, ale na litość, mówimy o przedsięwzięciu w założeniu mającym uratować ludzkość. Nawet w „2012”, który był durny ponad miarę i wyobrażenie (ale za to całkiem ładny), mieliśmy do czynienia ze światowym projektem. Tutaj, mam wrażenie, Amerykanie ratują Amerykanów. To może świadczyć o pewnej zmianie w mentalności społecznej. Ale nie musi. Za to jest mocno irytujące dla widza spoza USA.

A jakby tego było mało w miejscach, gdzie przydałoby się starcie charakterów i ożywiona dyskusja na racjonalne argumenty, mamy rzewny monolog o atomowej sile miłości, która pokonuje czas i przestrzeń i oświetla drogę do poznania. Wygłaszany przez naukowca na misji badawczej, który w ten właśnie sposób próbuje przeforsować swoją koncepcję dalszego prowadzenia tej wyprawy. I nawet nie wiem, czy bardziej irytujący jest fakt, że rzeczonym naukowcem jest kobieta (w tonie narracji, że kobiety to zawsze te bardziej emocjonalne, a mniej racjonalne) czy to, że jej rozmówca zdaje się równie emocjonalnie, ale mniej otwarcie przemycać własną małą zemstę za racjonalnymi argumentami.

Czarna dziura była w filmie najpiękniejsza w całym kinie i tv.
Przejdźmy może do fabuły. Nie wiem, po co właściwie „Interstellar” trwa prawie trzy godziny – fabuły wystarcza na mniej więcej połowę tego, resztę wypełniają powtórki wcześniejszych fragmentów i długie ujęcia na krajobraz. Pół biedy, gdyby były to wizje krajobrazu odległych planet, ale jednak częściej oglądamy zapylone ulice miasteczek i pola kukurydzy. A nawet jak już dostajemy odległą planetę, to nie ma w tym nic spektakularnego, a naprawdę nie oczekiwałam bujnej dżungli z Pandory rodem. Kiedy jakimś cudem nie podziwiamy krajobrazu, właściwie niewiele się dzieje. Fajny motyw konfliktu ojca z córką został przedstawiony zbyt wycinkowo, badanie obcych planet, mimo kilku naprawdę ciekawych pomysłów, koniec końców wypada strasznie nudno, a ta odrobina akcji, którą w końcu dostajemy, jest zupełnie wyrwana z kontekstu i przychodzi zdecydowanie za późno, żeby znudzony widz się nią przejął.
Film mogliby ratować bohaterowie, bo scenarzyści najwyraźniej mieli na nich pomysł. Tylko z jakichś przyczyn strasznie go poszatkowali (może to właśnie była przyczyna – za dużo pomysłów na raz). Główny bohater, czyli grany przez Mattew Conaugheya Cooper nie ma widzom do zaoferowania nic poza swoją relacją z córką (zaś jego syn okazuje się postacią tak kuriozalną, że szkoda gadać. W sumie w ogóle nic o nim nie wiemy, ale mimo wszystko). Murphy za to miała potencjał. To jest naprawdę ciekawa postać kobieca, najpierw dziewczynka ślepo zapatrzona w ojca, potem pełna żalu do niego kobieta. Szkoda tylko, że cały jej wątek jest taki pofragmentowany: właściwie wiemy tylko, jak przedstawiały się jej relacje jako córki (prawdziwej i „przybranej”). Nie wiemy, jakie ma stosunki z bratem (co ostatecznie w pewnym momencie robi wielką krzywdę logice filmu), a facet pretendujący do miana miłości jej życia jest dla widza totalnym randomem. Wszystko to sprawia, że Murphy jest strasznie jednowymiarowa. I to jest bolączka chyba wszystkich bohaterów filmu – mimo ogromnego potencjału wyszli płascy jak naleśniki.

Ale są też plusy. Na przykład w „Interstellar” mają najpiękniejszą czarną dziurę, jaką zdarzyło mi się oglądać na ekranie. W ogóle ujęcia w przestrzeni kosmicznej robią wrażenie, tym bardziej boli fakt, że jest ich tak niewiele. Kilka fabularnych pomysłów też się udało – gdyby je zagęścić, film może nie miałby więcej sensu, ale z pewnością byłby mniej nudny. No i roboty, które były chyba najlepszymi postaciami drugoplanowymi (nie żeby akurat tu było i jednych, i drugich jakoś specjalnie dużo, ale mimo wszystko).

Nie oglądałam nolanowskich Batmanów, dlatego nie mam do tego reżysera absolutnie żadnego stosunku. Ale powiem wam, że gdybym miała go oceniać po „Interstellar”, to zaczęłabym się głęboko zastanawiać, co też te wszystkie rzesze fanów w nim widzą. A filmu nie polecam i wybieram się pod koniec miesiąca na „Big Hero 6”, żeby zatrzeć nieprzyjemne wrażenia.

Fajne roboty są zawsze fajne:)
(autorem obrazka jest Andrew Kwan)
"Interstellar"
reż. Christopher Nolan
Legendary i in.
2014

środa, 5 listopada 2014

Młody wilczek w wielkim mieście czyli las taki piękny wow - "Dar wilka" Anne Rice

Moja przygoda z Rice zaczęła się od „Wampira Lestata”. Podobał mi się, więc sięgnęłam po „Królową Potępionych” i przeżyłam rozczarowanie – książka tak mnie wynudziła, że porzuciłam ją w połowie. Niezrażona, sięgnęłam po serię o Śpiącej Królewnie. Tym razem nieustające porno znudziło mnie po jednym rozdziale (nie macie pojęcia, jak bardzo książka polegająca na epatowaniu tylko i wyłącznie erotyką potrafi być nudna). Chyba w tym momencie powinnam porzucić wszelka nadzieję, że Królowa Wampirów napisze coś strawnego, ale na horyzoncie pojawiła się trylogia o wilkołakach. Doszłam do wniosku, że skoro z pierwszym elementem klasycznego tandemu poszło całkiem nieźle, to i z drugim się uda. Nie myliłam się. W pewnym sensie.

Kiedy Reuben jechał pisać artykuł o wystawionej właśnie na sprzedaż rezydencji po zaginionym Feliksie Nidecku (lokalnej znakomitości), nie przypuszczał, że to małe wydarzenie tak bardzo zmieni jego życie. Nie wiedział, że ukąszenie tajemniczej bestii zmieni go w coś, co nie jest ani człowiekiem, ani zwierzęciem. Czy ta przemiana to błogosławieństwo czy klątwa?

Przyznam szczerze, że styl Anne Rice chyba nie jest dla mnie. Długie, rozwlekłe opisy nieistotnych szczegółów tylko w niewielkim stopniu budują nastrój. Najdobitniej to widać na samym początku, kiedy to dwójka bohaterów włóczy się po rezydencji, podziwiając las, las, las, trochę detali architektonicznych i las. Doprawdy, mogli sobie tę wycieczkę krajoznawczą skrócić przynajmniej o połowę lasu. Poza tym autorka lubi wracać do kwestii, które już poruszała. I tak Reuben przynajmniej raz na dwa rozdziały myśli, jak bardzo rezydencja pasowałaby do jego ojca i jak szczęśliwy byłby, mogąc w niej pisać. Z taką samą częstotliwością (i bardzo podobnymi frazami) opiewa urodę sekwojowych lasów i niezwykłość Feliksa Nidecka. Naprawdę autorko, wiemy. Nie trzeba nam o tym ciągle przypominać.

Inna rzecz, że jeśli autorka akurat nie powtarza fraz, opisy wychodzą jej bardzo plastycznie. Zwłaszcza te dotyczące stanów po przemianie bohatera w wilkołaka. Rice świetnie oddaje zarówno przeżycia bestii (nie tak całkiem potwornej, choć, jak to bestia, brutalnej), jak i Reubena w ludzkiej postaci, który zdaje sobie sprawę, że nawet jeśli akurat nie porasta sierścią, to stał się zupełnie innym człowiekiem. Fajnie też wychodzą opisy scen erotycznych, mimo że czasem trochę kiczowate (zwłaszcza pierwsza z nich. Przy jej czytaniu miałam nie dające się odpędzić skojarzenia z furries, a nie są to skojarzenia dobre i do tego jeszcze psują nastrój. Jeśli zechcecie sobie wyguglać, kim właściwie furries są, to ostrzegam, że większość tego, co wam wyskoczy będzie 18+) i jest ich na mój gust trochę za dużo.

Ale tym, co najbardziej mi odpowiada jest kreacja obrazu wilkołaka. Nie jest to może nic odkrywczego, właściwie wilkołaki Rice są takie, jak wampiry Rice (i może dlatego sprawiają całkiem przyzwoite wrażenie) – potwory w ludzkiej skórze, które mimo ludzkich uczuć i pewnej szlachetności, ciągle pozostają zabójczymi bestiami (albo odwrotnie). Oczywiście są piękne jako ten Jacob ze „Zmierzchu”, ale zdecydowanie nie przypominają tamtejszych puchatych wilczków. Z drugiej strony, nie są też bezrozumnymi monstrami w szale zabijania, jak przedstawiał je choćby Stephen King.

Fabuła jest... trochę rozczarowująca. Skupia się na odkrywaniu przez Reubena nowego siebie, a inny wątek pojawia się dopiero pod koniec i w taki sposób, że miałam nieprzyjemne wrażenie, jakby autorka dopiero po dwóch trzecich powieści zorientowała się, że przydałby się wzbogacić akcję. Zupełnie niepotrzebnie, moim zdaniem, bo przez to całość wydaje się niespójna. W ogóle mam wrażenie, że Rice, pisząc swoich bohaterów, idzie trochę na łatwiznę. Wszyscy są piękni i bogaci, nie muszą się martwić o to, co będzie z ich pracą, skoro w nocy biegają na czterech łapach a kiedyś trzeba spać. Z jednej strony rozumiem, że to taka konwencja gatunku z rodzaju tych, co bogaty amant w harlequinach. Z drugiej, o ileż ciekawiej by było, gdyby przemiana powodowała trochę więcej problemów.

Możecie odnieść wrażenie, że ta notka to jedna wielka litania zażaleń. Być może, ale większość z nich wynika z faktu, że trochę nie po drodze mi ze stylem akurat tej autorki. O bohaterach czyta się przyjemnie, choć poznajemy ich głównie przez pryzmat reubenowego wilkołactwa, poza irytującymi detalami jest też sporo bardzo fajnych (dla mnie osobiście był nim pierwszy z „momentów”, kiedy to Reuben-wilkołak praktycznie modli się, żeby jego partnerka nie rozmyśliła się w ostatniej chwili, bo musiałby zrezygnować z planów. Jeszcze nie zdarzyło mi się trafić na scenę, gdzie męskiemu bohaterowi postałaby w głowie taka myśl. Może posypią się zarzuty, że to nierealistyczne, myśleć o tym w trakcie uniesień, ale kurczę, myślę, że postawę wilkołaka należałoby jednak propagować). Ale najważniejsze, że ta książka po prostu „się czyta”. I sięgnę po część drugą, może będzie miała więcej spójnej fabuły.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Rebis.

Tytuł: Dar wilka
Autor: Anne Rice
Tytuł oryginalny: The Wolf Gift
Tłumacz: Maciej Szymański
Cykl: Kroniki Wilczego Daru
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2012
Stron: 520

poniedziałek, 3 listopada 2014

Stosik #61

Jak zapewne zauważyliście, ostatnio na blogu było trochę ciszej niż zwykle. Powód jest taki, że się przeprowadzam do lokum, które mam zamiar zajmować bardzo długo, jeśli nie na stałe, a to wymaga załatwienia pewnych spraw i sprawia, że nie mam głowy do pisania notek. Dlatego jeszcze przez jakieś dwa tygodnie notki mogą pojawiać się rzadziej niż powinny. Ale postaram się temu zapobiec.:) W ramach rekompensaty pokażę wam moją biblioteczkę, kiedy ją już przywiozę.;)

A teraz przejdźmy do rzeczy, czyli do prezentacji nowych nabytków. O dziwo, w tym miesiącu nie ma ani jednego egzemplarza do recenzji.


Trylogia "Lewa Ręka Boga" na górze to wygrana w konkursie NF. Pewnie nieprędko po nią sięgnę, ale satysfakcja jest.^^ Dalej mamy dwie książki wygrzebane w carrefourowym koszyku z tanią książką. "Mroczną genezę" chciałam przeczytać, odkąd zobaczyłam w zapowiedziach, ale umiarkowanie pozytywne recenzje jakoś powstrzymywały mnie od zakupu. Teraz uznałam, że tej dychy nie będę żałować nawet, jeśli książkami się nie spodoba. Tyle samo zapłaciłam za "Młot", żeby "Składany nóż" nie czuł się na półce samotny.

"Szpital Babylon" też kupiłam w promocji, tyle że matrasowej. No i na początku trochę się rozczarowałam, bo okazało się, że ma tak wielką czcionkę i interlinie, że przy ściśnięciu tekst zająłby tylko połowę książki. Mam nadzieję, że chociaż treść jakoś mi to wynagrodzi. "Rogi" też z Matrasa. Co prawda działka trochę nie moja, ale zainteresowałam się przy okazji filmu. A że akurat mogłam kupić za piętnaście złotych wydanie niefilmowe sprzed czterech lat, to czemu nie (tylko okładkę ma paskudną; to jeden z nielicznych przypadków, kiedy okładka filmowa jest o niebo ładniejsza od niefilmowej). A bohater już zawsze będzie miał dla mnie twarz Daniela Radcliffa - jakoś tak idealnie mi pasuje. "Wyścig śmierci" kupiłam spontanicznie w Biedronce, bo kiedyś spodobała mi się okładka. Wygląda jak młodzieżowa powieść o szkółce jeździeckiej w realiach dystopii.

PS. W przyszłym tygodniu planuję się wybrać do kina na "Interstellar" lub "Big Hero 6" (albo na oba). Chcielibyście nocię?

poniedziałek, 20 października 2014

Wyssij mój saksofon czyli zdecydowanie preludium - "Księżyc nad Soho" Ben Aaronovitch

Okazuje się, że mam słabość do czarodziejskich detektywów w wielkim mieście, a oni to bezczelnie wykorzystują – Grant z Dresdenem regularnie mijają się w drzwiach, a pod progiem czai się Swift (choć nie znam go jeszcze, może tylko udaje detektywa). Niedawno byłam na wycieczce w Chicago (choć Harry nie jest najlepszym przewodnikiem. Na szczęście i tak nie można się przy nim nudzić), czas więc znowu odwiedzić Londyn. Jeśli chodzi o oprowadzanie po mieście, to Peter Grant jest zdecydowanie lepszym towarzyszem.

Po wydarzeniach z „Rzek Londynu” Peter wciąż rozwija swoje umiejętności magiczne - potrafi już nie wysadzić w powietrze biurka, przy którym trenuje. Niestety, Lesley z wiosennych wydarzeń nie wyszła bez szwanku i ciągle zmaga się z ich konsekwencjami. Tymczasem umiera jazzman. Facet w średnim wieku, praca dość stresująca, to i nic dziwnego, że na zawał kojfnął zaraz po stresującym jak każdy koncercie. Nikt by na niego nie zwrócił uwagi, gdyby nie unosząca się nad denatem woń magii. Prędko okazuje się, że jazzamn nie był jedynym pachnącym magią muzycznym trupem. Na dodatek znowu zaczyna grasować pewna penisożerna piękność. W ogóle coś dziwnego dzieje się w mieście i tym razem miejscowe bóstwa nie mają z tym nic wspólnego.

Mam problem z tą książką, a właściwie nawet nie z nią samą tylko z pisaniem o niej notki. Bo widzicie, „Księżyc nad Soho” jest tak naprawdę bardzo podobny do „Rzek Londynu”, może ciut lepiej skonstruowany. Opiera się na podobnym schemacie i pomyśle (czyli wciągnięciu wątku (pop)kulturowego w zagadkę kryminalno-magiczną), bohaterowie trochę się rozwijają, a i język ciut lepszy, ale to w sumie wszystko. Niemniej, jest parę detali, na których chcę się skupić i trochę pomarudzić.

Na początek pomarudzę nad Grantem. On sam ciągle jest fajny, właściwie jako postać został tam, gdzie był. Autor postanowił jednak podkreślić te jego cechy, które w poprzednim tomie nie miały okazji dobrze się zaprezentować. I tak Peter nie porzucił swoich eksperymentów z magią (które przypominają ogólnie szkolne eksperymenty chemiczne, minus szkodliwe substancje), co może w końcu zaowocuje oświeceniem czytelnika w kwestii, jak ta magia właściwie działa. Z gorszych wiadomości, zubożały nam relacje młodego posterunkowego z otoczeniem. Lesley została z konieczności zepchnięta w cień – po wydarzeniach z poprzedniego tomu nie może pełnić czynnej służby i przechodzi długotrwałą rekonwalescencję, więc trzyma się obrzeży fabuły. Ta sytuacja byłaby świetną okazją do pokazania bardziej skomplikowanej niż „czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie” więzi (nie zrozumcie mnie źle, tego typu układ też można ciekawie przedstawić. Ale ogólnie, razem z „ich dwóch, ona jedna” to chyba najbardziej wyświechtany schemat), jednak autor nie do końca ją wykorzystał. Pokazał co prawda, że jest ciężko, ale większość zbył milczeniem. Szkoda. Tak samo jak szkoda, że nikt u boku Granta nie zastąpił Lesley (co prawda są dwie pretendentki, ale rola jednej sprowadza się właściwie do płomiennego romansowania, a druga jest tak starą policyjną wyjadaczką, że wciągnęłaby posterunkowego nosem, toteż asymetria we wzajemnych relacjach całkowicie je przytłacza. Choć kandydatka numer dwa ma potencjał).

Lesley zresztą nie daje czytelnikowi o sobie zapomnieć, choć autor pokazuje ją tak oszczędnie. Trauma jej nie złamała, choć znacząco nadwątliła pewność siebie. Ale to twarda dziewczyna i pretenduje do miana jednej z moich ulubionych postaci kobiecych, o ile oczywiście autor będzie dalej podążał tą drogą. Nawet ten straszliwie odczapisty wątek, jaki Aaronovitch zaserwował nam na ostatniej stronie ma możliwość przekształcenia się w coś fajnego. Wiem, że autora na to stać.

A skoro już przy wątkach jesteśmy, to poza standardową zagadką odcinka zaczyna się wykluwać coś większego. Oczywiście to dopiero preludium, ale mam wrażenie, że wydarzenia i postacie wprowadzone w „Księżycu…” będą się powtarzać jak uporczywy refren w kolejnych tomach. Na myśl o czym już się cieszę, gdyż są bardzo barwne i zdecydowanie ciekawsze od standardowych zagadek. A poza tym, dzięki nim poznajemy jakieś okruchy z przeszłości Nightingale’a i brytyjskich czarodziejów. W poprzednim tomie autor sugerował, że policyjny mag jest wszystkim, co pozostało z brytyjskiej magii, teraz jednak jakby zauważył, ze zamyka sobie bardzo kuszące drzwi i postanowił zmienić front.

Właściwie, to bardzo przyjemna książka – autor zadbał nawet o podkład muzyczny, bo każdy rozdział nosi tytuł jednego z jazzowych standardów. Niemniej, jestem trochę rozczarowana. Czytałam opinie, że „Księżyc…” jest znacznie lepszy od „Rzek…”. Lepszy jest, czy znacznie, nie powiedziałabym. Raczej troszkę. Ale Granta polubiłam już wcześniej i jeśli tylko będzie chciał mnie jeszcze raz oprowadzić po Londynie, to chętnie na tę wycieczkę pójdę. To towarzysz, z którym nie można się nudzić. 

Tytuł: Księżyc nad Soho
Autor: Ben Aaronovitch
Tytuł oryginalny: Moon Over Soho
Tłumacz: Małgorzata Strzelec
Cykl: Peter Grant
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2014
Stron: 384

sobota, 11 października 2014

Nieregularny karnawał blogowy #3

Postanowiłam sprawić, aby nieregularny karnawał był bardziej regularny. Nie w sensie czasowym, bo idea wyszukiwania ciekawych linków co ściśle określony czas pozostaje mi obmierzła. Będę bardziej regularna w gromadzeniu tychże linków - trzeba je łapać, póki są świeżutkie, nawet jeśli trochę w klatce posiedzą, zanim się je publiczności pokaże. A że się nazbierało, to pokazuję:


Nie wiem jak wam, ale mnie zawsze jakoś tak przyjemniej się oglądało, gdy postać w filmie czytała książkę. Zwierz stworzyła zestawienie swoich ulubionych książek w filmach.

Fabulitas podaje miażdżące odpowiedzi na najpopularniejsze antyfeministyczne zagrywki w dyskusjach o popkulturze. Dla mnie bomba, bo sama często ubolewam nad kiepsko skonstruowanymi postaciami kobiecymi i się nad tym rozwodzę. Na szczęście rzadko udzielam się w tych fragmentach internetu, gdzie mógłby mnie spotkać ostrzał odczapistymi argumentami, o których pisze Fabulitas, ale jeszcze wszystko przede mną.

Na Kaczej zupie bardzo fajna notka o tym, dlaczego nie ma co się oburzać, że blogerzy popkulturowi czasem dostają jakieś fanty do zrecenzowania. Zgadzam się w całej rozciągłości.

A Grendella pisze o "Czarnoksiężniku z Archipelagu" tak, jak ja bym chyba nigdy nie potrafiła. Choć przekaz miałybyśmy podobny.;)

Tu z kolei Drakainy garść luźnych refleksji o literaturze współczesnej, zwłaszcza polskiej. Nie, żebym się szczególnie (czy nawet nieszczególnie) na takowej znała, ale jakoś bliskimi mi się widzą poglądy autorki notki.

W Tramwaju nr 4 można przeczytać trochę inną notkę o współpracy z wydawnictwami. konkretnie o jej mrocznej stronie.;)

Znowu Zwierz, tym razem o tym, czego nie lubi w książkach. Dyskusja na 150 komentarzy gratis (a ja się czuję jak ostatnia osoba w internecie, która znalazła ten wpis).

Kasjeusz jak zwykle pięknie, tym razem o smokach. Notka o smokach musiała się tu znaleźć.;)

Coś, co powinni przeczytać wszyscy, którym marzy się wydanie własnej książki, czyli krótki eksperyment na temat tego, czy firmy wydawnicze interesują się jakością nadsyłanych tekstów.

Zwierz ponownie, tym razem z wpisem noszącym pewne znamiona popularnonaukowości (o ile można odnieść ten termin do historii kina). Rzecz o Hollywood sprzed czasów kodeksu Haysa.

Padma o byciu oczytanym. Krótko i celnie, jak zawsze.

poniedziałek, 6 października 2014

Subiektywne prasowanie #28 - Nowa Fantastyka 10/2014

Okładka październikowego numeru Nowej Fantastyki została ozdobiona fotosem ze „Strażników”. Nie żeby coś o nich pisano w środku (a przynajmniej nie jakoś szczególnie o nich), ale w Łodzi akurat odbywał się Międzynarodowy Festiwal Komiksu, więc komiksowa grafika to sensowne rozwiązanie (choć myślę, że można byłoby poszukać jakiejś niefilmowej. Ale nie będę się czepiać).

Jerzy Rzymowski we wstępniaku poświęca kilka słów rocznicy swego wstąpienia na rednaczowski stołek i uchyla rąbka tajemnicy odnośnie planów na przyszłość. A w planach jest na przykład poszerzenie oferty elektronicznych form czasopisma (sama najchętniej bym się na taką przestawiła, ale to może dopiero wtedy, gdy zakupię czytnik). Szykuje się też coś grubego, ale chwilowo rednacz nie zdradza więcej szczegółów.

Mateusz Wielgosz tym razem z lekką nutką goryczy, ale w krótkich słowach rozprawia nad tym, jak to media traktują informacje naukowe. A traktują kiepsko, bo wybierają tylko zdania brzmiące sensacyjnie, a niekoniecznie sensownie (zwłaszcza wyrwane z kontekstu). Dalej mamy temat z okładki, czyli tekst z okazji łódzkiego MFK. Nie dotyczy on jednak samego festiwalu, a naświetla nam historię komiksu (zwłaszcza zachodniego) w Polsce. Tekst zapewne mocno skrótowy ze względu na formę, ale zawiera wiele ważnych faktów, więc dla laika w sam raz.

Wawrzyniec Podrzucki tym razem zaserwował czytelnikom tekst nieco inny niż zwykle. Nie rozprawia się bowiem z fiction za pomocą science, a pozwala sobie na nieco luźniejszą refleksję na temat wykorzystania motywów religijnych i metafizycznych w hard SF. Bardzo ciekawie to wyszło. Zaraz potem możemy przejść do wywiadu z Elżbietą Cherezińską.

Fantastyczna podróż dookoła świat znowu zabierze nasz do Indii. Ku mojemu zdumieniu okazało się, że niektóre tytuły wspomniane w artykule zostały wydane w Polsce. Kilka innych niestety nie, a szkoda, bo bardzo chciałabym je poznać. A książka miesiąca została oczywiście „Echopraksja”, bo cóż by innego.

Artykułów jakoś mniej w tym numerze (przynajmniej takie robią wrażenie – choć trzeba przyznać, że recenzji za to jest wyraźnie więcej), przejdźmy więc do felietonów. Maciej Parowski pisze o wzajemnym oddziaływaniu na siebie polskich fantastów i skupia się na Snergu i Zajdlu. To dopiero pierwsza część, może później pojawią się inni. Rafał Kosik dochodzi do dość smutnego wniosku, że wielkie inwestycje typu nie lot na księżyc nawet, ale zakrojone na szeroką skalę projekty budowlane mogą być przeprowadzane tylko przez totalitarny rząd światowy. Ja bym jeszcze dodała korporacje, bo czemu by nie. Robert Ziębiński zastanawia się, czy budżet (lub jego brak) oddziaływuje na geniusz reżysera i jeśli tak, to jak. Ciągle jeszcze nie mogę się zgrać ze stylem autora, popadanie w liczne dygresje i odpływanie na chwilę do innych tematów to niekoniecznie to, czego w felietonie szukam. Ale to dopiero drugi tekst, więc może się przyzwyczaję. A Łukasz Orbitowski pisze o „Dust Devil”. Co prawda film kompletnie nie dla mnie, ale autor felietonu bardzo ciekawie podszedł do tematu różnych interpretacji tego horroru i śmiem twierdzić, że jest to jeden z jego najlepszych tekstów opisujących film kompletnie dla mnie nieatrakcyjny (bo jeśli czytam o filmie, który mogłabym obejrzeć, to jednak taki tekst oceniam trochę inaczej).

Opowiadania znowu prezentują wysoki poziom, choć może ich liczba nie jest imponująca. „Nawet cienie będą szeptać” Sebastiana Uznańskiego nie przechodzi testu brzytwą Lema. Co nie oznacza, że jest złe. Wręcz przeciwnie – bezsprzecznie jest to najlepsze spośród zamieszczonych w tym numerze polskich opowiadań. Bardzo podobała mi się konstrukcja tego tekstu, prosta i precyzyjna, jednocześnie z mistrzowskim użyciem metafor i przypowieści. Dodajmy do tego, że autor nie wątpi w inteligencję czytelnika i stara się go wciągnąć w opowieść, zagrać na jego emocjach, a otrzymamy coś zaiste smakowitego. „Powrót demonów słońca” Jana Żerańskiego to udana zabawa formą – autor chciał opowiedzieć historię fantasy za pomocą języka zarezerwowanego dla cyberpunku. Eksperyment można uznać za udany, aczkolwiek byłby zapewne udany bardziej, gdybyśmy poznali całość tej historii, bo teraz dostaliśmy tylko urywek. „Daję życie, biorę śmierć” Marty Krajewskiej to chyba próba pożenienia „Starej baśni” z horrorem. Całkiem udana, choć mnie najbardziej fascynowało to, jak autorka pokazała codzienność swoich bohaterów, która przecież była ściśle związana z tym, co ponadnaturalne. Z naszego punktu widzenia mamy tu horror i fantastykę, bo jakiś element grozy się pojawił. Ale dla tych bohaterów byłaby to codzienność, coś, o może nie zdarza się często, ale z czym trzeba się liczyć. Przy takim nastawieniu tekst czyta się o wiele przyjemniej.

Tekst zagraniczny mamy tylko jeden, za to całkiem spory i na poziomie. „Anioły sublimacji” Jasona Stanforda to historia rebelii (w sumie podobnie jak „Gliniane ławice” z czerwcowego numeru. Właśnie sobie uświadomiłam, jak bardzo jest zbliżona ich tematyka) z obcymi w tle. Mamy tu dobrze zarysowanych bohaterów, mamy personalne dramaty, mamy przemiany i dochodzenie do prawdy. Wszystko to świetnie napisane (choć próby stylizacji językowej wyszły moim zdaniem jednak niezgrabnie), nawet jeśli niezbyt odkrywcze. Krótko mówiąc, kawał solidnej, choć może nie genialnej fantastyki.

sobota, 4 października 2014

Rozdziobią nas kruki, czyli drugie życie kupy słonia - "Wieczne zycie" Bernard Heinrich

W serii „Menażeria” mieliśmy już reportaż i książkę przyrodniczo-filozoficzną. Najnowsza pozycja, czyli „Wieczne życie” trochę mnie zaskoczyła – jest chyba najbliższa książce popularnonaukowej (właściwie nawet można ją tak zakwalifikować). Z jakichś intuicyjnych przyczyn byłam przekonana, że seria będzie się skłaniać w stronę literatury wspomnieniowej bądź reportażu właśnie (być może jest to wpływ pierwszego wrażenia). Sprawdźmy więc, co nam pan Heinrich przygotował.

„Wieczne życie” to próba opisu, jak to, co w środowisku naturalnym umiera, zamienia się z powrotem w życie. Próba oczywiście niekompletna, bo dwieście stron to zdecydowanie zbyt mało aby zmierzyć się z tematem. Dlatego też autor wybrał kilka intrygujących przykładów i na nich się skupił. Są to przykłady dobrze ilustrujące najczęściej spotykane procesy. Mamy więc pochówek myszy i pożarcie grubszego zwierza, trochę o ptakach ścierwojadach i o kupie słonia, a wreszcie dużo miejsca poświęconego powolnemu procesowi umierania drzewa.

Bernard Heinrich jest emerytowanym profesorem biologii, nie dziwi więc jego rozległa wiedza na tematy, o których pisze. Za to sprawność, z jaką posługuje się piórem jest już znacznie bardziej zaskakująca (zwłaszcza, jeśli porówna się książki pisywane przez polskich naukowców – u nas niestety standardem jest używanie sztywnego, naukowego języka w książkach przeznaczonych dla szerokiej publiczności). Bo pióro ma precyzyjne, celnie podsumowujące najważniejsze fakty. Jednocześnie nieco gawędziarski styl potrafi sprawić, że nawet o wzajemnych relacjach chrząszczy grabarzy z roztoczami czyta się z fascynacją. I bardzo łatwo do tego, bo „Wieczne życie” wręcz pochłania się przez osmozę – co pozwala mi nadać mu tytuł jednaj z najsprawniej napisanych książek z pretensjami do popularnonaukowości, jaką czytałam.

Miałam napisać, że temat może wydawać się nieciekawy, bo rozkład raczej nie jest tym, co ludzi przyciąga, ale najwyraźniej się myliłam – jak można było przeczytać na facebookowym fanpage'u wydawnictwa, pierwszy nakład rozszedł się w ciągu miesiąca. Cóż, najwyraźniej krążenie materii w przyrodzie jednak interesuje ludzi. O ile rozkład drewna jeszcze można zaobserwować we własnym ogródku, mało komu chce się godzinami patrzeć na martwe myszy w celu ustalenia, co się z nimi dzieje. Autor „Wiecznego życia” nas w tym wyręczył, oferując poręczne okienko do zaglądania w świat przyrody. Właśnie w taki, który właściwie mamy na wyciągnięcie ręki, ale z różnych powodów nie poznajemy bliżej (wyłączając może słonie i to, co po nich zostaje. I sępy, bo u nas to jeno kruki i wrony).

Wydawałoby się, że tego typu książka nie ma bohaterów, ale to złudne wrażenie. Głównym bohaterem jest narrator, czyli autor – poznajemy jego wspomnienia, jego przemyślenia i czytamy opowieści o jego badaniach terenowych w Afryce. Ale jest jeszcze kruk Goliat i jego partnerka Białopiórka (chętnie poczytałabym o nich więcej, kruki to fascynujące zwierzęta) i cała rzesza anonimowych chrząszczy, much i sępów. Świetnie się czyta o ich losach.

„Wieczne życie” to kolejna świetna pozycja w „Menażerii”. Temat ciekawy, wykonanie piękne – czegóż chcieć więcej? Pozostaje mi tylko polecić.

Książke otrzymałam od Wydawnictwa Czarne

Tytuł: Wieczne życie. O zwierzęcej formie smierci
Autor: Bernd Heinrich
Tytuł oryginalny: Life Everlasting. The Animal Way of Death
Tłumacz: Michał Szczubiałka
Cykl: Menażeria
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2014
Stron: 220

środa, 1 października 2014

Stosik #60

Odebrałam dziś z poczty swoje spóźnialskie książki, więc możemy przechodzić do prezentacji kompletu moich wrześniowych nabytków.:)


Stos średnich rozmiarów, znacznie powiększony o rabunek na Serenity. Trzy książki na samej górze to właśnie owoce tego rabunku.;) "Zgonu" jestem ciekawa jako lekkiego czytadełka na jesienne wieczory. "I dusza moja" Cetnarowskiego to moje trochę nemesis - z opowiadaniami Cetnarowskiego prawie zawsze mi nie po drodze, ale Serenity bardzo się ta powieść podobała, więc chyba warto spróbować. Ze "Stoma dniami bez słońca" Szostaka mam podobnie, bo opowiadania tegoż pozwoliły mi stwierdzić, że istotnie jest on świetnym pisarzem. Tylko kompletnie nie w moim guście. Zobaczymy, czy coś się przez ostatnie kilka lat zmieniło.

Dwie kolejne to moje wrześniowe zakupy, czyli wiecznie odwlekany "Neonowy dwór" i takiż "Księżyc nad Soho". Podwójna dawka urban fantasy. "Księżyc..." już napoczęłam i cieszę się ze spotkania ze starymi znajomymi.

A na dole moduł recenzencki. Malutka "Ametysta" to egzemplarz od autorki - pierwsza od czasów "Jamili" książka selfpublishingowa, jaką mam zamiar przeczytać. Mam nadzieję, że spotkanie przebiegnie znacznie bardziej pomyślnie niż poprzednie. "Czarne skrzydła" od Literackiego należą do gatunku rzadko spotykanego na moim blogu, mianowicie powieść obyczajowa. "Sekretne życie pszczół" stoi na półce jak wyrzut sumienia, ale kiedyś bardzo mi odpowiadał klimat amerykańskiego południa nakreślony przez Fannie Flagg, a Kidd jest do niej często porównywana. Poza tym liczę na prawdziwą symfonię kobiecych charakterów.;)

I jeszcze trzy rzeczy od Rebisu. "Wrota mistrza wojny" to najnowszy tom "Cieni Pojętnych" i bodziec do nadrabiania cyklu. Podobnie z "Wilczym przesileniem", plus chcę zobaczyć, czy i jak mój stosunek do Rice się zmienił od czasu spotkania z "Wampirem Lestatem". No i największa ciekawostka z całej trójki, czyli "Tysiąc imion". Czytałam wstęp, jeszcze nie wiem, co o tym myśleć, ale mam nadzieję, że szybko się dowiem.

A poza tym obmacałam sobie trzecie wydanie "Ślepowidzenia" w sempiku. Zastanawiam się, czy sugestie dotyczące urodzin, które są za dwa miesiące nie są aby ciut wczesne...

poniedziałek, 29 września 2014

Anielski, diabelski, kosmiczny czy ziemski czyli spadkobiercy duchowi Pawełków i Janeczek - "Tajemnica Diabelskiego Kręgu" Anna Kańtoch

Annę Kańtoch uważam za dobrą pisarkę. Nie tylko ja zresztą, o czym świadczą liczne fandomowe nagrody, jakie otrzymuje. I chociaż konwencja i pewne elementy konstrukcyjne pozostają właściwie niezmienione, to autorka lubi w tę formę wciskać różne tworzywo. „Tajemnica Diabelskiego Kręgu” to tworzywo powieści młodzieżowej. Jak jej się to udało?

Nina miała osiem lat, kiedy z nieba spadły anioły. Było to w czasie, kiedy Polska intensywnie leczyła rany po II wojnie światowej i dla małej Niny, jak i dla większości Polaków, był to znak od samego Boga. Teraz Nina ma trzynaście lat i czasem nachodzą ją wątpliwości, czy anioły rzeczywiście są boskimi posłańcami choć nie wypada takich myśli wypowiadać, ani nawet świadomie formułować. Niemniej, kiedy skrzydlaty z ich kamienicy mówi Ninie, że ma wyjechać do klasztoru w Markotach, dziewczyna wybiera się w drogę. Okazuje się, że na miejscu czeka na nią jeszcze dwanaścioro kolegów i koleżanek oraz splot tajemniczych zdarzeń. A także ukryte niebezpieczeństwo.

Powiem na wstępie, że jako lekka powieść młodzieżowa „Tajemnica Diabelskiego Kręgu” mnie nie rozczarowała. Spodziewałam się solidnie napisanej, prostej i w pełni rozrywkowej historii i taką dostałam. Co prawda wiem, że Kańtoch jest zdolna do rzeczy daleko lepszych, ale wiedziałam też, że tym razem czeka mnie czysta rozrywka (jakoś tak mam, że po Uroborosie spodziewam się czystej, młodzieżowej rozrywki. Po Powergraphie na przykład już czegoś poważniejszego). Niemniej fakt, że dostałam dokładnie to, czego oczekiwałam, nie stoi na przeszkodzie, aby trochę o rzeczach fajnych i niedociągnięciach podeliberować.

Zacznijmy od bohaterów. Nina jest postacią bardzo dobrze napisaną – myśląca, bystra dziewczyna, trochę introwertyczna, ale nie jakoś szczególnie. Co prawda akcja toczy się w latach pięćdziesiątych, ale sądzę, że autorce udało się uchwycić wszystkie uniwersalne niezależnie od czasu cechy wczesnonastoletniego charakteru: jest skłonność do przesadnego dramatyzowania, do podważania autorytetów, ale też do podziwiania dorosłych, którzy w oczach bohaterki są tego podziwu godni. Przyznam, że Nina jest jedną z najlepiej skonstruowanych nastoletnich bohaterek, z jaką przyszło mi się spotkać. Niestety, trochę brakuje opisów interakcji z innymi bohaterami. Owszem, wyalienowanie w grupie, kiedy w toku fabuły koledzy odsuwają się od dziewczyny jest bardzo plastycznie opisane, ale problem w tym, że Nina nie nawiązała prawie żadnych relacji, których rozpad moglibyśmy oglądać. Autorka skonstruowała postać lekko aspołeczną, chyba świadomie, to i nie dziwota, że relacje są dość płytkie.

Sam brak głębi we wzajemnych stosunkach bohaterów byłby zapewne mniej widoczny, gdyby byli oni bardziej trójwymiarowi. I znów, Nina jest dopracowana, natomiast pozostałym dzieciom trochę tego dopracowania brak. Można to wybaczyć w stosunku do bohaterów, z którymi na wakacjach Nina nie trzymała się blisko – jeśli trzynaścioro dzieci spędzić razem i zamknąć na tydzień w jednym budynku, to będzie to zdecydowanie zbyt mało czasu, żeby nawiązały przyjaźnie z więcej niż jedną, dwiema osobami, a narracja prowadzona jest z perspektywy dziewczyny (choć trzecioosobowa) i dlatego pokazuje tylko te więzi, które bezpośrednio jej dotyczą. Niemniej, mamy przecież dwoje bohaterów, którzy zasłużyli na znacznie więcej, niż dostali. Tamara to zadziorna chłopczyca, która nie lubi swojej macochy, choć ta niczym sobie na to nie zasłużyła. I to w zasadzie wszystko, co o niej wiemy. Tej postaci szczególnie mi szkoda, bo aż prosiła się o fascynującą historię, wewnętrzny konflikt i wreszcie khatarsis, a tymczasem nie dostaliśmy nic oprócz obiecującego elementu standardowej youngadultowej trójcy. Podobnie z Jackiem, który przez większość czasu był tak nijaki, ze podświadomie założyłam jakiś zaskakujący zwrot akcji z nim związany czy niespodziewaną tajemnicę, która wyjdzie na jaw. Niestety, nic podobnego nie ma miejsca.

Fabuła za to jest całkiem przyzwoita. Do pewnego momentu trochę przypomina te wszystkie panysamochodziki i inne peerelowskie powieści o młodocianych, domorosłych detektywach, później przechodzi w schemat filmowego slaschera (minus fruwające flaki), żeby ostatecznie doszło do czysto horrorowej konfrontacji ze Złem (oczywiście przyciętej na miarę młodocianych widzów). Jednak bardziej interesujące wydaje mi się to, czego autorka nie napisała. A konkretnie, czego nie napisała o genezie aniołów i ich powodu przybycia na Ziemię. Bardzo chciałabym dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat, a jeszcze bardziej poznać wersję drugiej strony (choć obawiam się, że autorka raczej zrezygnuje z relatywizmu moralnego, który chciałabym tam zobaczyć – w końcu to powieść młodzieżowa. A może jednak mnie zaskoczy?).

Chwil może dla stylu. Po misternym konstruowaniu „Przedksiężycwych” i cyzelowaniu języka w „Czarnem” Kańtoch wraca do stylu podobnego do znanego z opowieści o Domenicu Jordanie. Z tym, że nawet ten w zamierzeniu lekki styl jest już dużo bardziej dopracowany niż w opowiadaniach, przez co opisy stają się bardziej plastyczne i niepokojące kiedy trzeba.

„Tajemnica Diabelskiego Kręgu” to powieść fajna – szybka i łatwa w czytaniu, wciągająca, z ciekawą bohaterką i intrygą oraz z charakterystycznym kańtochowym, lekko surrealistycznym klimatem. Niestety, nie jest wolna od wad, po usunięciu których niewątpliwie byłaby fajniejsza. Autorka planuje (choć nie obiecuje) drugi tom, o czym mówiła na coperniconowym spotkaniu i z pewnością po niego sięgnę, jeśli się ukaże. A nuż następnym razem uzupełni braki?
 
Tytuł: Tajemnica Diabelskiego Kręgu
Autor: Anna Kańtoch
Wydawnictwo: Uroboros
Rok: 2013
Stron: 510
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...