środa, 15 marca 2017

"Wilk zwany Romeo" Nick Jans

Wybierając sobie lektury z tematem „zwierzęcym” staram się stawiać na będące literaturą faktu. Wiecie, w literaturze fikcji (że nieudolnie skalkuję angielski termin) autorzy często popadają w cukierkową tkliwość i bezczelne granie na emocjach, wypisując jednocześnie niestworzone rzeczy i niepotrzebnie uczłowieczając zwierzęcych bohaterów. „Wilk zwany Romeo” jest w tym kontekście dość niezwykły – to rodzaj pamiętnika, spisany przez obserwatora niewiarygodnych (jakby wyciągniętych z filmu Disneya) zdarzeń. Aż dziwne, że jak dotąd nikt jeszcze tej opowieści nie zretellingował.

Nick Jans mieszka na Alasce, w pobliżu parku krajobrazowego. Spokojna okolica, piękne widoki, senne miasteczko. Pewnego dnia pojawia się wilk. Też nic szczególnego, gość co prawda rzadki i niezła gratka dla lokalnych miłośników przyrody, ale nie pierwszy przecież. Ot, pokręci się i zniknie, jak wiele wilków przed nim. Jednak ten czarny basior okazał się inny. Wracał. I to regularnie. Mało tego: wracał głownie po to, żeby bawić się z wyprowadzanymi przez mieszkańców miasta psami. Gdyby to był film familijny, mielibyśmy jakiś łzawy happy end. Niestety, rzeczywistość nie chce być filmem familijnym.

Nick Jans relacjonuje historię wilka dość sucho, przynajmniej jeśli wziąć pod uwagę, z jak wielką fascynacją podchodzi do tego fenomenu. W sumie może to i lepiej – osobiście wolę konkretny opis wydarzeń, zrównoważony i w miarę możliwości racjonalny od emocjonalnych wywodów i mistycznych pierdów, niech więc skupia się na twardych danych i relacjach świadków (co, swoją drogą, robi zaskakująco rzetelnie. Oby więcej autorów prezentowało takie samozaparcie w riserczu). Nie jest może wybitnym literatem (to raczej kolejny przykład autora, który pisze przyzwoicie, ale popularność zdobył raczej ze względu na przedstawianie interesujących wydarzeń niż interesujący warsztat), ale czyta się go przyjemnie.

Paradoksalnie, bardziej od samego wilka (którego motywacji, mimo szczerych chęci, nie jesteśmy w stanie odgadnąć. Choć możemy próbować, co Jans ochoczo robi) zainteresowały mnie reakcje okolicznej ludności. Bo przykra prawda jest taka, że jeden nieagresywny wilk jest znacznie mniej niebezpieczny dla ludzi, niż ludzie dla niego. Niefrasobliwość, z jaką mieszkańcy traktują, było nie było, dzikie zwierzę to proszenie się o wypadek. Przy czym zauważyłam ciekawe różnice między Europejczykami i Amerykanami. Widzicie, u nas jak gdzieś zaczyna grasować dzikie zwierzę, niewadzące nikomu, nienaprzykrzające się, ale potencjalnie niebezpieczne, to zgłasza się to odpowiednim służbom i po prostu tamtędy nie chodzi. Na Alasce za to mamy na przykład faceta, który bierze specjalnie swoje małe wnuki na spacer w teren, gdzie widziano wilka, odgrażając się, że zastrzeli tego cholernego futrzaka…

Paradoksalnie wieść o Romeo nie rozchodzi się tak szeroko, jak możnaby się spodziewać. Sprawą interesują się najwyżej lokalne media. Teraz Romeo byłby bohaterem internetu…

Opowieść o łagodnym wilku zwanym Romeo, który uwielbiał bawić się z psami niestety nie kończy się dobrze. Dla mnie ta historia na zawsze pozostanie opowieścią o tym, jak cwaniaczki i idioci przez swoją głupotę i zacietrzewienie oraz brak szacunku dla czegokolwiek, co jest od nich słabsze niszczą piękno tego świata (wiem, że to brzmi pompatycznie, ale jakbym pisała coś o pięknie natury, brzmiałobym dla odmiany jak ekobełkot). Warto przeczytać tę książkę choćby po to, żeby zdać sobie sprawę, jak bardzo tacy ludzie wpływają na to, co się wokół nas dzieje (w obliczu padających drzew jest to wyjątkowo aktualny przekaz).

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Marginesy.


 
Tytuł: Wilk zwany Romeo
Autor: Nick Jans
Tytuł oryginalny: A Wolf Called Romeo
Tłumacz: Adam Pluszka
Wydawnictwo: Marginesy
Rok: 2016
Stron: 366

niedziela, 12 marca 2017

"Historia naturalna smoków" Marie Brennan

Są takie nieliczne tytuły, na których polska premierę czekam z niecierpliwością, ale bez wielkiej nadziei, że kiedyś się doczekam (nieliczne są pewnie głównie dlatego, że nie zaglądam na Goodreaders). „Pamiętnik Lady Trent” to właśnie jedna z takich serii – wpadła mi w oko jakoś w okolicach premiery pierwszego tomu w oryginale i wzbudziła ekscytację. Od tamtego czasu minęły cztery lata i do niedawna nic się w kwestii nie działo. Wygląda jednak na to, że jakaś książkowa opatrzność nade mną czuwa. Oto bowiem w roku, kiedy (najprawdopodobniej) wyjdzie ostatni tom cyklu „Temeraire”, któremu szczerze fangirluję, nagle Zysk postanowił wydać książkę, na którą bezskutecznie czekam od lat. Liczę, że cykl o Lady Trent będzie godnym następcą „Temeraire’a”.

Izabela Camherst (później znana jako Lady Trent – wbrew temu, co piszą na okładce to nie jest nazwisko, tylko tytuł) jest już starszą kobietą, znaną i podziwianą na całym świecie za swoje naukowe osiągnięcia w dziedzinie badań nad smokami. Jednak, jak w przypadku każdej osobistości, wielu młodych fanów pragnęłoby poznać bardziej prywatną stronę życia tej gwiazdy nauki. Stąd też pomysł pamiętników, których pierwszą częścią jest „Historia naturalna smoków”. Dzięki tej książce możemy z pierwszej ręki poznać najmłodsze lata życia Lady Trent aż do pierwszej wyprawy badawczej włącznie i dowiedzieć się, co też z niej wynikło.

Ta powieść zdawała się zawierać kilka rzeczy, które bardzo sobie cenię w fantastyce, a które rzadko występują w odpowiednich proporcjach: ciekawą postać kobiecą (nie mylić z Silną Postacią Kobiecą ™), znaczący wątek naukowy oraz smoki z pomysłem napisane. Weryfikując te obietnice, nie rozczarowałam się.

Zacznijmy może od głównej bohaterki. Zachwycił mnie sposób, w jaki autorka postanowiła tę postać skonstruować. Widzicie, panuje moda (chyba od czasów księżniczek Disneya drugiej generacji) na bohaterki, które zdobywają swoje miejsce w życiu i spełniają marzenia poprzez bunt i łamanie z trzaskiem wszelkich obowiązujących zasad. Czytając powieści młodzieżowe człowiek dochodzi do wniosku, że to jedyny sposób na skonstruowanie bohaterki, która wystaje poza ramy roli społecznej narzuconej jej przez powieściową rzeczywistość. Tymczasem Brennan pokazuje, że można inaczej. Owszem, Izabela zajmowała się od maleńkości rzeczami, które nie przystoją młodej damie. W pewnym momencie w imię tych zainteresowań zdecydowała się nawet na czyn, który okazał się dla niej realnie niebezpieczny. Zwykle w powieściach w takich momentach brawura bohaterek jest nagradzana. Tutaj mamy sytuację odwrotną – lekkomyślność i brawura sprawiły, że Izabela musiała na kilka lat porzucić swoje pasje i stać się ułożoną młodą damą, skoro miała żyć w społeczności ukształtowanej na wzór wiktoriańskiej. Później, nawet gdy jej marzenia stały się bardziej realne, do ich zrealizowania też dążyła wykorzystując metody znajdujące się w ramach obyczajowości epoki, nie zaś ją przełamując. To bardzo rzadkie podejście do konstrukcji bohaterek, mało popularne. Szkoda, bo wydaje mi się, że znacznie bardziej realistyczne.


Ciekawe (i rzadsze, niż bym chciała) jest również podejście autorki do związków. Otóż prawie całkowicie pominęła ona etap zalotów. Większość autorów (nie tylko powieściowych zresztą) uważa proces schodzenia się pary za jedyny interesujący etap w związku – stąd też ich bohaterowie ciągle schodzą się i rozstają, bo napisanie stabilnej relacji dwojga ludzi zdaje się większość twórców przerastać. Tymczasem Brennan postawiła na stabilne, kochające się małżeństwo, w którym jedna ze stron jest rozsądna, a druga bardziej skłonna do ryzyka (a cechy te są rozmieszczone odwrotnie, niż obyczajowość epoki pozwala zakładać) – przy czym oboje się szczerze kochają. Bez egzaltacji i wielkich czynów, wyrażając uczucie raczej drobnymi kompromisami dnia codziennego niż romantycznymi porywami. Oby więcej takich par.

W ogóle bardzo podoba mi się to, że autorka postanowiła stworzyć bohaterów, którzy są dziećmi swoich czasów. Owszem, narratorka pamiętników nie jest przykładną damą i już samym swoim zajęciem wywołuje pewną sensację, ale przy tym nie zdaje się być bohaterką współczesną włożoną do innej epoki.

Przejdźmy może do smoków i związanych z nimi wątków naukowych. Przyznam, że liczyłam na nieco więcej, jeśli chodzi o badania nad smokami. Co prawda napisana część jak najbardziej spełniła moje oczekiwania, ale liczyłam, że będzie jej o prostu więcej. Najwyraźniej autorka poświęciła część „naukowości” na rzecz typowo przygodowego rozwoju akcji (co nie jest zbrodnią, ale wolałabym odwrotnie. Choć obawiam się, że jestem w mniejszości). Oczywiście wszyscy autorzy, którzy mają zamiar wnieść do wizerunku smoków odrobinę nauki, rezygnując przy tym w swoim światotwórstwie z magii, kochają XIX-wieczne realia. Dlatego, że jest to już okres, kiedy metody naukowe zaczęły uzyskiwać współczesny kształt, lale jednocześnie rozwój nauki nie pozwalał na uzyskanie precyzyjnej odpowiedzi na pytanie „Z czego dokładnie są zrobione ultralekkie smocze kości?” czy „Jaka konkretni mieszanka lotnych gazów znajduje się w smoczych pęcherzach lotnych?”. To oszczędza całe tygodnie riserczu.

Smoki tutaj są inne niż te u Novik chociażby. To zwierzęta. Owszem, z tych inteligentniejszych i o bardzo złożonych zachowaniach, ale nie mówią ani nie tworzą własnej kultury (oraz nie kradną cudzej, jeśli o to chodzi). Niemniej, opisy ich biologii i zachowań, a także anatomii wyszły autorce bardzo przekonującą. Czekam na kolejne gatunki i opowieść o nich.

Autorka pieczołowicie skonstruowała też świat przedstawiony. Oczywiście jest to kraina typowo fantastyczna, ale jej problemy, że tak powiem, ogólnoświatowe są jakoś dziwnie zbieżne z problemami naszego dziewiętnastowiecznego świata (mapy co prawda nie ma (szkoda) ale gdyby była to mam wrażenie, że podejrzanie przypominałaby mapę Europy). Kolonializm, napięcia między mocarstwami, niepokoje graniczne. Skąd my to znamy…

Jeszcze kilka słów o wydaniu, bo to dla mnie istotne. Oryginalne grafiki (nie tylko okładkowa, ale i ilustracje) bardzo mi się podobały i marzyłam cicho, że w polskim wydaniu zostaną zachowane. Nie zawiodłam się, na szczęście. Są wszystkie ilustracje, a wydawca na pierwszej stornie okładki postanowił zostawić tylko tytuł i autora (rezygnując z upstrzenia jej jakimiś dodatkowymi i zupełnie zbędnymi napisami, jak to jest ostatnio w modzie), za co mu chwała. Tłumaczenie też wygląda na bardzo przyzwoicie. Mogę się przyczepić jedynie do korekty, ale i to nie za mocno – kłują w oczy głównie zjedzone kropki na końcu zdania, ale nie są jakieś szczególnie liczne.

Nie będę owijać w bawełnę: polecam mocno każdemu, dla kogo narracja pierwszoosobowa nie jest przeszkodą nie do przejścia, zaś pamiętnik formą obrzydliwą. Kupujcie dla smoków i dla bohaterów, czytajcie i polecajcie. Ja osobiście nie mogę doczekać się kolejnego tomu. Mam nadzieję, że nie przyjdzie mi na niego długo czekać.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Zysk i s-ka.

Tytuł: Historia naturalna smoków
Autor: Marie Brennan
Tytuł oryginalny: A Natural History of Dragons: A Memoir of Lady Trent
Tłumacz: Dorota Żywno
Cykl: Pamiętnik Lady Trent
Wydawnictwo: Zysk i s-ka
Rok: 2017
Stron: 358

wtorek, 7 marca 2017

Na co poluje Moreni: marzec 2017

Poszaleli wszyscy - tyle nowości na marzec przeznaczyli, jakby później nic już być nie miało. Długość tej notki będzie zaiste imponująca.

Mamy kilku spadkowiczów: "Pieśń węży" Marii Dunkiel zdaje się znowu przesunięta - tym razem na 15 marca. "Drobna przysługa" Butchera ma się ukazać 24 marca (tego spadku ze stycznia nie podawałam w poprzednim zestawieniu, bo wtedy jeszcze nie było wiadomo, na kiedy została przesunięta), a "Książka" Keitch Houston ukazała się bodajże 1 marca.

Chcę mieć

"Żądła rządzą" Dave Goulson
15 marca

Zawsze lubiłam trzmiele - chyba nawet bardziej od pszczół. To takie puchate, latające misie. Kiedyś zrobiły nawet gniazdo w fundamencie domu moich rodziców. Toteż oczywistym jest, że chciałabym przeczytać książkę o tak sympatycznych owadach (swoją drogą, dużo tych pszczołowatych ostatnio w literaturze), zwłaszcza, jeśli wychodzi w serii, którą zbieram.

Już jako mały chłopiec Dave Goulson pasjonował się wszelkimi formami życia, począwszy od własnej domowej menażerii egzotycznych zwierzaków, a skończywszy na poronionych eksperymentach z taksydermią. Ale najbardziej ze wszystkiego fascynowały go trzmiele: duże, krępe i pokryte gęstym futerkiem pszczoły. Tak, pszczoły. Mniej agresywne od innych przedstawicieli gatunku i równie potrzebne środowisku.
Żądła rządzą to nie tylko historia starań Goulsona o reintrodukowanie niegdyś powszechnych trzmieli paskowanych w Wielkiej Brytanii, ale także pasjonujący opis tych zadziwiających stworzeń – sposobu ich życia i łączących je więzi. Autor przedstawia też katastrofalne skutki, jakie intensyfikacja rolnictwa spowodowała wśród populacji trzmieli i przestrzega przed dalszymi zagrożeniami.
Goulson pisze: „Zacząłem badać trzmiele dlatego, że mnie fascynują, zachowują się w tajemniczy i interesujący sposób, a poza tym są rozkoszne”.


Chcę przeczytać

"Mitologia nordycka" Neil Gaiman
1 marca

Gaimana lubię, mitologię nordycką też, choć nigdy się za jej porządne zgłębianie nie wzięłam. Tak że jakiejś szczególnej presji na przeczytanie nie czuję, ale może to jest okazja, żeby się porządnie wziąć.

Wielkie nordyckie mity to jeden z korzeni, z których wyrasta nasza tradycja literacka - od Tolkiena, Alana Garnera i Rosemary Sutcliff po "Grę o tron" i komiksy Marvela. Stały się też inspiracją dla wielu obsypanych nagrodami bestsellerów Neila Gaimana. Teraz sam Gaiman sięga w odległą przeszłość, do oryginalnych źródeł tych opowieści, by przedstawić nam nowe, barwne i porywające wersje największych nordyckich historii. Dzięki niemu bogowie ożywają - pełni namiętności, złośliwi, wybuchowi, okrutni - a opowieść przenosi nas do ich świata - od zarania wszechrzeczy, aż po Ragnarök i zmierzch bogów. Barwne przygody Thora, Lokiego, Odyna czy Frei fascynują współczesnego czytelnika, a żywy, błyskotliwy język sprawia, że aż proszą się o to, by czytać je na głos przy ognisku w mroźną gwiaździstą noc.

"O dobrym jedzeniu" Agata Michalak
1 marca

W sumie to interesuje mnie to głównie jako córki rolnika - było nie było, producenta jedzenia.;)

Soczysty, dojrzały pomidor w środku lata czy jego blady cień z holenderskiej uprawy całorocznej? Oto pytanie, które zadaje sobie coraz więcej Polaków.
Gdy po latach niedoborów zachłysnęliśmy się bogactwem towarów w na sklepowych półkach, z zachwytu zapomnieliśmy o tym, co rodzime, dobre i zdrowe. Dopiero niedawno przestały nam wystarczać sztuczne warzywa z supermarketu. Ale żeby na rynek znów trafiła wartościowa żywność, potrzebni są ludzie, którzy ją wyprodukują. I o nich opowiada ta książka. Bohaterowie Agaty Michalak to pasjonaci, którzy często porwali się – dosłownie – z motyką na słońce. Ich determinacja trafiła jednak na podatny grunt. Choć dla wielu Polaków cena wciąż jest czynnikiem decydującym, coraz częściej kupujemy mniej, ale za to lepiej. Chcemy wiedzieć, co jemy, jaką drogę przebyły produkty, które trafiają na nasz stół, a cena za ekologiczną żywność jest łatwiejsza do zaakceptowania, gdy mamy świadomość, że za nią stoi ciężka praca i szacunek dla przyrody. Tak do tego, co robią, podchodzą bohaterowie Michalak: z bezwzględną uczciwością i wielkim przekonaniem, że jedzenie to coś naprawdę wartościowego.


"Człowiek, który zrozumiał naturę" Andrea Wulf
1 marca

Nie czytam zbyt wielu biografii, ale muszę przyznać, że te opisujące życie przyrodników wydają mi się interesujące. Dlatego zawróciłam uwagę na tę książkę.

Najgłośniejsza biografia ostatnich lat i zwycięzca Costa Biography Award 2015!
Na cześć Alexandra von Humboldta nazwano miasta, rzeki, pasma górskie, prąd oceaniczny, pingwina, gigantyczną kałamarnicę – a nawet morze na Księżycu.
Jego barwne życie jest jak żywcem wyjęte z powieści przygodowej: Humboldt zapuścił się w lasy deszczowe, wspiął na najwyższe wulkany świata, był podziwiany przez książąt i prezydentów, uczonych i poetów. Inspirował Napoleona, Darwina, Bolívara a nawet kapitana Nemo z powieści Verne’a. Idee i odkrycia tego wielkiego naukowca zrewolucjonizowały i ukształtowały naukę, ochronę przyrody, politykę i sztukę.
Andrea Wulf zabiera nas w fantastyczną podróż jego śladami – w wyścig przez Rosję zakażoną wąglikiem i wyprawę tropikalnymi rzekami pełnymi krokodyli – i pokazuje, dlaczego życie i poglądy Humboldta pozostają tak ważne do dziś. Chciał poznać i zrozumieć świat, w którym żyjemy, i pierwszy zaczął się o niego troszczyć. Już w 1800 roku przewidział zmiany klimatyczne spowodowane działalnością człowieka i stworzył podwaliny współczesnego ruchu ekologicznego.
Życie Alexandra von Humboldta to opowieść o tym jak ukształtował się sposób, w jaki patrzymy na naturę i naszą planetę dzisiaj.


"Rok potopu" Margaret Artwood
2 marca

Co prawda nie czytałam jeszcze "Oryksa i derkacza", ale coś mi mówi, ze jak przeczytam, to będę chciała się wziąć za kontynuację.

Czasy i gatunki błyskawicznie się zmieniają, zgoda społeczna chyli się ku upadkowi,
równowaga ekologiczna ulega zachwianiu. Adam Pierwszy, dobrotliwy przywódca Bożych Ogrodników – sekty religijnej dążącej do połączenia nauki z religią oraz ocalenia światowej flory i fauny – od dawna przepowiada nadejście katastrofy, która odmieni Ziemię nie do poznania. I oto spełnia się jego przepowiednia. Ginie prawie cała ludzkość. Z życiem uchodzą dwie kobiety: Ren, młoda tancerka trapezowa zamknięta w ekskluzywnym klubie ze striptizem, i Toby, Boża Ogrodniczka zabarykadowana w luksusowym spa, w którym wiele produktów kosmetycznych jest jadalnych.
Czy przeżył ktoś jeszcze? Przyjaciółka Ren, bioartystka Amanda? Ekowojownik Zeb, jej ojczym? Dawny kochanek Ren, Jimmy? A może krwiożerczy paintbólowcy? Nie wspominając o KorpuSOKorpie, tajemniczej, skorumpowanej służbie bezpieczeństwa strzegącej interesów władzy…
W czasie gdy Adam Pierwszy i jego zwolennicy przemierzają zmieniony świat, Ren i Toby szukają z niego ucieczki, co prowadzi do niespodziewanego, poruszającego zakończenia powieści.
„Rok Potopu” to powieść mroczna, subtelna, brutalna, dająca do myślenia i pełna posępnego humoru. Margaret Atwood w najwyższej formie.


"Ostatni dzień pary II" antologia
3 marca

Dużo opowiadań za darmo - kto by nie chciał? Chyba tylko ktoś, kto nie lubi steampunku. Można zassać tu.

Na liczący ponad 700 stron zbiór składa się 37 opowiadań w konwencji steampunkowej i postapokaliptycznej. Część stanowią zwycięskie dzieła młodych adeptów pióra – wybrane spośród ponad 250 propozycji nadesłanych na konkurs – pozostałe natomiast to teksty najciekawszych twórców współczesnej polskiej fantastyki. Każde opowiadanie wzbogacone jest ilustracją wykonaną przez współpracujących z inicjatywą artystów.
Podobnie jak w przypadku pierwszego tomu, który ukazał się w 2013 roku, głównym celem publikacji jest promowanie młodych stażem autorek i autorów oraz popularyzowanie polskiej literatury wśród czytelników i fanów fantastyki.
Ostatni dzień pary II jest owocem wspólnej pracy autorów, ilustratorów, redaktorów i sympatyków, a w jego wydaniu uczestniczyła krakowska Fundacja „Historia Vita”.


"Wiedźma Opiekunka" Olga Gromyko
8 marca

Sytuacja analogiczna jak przy poprzedniej książce. Tylko wagomiar powieści jakby inny.

Wolha Redna, której niezwykłe przygody poznaliśmy w powieści Zawód: Wiedźma, powraca w drugim tomie bestsellerowych Kronik Belorskich autorstwa Olgi Gromyko - znanej w Polsce m.in. dzięki znakomitej trylogii Rok Szczura.
Najbardziej W.REDNĄ wiedźmę w historii świata czekają nowe wyzwania – na początek egzaminy końcowe w Wyższej Szkole Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa. Kiedy wydaje się, że wrota do wymarzonego życia stają przed dziewczyną otworem, musi ona udać się na staż do Jego Wysokości króla Nauma, a potem… potem już nic nie idzie zgodnie z planem.
Wolha Redna jednak nigdy nie poddaje się bez walki i nawet jeśli jej życiu zagraża śmiertelne niebezpieczeństwo, wciąż pozostaje W.REDNĄ sobą.
W Wiedźmie Opiekunce spotkamy starych znajomych i dobrze nam znany nieprzeciętny humor, ale też nowych barwnych bohaterów i nowe niezwykłe przygody rudej wiedźmy.
Przygotujcie się na potężną dawkę emocji, magii i humoru spod znaku Kronik Belorskich!


"Siedemnaście zwierząt" Robert Pucek
8 marca

Czytałam poprzednią książkę autora, która ukazała się w serii Menażeria i choć nie jest to moja ulubiona książka serii, to chętnie przekonałabym się, co tam autor jeszcze naskrobał.

Pomimo tytułu w książce Roberta Pucka chodzi nie tylko o zwierzęta, lecz – jak chciał Umberto Eco – o „obietnicę objawienia niepokojących, ale i oświecających prawd". Ten osobisty bestiariusz bierze za punkt wyjścia krokodyle, ćmy, słonie czy wilki, by opowiadać o sprawach najbardziej uniwersalnych: miłości, cierpieniu, pragnieniu i śmierci. Robert Pucek sięga do twórczości największych pisarzy, poetów i filozofów, szukając drogi między myślą Zachodu i Wschodu. A nasi bracia mniejsi stają się księgą, w której zapisana zostaje kondycja ludzka.

"Yokai. Tajemnicze stwory w kulturze japońskiej" Michael Dylan Foster
8 marca

Jako że fantasy jest moim ulubionym gatunkiem, a jako gatunek pełnymi garściami czerpie z mitologii świata uważam, że powinnam dążyć do poznania tychże mitologii. Każdy fan fantasy powinien. A japońska jest od jakiegoś czasu dość modna.

Kultura japońska pełna jest potworów, duchów, fantastycznych istot i ponadnaturalnych zjawisk. Japończycy określają je wszystkie wspólną nazwą: yōkai. Stwory te przyjmują nieskończenie wiele form i kształtów – od górskich chochlików tengu i wodników kappa do zmiennokształtnych lisów i liżących sufity stworów o długich językach. Choć w dzisiejszych czasach popularność zapewniają im anime, manga, filmy i gry komputerowe, większość yōkai pochodzi z lokalnych legend, ludowych opowieści i historii o duchach.
Michael Dylan Foster, od lat prowadzący badania w Japonii, omawia historię i kulturowe konteksty yōkai, śledzi pochodzenie, objaśnia znaczenia i przedstawia sylwetki ludzi, którzy w ciągu wieków usiłowali zgłębić tajemnice tych istot. Dodatkową zaletą tej wciągającej i przystępnie napisanej książki jest swoisty bestiariusz, w którym autor szczegółowo opisał wybrane yokai, ilustrując swoje opowieści oryginalnymi rysunkami autorstwa Shinonome Kijina. Foster zaprasza w fascynującą podróż po japońskiej kulturze ludowej, przedstawia także jej coraz szerszy wpływ na globalną kulturę popularną.


"Problem trzech ciał" Liu Cixin
14 marca

Jestem ciekawa chińskiej SF. Zwłaszcza, że promuje ją Ken Liu.

Pierwszy tom trylogii „Wspomnienie o przeszłości Ziemi”, największego w ostatnich latach wydarzenia w światowej fantastyce naukowej, porównywalnego z klasycznymi cyklami „Fundacja” i „Diuna”. Chiński bestseller, który zyskał ogromny rozgłos w USA.
W 2015 roku książka otrzymała nagrodę Hugo dla najlepszej powieści, po raz pierwszy w historii przyznanej tłumaczonemu tekstowi. Znalazła się także w finale nagród Nebula, Prometeusza, Locusa, Johna W. Campbella. Mark Zuckerberg, twórca Facebooka, wybrał ją jako jedną z najbardziej wartych przeczytania książek 2015 roku, a prezydent Barack Obama zabrał ją na urlop na Hawajach.
Tajny chiński projekt z czasów Mao przynosi przerażające konsekwencje kilkadziesiąt lat później. Początek XXI wieku - po serii samobójstw wybitnych fizyków śledztwo prowadzi do tajemniczej sieciowej gry Trzy ciała, której celem jest uratowanie mieszkańców planety zagrożonej oddziaływaniem grawitacyjnym trzech słońc. Świat tej gry nie jest jednak fikcją...


"Legion" Brandon Sanderson
15 marca

Przyznam, że Sandersonem (który chyba niedługo wypadnie mi z lodówki) jestem już trochę znużona. Ale pojawiła się powieść spoza jego sztandarowego metacyklu "Cosmere", więc czuję się nieco zaintrygowana.

Stephen Leeds jest całkowicie zdrowy na umyśle. To jego halucynacje są szalone.
Stephen jest geniuszem o niezrównanych zdolnościach, który w ciągu zaledwie kilku godzin może opanować dowolną umiejętność, zawód lub dziedzinę sztuki. Niestety, by pomieścić całą tę wiedzę, jego umysł tworzy wyobrażonych ludzi – Stephen nazywa ich aspektami – by zachować i uzewnętrzniać wszystkie informacje. Dokądkolwiek Stephen się udaje, towarzyszy mu drużyna wyobrażonych ekspertów, która udziela rad, interpretuje i objaśnia. Wykorzystuje ich do rozwiązywania problemów... nie za darmo.
Ale jego umysł robi się nieco zatłoczony, a aspekty mają tendencję do życia własnym życiem. Kiedy pewna firma wynajmuje go do odzyskania skradzionego sprzętu – aparatu mogącego rzekomo robić zdjęcia przeszłości – Stephen pakuje się w przygodę, która zmusi go do udania się na drugi koniec świata i walki z terrorystami. To, co odkryje, może podważyć fundamenty trzech najważniejszych światowych religii i, być może, dać mu niezwykle ważną wskazówkę co do prawdziwej natury jego aspektów.


"Idealny stan" Brandon Sanderson
15 marca

To właściwie dłuższe opowiadanie. Czytając blurb miałam nieodparte wrażenie, że opowiada o spotkaniu dwóch gamerów wymiataczy w ich wirtualnych królestwach. I warto dodać, że ten tomik będzie miał ograniczoną dystrybucję, jak zapowiada wydawca.

Bóg-Cesarz Kairominas jest panem wszystkiego, co go otacza. Pokonał wszystkich wrogów, zjednoczył cały świat pod swoimi rządami i opanował magię. Większość czasu zajmują mu potyczki z arcywrogiem, który wciąż próbuje najechać świat Kaia.
Dziś jednak jest inaczej. Dziś Kai musi się udać na randkę.
Zewnętrzne moce zmusiły go do spotkania z kimś, kto mu dorównuje – kobietą z innego świata, która osiągnęła równie wiele, co on. Co się stanie, kiedy najważniejszy mężczyzna na świecie zostanie zmuszony, by zjeść kolację z najważniejszą kobietą?


"Ludzie i zwierzęta" Antonina Żabińska
15 marca

Jak zwykle za (auto)biografiami nie przepadam, tak ta wydaje mi się być intrygująca. Głównie ze względu na zwierzęta - motywy wojenne raczej odstraszają (w ogóle to zestawienie zaskakująco biograficznie wypada). No i film ma niedługo być.

Wspomnienia niezwykłej kobiety – matki, żony i przyjaciółki wszystkich stworzeń
Prawdziwa historia w hollywoodzkim stylu
Antonina Żabińska była żoną dyrektora warszawskiego ogrodu zoologicznego. Jej mąż, Jan Żabiński, stworzył nowoczesne i znane w całej Europie zoo. Żonę cenił za wyjątkowe umiejętności i intuicję w postępowaniu ze zwierzętami. Bez antybiotyków, testów i współczesnej wiedzy weterynaryjnej Antonina potrafiła wyleczyć nawet bardzo egzotycznych podopiecznych. Miała niezwykły dar oswajania dzikich stworzeń – wystarczyło jedno wypowiedziane cicho słowo albo delikatny dotyk. Ten dar wielokrotnie przydawał się w czasie tragicznej wojennej zawieruchy.
Śmierć zwierząt podczas pierwszych bombardowań Warszawy w 1939 roku i likwidacja ogrodu nie załamały dyrektorostwa Żabińskich. Kiedy stracili zwierzęta, zaczęli ratować ludzi, ukrywając ich na terenie domu i ogrodu. Jan Żabiński wyprowadził z żydowskiego getta dziesiątki uciekinierów, Antonina otoczyła opieką i stworzyła dla nich dom. Łagodną stanowczością i wymyślonym szyfrem wiele razy odwracała uwagę Niemców od tego, co działo się w willi, którą nazywano „Pod Zwariowaną Gwiazdą”.
Zwierzęce pseudonimy, Offenbach grany jako sygnał ostrzegawczy, skrytki w szafach, piwnicy, bażanciarni, pieczyste z gawronów, a wszystko w towarzystwie mięsożernego królika i kotki, która matkowała lisiętom.
Po likwidacji powstania Jan Żabiński dostał się do niewoli, Antonina jeszcze wiele razy została wystawiona na ciężką próbę...
Ludzie i zwierzęta to oryginalne wspomnienia Antoniny Żabińskiej, niezwykłej kobiety, która wciąż inspiruje pisarzy i filmowców. Jej przeżycia posłużyły do powstania hollywoodzkiej produkcji Azyl, w reżyserii Niki Caro.


"Powstanie" Ian Tregillis
15 marca

Poprzedniego tomu jeszcze nie czytałam, ale wydaje mi się interesujący. Toteż wspomnę o tym, że właśnie wychodzi drugi.

Odrodzony w ogniach zniszczonej Wielkiej Kuźni Jax rozpoczyna życie jako wolny klakier. Z wyzwoleniem wiąże się jednak ogromne brzemię. Jax pragnie wolności dla swoich mosiężnych braci i sióstr. Nadziei upatruje w na poły legendarnej królowej Mab i jej mitycznej arkadii ukrytej gdzieś daleko na północy kontynentu.
Berenice pełniła funkcję Talleyranda – szpiegmistrzyni, bohaterki dziesiątków opowieści, herosa ludu Nowej Francji. A potem popełniła błąd... Została wygnana z kraju i pochwycona przez drakońską sekretną policję zegarmistrzów. Choć jej dni zdają się policzone, nadal zamierza za wszelką cenę dążyć do odmienienia losów wojny.
Mosiężny Tron planuje znów najechać francuskie ziemie. Ostatnim bastionem Francuzów jest dotąd niezdobyta twierdza Zachodniej Marsylii. Właśnie tu do obrony przygotowuje się kapitan Hugo Longchamp. Zadanie ma wyjątkowo trudne, bo naprzeciw niestrudzonej armii mechanicznych żołnierzy może wystawić jedynie znękane i nieprzetestowane oddziały złożone w większości z kupców i rzemieślników. Sytuacja dawno nie była tak beznadziejna.
Kontynuacja „Mechanicznego” Iana Tregillisa.
„Powstanie” to drugi tom epickiej opowieści o bezkompromisowej wojnie i krętej drodze ku wolności.
Trzeci tom serii – „Wyzwolenie” - ukaże się już jesienią 2017 roku!


"Sekrety roślin" Anne-France Daughtreville
15 marca

Jak lubię wszelkie przyrodnicze ksiązki, tak te o roślinach jakoś nie wywołują u mnie szczególnego dreszczyku emocji. Niemniej, uważam, że warto odnotować tę premierę.

Przechadzka po świecie pełnym roślin, liści i gałęzi. Fascynujące sekrety wszystkiego, co zielone.
Na powierzchni Ziemi i do głębokości pół metra pod powierzchnią wody żyje od 350 tysięcy do 400 tysięcy gatunków grzybów, porostów, glonów i roślin. Ich sekrety są zadziwiające. Irys, na przykład, potrafi przestraszyć nawet... bizona. Zazdrosny koper włoski nie lubi sąsiedztwa innych gatunków – gdy tylko wyczuje intruza, wypuszcza substancje, które spowolnią jego rozwój. Kwiaty wydzwaniają godziny. Rośliny mówią, słuchają i wcale nie są unieruchomione w swoim podłożu. Porozumiewają się, wydając sygnały dźwiękowe pod ziemią, podobnie jak delfiny w morzu. Gdy do nich mówimy, rosną szybciej. I lubią dalekie podróże. Widliczka, zwana różą jerychońską, wprawiana w ruch podmuchem wiatru toczy się dziesiątki kilometrów, zanim zapuści korzenie.


"Księga morza" Mourten A. Stroksnes
15 marca

Fajnie, książka o potędze morza i pokonywaniu jednych z niebezpieczniejszych wód świata w pontonie. Tylko to polowanie na rekina mi się nie podoba.

Przez fiordy na otwarte morze. Bestseller z Norwegii o przyrodzie, która nie przestaje nas zachwycać i stawiać przed nami wyzwania oraz drzemiącej w nas tęsknocie za wielką przygodą.
Śmiała wyprawa, szaleńczy pomysł, wielkie wyzwanie, groźny żywioł i piękna natura. Dwójka przyjaciół – Morten i Hugo – pakuje sprzęt, wsiada do małego pontonu i wyrusza w misję, która ciągnąć się będzie przez cały rok, w tempie zmieniających się pór roku. Jaka to misja? W głębinach morskich w pobliżu Archipelagu Lofoty, uznawanego za jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie, żyje wielki rekin polarny. Dorasta do 8 metrów długości, waży ponad tonę i dożywa pięciuset lat. Jego mięso zawiera toksyny, przyprawiające ludzi o halucynacje. Morten i Hugo postanawiają na niego zapolować. Zarzucając przynęty, walcząc ze sztormem, mijając mielizny i szkiery, rozmawiają o życiu, polowaniu, ucieczce od cywilizacji i morzu – jego tajemnicach, niezwykłości, istotach zamieszkujących głębiny. I owszem, nie stronią też od alkoholu.
Ten arcyciekawy reportaż o morzu, pełen odniesień do historii, literatury, sztuki, mitologii, ekologii czy życiowych mądrości prostych rybaków jest zarazem książką, która pozwala nam uciec na chwilę od cywilizacji i zaspokoić dziecięce marzenie o wielkiej przygodzie. Jej literackie wartości doceniono, przyznając autorowi Nagrodę Bragego i Nagrodę Krytyków.
"Genialna literatura faktu. Wiedza i mądrość Strøksnesa temat morza jest bezcenna i bezkresna, w dodatku spisana przejrzystym, norweskim stylem. "
"Vart Land"
"Bogata, pełna energii książka, która sprawi, że zatęsknicie za podróżowaniem. Największe skarby można odnaleźć w morskich głębinach – pisze autor z zaraźliwą pasją. I to owa pasja jest dla książki najbardziej charakterystyczna. "
"Prosa"
"Arcydzieło... Dzięki perfekcyjnej kompozycji i inspiracji prawdziwym życiem książka Strøksnesa mogłaby stanąć obok takich klasyków jak choćby »Stary człowiek i morze« Hemingwaya. "
"Bergens Tidende"
"Tę książkę po prostu czyta się z przyjemnością. "
"Aftenposten"
"Nie można się jej oprzeć. Wciągnęła mnie od pierwszych stron. "
"Nordlys"


"Ostatnia więź" Brian Staveley
21 marca

Ostatni tom trylogii, którą mam w domu. Trzebaby zacząć czytać.

Po "Mieczach cesarza" i "Boskim ogniu" akcja trylogii Briana Staveleya doczekała się imponującego zwieńczenia w trzecim tomie zatytułowanym Ostatnia więź, w którym wojna ogarnia całe Cesarstwo Annuru.
Starożytni Csestriimowie powracają, aby dokończyć dzieła unicestwienia ludzkości; armie maszerują na stolicę; krwiopijcy, samotne istoty czerpiące swoje niezwykłe moce ze świata natury, angażują się u boku każdej z walczących stron, aby wpłynąć na wynik wojny; zaś kapryśni bogowie pod ludzką postacią przemierzają ziemię w sobie tylko wiadomych celach.
W środku tego całego zamieszania trójka cesarskiego rodzeństwa – Valyn, Adare i Kaden – zaczyna rozumieć, że nawet jeśli zdołają przeżyć katastrofę swojego świata, to niekoniecznie uda im się pogodzić trzy własne, sprzeczne wizje przyszłości.


"Cesarz ośmiu wysp" Lian Hearn
29 marca

Poprzedniego cyklu autorki nie czytałam (choć mam w planach od dawna), ale ten jest zdecydowanie krótszy, więc jako próbka twórczości może mieć pierwszeństwo.;)

Ambitny władca zostawia swojego bratanka na pewną śmierć i przejmuje jego ziemie.
Uparty ojciec zmusza młodszego syna, żeby oddał swoją żonę starszemu bratu.
Tajemnicza kobieta szuka pięciu ojców dla swoich dzieci.
Potężny kapłan ingeruje w sprawy sukcesji Lotosowego Tronu.
Oto wątki misternego arrasu utkanego z losów rozgrywających się na tle dzikiego lasu, eleganckiego dworu i krwawych pól bitewnych. Osadzony w mitycznej średniowiecznej Japonii, zamieszkanej przez wojowników, zabójców, zjawy i duchy opiekuńcze. "Władca ośmiu wysp" jest błyskotliwą powieścią, pełną dramatów i intryg, i zaledwie początkiem pasjonującej, epickiej przygody: "Opowieści o Shikanoko".


"Pył Ziemi" Rafał Cichowski
29 marca

Trochę taka premiera-niespodzianka. Sama nie wiem, czego po niej oczekiwać, ale czuję przez skórę, że może to być powieść w jakiś sposób inspirowana "Umierającą Ziemią". Chętnie bym sprawdziła.

Czas wyrównuje wszystko do zera.
W XXIV wieku Ziemia umiera. W przestrzeń kosmiczną zostaje wystrzelony Yggdrasil, statek pokoleniowy, który ma zapewnić przetrwanie gatunkowi ludzkiemu. Ponad siedemset lat później para nieśmiertelnych istot, technologicznie pod​rasowanych Ziemian, wraca na błękitną planetę. Od powodzenia ich misji zależy ocalenie statku i wszystkich osób znajdujących się na pokładzie. Muszą odnaleźć tajemniczą Bibliotekę Snów, w której zapisano ogół wspomnień ludzkości.
Lilo i Rez podczas swej wędrówki zetrą się z prymitywnym plemieniem, którego członkowie dawno zapomnieli o dobrodziejstwach techniki. Będą się układać z samozwańczym lordem władającym wiernie odtworzoną kopią wiktoriańskiego Londynu, którego największą bolączką są morderstwa prostytutek oraz zbyt wysoki poziom edukacji wśród plebsu. Zawędrują też do Aurory, miasta, gdzie barwy następnego zachodu słońca wybiera się w drodze głosowania.
Gdzieś na końcu drogi Lilo i Reza ukryta jest prawda. Ale czy warto dla niej poświęcić wszystko? Może pewnych rzeczy lepiej nie wiedzieć?
„Pył Ziemi” czerpie z wielu gatunków literackich, tworząc niezwykłą opowieść o świecie przyszłości, w którym zaawansowana technologia sąsiaduje z gotyckim mrokiem i absurdem. Imponuje skalą, porusza i bawi ostrym jak brzytwa poczuciem humoru.
Cichowski nie obawia się szalonych wizji ani okraszania ich humorem i awanturą. Nie obawia się też prowadzić odbiorcy w nieznane, domagać się od niego wysiłku. Zamiast pisać prostą, sztampową powieść fantastyczną zaprasza czytelnika do kalejdoskopu demiurga jednym obrotem odmieniającego rzeczywistość i losy bohaterów. A także to, co o nich wiemy.
- Paweł Majka
Obojętnie, jakie są czasy i jakie panują ustroje, jedno pozostaje niezmienne – bardzo wysoki poziom polskiej fantastyki. Futurystyczny i zaskakujący „Pył Ziemi” Rafała Cichowskiego tylko tego dowodzi. Science fiction ze znakiem jakości „Q”!
- Mateusz Uciński, Gazeta. pl
Mimo że „Pył Ziemi” wydaje się humorystyczno-przygodową space operą, nie można mu odmówić twardych nut godnych Roberta Silverberga czy Roberta A. Heinleina – choć skojarzenia z Peterem F. Hamiltonem czy Johnem Scalzim nie będą mniej celne. Cichowski, po nominowanym do nagrody im. Janusza A. Zajdla „2049”, najwyraźniej ma zamiar piąć się wysoko w literaturze rozrywkowej. A idzie mu wcale efektywnie.
- Adrian Turzański, Bestiariusz
Historia opowiedziana przez Cichowskiego intryguje i przeraża, ale przede wszystkim zapada w pamięć. Fabuła jest nieprzewidywalna, czasem aż nazbyt, ale taka jest cena przełamywania schematów gatunku.
- Tomasz Lisek, Polter
Z rozmachem napisana powieść drogi. Rafał Cichowski zabiera nas w podróż do odległej przyszłości, żeby opowiedzieć o czasach nam bliższych i zmusić do chwili refleksji nad stanem człowieczeństwa. Zapnijcie pasy i przygotujcie się na przygodę podbitą sporą dawką poczucia humoru.
- Dariusz Jaroń, Interia



"Galapagos. Historia naturalna" Henry Nicholls
29 marca

Ze względu na to, jak bardzo medialny na wielu płaszczyznach nauki jest ten archipelag ze swoją fauną i florą, chętnie przyjrzałabym się bliżej tej książce.:)

Oszałamiająca przyroda i historia Wysp Zaczarowanych.
Archipelag Galapagos przez wieki był znany żeglarzom i piratom jako Las Encantadas – Wyspy Zaczarowane, na których można spotkać cudowne stworzenia i zobaczyć oszałamiającą wulkaniczną scenerię. Henry Nicholls z dowcipem i swadą opowiada historię słynnych wysp, pokazując, jak z zapomnianego przez wszystkich zakątka stały się jednym z najważniejszych punktów na turystycznej i naukowej mapie świata.

piątek, 3 marca 2017

Stosik #89

Luty nie był miesiącem szczególnie obfitym, jeśli chodzi o łupy. Zmianę przyniosła dopiero końcówka miesiąca i wysyp ebooków. No i zawitałam do biblioteki...


Na górze tradycyjnie trzy Pratchetty. "Wolnych Ciut Ludzi" już czytałam, jeszcze w starym tłumaczeniu. Za to "Kapelusz pełen nieba" i "Zimistrz" jeszcze przede mną.

Poniżej jedyny papierowy egzemplarz recenzencki w tym miesiącu. "Był sobie pies" jest już zrecenzowany. Od Wydawnictwa Kobiecego.

A niżej trzy łupy z biblioteki. Na "Ludzi, którzy jedzą ciemność" polowałam już od dawna, ale w pewnym momencie o nich zapomniałam. Niedawno czytana czyjaś recenzja (zabijcie, nie pamiętam, na czyim blogu) przypomniała mi o nich i akurat okazało się, że są w naszej bibliotece.:) "Czas żelaza" też ktoś gdzieś kiedyś polecał, więc postanowiłam spróbować. "Smocze koncerze" to bardziej skomplikowana historia - poprzednia powieść autora podobała mi się, ale pomysł na tę był zbyt absurdalny, żebym skusiła się na zakup (plus, fantasy sarmacka jednak to jest coś, do czego jestem uprzedzona). Za to wypożyczenie nic nie kosztuje.

Tyle papieru. Mam też trochę wirtualu.


Wszystko do recenzji. Pierwsze od lewej jest "Miasto schodów" od Papierowego Księżyca - bardzo wczesny prebook. Premiera jeszcze nie tak prędko, ale właśnie czytam i powiem Wam, że jest na co czekać - mimo pewnej kardynalnej wady jest to jedna z ciekawszych koncepcji, z jakimi od ładnych kilku lat miałam do czynienia w fantasy. Dalej mamy prebooka "Ostatniego dnia pary II" - premiera dziś (a przynajmniej taki był plan. I się udał - drugi tom można zassać tu). W każdym razie recenzowanie trochę jeszcze mi zajmie, boć to przeca jakieś 700 stron opowiadań... Przy okazji obczaiłam pobranie pierwszego tomu (za darmo stąd), ale już po zmontowaniu fotki, więc wrzucę w kolejnym stosiku.;)

A dalej trzy pozycje od Genius Creations. Antologia "Dobro złem czyń" jest zwieńczeniem konkursu zorganizowanego przez wydawnictwo, więc jestem ciekawa, jak tam ludzie piszą - może jakieś nowe nazwisko się objawi. "Wojnami przestrzeni" za to jarają się wszyscy, tylko ja jakby nie. W zasadzie chciałabym się tylko dowiedzieć, co było dalej, bo "Pokój światów" jakoś mnie nie zachwycił. A "Zatopić Niezatapialną" ciekawi mnie, bo zawsze ciekawią mnie książki braci blogerskiej, a coraz ich więcej ostatnio (autorka bloguje tutaj, jakby ktoś był ciekaw). Poza tym fabuła wygląda obiecująco (choć chyba nie ma smoków. Ani świnek morskich. Szkoda).

Co czytalibyście najpierw?;)

wtorek, 28 lutego 2017

"Człowiek, który spadł na Ziemię" Walter Tevis

Tevis to dla mnie trochę kłopotliwy autor. Po pierwsze zdaje się, że wszystkich dość jednoznacznie zachwyca, tylko mnie nie. Po drugi to jest jeden z tych autorów, których rozumem pojmuję, ale do serca przemówić nie potrafią. I tu chyba leży problem. Ale o tym za chwilę. Aha, i spoilery, może nie zabójcze, ale jednak.

Thomas Jerome Newton jest do człowieka podobny, ale człowiekiem nie jest. Jest Obcym. Przybył na Ziemię z konkretną misją – ma uratować swój lud. Zadanie jest rozłożone na lata, trudne i skomplikowane. Czy Newton mu podoła? Czy nie stanie się zbyt ludzki, żeby móc reprezentować interesy swoich kosmicznych braci?

Zanim przejdziemy do rzeczy istotnych, państwo pozwolą, że chwilę poznęcam się nad blurbem (bo muszę, inaczej się uduszę). Otóż to, co w nim napisano wynika albo z celowej dezinformacji (wiecie, żeby czytelnika zaskoczyć/nie zaspoilerować mu), albo z faktu, że blurb napisano po przeczytaniu maksymalnie połowy powieści. Bo widzicie, Obcego fascynuje woda i rzeczywiście na jego rodzimej planecie jest rzadkim dobrem, ale plan ocalenia rasy polega na zgoła czymś innym niż kradzieży H2O. Już pomijając fakt, że w celu napojenia pobratymców wystarczyło zaholować jakąś asteroidę lub inny kawałek kosmicznego gruzu – zaskakująco często składają się z lodu. No ale w latach sześćdziesiątych, kiedy autor pisał powieść, mógł jeszcze o tym nie wiedzieć.

Mam wrażenie, że Tevis w swoich powieściach lubi poruszać temat osamotnienia w tłumie i bardziej lub mniej świadomych prób asymilacji. Bliźniaczy motyw pojawiał się w „Przedrzeźniaczu”. Tam mieliśmy samotnego wśród otępiałego tłumu androida, znacznie inteligentniejszego od przeciętnej jednostki ludzkiej. Tutaj mamy ponadprzeciętnie inteligentnego kosmitę, który (zupełnie jak android z „Przedrzeźniacza”) mimo fizycznych podobieństw jest od ludzi zbyt odległy, żeby kiedykolwiek przestać czuć się samotny pośród nich. Mam wrażenie, że Spofforth i Newton to w zasadzie ta sama postać, rozgrywana w innych fabułach.

Poza motywem samotności i obcości, warto też pochylić się nad tym, jak autor w powieści odmalował ludzkość jako taką. W „Człowieku…” ludzkość to banda krótkowzrocznych małpoludów, nieumiejących spojrzeć dalej niż na czubek własnego nosa, wyznająca maksymę, że po nas choćby potop. Czy w takim razie jedyną drogą do zbawienia byłoby manipulowanie przez istoty inteligentniejsze? Autor zdaje się właśnie to sugerować. Jasno też daje do zrozumienia, że pęd ludzkości do autodestrukcji jest niepohamowany i sama z siebie nie zmądrzeje. W późniejszym "Przedrzeźniaczu" jest nieco mniej pesymistyczny.

Czas chyba przejść do mojego problemu z powieścią. Widzicie, ja naprawdę doceniam warsztat Tevisa – ten przejmujący smutek, jaki potrafił przelać na karty powieści i dogłębne studium osamotnienia. Tylko że ja to wszystko doceniam na poziomie intelektualnym. Autor bowiem nie potrafi we mnie wzbudzić emocji, a co to za literatura piękna, która nie potrafi do czytelnika przemówić na poziomie emocjonalnym. Być może problem tkwi w języku – Tevis lubi suche, ascetyczne wręcz frazy, często pozbawione ozdobników, ale dzięki temu precyzyjne. Może więc nie było jego celem wzbudzenie emocji. Niestety, ja takimi książkami nie potrafię się zachwycić. Choć mogę docenić.

Tevisa nie mogę niepolecić – „Człowiek, który spadł na Ziemię” to zdecydowanie pozycja, którą warto znać. Niemniej, nigdy chyba nie zaliczę go w poczet ulubionych autorów. Choć oczywiście jeśli wyjdzie u nas jego kolejna powieść, chętnie się z nią zapoznam (i mam nadzieję, że następnym razem wydawca bardziej się postara, bo korektor niby w stopce jest, a tekst wygląda, jakby go nie było. Korektora w sensie).
 
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Człowiek, który spadł na Ziemię
Autor: Walter Trevis
Tytuł oryginalny: The Man Who Fell to Earth
Tłumacz: Wojciech M. Próchniewicz
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2017
Stron: 180

niedziela, 19 lutego 2017

"Był sobie pies" W. Bruce Cameron

Co jakiś czas pojawia się na literackim horyzoncie książka o psach, która zdobywa ogromna popularność – do tego stopnia, że film na jej podstawie kręcą. Evergreenem tego typu powieści jest oczywiście „Lassie, wróć!”, która co jakiś czas powraca na ekrany w nowej odsłonie czy tam interpretacji. Parę lat temu mieliśmy labradora Marleya, a dziś tryumfy święci „Był sobie pies” (też głównie o labradorach). Jak widać, psy się sprzedają - zwłaszcza, kiedy kręcą o nich filmy, bo powieść była już u nas pubikowana pod tytułem "Misja na czterech łapach", ale wtedy nie zdobyła aż takiego rozgłosu.

Szczeniak przychodzi na świat w norze nad rzeką. Matka wychowuje go jak najlepiej umie na zdziczałego psa, no ale wiadomo, kundelek z ulicy raczej długo żyć nie będzie. O dziwo, po śmierci wraca w ciele innego psa, aby od nowa przeżyć życie, zupełnie inne od poprzedniego. I tak w kółko. Jaki jest w tym cel? Czy pies w końcu go odnajdzie aby móc odejść raz na zawsze?

Powiedzmy sobie bez ogródek – „Był sobie pies” to nie jest jakiś fenomen literacki. Językowo czy technicznie nie ma się tu czym zachwycać, ot, napisana poprawnie i tak, żeby w oczy nie gryzła powieść. Niemniej, czyta się ją bardzo przyjemnie – autor może nie jest wybitnym artystą, ale sprawnym rzemieślnikiem już jak najbardziej. Dodatkowo, choć czasem mało subtelnie gra na emocjach czytelnika, to stara się nie zrobić ze swojego dzieła wyciskacza łez li i jedynie. Chwała mu za to, bo w filmach i powieściach o zwierzętach jest to często nadużywana sztuczka.

Zastanawiałam się, co jest takiego w tej książce, że wybiła się ponad inne o podobnej tematyce (w Polsce może tak tego nie widać, ale rynek anglosaski jest corocznie zalewany obfitą falą książek o pieskach i kotkach). W przypadku Marleya było to pokazanie szeregowym właścicielom, że wbrew temu, o czytają, nie wszystkie psy to ideały posłuszeństwa. Tutaj doszłam do wniosku, że chodzi o dwie rzeczy. Po pierwsze, każdy chyba właściciel zwierzęcia (ja również, choć psów akurat nie mam) lubi pomarzyć, że gdzieś tam czeka na niego ukochany przyjaciel w innym ciele. Po drugie, jako że narracja jest pierwszoosobowa, autor interesująco opisał sposób postrzegania świata przez psa. 

Wiecie, tematem interesowałam się tylko o tyle, o ile, specjalistką od psiego behawioru nie jestem, ale wydaje mi się, że pewne rzeczy autor odmalował bardzo trafnie i chwała mu za to, bo być może do części z tych mniej odpowiedzialnych właścicieli psów dotrze, że robią coś nie tak (do mnie najbardziej trafił fragment o tym, że chaotyczna czułość jest dla psa komunikatem zupełnie nieczytelnym, a fakt, że coś mu powiemy, absolutnie nie oznacza, że on to zrozumie i to jeszcze tak, jak sobie życzymy). 

No i tak – nie podzielam zachwytów nad „Był sobie pies”, bo i po prawdzie, z literackiego punktu widzenia nie ma się czym zachwycać. Być może gdybym sama miała psa, książka zachwyciłaby mnie bardziej. Ale to wciąż bardzo przyjemne, nie urągające logice czytadło, napisane na bardzo przyzwoitym, rzemieślniczym poziomie. Myślę, że każdemu miłośnikowi zwierząt (a zwłaszcza psów) sprawi sporo radości.

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Kobiecego.

Tytuł: Był sobie pies
Autor: W. Bruce Cameron
Tytuł oryginalny: The Dog's Purpose
Tłumacz: Edyta Świerczyńska
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
Rok: 2017
Stron: 392

poniedziałek, 13 lutego 2017

"Rozjemca" Brandon Sanderson

Teoretycznie proza Brandona Sandersona zawiera wszystkie te elementy, które powinny sprawić, że się w niej zakocham. Są dobrze zbudowane fantastyczne światy, są interesujący bohaterowie, fabuła też nienajgorsza, językowo daje radę. Tyle teorii, bo w praktyce Sandersona mi się po prostu dobrze czyta. Choć są i momenty, kiedy czyta mi się go gorzej – zwykle przypadają na jego wczesną twórczość. I „Rozjemca” wcale nie jest tu wyjątkiem.

Tekst zawiera drobne spoilery.

Hallandren to wspaniałe państwo kolorów, którego klejnotem jest T’Telir, stołeczne miasto, zamieszkane przez Bogów. Kolory są ważne, bo napędzają tutejszą magię, opartą z jednej strony na barwach, z drugiej na biochromatycznych Oddechach. Każdy człowiek ma jeden Oddech, ale może sobie ich kupić więcej – są bardzo użyteczne. Jednak nie wszędzie pochwala się korzystanie z mocy BioChromy. W królestwie Indris na przykład nie – tam rządzą przytłumione brązy i zasady skromności. Niemniej, pakt wojenny sprzed dwudziestu jeden lat mówi, że księżniczka Idris ma zostać poślubiona Królowi-Bogu Hallandren. Jak przebiegnie zderzenie dwóch tak odmiennych kultur?

Może zacznijmy od tego, co mnie najbardziej w „Rozjemcy” boli – ta książka jest straszliwie przegadana (co potwierdza moją zasadę, że Sanderson im krótszy, tym lepszy). Konkretnie przegadane jest życie wewnętrzne dwójki bohaterów. Ja rozumiem, że autor chciał nakreślić głęboki portret psychologiczny każdej ze swoich postaci, ale tego nie osiąga się międleniem przez dziesiątki stron jednego zagadnienia. I tak mamy Viviennę, która bez przerwy rozmyśla nad własną tożsamością. I o ile jej poczucie tożsamości rzeczywiście ewoluuje, to naprawdę nie trzeba o tym pisać kilkustronicowych wewnętrznych monologów. Mamy też Dar pieśni, pomniejsze bóstwo, które dla odmiany swojej tożsamości i sensu istnienia dopiero szuka. Ten wątek jest jeszcze nudniejszy (choć założenia miał ciekawe, szkoda), bo zasadniczo Dar Pieśni głównie rozmyśla, ale żadnych wniosków nie wyciąga, nie ewoluuje też za bardzo jako bohater. Ale w międzyczasie raczy czytelnika przydługimi wewnętrznymi rozważaniami i niczego zazwyczaj niewnoszącymi dialogami ze swoim głównym kapłanem.

Wróćmy może do kwestii księżniczek. Mamy dwie (właściwie trzy, ale tylko dwie są istotne): Siri i Viviennę. Pierwsza bardzo sobie chwaliła bycie niezauważaną i zmartwiła ją mocno zmiana sytuacji, druga odwrotnie. Pierwsza to w zasadzie taki typowy archetyp pięknej, którą wysyłają do bestii – i żeby za wiele nie zdradzać, powiem tylko, że cała relacja między tą piękną i jej bestią rozwija się w bardzo schematyczny (żeby nie powiedzieć kliszowaty) sposób. Co dla mnie jakąś szczególną wada nie jest, bo mam słabość do tej baśni. Ale nie wszyscy mają. Przy czym Siri jest chyba jedną z lepiej napisanych postaci w powieści – to typowa młoda dziewczyna, która, wrzucona w całkiem obcy sobie świat, dzięki elastyczności i miłemu usposobieniu nienajgorzej sobie radzi. Co prawda pewne sceny sprawiały, że fundowałam sobie soczystego facepalma (serio dziewczyno, wszyscy od dziecka mówili ci, ze dwór Hallandren to siedlisko intryganckich żmij, co to tylko nóż w plecy ciągiem wsadzają, a ty się dziwisz, że ludzie ci nie chcą sekretów i ostrzeżeń wprost przy świadkach przekazywać…), ale ogólnie bohaterkę dało się lubić.

Vivienna to trochę inna para kaloszy – na niej autor odegrał scenariusz pod tytułem „poskromienie złośnicy” (na szczęście złośnicy nie poskramia ukochany, tylko ogólna rzeczywistość). Ogólnie jej przemiana i rys charakterologiczny to bardzo ciekawy pomysł sam w sobie – oto mamy bowiem bohaterkę dumną i wyniosłą, gardzącą odmiennością, a jednocześnie przekonaną, że tak naprawdę jest tolerancyjna i skromna, bo w końcu to jej nakazuje religia, a ona z tych mocno wierzących (jestem sobie w stanie wyobrazić bohaterkę rzucającą tekstem w stylu „Jesteś ostatnią, żałosną szmatą, ale ponieważ tak mi nakazuje religia, to ci wybaczam”, plus pełne pogardy spojrzenie). Z czasem ewoluująca w kierunku zrozumienia własnej hipokryzji i fundamentalnej przemiany nie tylko poglądów, ale i charakteru. Tyle że autor wszystko to strasznie rozwodnił. Vivienna ciągle rozmyśla nad sobą, ciągle konfrontuje swoje poglądy z rzeczywistością i monologuje wewnętrznie. Problem w tym, że czytelnik mógłby się spokojnie bez tego obyć. Autor przede wszystkim powinien pokazywać, nie opowiadać – Sanderson bardzo ładnie tutaj pokazuje. Tylko zupełnie niepotrzebnie później o tym samym opowiada.

(A poza tym mam jeszcze problem z przygotowaniem Vivienny do misji. Bo wiecie, ona była praktycznie od maleńkości przygotowywana do funkcjonowania na dworze Hallandren. I pal sześć, że jej nauczyciele byli kretynami na tyle, żeby sprawić, że znienawidziła miejsce, gdzie miała spędzić większość swojego życia. Ale że nie nauczyli jej podstaw psychologii, manipulacji innymi? Jak miała bez tego intrygować na zepsutym w ich mniemaniu i zdradą stojącym dworze? O jej ojcu też nie najlepiej świadczy fakt, ze najwyraźniej wynajął nauczycieli, którzy nigdy w Hallandren nie byli – dzięki temu księżniczkę przez długie lata karmiono mitami i legendami zamiast rzetelnej wiedzy…)

Z resztą bohaterów jest różnie. Dar Pieśni cierpi na te same niedoskonałości, co Vivienna, Król-Bóg zaś odgrywa swoją schematyczną rolę bestii. Interesująca postacią mógłby być Vasher – mający dobre intencje, ale porywczy gbur. Tyle że autor postanowił go uczynić tajemniczym, w związku z czym nie bardzo wiadomo, co w Vasherze siedzi. Jest też Denth, który niestety został typowym najemnikiem, choć był w nim potencjał na więcej.

„Rozjemca” z pewnością spodoba się fanom Sandersona – dostaną tu wszystko, co najbardziej lubią (acz przyznam szczerze, że pod względem światotwórczym, który najbardziej u autora cienię, powieść zajmuje u mnie ostatnie miejsce). Ja jednak nie czuję się usatysfakcjonowana. CO nie znaczy, że ze znajomości a autorem zrezygnuję.
 
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.
 
Tytuł: Rozjemca
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł oryginalny: Warbreaker
Tłumacz: Grzegorz Komerski
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2016
Stron: 632

wtorek, 7 lutego 2017

Na co poluje Moreni: luty 2017

Jak styczeń w zapowiedzi bogaty nie był, tak luty mnie zaskoczył. Niby taki krótki, ale najwyraźniej wyjątkowo atrakcyjny dla wydawców (a marzec wcale nie zapowiada się gorzej). Nie przedłużajmy więc.:)

Ze spadkowiczów: 10 lutego ma wyjść "Pieśń węży" Marii Dunkiel, pierwotnie zapowiadana na sierpień zeszłego roku.

Chcę mieć

"Historia naturalna smoków" Marie Brennan
27 lutego

To jest mój absolutny must have i najbardziej wyczekiwana premiera tego roku (sorry, panie Wegner. I pani Novik też). W końcu kiedyś umieściłam ten tytuł na własnej liście książek, które chciałabym mieć, ale nikt mi ich nie wyda. Skoro więc znalazła się w zapowiedziach wydawniczych, od razu napaliłam się jak szczerbaty na suchary. Teraz mamy nawet konkretną datę (czas pokarze, na ile wiążącą), więc przebieram nóżkami. Mam tylko nadzieję, że wydawca stanie na wysokości zadania i przekład będzie przynajmniej poprawny, a ilustracje zaczerpnięte z oryginału (choć gdyby dali zarobić jakiemuś dobremu, naszemu twórcy to też bym nie narzekała).

Cały świat, od Scirlandii do najdalszych krańców Erigi, zna lady Izabelę Trent jako najwybitniejszą na świecie specjalistkę od smoków. Ta niezwykła kobieta wyprowadziła naukę o smokach z mglistych cieni mitów i nieporozumień w krąg światła współczesnej nauki. Zanim jednak lady Trent stała się sławną osobą, jaką dziś znamy, była pogrążoną w książkach młodą kobietą, dzięki swemu zamiłowaniu do nauki, historii naturalnej i tak, smoków, czym przeciwstawiła się sztywnym konwencjom swoich czasów.
Oto wreszcie, spisana jej własnymi słowami, prawdziwa historia kobiety o duszy pioniera, która zaryzykowała swoją reputację, życiowe perspektywy i wątłe ciało, aby zaspokoić naukową ciekawość. Jest to opowieść o tym, jak pomimo swych godnych pożałowania dziwactw poszukiwała prawdziwej miłości i szczęścia, oraz o jej ekscytującej wyprawie w niebezpieczne góry Wystrany, gdzie dokonała pierwszego z wielu historycznych odkryć, które mogły zmienić świat na zawsze. 

Chcę przeczytać
"Największa tajemnica życia. Jak rozszyfrowano kod genetyczny" Matthew Cobb
14 lutego 

Lubię sobie czasem poczytać coś popularnonaukowego, a genetyka należy do jednych z moich ulubionych tematów. Dlatego historia odkrycia DNA wydaje mi się być interesująca.

Chociaż może się to nam wydawać zaskakujące, pojęcie kodu przenoszącego informację genetyczną pojawiło się dopiero 1953 r. Wprowadzili je James Watson i Francis Crick, w artykule opublikowanym w czasopiśmie „Nature”. Idea została bez zastrzeżeń zaakceptowana przez świat naukowy, chociaż nikt jeszcze nie wiedział, w jaki sposób może działać ów tajemniczy kod, złożony z cząstek czterech zasad, łączących nici DNA w podwójną helisę.
Książka Matthew Cobba, genetyka i historyka, opowiada o niezwykłych źródłach tych koncepcji, których początki można odnaleźć w matematyce, fizyce, a także badaniach nad systemami łączności. Autor pokazuje, w jaki sposób idee dotyczące informacji przeniknęły do biologii za pośrednictwem cybernetyki, umożliwiając naukowcom zrozumienie istoty kodu genetycznego. „Największa tajemnica życia” to historia idei i eksperymentów, pomysłowości, genialnych przebłysków intuicji i porażek, aż do największych odkryć biologii minionego i obecnego stulecia.
Naukowiec i historyk wykorzystał oba talenty, by stworzyć kapitalną, błyskotliwą książkę dla wszystkich, którzy chcą zrozumieć, jak działają geny.
Brian Cox, autor „Dlaczego E=mc²” i „Kwantowego Wszechświata"

"Był sobie pies" W. Bruce Cameron
15 lutego

Książkę już co prawda od jakiegoś czasu można kupić w empiku, ale oficjalna premiera ma mieć miejsce właśnie piętnastego lutego. Lubię ksiązki o zwierzętach (choć preferuję raczej te oparte na faktach niż czystą fikcję). Przyznam, że książka już do mnie dotarła (i w przyszłym tygodniu planuję coś o niej napisać - mam nadzieję, że plany wypalą zważywszy, że jeszcze jej nie zaczęłam). Mam pewne obawy, czy nie będzie zbyt ckliwa i pełna tanich, emocjonalnych chwytów, ale cóż, kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje.

Bailey to uroczy kundel, który po serii niefortunnych zdarzeń odchodzi z tego świata. Ku swemu zdziwieniu odradza się ponownie jako złotowłosy szczeniaczek i trafia w ręce ośmioletniego Ethana. Wkrótce stają się nierozłącznymi przyjaciółmi a Bailey dożywa szczęśliwej starości u boku chłopca w poczuciu, że spełnił swoje powołanie. Jednak jego misja dopiero się zaczyna…

"Jeźdźcy dinozaurów" Victor Milan
15 lutego

Poprzedni tom to byłaby taka fajna książka, gdyby nie bohaterowie (serio, są takie powieści, gdzie bohaterowie tylko przeszkadzają w ekspozycji świata). Niemniej, chętnie bym tam jeszcze raz zajrzała - przynajmniej dowiedziałabym się, czy pewna samica allozaura w końcu odnajdzie swojego pana.

Raj jest rozległym, różnorodnym, często okrutnym światem. Mieszkają na nim ludzie, lecz dominują dinozaury, dzikie potwory oraz udomowione, wykorzystywane do pracy, a także w walce. Zakuci w zbroje rycerze wyruszają w bój, dosiadając tych stworzeń, by stawić czoło szkolonym do walki triceratopsom, noszącym na grzbietach załogi złożone z nisko urodzonych.
Jednym z takich rycerzy jest Karyl Bogomirsky – wybrany, by poprowadzić do boju tych, którzy szukają ucieczki od ścieżki wojny i szaleństwa. Fakt, że Cesarstwo ogłosiło krucjatę przeciwko ich pokojowo nastawionego krajowi i wyjęło spod prawa tych, którzy pragną życia wolnego od przemocy, nie pomaga mu nawet w najmniejszym stopniu. Sytuacja pogarsza się dodatkowo, gdy legendarne Szare Anioły – starożytna broń bogów, którzy stworzyli Raj – powracają na scenę po stuleciach nieobecności. Wszyscy uważali, że są tylko bajką służącą straszeniu niegrzecznych dzieci, ale okazało się, że istnieją naprawdę.


"Książka. Najpotężniejszy przedmiot naszych czasów zbadany od deski do deski" Keith Houston
27 lutego

No jak mogłaby mnie nie zainteresować książka o książkach? :) Zwłaszcza, że zapewne jeszcze jest ładna.

Czy wynalazek papieru miał jakiś związek z intrygami na chińskim dworze? Dlaczego w dziewiętnastowiecznej Anglii chowanie zmarłych odzianych w lniane szaty uznawano za niepatriotyczne? Jak dotkliwa kara groziła skrybom, którzy nie wywiązywali się ze swych obowiązków? Czy baczne obserwowanie pracy konduktora pociągu mogło mieć jakieś skutki dla rozwoju drukarstwa?
Papier, pismo, druk, ilustracje – za każdym z tych aspektów książki stoją setki lat historii i wiele ludzkich namiętności. Opowiadając o narodzinach i rozwoju „najpotężniejszego przedmiotu naszych czasów”, Keith Houston kreśli dzieje kilku cywilizacji, nie tracąc przy tym z oczu losów poszczególnych osób – odkrywców, wynalazców i wizjonerów, których ciekawość, żarliwość, praca (a niekiedy i występki) zmieniły kształt naszego świata. Fascynująca opowieść – obejmująca pięć tysięcy lat i pięć kontynentów – jest nie tylko znakomicie udokumentowanym źródłem wiedzy o dziejach tzw. przemysłów książki, ale też po prostu zajmującą i zabawną lekturą dla wszystkich, którzy uwielbiają czytać. I oglądać ilustracje!


"Dobro złem czyń" antologia
28 lutego

Jest to zbiór o tyle ciekawy, że stworzony z opowiadań konkursowych. Jak wiadomo takie zbiory bywają dla czytelnika ryzykowne, ale, szczerze mówiąc, byłabym skłonna takie ryzyko ponieść.

Kiedy Geralt z Rivii miał dokonać wyboru pomiędzy jednym ZŁEM a drugim, wolał nie wybierać wcale. Uczestnicy konkursu literackiego „Dobro złem czyń” nie mieli takiej możliwości. Przedstawiamy Wam dziesięć spośród blisko dwustu nadesłanych opowiadań.
Opowiadania te są tak różne, że trudno znaleźć dla nich inny wspólny mianownik poza tym, że są DOBRE.
Czy można osiągnąć dobro, czyniąc zło? Czy cel uświęca środki? Czy dobro i zło to skrajne przeciwieństwa, czy tylko dwie strony tej samej monety? Oto dziesięć odpowiedzi na te pytania!
1. “Algorytm mniejszego zła”, Magdalena Kucenty
2. “Duchy Ziemi Obiecanej”, Dorota Dobrzyńska
3. “Od nagłej i niespodziewanej”, Łukasz Trykowski
4. “Kapelusz, garnitur i płaszcz z gabardyny”, Filip Laskowski
5. “Papierowe dusze”, Magdalena Kucenty
6. “Wkład własny”, Istvan Vizvary
7. “Sklepik z motylami”, Karolina Cisowska
8. “Dobra robota”, Maciej Oleszek
9. “Poławiaczka pięknych grzechów”, Justyna Lech
10. “Serendypia kontra skopolamia”, Sylwia Finklińska


"Zatopić Niezatapialną" Anna Hrycyszyn
28 lutego

Mam nadzieję, ze ta powieść okaże się bezpretensjonalną, solidnie napisaną przygodówką. Brakuje mi takich w polskiej fantastyce.

Jollienesse Rożnowski, zwana przez przyjaciół Nes, dowodzi parowcem „Niezatapialna”. Pani kapitan i jej załoga są legendą w Palude. Córka skazanego opozycjonisty, od lat siejąca postrach w Krainie Tysiąca Jezior i Rzek, podbiła serca prostego ludu.
Władza jednak nie może dłużej tolerować jej istnienia. Świat ulega społeczno-ekonomicznym przemianom, a ambitny minister postanawia przykładnie ukarać buntowników. Nieubłaganie nadciąga koniec ery rzecznego piractwa.
W pogoń za „Niezatapialną” rusza kapitan Feliks Ucelli i dowodzona przez niego elitarna jednostka Straży. Pętla się zaciska, a sytuacja wydaje się bez wyjścia. Ale zatopić „Niezatapialną” nie jest łatwo. A już na pewno nie uda się zatopić jej na wieki.
Przygodowy steampunk w pełnej krasie: parowce, nadchemia, pościgi, strzelaniny i – oczywiście – odrobina romansu. 


"Gdy życie prawie wymarło. Tajemnica największego masowego wymierania w dziejach Ziemi" Michael J. Benton
28 lutego

Masowe wymierania są równie fascynujące jak genetyka. Jeśli nie bardziej.

250 milionów lat temu życie zostało niemal zmiecione z powierzchni naszego globu.  Co spowodowało tę katastrofę?
Masowe wymieranie z końca permu pod względem zasięgu nie miało sobie równych w historii naszej planety. Kataklizm przetrwał zaledwie co dziesiąty żyjący na Ziemi gatunek, podczas gdy – dzięki dinozaurom znacznie bardziej znana – katastrofa kredowa pochłonęła ich „tylko” połowę. To, co zasadniczo różni oba wymierania, to szansa odrodzenia się życia po katastrofie.
Ziemskie życie można porównać do drzewa, które wykiełkowało miliardy lat temu, potem zaczęło rosnąć i wypuszczać gałęzie w miarę pojawiania się nowych gatunków. Podczas masowych wymierań zniszczeniu ulega znaczna część jego korony, jakby rzucił się na nie szaleniec z siekierą. Całe konary i gałęzie zostają brutalnie usunięte. Jednak ocalone partie po pewnym czasie tworzą nową koronę, bujną jak dawniej. U schyłku permu z drzewa ziemskiego życia zostały tylko żałosne resztki, które wcale nie musiały okazać się zdolne do przetrwania.
Co mogło doprowadzić do takich spustoszeń? Jaka globalna katastrofa je wywołała? W książce „Gdy życie prawie wymarło” Michael J. Benton, renomowany brytyjski paleontolog, opowiada o skomplikowanej sekwencji wydarzeń, które 250 milionów lat temu uczyniły z Ziemi niemal martwą planetę.

piątek, 3 lutego 2017

Stosik #88

Stosik w tym miesiącu taki akuratny. Nie za duży, nie za mały. O taki:


Od góry standardowo dwa Pratchetty: druga część "Świata finansjery" oraz "Para w ruch". Żadnego jeszcze nie znam.

Poniżej dwa łupy z promocji w empiku. "Długą utopię" mam już w ebooku, ale ponieważ pozostałe tomy mam w papierze, to i ten wypadałoby. Zwłaszcza, że Luby marudził, bo on .mobi nie czytuje. A na "Bratobójcę" czaiłam się już od dawna, tylko czekałam na jakąś zacną obniżkę. 55% uznałam za wystarczająco zacne.

Dalej mamy moduł recenzencki. Trzy pozycje z Genius Creations są niejakim zaskoczeniem (zgłosiłam się tylko po jedną), ale skoro już są, to pewnie przeczytam. "Betelowa rebelia" skusiła mnie jaszczuroludźmi (to po nią się zgłaszałam). "Pryncypium" wygląda na sympatyczną młodzieżówkę, a po "Złym" sama nie wiem, czego się spodziewać. Niżej mamy dwie pozycje od Maga. Po "Człowieku, który spadł na Ziemię" sporo się spodziewam, choć poprzednia powieść Trevisa mnie rozczarowała. Po "Bezkresie magii" też spodziewam się czegoś dobrego, w myśl zasady, że Sanderson im krócej, tym lepiej. A na koniec "O ziołach i zwierzętach" Kossak od Marginesów. Bo Eco to mimo wszystko fajna seria jest.:)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...