sobota, 20 stycznia 2018

"Szepty pod ziemią" Ben Aaronovitch

Na trzeci tom cyklu urban fantasy autorstwa Bena Aaronovitcha polskim czytelnikom przyszło trochę poczekać (bagatela trzy lata), ale w końcu się doczekaliśmy. Nawet dostaliśmy całkiem nowe i całkiem estetyczne wydanie. Tylko że po takim czasie, przyznam szczerze, trochę moja więź z bohaterami i tą historią osłabła. Co może nie być wadą – w końcu dzięki temu łatwiej będzie mi ocenić obiektywnie „Szepty pod ziemią”, prawda?
 
Aha, i ostrzegam przed drobnymi spoilerami do drugiego tomu.
 
Poprzedni tom skończył się niefortunnie dla takiej długiej przerwy, bo dość tęgim cliffhangerem. Oto bowiem nasi dzielni magiczni policjanci odkryli, że nie są jedynymi poważnymi magami działającymi w Londynie i że jest ktoś (albo grupa ktosiów), kto chętnie zrobiłby im poważną krzywdę. W dodatku doszło do pewnego wydarzenia, które wydawało się mieć spore znaczenie. I co?
 
No trochę nico. W „Szeptach pod ziemią” okazuje się, że nad nowymi zdolnościami Lesley wszyscy przeszli do porządku dziennego. Skoro już zaczęła czarować, to uczmy ją dalej (co jest w sumie logiczne, ale liczyłam na więcej dramatyzmu). Tak więc w Szaleństwie mieszka teraz troje policjantów. Kwestia anonimowego czarnego maga rozwija się dość dynamicznie. A tymczasem na przystanek metra w środku nocy wczołguje się ofiara napadu i umiera. Nic przyjemnego, ale taka policyjna praca. Sytuacja jednak komplikuje się nieco, kiedy okazuje się, że w sprawę zamieszana jest magia, a denat był synem amerykańskiego senatora...
 
Przyznam, że to chyba jak do tej pory najlepiej napisany tom cyklu. Czyta się go płynnie (choć autor ma kilka irytujących nawyków, o czym później), bez dłużyzn, akcja jest wartka i bez zbędnych przestojów. Nie oszukujmy się, to proza typowo rozrywkowa (choć niegłupia), bez pretensji do czegoś więcej – więc to jak się czyta i czy akcja jest odpowiednio wartka stanowi kluczowe kwestie. Do tego widać, że autor teraz już dokładnie wie, do czego dąży fabułą całego cyklu (we wcześniejszych tomach nie miałam takiego wrażenia).
 
Jak zwykle Londyn jest istotnym bohaterem opowieści. Tym razem eksploatujemy tunele metra, które, mam wrażenie, są najbardziej mitogennym miejscem, zwłaszcza, jeśli połączy się je z kanałami. Nie można więc zarzucić Aaronovitchowi, że element „urban” w jego fantasy jest pretekstowy. Acz podejrzewam, że gdybym bardziej interesowała się angielskimi miejskimi legendami, to i bardziej bym doceniła.
 
Narratorem pierwszoosobowym znowu jest Peter. Muszę przyznać, że ostatnio nabrał irytującego nawyku. Otóż autor uznał najwyraźniej, że prześmieszny jest następujący żart sytuacyjny: Peter rzuca jakimś popkulturowo-geekowskim bon motem, po czym następuje niezręczna chwila konsternacji, bo nikt nie rozumie, o co chodzi. I to może za pierwszym razem było zabawne. Ale w powieści powtarza się z nużącą regularnością i tylko irytuje czytelnika, no bo ileż można. Tak samo ileż razy można powtarzać, że nasz dzielny posterunkowy chciał zostać architektem, ale mu nie wyszło. Mam wrażenie, że w „Szeptach pod ziemią” pyta go o to co druga osoba...
 
No i tak: jak na kolejny tom serii jest bardzo dobrze. „Szepty pod ziemią” mają pewne mankamenty, ale wnoszą też odświeżający powiew do cyklu – pojawia się kilka nowych postaci, które być może jeszcze kiedyś spotkamy, spotykamy kilka starych i sugeruje nam się poszerzenie świata przedstawionego, jak dotąd składającego się na dobrą sprawę tylko z Londynu (przy okazji dowiadujemy się na przykład, że angielska szkoła magiczna nie jest bynajmniej jedyna, a sposób czarowania takich na przykład Azjatów jest zupełnie inny). Widać zwyżkę formy autora. Poczekamy, co będzie dalej.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Szepty pod ziemią
Autor: Ben Aaronovitch
Tytuł oryginalny: Whispers Under Ground
Tłumacz: Małgorzata Strzelec
Cykl: Peter Grant
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2017
Stron: 378

poniedziałek, 15 stycznia 2018

"Artemis" Andy Weir

„Marsjanin” Andy'ego Weira był bardzo przyjemną lekturą, mimo kiepskiego tłumaczenia. Dlatego też kiedy tylko usłyszałam o nowej powieści autora, chciałam się z nią zapoznać. Jednak szybko pojawiające się w sieci nieprzychylne opinie nieco ostudziły mój zapał i koniec końców podeszłam do lektury z pewną taką nieufnością.

Artemis to miasteczko na Księżycu. Niewielkie, ale jedyne. I lubiane przez bogatych turystów oraz jeszcze bogatszych biznesmenów. I dlatego też osoba o dość elastycznym podejściu do litery prawa ma wzięcie – przecież dziani panowie nie zrezygnują ze swoich drobnych nałogów tylko dlatego, że przenieśli się na Księżyc i niektóre z nich stały się nielegalne, a ktoś musi im te zakazane luksusy sprowadzać. Tym kimś jest Jazz, oficjalnie doręczycielka paczek, a nieoficjalnie przemytniczka. Jazz potrzebuje pieniędzy, ma bowiem plan. A jeden ze stałych klientów ma dla niej propozycję, która pozwoli jej zarobić mnóstwo pieniędzy, jednak zadanie okazuje się dużo bardziej skomplikowane niż to, czym do tej pory się zajmowała. Ale Jazz to dziewczyna pracująca, żadnej pracy się nie boi. W końcu co może pójść nie tak?

Weir w „Artemis” wykorzystał pomysły, które już sprawdziły się w „Marsjaninie” - niedaleka przyszłość, kosmos, zagrożenia i komplikacje jakie czyhają na obrotnego człowieka poza Ziemią i dużo opisowej zabawy z technologiami. Tym razem jednak postanowił napisać thriller i niestety, niektóre rzeczy, które działały w opowieści o nowym Robinsonie Crusoe, przestała działać. Weźmy rozbudowane opisy techniczne. W „Marsjaninie” stanowiły ważną część fabuły i całkiem zgrabnie ją uzupełniały. W „Artemis” tylko powodowały dłużyzny. To znaczy jasne, jesteśmy na Księżycu, więc pewne technikalia istotne dla fabuły trzeba wyjaśnić, żeby intryga miała sens dla czytelnika. Ale Weir z lubością opisuje KAŻDE spawanie bohaterki, technikę opuszczenia miasta, kilkukrotnie powtarza, jak dana rzecz działa... To niepotrzebnie zwalnia akcję (której dobre tempo jest jednak w thrillerze istotne, w przeciwieństwie do opowieści o kosmicznym Robinsonie) i nudzi czytelnika. Ale nie jest największym problemem powieści.

Największym problemem powieści jest bowiem główna bohaterka. Wiecie, jeśli autor chce zagrać kartą niegrzecznej dziewczynki (albo niegrzecznego chłopca, bez różnicy) jako protagonistki, winien przede wszystkim zadbać, aby poza wątpliwą moralnie postawą taką postać charakteryzował jakiś wdzięk. Żeby budziła pozytywne emocje w czytelniku, które pozwolą wybaczyć skazy na charakterze (i praworządności). Jazz brak tego wdzięku. Dostajemy dorosłą kobietę, która zachowuje się jak wulgarna, rozwydrzona, zbuntowana nastolatka. Która jest och jakże uzdolniona, ale obnosi się z tym, że zmarnowała swój potencjał (o czym przypomina jej co druga postać, niemalże roniąc łzy nad tym marnotrawstwem), bo tak to by musiała jakiś wysiłek w pracę wkładać, a jej zależy na takiej, co by zarobić, a się nie narobić. Która dodatkowo jest och jakże seksowna (co na szczęście otwartym tekstem nie leci, ale autor co rusz puszcza nam oczko, że wiecie *wink, wink* o co chodzi). W dodatku pała jakimś absurdalnym poczuciem wyższości wobec całego świata, a tenże świat wciąż oferuje jej okazje i pomoc chyba tylko po to, aby mogła je z tą wyższością odrzucać. Nie ma w niej absolutnie żadnej cechy, która mogłaby sprawić, że jako czytelniczka, polubię bohaterkę. Należy jej się order rasowej Mary Sue.

Taka postawa głównej bohaterki sprawiła, że właściwie z automatu polubiłam każdego, kto jej bruździł, a miał choć odrobinę charakteru. Na przykład Rudy'ego, lokalnego policjanta o niezłomnym charakterze. Taki archetyp szeryfa na rubieżach, który sam jest prawem, ale że ma niezłomny kręgosłup moralny, nie daje się zdeprawować. Albo Dale'a, byłego przyjaciela bohaterki, który co prawda zrobił jej kiedyś straszne świństwo, ale i tak bardziej mi żal jego, niż Jazz. Albo jej ojca, od którego uciekła w akcie nastoletniego buntu a potem głupia buta nie pozwoliła jej już wrócić do rodzinnego gniazda. W zasadzie historia każdej z tych postaci byłaby chyba ciekawsza niż Jazz.

Mocną stroną powieści jest za to miejsce akcji. Opisy tego, jak działa Artemis – nie tylko w kwestiach technicznych, ale przede wszystkim społecznych – bywają ciekawsze niż główny wątek fabularny. (Dodatkowo książka zawiera też schematy i plan miasta, co ułatwia nam orientację w terenie.) Miasto jawi się nam jako swego rodzaju pułapka z kijem i marchewką. Z jednej strony napływ turystów daje możliwości zarobienia sporej gotówki, ale z drugiej sprawia, że (jak to w miejscowościach turystycznych) koszty życia są bardzo duże. A jeśli ci się nie uda, to opuszczenie miasta w poszukiwaniu zieleńszych pastwisk też nie jest ani proste, ani tanie, ani przyjemne.

Cóż, autor musi jeszcze trochę popracować nad warsztatem. Ciągle dobrze rokuje, ale dopóki nie zrozumie, że wszystkich gatunków nie da się dobrze napisać za pomocą tego samego zestawu chwytów fabularnych, będzie produkował buble. Dobrze by było też, żeby przestał zakochiwać się w swoich bohaterach, bo w przeciwnym razie będzie pisał różne niestrawne warianty Mary Sue. W każdym razie, jeśli napisze kolejną powieść, to dam mu szansę. Ciągle mam nadzieję. 

Tytuł: Artemis
Autor: Andy Weir
Tytuł oryginalny: Artemis
Tłumacz: Radosław Matejski
Wydawnictwo: Akurat
Rok: 2017
Stron: 418

czwartek, 11 stycznia 2018

Zmyślenia #39: Książki, na które czekam w 2018 roku

Wypisywanie listy tytułów, na które w danym roku czekam stało się już pewna taką tradycją, choć zaiste przypomina bardziej wróżenie z fusów niż jakiekolwiek rzetelne informacje. Tak będzie i tym razem - trochę wróżenia na zasadzie "chciałabym i prawdopodobieństwo jest istotnie różne od zera" połączonego z informacjami od wydawców, zarówno tych z konkretnymi datami, jak i tych na zasadzie "no, chcielibyśmy wydać, ale ogólnie to się zobaczy". Jednak zanim przejdziemy do tego, co tygryski lubią najbardziej...

Weryfikacja

... sprawdźmy jak na chwilę obecną wygląda status pozycji wymienionych w poprzednich tego typu notkach.

"Szepty pod ziemią" Aaronovitcha, o których pierwszy raz wspominałam w 2015 roku wreszcie wyszły (już je nawet przeczytałam, notka będzie na dniach). Takoż wydawca zapowiada kontynuowanie cyklu w tym roku.

O "The Thorn of Emberlain" Scotta Lyncha ciągle ani widu, ani słychu, ale wszyscy mają nadzieję.
Jeśli chodzi o "Akta Harry'ego Dresdena", to na razie Mag wydał wszystko, do czego aktualnie miał prawa i musi dokupić resztę. Może coś w ostatnim kwartale roku się pojawi.
"Liga smoków" Novik, mimo obecności w rebisowym katalogu wydawniczym i pierwszych konceptów okładki ciągle się nie ukazała. Mam nadzieję, że w tym roku wreszcie wyjdzie, bo to byłoby straszne świństwo, nie wydać ostatniego tomu...

No i bardziej szczegółowe rozliczenie z zeszłoroczna listą:
  • "Historię naturalną smoków" już przeczytałam i zrecenzowałam. Bardzo chętnie gościłabym na tegorocznej liście zapowiedź drugiego tomu, ale nie ma nawet żadnych plotek w tym temacie, więc smutam i mam nadzieję.
  • "Cień Gildii" też już wyszedł i go nawet nabyłam, ale jeszcze nie przeczytałam (co może wypadałoby nadrobić).
  • "Endsingera" dalej nie ma, ale wydawca coś tam przebąkiwał o wydaniu i wznowieniu całej trylogii w nowej szacie graficznej, więc może będzie. Choć po przeczytaniu "Nibynocy" tego samego autora straciłam nieco entuzjazmu.
  • "Teatr węży" Agnieszki Hałas wyszedł w dwóch trzecich, pierwszy tom już zrecenzowałam, drugiego jeszcze nie, ale wszystko w swoim czasie. Podobno jeszcze w tym miesiącu ma być trzeci.
  • "Zima" Michała Ochnika też wyszła i też mam ale jeszcze nie czytałam.
Tymczasem możemy przejść do oczekiwanych premier na ten rok (oczywiście nie będzie w nim tytułów wymienionych w miesięcznych zapowiedziach na styczeń. Ale będzie jeden, którego nie wymieniłam). Kolejność oczywiście przypadkowa.

1. "Kroniki Drugiego Kręgu" Ewa Białołęcka
Przyznam, że sam fakt wznowienia cyklu mnie jakoś szczególnie nie jara, bo już go znam - choć oczywiście zawsze cieszy, kiedy któraś z dobrych autorek wychyla się z wydawniczego limbo. Tym razem wychyla się autorka jedynych chyba rozpoznawalnych polskich smoków (poza wariacjami na temat Smoka Wawelskiego), której styl zresztą lubię. I ja sobie bardzo chętnie to nowe (mam nadzieję, że wypasione) wydanie na półce postawię, pod jednym warunkiem - że pojawią się zamykające tomy (co prawda wstępnie ostatni tom miał być jeden i nosić tytuł "Czas złych baśni", ale ponoć autorce się rozrósł, więc jakby były dwa ostatnie, to bym się nie czuła oszukana). A i jakimś zbiorem opowiadań lengorchiańskich (niekoniecznie nowych, wystarczyłoby zebrać istniejące) też bym nie pogardziła. W każdym razie, Jaguar ma wystartować już w lutym z tą serią.

2. "Miasto ostrzy" Robert Jackson Bennett
Pierwszy tom czytałam w zeszłym roku i (poza tą koszmarną narracją w czasie teraźniejszym) była to jedna z oryginalniejszych pozycji fantasy od dłuższego czasu. W oryginale wyszła już cała trylogia, a Papierowy Księżyc wstępnie planuje drugi tom na pierwszy kwartał tego roku. Mam nadzieję, że plany wypalą.
3. "A Closed and Common Orbit" Becky Chambers
Cóż, tutaj właściwie nie mam żadnych przesłanek odnośnie jakiejkolwiek daty premiery. Ale krążą plotki, że wydawnictwo razem z prawami do pierwszego tomu (który niesamowicie mi się podobał, choć przyznam, że arcydzieło to to nie jest) zakupiło od razu prawa do kontynuacji, więc czemu miałoby jej nie wydać? Ok, tom pierwszy nie miał może jakiejś oszołamiającej promocji a w zdominowanym przez batalistykę środowisku space oper bez tego raczej nie miał szans wzbudzić szerszego zainteresowania, ale nadzieja umiera ostatnia.

4. "Ukryta Forteca" Aleksandra Janusz
Czwarta (i na chwilę obecną zamykająca) cześć Kronik Rozdartego Świata, z których ja dotąd czytałam tylko pierwszy tom - ale kupuję na bieżąco, żeby nie było. Ukaże się raczej bliżej końca roku, więc może zdążę doczytać resztę.

5. "Narzeczona księcia" Wiliam Golman
Klasyczna pozycja napisana przez światowej sławy scenarzystę, wznawiana u nas po dwudziestu latach. Mam wrażenie, że istnieje trend odkurzania fantastycznych szacownych ramotek lub powieści dobrych a zapomnianych, jak ostatnie wznowienia Le Guin chociażby. Ciekawam, do której kategorii zaliczyć należy tę pozycją. Może niedługo się przekonam, bo wyjść ma już w tym miesiącu.

6. "Matka Edenu" i "Córka Edenu" Chris Beckett
"Ciemny Eden" wywarł na mnie ogromne wrażenie i jest chyba obok "Smoka Griaule" moja ulubioną pozycją z Uczty Wyobraźni. Dlatego chętnie zapoznam się z jego kontynuacjami. Co prawda nie mam złudzeń, że wywrą na mnie porównywalnie dobre wrażenie, ale będę kontenta, jeśli poziom będzie przyzwoity. "Matka Edenu" ma się ukazać już w lutym, kiedy będzie "Córka..." bliżej nie wiadomo.

7. "Kirke" Madeline Miller
To jedna z propozycji Albatrosa na najbliższy rok i przyznam, że jestem zainteresowana. Mitologia grecka nie jest szczególnie często eksploatowana w fantastyce (a przynajmniej do Polski niewiele  z tych eksploatacji dociera), dlatego chętnie sprawdzę, co zacz. Acz mam nadzieję, że jest to powieść z pretensjami do literackości, a nie kolejna przygodówka dla jakichś "adult" z przedrostkiem.

8. "Każde martwe marzenie" Robert M. Wegner
Jedna z najbardziej oczekiwanych premier w tym roku. Co prawda pierwotne zapowiedzi mówiły o 2017, ale jak to z Wegnerem bywa - nie wyszło. Cóż, autorowi płodzącemu takie opasłe kobyły jestem w stanie wybaczyć, albowiem robi to dobrze. Tymczasem najnowszy meekhański tom ma się pojawić podobno w pierwszej połowie roku. Obstawiam okolice Pyrkonu.

9. "Szczęściarz" Marcin Jamiołkowski
Na czwarty tom cyklu o Herbercie Kruku, warszawskim magu - krawcu, przyszło mi trochę poczekać. Ale czego się nie robi dla ulubieńców (bo Kruk to mój zdecydowanie ulubiony rodzimy miejski mag. Nie, żeby miał jakąś szczególną konkurencję...)? Genius Creaions przebąkuje o marcowej premierze, ale z nimi trzeba wziąć poprawkę na obsuwy. W każdym razie, może do końca roku się wyrobią.

10. "Mroczne Materie" Philip Pullman
Czytałam tę trylogię w okolicach premiery filmowego "Złotego kompasu" i z miejsca stała się moim ulubieńcem. Mam nawet na półce omnibus, ale... no, jest paskudny i kupiłam go tylko dlatego, ze straciłam nadzieję na pojawienie się ładniejszego wydania. Tymczasem Mag kupił prawa i robi nowe tłumaczenie, po czym zamierza to wydać w twardych oprawach i z własnymi okładkami. I dorzuci do tego "Księgę Pyłu". Nie mogę się doczekać, to będzie świetna okazja do relektury, na którą od jakiegoś czasu mam ochotę. Z tym, że przyjdzie mi poczekać najkrócej do końca roku...

11. "Łąka" Dave Goulson
Wiecie, za co między innymi lubię marginesową serię EKO? Za to, że żaden z jej tytułów nie mówi o tajemniczym, prywatnym czy ukrytym życiu czegoś tam. A taka "Łąka" przecież aż się prosi, żeby dodać do niej marketingowy przedrostek. Poza tym Goulsona lubię, bardzo sympatycznie pisał o trzmielach, więc i o łące pewnie też nie będzie źle. NO i wiadomo, kolejna część ulubionej serii.;)

A Wy czekacie na coś? :)

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Na co poluje Moreni: styczeń 2018

Niedługo tradycyjna już notka z oczekiwanymi w tym roku książkami, tymczasem jednak, jeszcze bardziej tradycyjny, przegląd interesujących nowości miesiąca. Styczeń jest dość ubogi w zapowiedzi, tak się jednak złożyło, że akurat wydawcy postanowili wydać po pozycji w każdej z serii wydawniczych, które zbieram. Więc zakupy i tak mnie nie ominą.

Mamy też jednego spadkowicza z listopada - "Atlantis Rising 1: Rycerze Atlantydy" Evana Currie Zostali przeniesieni na 25 stycznia.

Do kupienia

"Ptakologia" Sy Montgomery
17 stycznia

Kolejny tom zbieranej przeze mnie serii EKO, już trzeci autorstwa Montgomery (to bardzo płodna pisarka jest, nadłubała mnóstwo książek, więc podejrzewam, że to nie ostatnia odsłona jej twórczości w serii. Zwłaszcza, że na skrzydełku "Psiego daru" w zapowiedziach widnieje jeszcze jej książka o ośmiornicach). Znowu co prawda jeden z wielkiej trójcy tematów ekologiczno-zwierzęcych (ptaki, łąki/lasy/ogrody, psy), ale mam dobre doświadczenia z autorką, więc chętni się zapoznam.

Przyroda jest piękniejsza i bardziej fascynująca, niż wymaga od niej ewolucja. Patrząc na ptaki, widać cudowniejsze życie, które my, ograniczeni zmysłami, dopiero zaczęliśmy dostrzegać. Polecam Ptakologię każdemu, komu zależy na zrozumieniu przyrody, a także każdemu, kto częściej marzy, patrząc w niebo niż na wyświetlacz smartfona. Niech śpiew ptaków zawsze będzie z wami.
Łukasz Bożycki, fotograf, biolog, radiowiec
Poznajcie Damy: stado kur o niezwykłych osobowościach, które opracowują różne sposoby radzenia sobie z drapieżnikami i traktują Sy, jakby była gwiazdą rocka. Poznajcie Maję i Zuniego, dwa kolibry, które wylęgły się z jaj wielkości ziaren fasoli. Są tak delikatne, że mówi się o nich „opierzone bąbelki powietrza”, a mimo to władają niebem. Poznajcie Śnieżka, kakadu, którego filmy o tym, jak tańczy, zawojowały YouTube, a on sam uczy teraz dzieci tańca, ale i żako Alexa, potrafiącego mówić, liczyć i… kłamać. Poznajcie też myszołowce Łunę i Zadymę, doskonałych łowców, i gołębie, których zdolności wracania do domu wciąż nie udało się zrozumieć. Poznajcie także wrony, które wykorzystują nas do swoich celów. Poznajcie wreszcie kazuary, które jednym ciosem ogromnego pazura są w stanie rozpłatać człowieka.
Każde z tych stworzeń na zawsze zmieni wasze zdanie o tym, jakie naprawdę są ptaki. I jak wiele nas – ludzi – z nimi łączy.

"W mocy wichru" Agnieszka Hałas
23 stycznia

Pierwszy tom mi się podobał, drugi też (choć recka jeszcze się pisze), więc to raczej naturalne, że czekam na uwieńczenie trylogii. Trochę tylko niepokoi, że wydawca nie ujawnił jeszcze okładki, więc do daty bym się szczególnie nie przywiązywała.

"W mocy wichru" to ostatni tom fantastycznego cyklu powieściowego o świecie Zmroczy "Teatr węży" – mrocznego, intrygującego, pełnego plastycznych szczegółów, z pełnokrwistymi postaciami i przemawiającą do wyobraźni społecznością.
W świecie, gdzie czarny dar czyni cię wyklętym, każda maska i nowa tożsamość mogą zagwarantować bezpieczeństwo tylko przez krótki czas.
Marshia Lavalle przez lata służyła Otchłani, a teraz musi zapłacić za to wysoką cenę. Krzyczący w Ciemności jeszcze nie wie, że przypomnieli sobie o nim wrogowie z poprzedniego życia. Anavri musi nauczyć się posługiwać darem, którego nienawidzi. A w jednym z miast nad Zatoką Snów grasuje morderca.
Co łączy tragedię, jaka rozegrała się przed laty w mieście ogarniętym zarazą, z człowiekiem w stroju błazna, który zabija kobiety lekkich obyczajów? I czy można wygrać z nieubłaganą logiką mówiącą, że w życiu czarnego maga każda więź prędzej czy później musi zostać zerwana?

"Umysł kruka" Bernd Heinrich
31 stycznia

To jest pozycja, którą kupię właściwie tylko dlatego, że jest częścią serii. To znaczy chętnie bym sobie poczytała o krukach ale ze stylem Heinricha wyjątkowo mi nie po drodze. Jego pierwszą książkę jeszcze jakoś zmęczyłam (w końcu merytorycznie była ciekawa), ale z drugą męczę się już rok bez większych sukcesów. Może z krukami pójdzie lepiej... 

Jeden z najinteligentniejszych ptaków wciąż nie cieszy się zbyt wielką popularnością. Dawniej uważano, że wraz z czarnym kotem, nietoperzem i sową służył złym mocom. Tymczasem kruk, choć z magią raczej nie ma nic wspólnego, to stworzenie wyjątkowe, czego z pisarską swadą opartą na rzetelnej wiedzy dowodzi w tej książce Bernd Heinrich. Kruk to ulubiony bohater jego naukowych badań. Heinrich spędził lata na obserwacjach, nie zważając na chłód i niewygody, siedział miesiącami w czatowniach, opiekował się kruczętami, odwiedzał udomowione ptaki i ich właścicieli. Jego ptasi bohaterowie są piękni, mądrzy i zabawni, a ponadto odgrywają niezwykle ważną rolę w ekosystemie.
Szukając praw, jakimi rządzi się cały gatunek, Heinrich udowadnia, że każdy kruczy osobnik jest indywidualistą.  I że my, ludzie, mamy z nimi więcej wspólnego, niż nam się wydaje.

"Endymion" Dan Simmons
31 stycznia

Artefakty - i to powinno wystarczyć. Poza tym mam już oba Hyperiony w domu, więc i tego nie mogło zabraknąć.

Mija prawie trzysta lat od upadku Hegemonii. Większością planet rządzą Kościół katolicki i jego zbrojne ramię - organizacja Pax. Istnieje jednak śmiertelne zagrożenie dla nowej władzy. Jest nim Enea, jedenastoletnia córka Brawne Lamii i Johny'ego, która ma stać się nowym mesjaszem ludzkości. Ścigani przez wszechwładny Pax dziewczynka i jej ochroniarz Raul Endymion przemierzają czas i przestrzeń, by w końcu trafić na Ziemię ukrytą poza naszą Galaktyką przez tajemniczą siłę...

"Wypalić chrom" William Gibson
31 stycznia

Artefakty. Po prostu.

William Gibson zyskał powszechną sławę, jako czołowy przedstawiciel nowej odmiany science fiction, przenoszącej współczesną technologię (w szczególności technikę komputerową) w przyszłość rozpadu miast zdegenerowanej obyczajowości pokoleń postpunkowych.
Oto pierwszy tom jego opowiadań. Neuromancer zdobył wszystkie nagrody, ale największym osiągnięciem Williama Gibsona na zawsze pozostaną krótsze formy. Opowiadania te, stanowiące jednocześnie elegię i satyrę społeczną, pokazują sposób, w jaki redefiniuje się dzisiejsza sf. Gibson jako wirtuoz ścieżek szybkiego przewijania, ukazuje nam drogę, którą podążyć może literatura.

Chcę przeczytać

"Okrutna pieśń" Victoria Schwab
17 stycznia

Co prawda o autorce jeszcze nic nie wiem (jej poprzedniego cyklu nie czytałam - jeszcze), ale wygląda dość interesująco, więc byłabym skłonna zaryzykować.

Pierwszy tom bestsellerowej amerykańskiej serii „Świat Verity”.  Autorka głośnych  „Odcieni magii” powraca w wielkim stylu!
Kate Harker i August Flynn są następcami przywódców podzielonego miasta – miasta, gdzie z przemocy zaczęły rodzić się prawdziwe potwory. Kate chciałaby dorównywać bezwzględnością ojcu, który pozwala potworom wałęsać się po ulicach, a ludziom każe płacić za ochronę. August chciałby być człowiekiem, mieć dobre serce i odgrywać większą rolę w obronie niewinnych przed potworami – niestety sam jest jednym z nich. Może ukraść duszę, wygrywając pieśń na swoich skrzypcach. Jednak Kate odkrywa jego tajemnicę…
„Okrutna pieśń” wciągnie cię w świat pełen tajemnic i niepokojący wir postapokaliptycznej walki o przetrwanie.  W mrocznym urban fantasy dwoje młodych ludzi musi wybrać, czy chcą zostać dobrymi czy złymi bohaterami – przyjaciółmi czy wrogami. A stawką jest przyszłość ich rodzinnego miasta.

"Mózg rządzi" Kaja Nordengen
17 stycznia

Ostatnio czytałam ciekawe wspomnienia brytyjskiego neurologa (recka wkrótce) i niejako na fali możnaby przeczytać coś i o samym mózgu, a nie tylko o ludziach, którzy w nim grzebią.

Czy mózg można wytrenować? Czy naprawdę używamy tylko 10% jego możliwości? Gdzie jest osobowość? A może dusza? Jak on właściwie działa? Mózg sprawia, że jesteś tym, kim jesteś. Umożliwia komunikację – od prostej wymiany zdań do rozumienia ironii i podtekstów. Dzięki niemu mamy uczucia. Niczego nie zapomina, uczy się, zakochuje i przetwarza skomplikowane wzory. I ten sam mózg nagradza uzależnienie i może namówić cię do podjęcia złych decyzji.
Mózg rządzi zgłębia tajniki tego, co mamy w głowie. Fascynująco opowiada, jaki wpływ mózg ma na całość naszego życia, jak kształtuje nas oraz wszystkie nasze wybory. A wreszcie podpowiada, jak wykorzystać jego potencjał.
Ta książka podbiła serca Norwegów, od wielu tygodni gości na najwyższych pozycjach list bestsellerów. Prawa do przekładu nabyły wydawnictwa z kilkunastu krajów.
Autorką ilustracji w książce jest Guro Nordengen.
"Najjaśniejsza noc" Tui T. Shuterland
19 stycznia

Kolejny tom sympatycznej serii o nieletnich smokach, przeznaczony dla nieco młodszego czytelnika. Chętnie poznam dalszy ciąg.

Słonko zawsze bardzo poważnie traktowała smoczą przepowiednię. Skoro smoki Pyrrii potrzebowały, żeby ona, Łupek, Tsunami, Gloria i Gwiezdny Lotnik zakończyli wojnę, to ona jest gotowa spróbować. Ma nawet kilka dobrych pomysłów, jak tego dokonać, niestety nikt jej nie słucha.
Jednakże  wstrząsające wieści od Wieszcza zachwiały wiarą Słonka w ich przeznaczenie. Czy to możliwe, żeby ktokolwiek skończył tę straszliwą wojnę i wybrał nową Piaskoskrzydłą królową? A jeśli tyle się natrudzili na darmo?
Zakopane sekrety, zabójcze niespodzianki i niespodziewane odkrycia dotyczące wyskrobków czekają na nią wśród ruchomych piasków pustyni, gdzie Słonko będzie musiała w końcu zdecydować, czy jej przeznaczenie zostało już zapisane.
A może piątka smocząt zdoła pokierować własnym losem i ocalić świat… na swój sposób?


"Ostatnie dni Nowego Paryża" China Mieville
22 stycznia

Mieville'a jeszcze nie znam (choć mam w domu kilka jego powieści) i dlatego nie mam przekonania co do tej ksiązki, ale byłabym skłonna spróbować. Choć temat średnio mnie kręci.

Rok 1941. W ogarniętej wojennym chaosem Marsylii zjawia się Jack Parsons, amerykański inżynier i adept sztuk tajemnych. W kryjówce antynazistowskiej organizacji spotyka członków ruchu oporu, w tym André Bretona, czołowego teoretyka surrealizmu. Podczas dziwnych gier towarzyskich rozgrywanych przez niepokornych dyplomatów, wygnanych rewolucjonistów i awangardowych twórców Parsons za pomocą swego wynalazku odnajduje i gromadzi nadzieję. A jednak wbrew intencjom doprowadza do uwolnienia mocy zrodzonej ze snów i koszmarów, zmieniając losy wojny i świata na zawsze.
Rok 1950. Thibaut, samotny bojownik surrealistów idzie ulicami nawiedzonego Paryża, gdzie naziści i członkowie ruchu oporu zmagają się w ciągłym konflikcie, a po ulicach przechadzają się żywe obrazy i manifestacje tekstów literackich, a także istoty z głębi piekieł. Aby wydostać się z miasta, musi połączyć siły z Sam, amerykańską fotografką, próbującą utrwalić obraz zrujnowanego Paryża, a oboje znajdą sprzymierzeńca w postaci enigmatycznego symbolu łączącego w sobie przypadek i bunt: wyrafinowanego trupa...


czwartek, 4 stycznia 2018

Podsumowanie roku 2017

Fala podsumowań już się prawie przelała przez blogosferę, pozostały w niej ostatnie krople, jak moja. Zazwyczaj robiłam podsumowanie w dwóch częściach, ale doszłam do wniosku, że w tym roku nie ma to sensu. Więc będzie jedno, trochę długie, ale trudno. Przynajmniej kilka obrazków powtykam, żeby Wam się lepiej czytało.
Tradycyjnie, świnki dla urozmaicenia pierwszej części.:)
Przyznam, że nie był to dla mnie najlepszy rok. Najgorszy też nie był. Właściwie był nijaki. Ale nie nijaki w barwie sytej stabilizacji, tylko raczej martwej stagnacji. Działo się niewiele, pomysłów i energii na rozwój brakowało i przez dłuższy czas towarzyszyło mi przekonanie, że to wszystko jest bezcelowe, że może powinnam spojrzeć wreszcie prawdzie w oczy i przyznać, że piszę zbyt słabe teksty, żeby przebić się do jakiejś szerszej publiczności. Nie pozbyłam się go do końca i pewnie nie pozbędę. Ale szkoda by mi było porzucić miejsce, które tyle lat tworzyłam.

Niemniej, jedna nowa idea się wykluła - wyzwanie Rok z Nebulą. Co prawda przez listopad i grudzień było zawieszone, ale bynajmniej go nie porzuciłam. Myślę, że jeśli uda mi się je szczęśliwie ukończyć, przy okazji kolejnych urodzin bloga wezmę na tapetę kolejną nagrodę.


Z zeszłorocznych postanowień w zasadzie udało mi się tylko w miarę regularnie prowadzić instagramowy profil (to jest dobry moment, żeby zacząć go obserwować, jeśli jeszcze tego nie robicie). No i rysowałam znacznie więcej, niż rok wcześniej, ale nie tyle, ile sobie założyłam. Co w sumie mało dziwi, bo zapomniałam, że w ogóle robiłam jakieś postanowienia. Dlatego w tym roku będą tylko dwa:
  • Przeczytać 52 książki - teraz już poważnie zabierzemy się do tematu. Poza tym nagromadziłam sobie tyle nieprzeczytanych książek, że czas najwyższy podjąć jakieś kroki.
  • Przeczytać co najmniej 12 ebooków - bo po coś tego Kindla mam.
Tymczasem możemy przejść do czytelniczej części podsumowania. Przeczytałam 41 książek. Nie jest to może najwybitniejszy wynik na świecie, ale szczerze mówiąc, spodziewała się niższego. A tak jest tylko o 6 mniej niż rok wcześniej. Niestety, tylko 4 z nich były ebookami - to niedobrze. Najbogatszym czytelniczo miesiącem był sierpień (5 książek), a najuboższymi styczeń i maj (tylko po 2 książki.

Przeczytałam łącznie 16090 stron, co daje średnio 392 strony na książkę. Znaczny spadek w stosunku do poprzedniego roku. Najgrubszy wolumin miał 714 stron (był to "Ogień przebudzenia" Ryana), a najkrótszy - 180 stron (i był to "Człowiek, który spadł na ziemię" Tevisa).

Tradycyjnie już ściąganie książek do domu idzie mi znacznie lepiej niż czytanie. I tak przybyło mi 111 tytułów (czyli o 2 mniej niż rok wcześniej - czyżby sukces?...), ale przeczytanych z nich mam tylko 33.

Stosunek autorów do autorek nieco się poprawił, bo co prawda pań przeczytałam 15, czyli tyle samo,co rok wcześniej, ale panów było mniej, bo tylko 25. Jedna książka była antologią opowiadań autorów obu płci.

Czas na kilka wykresów. Na początek może narodowości autorów.

Główne tendencje się utrzymują - najwięcej Anglosasów, zaraz za nimi Polacy. Widać trochę przesunięcie preferencji na wschód, bo w tym roku czytałam nieco więcej wschodniego fantasy, ale tak poza tym niewiele się zmieniło.

A jak sytuacja z gatunkami? Od razu zaznaczę, że podziału gatunkowego dokonałam dość arbitralnie :P
Proporcje są praktycznie identyczne jak w zeszłym roku, więc chyba nie ma sensu tego komentować - dodam tylko, że literatura non-fiction to głownie wszelkie "ekologicznie" książki.

Skoro statystyki mamy już za sobą, pozostaje tylko krótka lista książek najlepszych i najgorszych. Przyznam, że z wyznaczeniem takowej miałam problem, bo jakkolwiek sporo było tytułów dobrych, to zachwyty praktycznie nie występowały. Ale coś tam dało się wybrać.

Zachwyt roku: "Wśród obcych" Jo Walton


Książkę miałam w planach (i w domu) od dawna, ale przeczytałam ją dopiero w tym roku, w ramach Roku z Nebulą. Teoretycznie to fantasy, ale tak naprawdę wątek fantastyczny to tylko okrasa do bardzo smacznej i bez niego treści. Mało mamy na polskim rynku opowieści o dojrzewaniu nerda, zwłaszcza płci żeńskiej i zwłaszcza tak dobrze napisanych.

Najpiękniej o lesie: "Ukryte życie lasu" David Haskell


Mam wrażenie, że to niesamowicie niedoceniona książka, co jest o tyle niesprawiedliwe, że popularność zdobywa o rząd wielkości słabszy Wohlleben (serio, tak mnie rozczarował po Haskellu, ze mało mu brakowało do stania się najgorsza książką roku). Tymczasem tutaj mamy nie dość, że doktora nauk przyrodniczych, nie dość, że piszącego po literacku, a nie tylko przystępnie, nie dość, że nominowanego do Pulitzera (w pewnym sensie), to jeszcze piszącego bardzo zajmująco i mającego pomysł na własną książkę. Ludzie, co z wami? Brać, czytać, raz, raz!

Propsy za smoki: "Historia naturalna smoków" Marie Brennan

Przyznam, że nie jest to książka idealna - ma swoje wady, trochę brakuje jej równowagi. Niemniej, łączy w sobie elementy, które najbardziej mnie jarają i to łączy w sposób bardzo zgrabny.

...oraz...

Rozczarowanie roku: "Strażniczka książek" Mechthild Gläser 


Tak książka jest zła na bardzo wielu poziomach, ale przede wszystkim jest zła dlatego, że nie oferuje tego, co obiecuje. Szkoda na nią czasu.

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Stosik #99

Dzisiaj wszyscy wrzucają podsumowania roku, ewentualnie plany na nowy, ja tymczasem zacznę tradycyjnie, od stosiku (choć podsumowanie roku też będzie, w czwartek). Stosik z grudniowymi zdobyczami jest zgrabny i niewielki, acz treściwy - takie lubię najbardziej.


"Wieżą" na samej górze to urban fantasy do recenzji od Papierowego Księżyca - jedyna recenzencka na stosiku. Pod nią "Córki Wawelu", pożyczone od niezastąpionej Serenity. Jeszcze nie wiem, kiedy się za nie zabiorę, ale wiem, że czytać będę długo. Zaś niżej mamy sekcję prezentową.

"Silmarilllion" już co prawda miałam, ale w tym ekonomicznym wydaniu w miękkiej oprawie. Skorzystałam więc z faktu, że mam urodziny i zasugerowałam Lubemu, co chwiałabym dostać.;) A obie pozycje od Bosza przyniósł mi taki jeden Święty Mikołaj. Nie wiem, na jakim poziomie skomplikowania jest "Mitologia słowiańska", ale jeszcze po żadne tego typu opracowanie nie sięgnęłam, więc i tak na propsie (no i wydanie śliczne, nawet ten pudrowy róż wydaje się na miejscu). A drugi tom "Bestiariusza słowiańskiego" to oczywisty must have od czasu, kiedy na półce zagościł pierwszy (no i chwilowo mam już wszystkie pozycje z serii Legendarz, które chciałam mieć).

A Wy? Z czym zaczynacie Nowy Rok?

sobota, 30 grudnia 2017

"Nibynoc" Jay Kristoff

Każdy z nas ma takich autorów, co do których wie, że nie piszą wielkiej literatury, nie piszą w ambitnym gatunku, ale za to sprawnie i nie urągając inteligencji czytelnika. Którzy może nie są wybitni, ale mają to coś (czego definicja będzie się zmieniać w zależności od zapytanej osoby), co sprawia, że bardzo ich lubimy i sporo możemy wybaczyć. Dla mnie jednym z takich autorów jest Jay Kristoff, specjalizujący się w powieściach YA. Kilka lat temu przeczytałam pierwszy tom jego debiutanckiego cyklu, teraz mam za sobą pierwszy tom kolejnego i pozostało mi niemiłe wrażenie, że autor pisze ciągle i ciągle w gruncie rzeczy tę samą książkę. Pozostaje jeszcze ustalić, czy to źle.

W dniu, kiedy Mia straciła rodzinę i sama omal nie zginęła, poprzysięgła zemstę na tych, którzy do tego doprowadzili. Przypadek jej to umożliwił – błąkająca się samotna, brudna dziesięciolatka trafiła na starego zabójcę, który dostrzegł jej potencjał i po sześciu latach szkolenia wysłał do twierdzy tajemniczego (bo uznanego za heretycki) Czerwonego Kościoła, wyznawców Pani od Błogosławionego Morderstwa. Tam szkoli się najlepszych zabójców i tam Mia ma nadzieję zdobyć wszelkie umiejętności i środki niezbędne do zemsty.

Przyznam, że mam pewien problem z klasyfikowaniem tej powieści jako YA. Być może jestem naiwna czy nie na czasie, ale dotąd powieści celowane pod grupę starszych nastolatków poza młodocianym bohaterem i pewnymi uproszczeniami w fabule charakteryzowały się tym, że brakowało w nich scen otwarcie brutalnych i erotycznych. I o ile od niepokazywania brutalności zdarzały się odstępstwa, to niepokazywania seksu raczej się trzymano (wedle starej, dobrej amerykańskiej zasady, że cysterna krwi i flaków nie wpłynie na nieletnich ani odrobinę tak demoralizująco, jak pokazanie kawałka cycka). Tymczasem w „Nibynocy” mamy sporo krwawych i dość naturalistycznie opisanych scen mordów, walk i tortur (w początkowych rozdziałach autor wydaje się mocno podjarany faktem, że umierającym puszczają zwieracze). Jest też kilka opisowych scen erotycznych.

I ja się może tutaj nad tymi erotycznymi scenami pochylę. Widzicie, jestem odporna na kicz w opisach seksu, generalnie łyknę wszystko co trzyma się poniżej porno retellingów Śpiącej Królewny autorstwa Anne Rice. I tu sobie właśnie tak autor poczyna, raz bardziej kiczowato, raz bardziej naturalistycznie, czyli całkiem nieźle dla pewnej wartości „nieźle”. Do czasu. Bo w tych długich (nieraz na kilka stron) scenach w pewnym momencie pojawiają się kwiatki takie jak „Uklęknął między jej nogami […] drugą [ręką] krzesząc ogień między jej udami.” (s. 349) I robi się śmiesznie, a to zdecydowanie nie jest stan emocjonalny, jaki autor przy tym opisie chciał wywołać u czytelnika. Panie Kristoff, trzeba chyba jednak było uciąć scenę wcześniej. Każdą.

Ogólnie momenty, kiedy autor chce, żeby było śmiesznie u mnie wywoływały raczej zażenowanie. Narracja oparta jest na koncepcie, że historię głównej bohaterki opowiada nam ktoś, kto ją bardzo blisko znał, ale już w jakiś czas po jej śmierci i zakończeniu opisywanych wydarzeń. Objawia się to tym, że narrator dość swobodnie przekracza czwartą ścianę, ale robi to głównie w bardzo licznych przypisach. Które najczęściej są kompletnie od czapy. Owszem, u Pratchetta to się sprawdzało, ale Pratchett pisał fantasy wręcz satyryczne, a nie całkiem serio o mordercach na zlecenie. Tutaj większość przypisów po prostu zakłóca immersję, zamiast poszerzać wiedzę czytelnika o świecie przedstawionym (choć niektóre faktycznie są na miejscu). Choć chyba gorsze są te, które zawierają jedynie szczeniackie żarty. A nie tylko przypisy je zawierają, niestety.

„Nibynoc” wykorzystuje wiele elementów, które wcześniej pojawiły się tez w „Tancerzach burzy”. Mamy więc nastoletnia bohaterkę, która straciła większą część swojej rodziny, a która przy okazji wykazuje pewne nietuzinkowe talenty. Która ma w pewnym sensie zwierzęcego towarzysza. Która rzuca wyzwanie systemowi nie tyle z chęci obalenia go, co żeby załatwić prywatne porachunki. To sprawia, że w pewnym momencie człowiek zaczyna mieć wrażenie, że tę opowieść już raz czytał i czuje się trochę znudzony, bo niewiele może go zaskoczyć. Na szczęście Mia nie do końca jest klonem Yukiko.

Mia przybywa bowiem do swego rodzaju morderczego Hogwartu – mamy tu modny od czasu Harry’ego Pottera motyw magicznej szkoły, ale jest to szkoła zabójców (i przy okazji naszła mnie refleksja, że to nie matematyka a chemia jest królową nauk. Jakiegoś rodzaju (al)chemii uczą w każdej magicznej szkole, matematyki tylko w nielicznych). No i w porównaniu z większością młodocianych przestępców jakich możemy spotkać na kartach powieści YA, Mia jednak wypada dość wiarygodnie. W przeciwieństwie do genialnych najwyraźniej z urodzenia Kazów Brekkerów tego gatunku, Mia nie jest w wieku szesnastu lat alfą i omegą. Ma za sobą kilka lat ciężkiego, kierunkowego treningu, ale przed sobą jeszcze wiele nauki. Jest bardzo skupiona na swoim celu, ale też młoda, co w połączeniu z porywczym charakterem często przysparza jej kłopotów (a autor nie boi się porządnie poobijać swoich bohaterów. Czy nawet ich wyeliminować).

Ma też kilkoro koleżanek i kolegów, całkiem zgrabnie odmalowanych, ze zróżnicowanymi, indywidualnymi charakterami. Każde ma jakąś mroczną tajemnicę w życiorysie (umówmy się, jeśli masz całkiem normalne dzieciństwo, nie zostajesz płatnym mordercą), ale nie tworzą przez to jakiejś angstującej masy. W sumie to bardzo kameralna powieść, a ekspozycje postaci drugoplanowych są ograniczone przez formułę, jaką autor sobie wybrał (Mia nie może nawiązywać zbyt bliskich przyjaźni, ponieważ większość jej „klasy” nie cofnie się przed niczym, żeby ukończyć szkolenie jako najlepszy – czekają na nich tylko cztery miejsca inicjacji na pełnoprawne Ostrza, więc konkurencja jest spora. A życiem wewnętrznym nauczycieli żaden nastolatek się nie przejmuje).

Przyznam, że trochę się zawiodłam. Oczekiwałam ciekawej przygotówki, może faktycznie mroczniejszej niż to, co nam autor serwował wcześniej, ale bez przesady. I jeszcze tę krew i flaki czy tę średnio udaną erotykę mogłabym wybaczyć, ale kiepskiego, wysilonego humoru, pojawiającego się w miejscach kompletnie od czapy już nie. Choć może jestem już po prostu za stara, a młodzież takie niskich lotów żarty bawią do łez, nie wiem. W każdym razie dam jeszcze szansę kolejnemu tomowi, bo świat przedstawiony zdaje się kryć jakąś interesującą zagadkę (o czym autor niewiele wspomina, ale zdaje się, że w kolejnym tomie wspomni więcej). Obym się nie zawiodła.

Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Nibynoc
Autor: Jay Kristoff
Tytuł oryginalny: Nevernight
Tłumacz: Małgorzata Strzelec
Cykl: Nibynoc
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2017
Stron: 592

czwartek, 14 grudnia 2017

"Astrofizyka dla zabieganych" Neil deGrass Tyson

Przyznam szczerze, że na „Astrofizykę dla zabieganych” zwróciłam uwagę wyłącznie poprzez wzgląd na nazwisko autora (bo tematem zainteresowana jestem może powierzchownie, ale od dawna i przypominanie podstaw to troszkę poniżej moich oczekiwań). Neil deGrass Tyson jest mi znany z serii bardzo sympatycznych programów dokumentalnych oraz z absolutnie przecudownego geekowsko-popularnonaukowego talk show (którego widziałam niestety tylko kilka odcinków, bo nadawali to u nas jakoś tak koło pierwszej w nocy. W środku tygodnia. Dla zainteresowanych – program zwał się „Star Talk”). Kupno książki potraktowaliśmy więc z Lubym jako wyraz wsparcia (kiedyś napiszę notkę o kupowaniu popkultury jako nowej formie mecenatu, zobaczycie). A skoro już znalazła się w domu, to przecież nie będzie leżała taka nieczytana, prawda?

„Astrofizyka dla zabieganych” to zbiór esejów i wykładów Neila deGrassa Tysona, najczęściej publikowanych już wcześniej w różnych miejscach. Autor niejako zawodowo ma związek z popularyzacją nauki (w końcu kierowanie planetarium niejako z definicji jest z popularyzacją związane), więc doskonale wie, jak pisać dla laików. Przekrój tematyczny jest dość szeroki, bo mamy trochę i o Wielkim Wybuchu z początkami Wszechświata, i o ciemnej materii z równie ciemną energią, o fizyce w kosmosie, o wykrywaniu planet… Właściwie chyba wszystko, co choć trochę związane z astrofizyką udało się autorowi wygrzebać z szuflady, a nie było publikacją naukową.

Wszystkie teksty są napisane bardzo przystępnie i z humorem. Autor kieruje je do kompletnych laików i doskonale zdaje sobie sprawę, na ile może sobie w związku z tym pozwolić. Pisze przejrzyście, korzystając z trafnych porównań i ułatwiających przekaz anegdotek. Bardzo dobrze spisał się też tłumacz. Co prawda mam wrażenie, że poświęcił nieco literackiego sznytu książki na rzecz przejrzystości przekazu, ale w pozycji popularnonaukowej jestem w stanie to wybaczyć (w końcu to, było nie było, literatura z misją i ta misja szerzenia nauki winna być priorytetem). Poza tym zostawił mnóstwo przypisów (choć sam autor też nie był gorszy), a jestem wielką fanką przypisów od tłumacza. Zwłaszcza jeśli nie tylko wyjaśniają pewne kwestie językowe, ale dorzucają coś do merytorycznej treści książki (jeśli zguglałam właściwą osobę, to tłumacz jest doktorem fizyki, więc od razu sam sobie zrobił konsultację naukową) z pewnym takim zgryźliwym humorem.

Dla kogoś, kto trochę głębiej siedzi w temacie astrofizyki i kosmosu w ogóle – nawet, jeśli siedzi wyłącznie hobbystycznie – „Astrofizyka dla zabieganych” może się okazać nieco zbyt banalna. Ale jeśli macie gdzieś w pobliżu kogoś, kto dopiero zamierza zainteresować się tematem lub chcecie z okazji Świąt zainwestować w rozwój intelektualny jakiegoś małoletniego kuzynostwa, to będzie pozycja w sam raz. Mała, poręczna i przystępna. Do czytania w każdych warunkach.

Tytuł: Astrofizyka dla zabieganych
Autor: Neil deGrass Tyson
Tytuł oryginalny: Astrophysicis for the People in Hurry
Tłumacz: Jeremi K. Ochab
Wydawnictwo: Insignis
Rok: 2017
Stron: 208

środa, 6 grudnia 2017

Stosik #98

To miał być naprawdę minimalistyczny stosik, bo nie planowałam żadnych spektakularnych zakupów w tym miesiącu. I żadnych nie było. Ale stosik i tak zmutował.


Zacznijmy może od lewej, bo cała lewa wieżą to książki tak jakby do recenzji. "Szepty pod ziemią" są do recenzji całkiem, bo chciałam dowiedzieć się, jak się potoczą dalsze losy Petera Granta. Już nawet zaczęłam czytać. Od Maga.

Niżej mamy zawartość paczki niespodzianki od Genius Creations, czyli pakiet ich końcoworocznych nowości. Których nie zamawiałam, choć przyznam, że dwie i owszem, chciałam, ale jakoś tak wyszło, że nie wyszło. a to widzę znaczącą poprawę w jakości wydań - okładki co jedna, to ładniejsza i mają skrzydełka (co osobiście lubię, bo dzięki temu mniej niszczą się rogi).

W każdym razie leżąca najwyżej "Zima" należała do tych dwóch, które chciałam, albowiem jest to dzieło kolegi blogera, a ja lubię czytać dzieła kolegów blogerów (i koleżanek blogerek). Trochę w ramach samoudręczenia świadomością, że oto ludzie do czegoś dochodzą, książki wydają, a ja dalej klepię nocie na nieznanym nikomu archaicznym blogasku, prawdaż. "Noc kota, dzień sowy" co prawda nie została napisana przez blogerkę, ale za to jeden taki bloger polecał ostatnio intensywnie, a on całkiem fajne rzeczy poleca, więc (i tak, Amber też kiedyś przeczytam).

Przyznam, że co do pozostałych, to nawet nieszczególnie orientowałam się, o czym to w ogóle jest. "Armadillo" jawi się jako western w klimatach weird fiction. "Tropiciel" nie budzi u mnie szczególnego entuzjazmy, bo o brutalnych wojach (tych, których zgrabnie King kiedyś podsumował) czytać nie lubię. No ale mam nadzieję, że może jakieś inne walory powieści mi wynagrodzą nielubiany koncept, a poza tym książkę napisała kobieta, a z polską fantastyką kobiet mam ostatnio znacznie lepsze doświadczenia niż z polska fantastyką mężczyzn. Może nie będzie źle. O "Vivo" trudno cokolwiek powiedzieć, ale na okładce wspominają o smoku, więc jest nadzieja. Poza tym nie mogę przestać gapić się na okładkę. Podobnie ma się rzecz z "Pętlami pamięci" - tylko bez smoka no i okładka aż tak nie przyciąga. Najgorzej z "Fazą rem" - to kryminał bez grama fantastyki najwyraźniej, a ja kryminałów po prostu nie lubię...

Druga wieża ma już bardziej różnorodne pochodzenie - choć w głównej mierze składa się z pożyczanek od J. (którą chciałabym z tego miejsca pozdrowić) - cztery górne pozycje. Na górze "Po pierwsze nie szkodzić" , czyli książka o medykach, tak jak lubię. Niżej "Zrozumieć zwierzęta" i "Zwierzęta czynią nas ludźmi" Grandin - i będę rzucać pieniędzmi w każdego wydawcę, który zrobi porządne nowe wydanie, w twardej oprawie i ze śliczną okładką (obecne jest całkiem solidne, ale wygląda jak pierwszy lepszy podręcznik wychowania psa, a mnie wydawcy ostatnio nieco rozpieścili). No a "Książka" to jest dopiero KSIĄŻKA. Śliczne to, mam nadzieję, że treść też.;)

Niżej przywleczona z biblioteki "Plutopia", wygrana w facebookowym konkursie "Kudłata nauka" (która ma fajną okładkę - to jest właśnie ten przykład rozpieszczania przez wydawców) i set zakupowy. "Astrofizykę dla zabieganych" zanabył Luby, bardziej z sympatii do autora niż potrzeby. Już ją przeczytałam (bo to malutka książeczka) i może uda mi się skrobnąć kilka słów pod koniec tygodnia. "Lab Girl" i "Ten łokieć źle się zgina" zanabyłam już sama i liczę na smakowitą lekturę.

Ciekawe, jak będzie w grudniu.

sobota, 2 grudnia 2017

Kochany Święty Mikołaju, czyli tradycyjnie o tym, co bym chciała znaleźć pod choinką

W tym miesiącu notki z zapowiedziami nie będzie, bo w sumie pewna jest tylko jedna interesująca, a i to nie mam pewności, czy czasem w listopadzie nie wyszła... Będzie za to list do Świętego Mikołaja, może coś z tego wyjdzie.

Przy czym nie jest to jakaś uniwersalna lista prezentów polecanych dla każdego przez wpływową blogerkę Moreni. To jest lista głównie dla moich znajomych z reala - którzy może chcieliby jednak kupić mi coś bardziej osobistego niż wór suszonego mniszka dla trzody, a nie bardzo się orientują, co mam na półkach (w sumie sama się już coraz mniej orientuję). Choć w takim przypadku bon podarunkowy do księgarni też jest opcją. Niektórzy może sarkają, że to prezent bezosobowy, ale dla mnie to forma powiedzenia "wiem, co cię kręci, ale kompletnie się na tym nie znam, więc szczegóły pozostawiam tobie".

Ponieważ to blog książkowy, lista składa się z grubsza z książek (prezent z nowych kredek postanowiłam zrobić sobie sama ;) ). Kolejność oczywiście przypadkowa.

1. "Silmarillion" J. R. R. Tolkien

A konkretnie o nowe wydanie Zyska i s-ki. Co prawda mam wcześniejsze wydanie Amberu, ale jest małe, w miękkiej okładce i średnio pasuje do reszty moich tolkienowskich książek, z których każdą jedną burżujsko mam w twardej oprawie. No i to nowe jest o niebo ładniejsze, ma obwolutę, śliczne wyklejki i takie tam różne bajery.

2. "Mitologia słowiańska" Jakub Bobrowski, Mateusz Wrona 
To interesująca pozycja, która nie dość, że dla każdego fana fantastyki powinna być obowiązkowa (może niekoniecznie w ty wydaniu, tylko ogólnie, ale BOSZ zawsze robi takie śliczne książki...), to jeszcze będzie mi się ładnie komponowała ze "Smokami polskimi" i pierwszym tomem "Bestiariusza słowiańskiego" (bo drugiego też jeszcze nie mam, *wink, wink*)

3. "Zaszyj oczy wilkom" Marta Krajewska
Najnowszy, brakujący drugi tom serii, której tom pierwszy bardzo mi się podobał. Fajnie byłoby uzupełnić zbiór na półce.

4. "Życie pszczół" Maurice Maeterlick
Wiadomo, pszczoły zawsze modne, o czym świadczy fakt wznowienia tego dzieła po prawie stu latach. Ale wznowienie jest bardzo urodziwe, a ja lubię ładne ksiązki. Poza tym facet, który dostał Nobla nie może pisać gniotów.

5. "Krzyk morskich ptaków" Adam Nickolson
To jest właśnie ta jedyna interesująca premiera grudnia. Jest o przyrodzie (konkretnie o ptakach. O ptakach chyba ogólnie pisze się najwięcej, jeśli nie liczyć psów), jest ładna i napisał ją "przyrodnik, brytyjski lord i miłośnik literatury" w jednej osobie. Co mnie nastawia optymistycznie, z jakichś przyczyn.

6. "One-Punch Man" manga
Zdarzyło mi się w tym roku obejrzeć anime i było to zdecydowania najlepsze anime, jakie oglądałam od ładnych kilku lat (nie żebym ich z drugiej strony jakoś szczególnie dużo oglądała). Tak pięknie ironiczne i bezlitośnie wyśmiewające gatunek z wdziękiem i prostotą pozwalającą dobrze się bawić, nawet jeśli wyśmiewanego gatunku się nie zna. Przytuliłabym pierwszy zeszyt. Albo dwa pierwsze. Albo wszystkie...

7. "Baśnie" Bill Wilingham
W zasadzie jeden z nielicznych komiksów, które chciałabym przeczytać. Kreatywny retelling to zawsze wartość sama w sobie, a i kreska wygląda na zachęcającą (poza tym, gdzie nie zajrzeć, wszyscy pieją z zachwytu). Tylko ja się tak bardzo nie znam na komiksie, ze nawet nie wiem, który tom jet pierwszy...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...