poniedziałek, 12 listopada 2012

Robaczywe ciekawostki - "Zbrodnie robali" Amy Stewart

Większość ludzi nie darzy robactwa sympatią. Spora grupa na pojawienie się stworzenia z więcej niż czterema nogami reaguje wręcz histerycznie. Ale są i tacy, którzy mogą godzinami napawać się urodą ptasznika we własnym terrarium czy z fascynacją śledzić poczynania łąkowych chrząszczy. Znajda się i tacy, którzy po prostu od czasu do czasu lubią przyjrzeć się jakiejś obrzydliwości. Zbrodnie robali kierowane są raczej do dwóch ostatnich grup (i ich wszystkich mniej radykalnych odłamów).

O czym właściwie jest książka Amy Stewart? Jak zaznacza autorka we wstępie, nie jest to żadne kompendium naukowe (te bowiem wypisała w bibliografii – niestety, większość pozycji jest dostępnych wyłącznie w języku angielskim). Zbrodnie robali można nazwać raczej zbiorem ciekawostek na temat istot stanowiących realne zagrożenie dla życia i zdrowia, niszczących uprawy i mienie, bądź uciążliwych ponad miarę i wyobrażenie. Czytelnik więc będzie miał okazję poczytać o stonce ziemniaczanej, wałęsaku brazylijskim, ślimakach ogrodowych czy drakunkulozie (osobom wrażliwym radzę tej nazwy nie wpisywać do wyszukiwarki). Ale nie tylko, bo znajdziemy tu również zestawienia tematyczne – jedno z nich zatytułowano „Mole książkowe”. 

Zbrodnie robali powinny sprawić najwięcej radości osobom, które bezkręgowcami interesują się raczej okazjonalnie albo lubują się w zbieraniu ciekawostek. Prawdziwi zapaleńcy entomologii raczej nie będą usatysfakcjonowani lekturą, chociaż i oni powinni tu znaleźć kilka perełek. Poza tym czytanie tekstów o poszczególnych gatunkach powinno sprawić wiele przyjemności – każdy rozdzialik jest bowiem napisany jak smakowity felieton. Autorka ma bardzo sprawne pióro i potrafi swoje idee przekazać zwięźle, prosto i ciekawie – a to podstawa dobrze napisanej książki popularnonaukowej. Zaś fakt, że Stewart potrafi używać niewymuszonego humoru znacząco podnosi wartość tekstu.

Największą wadą książki jest to, że koncentruje się głównie na amerykańskiej entomofaunie (oraz na tej całkiem egzotycznej, ale to przecież nie wada). Polskiemu czytelnikowi może jednak zabraknąć informacji dotyczących Europejskich populacji opisywanych gatunków – kilka z nich aż się prosi o poszerzenie danych, choćby o nazwy blisko spokrewnionych gatunków występujących na terenie kraju. Cóż, nie można mieć wszystkiego.

Nie mogę nie wspomnieć o jakości wydania – zasługuje ono bowiem na same pochwały. Ceglastoczerwona, twarda oprawa będzie się niewątpliwie wspaniale prezentować w każdej domowej biblioteczce, a wnętrze wygląda jeszcze lepiej. Uwagę zwracają przede wszystkim piękne ilustracje - czarno białe, ale zadziwiająco szczegółowe, przywodzące na myśl podręczniki akademickie sprzed ery komputerowej obróbki obrazu. Strony stylizowano na wiekowy wolumin, dbając przy tym o przejrzysty układ tekstu. Błędów edytorskich również nie odnotowałam.

Zbrodnie robali polecam miłośnikom przyrody, zwłaszcza tym, którzy potrafią się zachwycić jej mniej estetycznymi aspektami. Polecam też kolekcjonerom ciekawostek. A także wszystkim tym, którzy posiadają takiego kogoś wśród bliskich i zastanawiają się, jaki prezent mu podarować. Z tej książki z pewnością się ucieszy.

Recenzja dla portlu Unreal Fantasy.

Tytuł: Zbrodnie robali. Wesz, która pokonała armię Napoleona i inne diaboliczne insekty
Autor: Amy Stewart
Tłumacz: 
Dariusz Wójtowicz
Tytuł oryginalny: Wicked Bugs
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok: 2012
Stron: 272

sobota, 10 listopada 2012

Jak to widzę?: Kvothe vel Kote

Kolejna odsłona mojej blogowej akcji, w której prezentuję własne wizje bohaterów książkowych. To Wy, drodzy czytelnicy ich zgłaszacie, co możecie uczynić pod tym postem - klik. Tym razem przed wami Kvothe, bohater "Kronik Królobójcy" Patricka Rothfussa. Przez większość cyklu bohater ów jest bardzo młody i właśnie taki nastolatek znajduje się na obrazku. Brak mu co prawda pewnych charakterystycznych atrybutów, czyli nieodłącznej lutni i srebrnej broszki, ale to dlatego, że chciałam się skupić na technice, a detale nauki raczej nie ułatwiają.^^' Postanowiłam rudzielca odmalować za pomocą techniki mieszanej kredki akwarelowe+tusz+farba akrylowa.Wcześniej bawiłam się trochę kredkami wodnymi, ale raczej niezobowiązująco, więc jest to pierwsza poważniejsza (ekhem) praca wykonana w tej technice i muszę przyznać, że efekty są bardzo zadowalające, mimo pewnych niedociągnięć (biała kredka okazała się nie tak biała, jak można by sądzić). Możecie się spodziewać częściej obrazków w kolorze, zwłaszcza, jeśli napadnie mnie chęć na coś w stylu mangi.;) Tu mnie napadła, bo Kvothe jak mało kto nadaje się do przerobienia na bisza.;) Ach, następnym razem przy kolorze obiecuję WIPa.

Kvothe - można go powiększyć kliknięciem.

środa, 7 listopada 2012

Dobra opowieść - "Tron Półksiężyca" Saladin Ahmed

Czasem człowiek ma ochotę na dobrą historię w wydaniu fantastycznym. Wiecie, taką nie koniecznie bardzo głęboką, nowatorską czy wymyślną, ale po prostu ciekawą i dobrze opowiedzianą, z humorem, pazurem i sympatycznymi bohaterami. W takich przypadkach dobrze jest sięgnąć po „Tron Półksiężyca” Saladina Ahmeda.


Adulla Maschlud jest już starym człowiekiem i chętnie przeszedłby na emeryturę. Jednak jest też ostatnim prawdziwym łowcą ghuli w mieście i ma zbyt miękkie serce, żeby pozostawić okolicznych mieszkańców bez pomocy. Co prawda zostaje jeszcze jego asystent, Rasid, co prawda przepełniony fanatyczną wiarą i szczerym zapałem, ale to wciąż narwany młodzieniec…  Na dodatek teraz o pomoc prosi go jedyna kobieta, którą kiedykolwiek naprawdę kochał – ghule wymordowały rodzinę jej siostrzenicy. Cóż, przejście na emeryturę trzeba będzie odłożyć na później. Jak się okaże, dużo później – przynajmniej w subiektywnej mierze czasu Adulli.

Napis na okładce głoszący powinowactwo do świata baśni z 1001 nocy dodano co prawda na wyrost, ale świat opowieści przyjemnie wyróżnia się na tle pseudośredniowiecznej fantasy (czy tam wiktoriańskiego steampunku, który ostatnio modniejszy). Autor stylizował go bowiem na Bliski Wschód. Habitat ten jest rzadko wykorzystywany, ale jak wynika z moich skromnych doświadczeń, ma szczęście do dobrych autorów. Osobiście dużo bardziej mi odpowiada podziwianie strzelistych minaretów, zielonych brzegów rzek pośród pustyni czy wspaniałych, pałacowych ogrodów niż błota, smrodu i brudu posępnych, średniowiecznych warowni. A Ahmed świetnie sobie poradził z opisem pseudoarabskiego miasta, jego zapachów, smaków i dźwięków. I chociaż poza nielicznymi wyjątkami brak detali architektonicznych, wyobraźnia bardzo łatwo tworzy tło opisywanych zdarzeń.

Muszę jeszcze słówko napisać o bohaterach, bo to oni są najmocniejszą stroną powieści. Autor podbił mnie już sama postacią Abdulli. Raz, że w fantasy ostatnio trudno o bohatera zwyczajnie starego i zmęczonego życiem, dwa – jak już się taki pojawia, jest zazwyczaj ponurym, wypalonym indywiduum. Abdulla to gruby, rubaszny staruszek, czasem przemądrzały, ale ogólnie sympatyczny. Mimo tej ogólnej rubaszności i braku powagi, czytelnik jest jednak w stanie uwierzyć, że ma do czynienia z zawodowcem, który niejedno widział i nie zawsze były to rzeczy piękne. Do tego mamy siedemnastoletniego Rasida, który znacznie różni się od standardowego bohatera fantastyki young adult i zmiennokształtną Zamię, która do owego standardu pasuje jak ulał, ale i tak da się lubić. A także wiele postaci pobocznych, które autor odmalował jeśli nie z rozmachem, to przynajmniej w sposób żywy, acz przemyślany.

Strona językowa powieści wypada całkiem dobrze. Autor starał się nieco urozmaicić ten aspekt swojego dzieła dodając lokalne powiedzonka z Bogiem w tle czy „cytaty z pisma”, tudzież specyficzny sposób zapisu liczb, który nieprzygotowanych (jak niżej podpisaną) może wprawić w chwilowe osłupienie. Tłumacz spisał się równie dobrze – postanowił spolszczyć nazwy własne (co stwierdziłam po zauważeniu anglosaskiego zapisu imienia Rasid w notce na okładce), ale myślę, że to dobre posunięcie. W końcu z uwagi choćby na dzieła z epoki wojen z Turkami czy Tatarami, spolszczanie arabskiego nazewnictwa ma u nas długą tradycję.

Grafika okładki amerykańskiego wydania.

 Źródło.
A skoro już zaczepiłam o temat okładki, to się teraz powściekam. Uważam bowiem, że od czasu pamiętnej „Wrzawy śmiertelnych” wydawnictwo nie wypuściło równie paskudnej okładki. Naprawdę, miasto w zieleni znacznie lepiej obyłoby się bez zakapturzonego faceta o alternatywnej anatomii, nie mówiąc już o tym, że angielska okładka byłaby zdecydowanie lepsza. Ale przynajmniej mapka w środku jest cokolwiek urodziwa.

Cóż, nawet jeśli kogoś odstraszy okładka „Tronu Półksiężyca”, zaraz zwabi go cena. 19,90PLN to niewielka zapłata za kilka wieczorów dobrej rozrywki (jak miło by było, gdyby wydawnictwo wszystkie książki o podobnej objętości wydawało w tej cenie…). Nadwyżki można zawsze przeznaczyć na jakiś kolorowy papier do zasłonięcia okładki. A najlepiej wcale nie zwracać na nią uwagi, tylko pozwolić się porwać opowieści, czego Wam, czytelnikom, życzę.



Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i s-ka. 
Tytuł: Tron Półksiężyca
Autor: Saladin Ahmed
Tłumacz: Przemysław Bieliński
Tytuł oryginalny:
Throne of the Crescent Moon
Cykl: Królestwo Półksiężyca
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2012
Stron: 356

poniedziałek, 5 listopada 2012

Prawie jak z bajki - "Paskuda & Co." Magdalena Kozak

Fantasy zwykło się pogardliwie nazywać „bajkami dla dorosłych”. O tym, jak bardzo jest to nietrafiona obelga, może świadczyć fakt, że o ile nawiązania do baśni są dość częste, o tyle tekstów w całości na nich opartych nie ma znowu tak wiele. Historia owszem, mitologia – jak najbardziej, ludowe podania też niczego sobie, ale baśnie jakoś się popularnością nie cieszą. Powiew świeżości w tym temacie, jak sądzę, można zawdzięczać filmom takim jak „Shrek” (tak, wiem, że Pratchett był pierwszy, ale przez długi czas był też jako jedyny znany szerszej publiczności), które pokazały, że baśnie można pięknie skompilować i obśmiać ku uciesze gawiedzi, ubawionej wywracaniem znanych motywów na lewą stronę. Szybciutko zajęła się tym też fantastyka rozrywkowa. Na polski rynek na przykład niedługo trafi „Paskuda & Co.” Magdaleny Kozak.

Jak ze wstępu wynika, mamy w „Paskudzie…” do czynienia z motywem baśniowym – Królewną zamkniętą w wieży, z której może ją uwolnić jedynie cny Rycerz na białym koniu. Aby jednak nie było mu zbyt łatwo, wieży strzeże straszliwy smok i posępny Strażnik. Generalnie więc dni mijają, podobne jeden do drugiego jak dwie krople wody: Królewna ze Strażnikiem, znudzeni, grają w statki, i tylko smoczyca o wdzięcznym imieniu Paskuda od czasu do czasu zje jakiegoś Rycerza. A wiadomo, że jak się zostawia młodą pannę z przystojnym bodyguardem (zaś pozostali kandydaci są przedwcześnie eliminowani), to wyniknąć z tego może tylko jedno.

„Paskuda & Co.” jest ni to zbiorem opowiadań, ni to powieścią. Osobiście obstawiałabym raczej tę pierwszą ewentualność, gdyż każdy rozdział to w zasadzie zamknięta historia. Z drugiej strony, każda z tych zamkniętych historii jest napisana tak, aby wraz z pozostałymi spleść się w łańcuszek większej opowieści. Pozostawmy jednak te rozważania i przejdźmy do kwestii zasadniczej, mianowicie: co z jakością?

I tu zaczynają się problemy. Przedstawione przez Magdalenę Kozak historyjki mają co najmniej tyle samo wad, ile zalet. Autorka swoimi mocno sensacyjnymi powieściami przyzwyczaiła czytelników do tego, że niedoskonałości językowe i prostotę (żeby nie powiedzieć dosadniej) stylu maskuje wartką akcją, strzelaninami i paradą męskiej przyjaźni. Tutaj język i styl są owszem, takie same jak wcześniej, tylko strzelanin zabrakło. Dodatkowo krótka forma zdecydowanie autorce nie służy – historyjki nie są ani szczególnie zabawne, ani błyskotliwe, ani nawet zaskakujące (jak to się skończy można z detalami przewidzieć gdzieś tak w połowie książki). Trochę mogą boleć też przerysowani aż do przesady bohaterowie, który to zabieg Kozak stosuje ze zmiennym szczęściem – raz wychodzi zabawnie, innym razem wręcz przeciwnie (co najlepiej podsumowuje fakt, że najsympatyczniejszą i najbardziej wyrazistą postacią jest przygłupi smok).

„Paskuda…” to jednak książka nie tak beznadziejna, jak mogłoby się wydawać. Mimo ogólnej przewidywalności, klimat całej opowieści jest sympatyczny i najbliżej mu chyba do wyżej wymienionego „Shreka” (chociaż brakuje polotu, błyskotliwości i humoru filmu). Lekki opar absurdu znakomicie uzupełnia całość. Trójka mieszkańców wieży również budzi sympatię (poza Królewną – mam nadzieję, że dziewczę ma lat naście, bo w przeciwnym wypadku jej zachowanie nie mieści się w głowie), zaś ich relacje naszkicowane żywo i z humorem. No i na koniec – książkę czyta się błyskawicznie.

Szczerze mówiąc, po „Paskudzie…” spodziewałam się czegoś więcej. Tym czymś najprawdopodobniej była sensacja i zaskakująca akcja. Trochę szkoda, że nie wyszło. Mimo tego „Paskuda & Co.” pozostaje bardzo przyjemnym czytadłem. Takim, do którego co prawda się nie wraca, za to pochłania z przyjemnością i kończy w stanie prawdziwego odprężenia.

Recenzja dla portalu Insimilion.

Tytuł: Paskuda & Co.
Autor: Magdalena Kozak

Wydawnictwo: Fabryka słów
Rok: 2012
Stron: 300

sobota, 3 listopada 2012

Stosik na baczność #37 i moje wytwory

Na początek zachęcę wszystkich do udziału w mojej akcji blogowej - o tutaj, czyli post niżej.;) A teraz bez dalszych wstępów stos na baczność:


Z biblioteki:
"Wywiad z wampirem" Anne Rice -  ponieważ moja biblioteka uzupełniła swoje zbiory o cały cykl, postanowiłam wreszcie zapoznać się z całością. "Wywiad..." jest podobno świetny, ale już się boję ponownej konfrontacji z "Królową potępionych"...
"Kolor tamtego lata" Richard Paul Evans - w sumie nie wiem, czy przeczytam. Lekkie powieści obyczajowe zaczynają mnie coraz bardziej nużyć.
 "Światła września" Carlos Ruiz Zafon  - lubię młodzieżówki Zafona.;)

"Na Złotej Górze" Lisa See - uwielbiam tę autorkę, więc i autobiografią nie mogłam pogardzić.;)
"Nic nie trwa wiecznie" Maureen Lee - opis z okładki przywodzi na myśl Fannie Flagg. Mam nadzieję, że nie tylko on.
"Accabadora" Michela Murgia - już przeczytana, recenzja wkrótce.:)

"Córka żelaznego smoka. Smoki Babel" Michael Swanwick - jeden z moich absolutnych must have. Już nie mogę się doczekać lektury.^^
"Zamek Roogna" Piers Anthony - poznawania klasyki gatunku ciąg dalszy.;)

"Okrutny wiatr" Glena Cooka - autor dla fantasy klasyczny, cykl już mniej, ale nie mogłam przegapić.;)
"Próba złota" Naomi Novik - nowy tom mojego ulubionego cyklu, jupi! Jako że zobowiązałam się do zrecenzowania wszystkich tomów dla portalu, niedługo będziecie mieli okazję podziwiać skalę mojego psychofaństwa.
"Zbrodnie robali" Amy Stewart - piękna rzecz. Już przeczytana, recenzja tkwi w machinie redakcyjnej.:)

To teraz pokatuję was swoim rękodziełem.;)

Dwie zakładeczki dekupażowe (na górze fronty, na dole tyły;)). Ta niebieska została zrobiona do trylogii "Lewiatan" Scotta Westerfelda z wykorzystaniem moich starych szkiców. Wyszła całkiem nieźle, ale wykorzystywanie w tej technice bloku technicznego nie jest dobrym pomysłem.^^'
Kolczyki - wykonanie własne^^
Plecione bransoletki. Z samych bransoletek jestem zadowolona, ze zdjęcia - wręcz przeciwnie, ale nic więcej nie udało mi się wycisnąć z mojego aparatu.:(

czwartek, 1 listopada 2012

Jak to widzę? czyli kogo zobaczymy w listopadzie i zapisy na grudzień:)

Niniejszym ogłaszam, że nabór kandydatów do edycji listopadowej został zakończony, a pod tym postem można zgłaszać kandydatów na grudzień. Wybrańców na grudzień ogłoszę za miesiąc.


Oto wylosowane propozycje:

Bink z cyklu "Xanth" Piersa Anthony'ego (recenzja tomów 1 i 2)
Kvothe z cyklu "Kroniki Królobójcy" Patricka Rothfussa (recenzje tomów 2 i 3)
Che Makerz cyklu "Cienie Pojętnych" Adriana Tchaikovsky'ego (recenzje tomów 1, 2, 3 i 4)  

 Przed dodaniem propozycji proszę zapoznać się z zasadami akcji:
  1.  Zanim kogoś zgłosicie, zapoznajcie się z listą bohaterów, którzy już wzięli udział w akcji. Po co marnować głos, na kogoś, kto już był (ponownie wybrany i tak nie zostanie)?
  2. Jedna osoba zgłasza jednego kandydata w miesiącu. W razie, gdyby nie został wybrany, można powtarzać kandydaturę w kolejnych miesiącach.
  3. Zgłaszamy tylko postacie z książek, które czytałam, czyli zrecenzowanych na blogu, bądź widniejących na mojej półce na LC.
  4. Zgłaszać można ludzi, nieludzi, zwierzęta, rośliny, przedmioty - dosłownie wszystko (najbardziej lubię zwierzęta i nieludzi;)).
  5. Można sugerować styl wykonania prac (jeden z trzech: manga, realistyczny, komiksowo-kreskówkowy).
  6. Paranormal romance nie obsługujemy (chyba, że ktoś mnie przekona - nie dotyczy to powieści Stephanie Meyer). Szkolnych lektur z gatunków innych, niż fantastyka też nie.
  7. Uwaga dodatkowa: zastrzegam, że nie każda praca, którą zamieszczę w ramach eventu, będzie szczegółowo dopracowanym rysunkiem - mogą się zdarzyć szkice. Ale postaram się, żeby było ich możliwie mało.
Dziękuję wszystkim, którzy zgłaszali swoje propozycje i zachęcam do dalszej zabawy:)

Lista kandydatów na ten miesiąc - ciągle można zgłaszać nowych (w nawiasie liczba głosów):
Daghena (1)
Roushana Maitland (1)
Vuko Drakkainen (2)
Sol (1)
Czerw pustyni  (2)
Bene Gesserit (1)
Royce (1)
Lord Akeldama (1)

środa, 31 października 2012

Jak to widzę?: Varhenn Velergorf

Nieco spóźniona odsłona mojego blogowego cyklu, w którym prezentuję zgłaszane przez Was postacie książkowe. To już ostatni dzień zgłoszeń na listopad, więc korzystajcie z okazji - klik! Od razu małe ogłoszenie parafialne - od listopada rysunki będą pojawiać się 10, 20 i 30 każdego miesiąca, A teraz przejdźmy do inkryminowanej postaci. Najwyraźniej świat meekhańskiego pogranicza stworzony przez Roberta M. Wegnera ma dużo szczęścia, bo to już drugi pochodzący z niego bohater, który pojawia się w ramach akcji. Varhenn Velergorf jest doświadczonym, około pięćdziesięcioletnim żołnierzem, służącym w Górskiej Straży, w sławetnej Szóstej Kompanii. Jest też oddanym przyjacielem Kennetha. Rodowity góral, rozważny, ale w walce budzący grozę przeciwników (matko, ale patetyzmem zawiało). Kawał chłopa, no.;)

Varhenn Velergorf - można go powiększyć kliknięciem.

I mały WIP.:)

niedziela, 28 października 2012

Językowej zabawy ciąg dalszy - "Źródło magii" Piers Anthony

W ramach wznawiania w odświeżonej wersji klasyków fantasy Nasza Księgarnia wypuściła drugą już część opowieści o magicznej krainie Xanth. „Źródło magii”, bo o nim mowa, pozwala ponownie spotkać się z bohaterami znanymi i najczęściej lubianymi (bo zaiste trudno ich nie lubić) z poprzedniego tomu. Czy jednak autor trzyma poziom?

Bink ożenił się, jednak jego żona nie pozwala mu zaznać chwili spokoju – zwłaszcza ostatnio. Trudno się dziwić, to już dziewiąty miesiąc ciąży, lada moment na świat przyjdzie dziecko. Trudno się też dziwić, że zaproszenie na królewskie przyjęcie mężczyzna przyjmuje z pewną dozą ulgi. Dość szybko okazuje się, że krótkie wyjście przerodzi się w dłuższą wyprawę. Jej celem ma być odkrycie źródła magii, którą cała kraina jest przesiąknięta. Ponieważ dzielny badacz nie może pójść sam, król przydziela mu towarzystwo w postaci centaura i gryfa, który jeszcze chwilę temu był człowiekiem. W ślad za drużyną podążają złowrogie kopczyki ziemi…

Muszę przyznać, że „Źródło magii” nie zrobiło na mnie tak pozytywnego wrażenia jak „Zaklęcie dla Cameleon”. Powodów jest kilka. Pierwszy i najważniejszy to fakt, że fabuła zalicza mnogie i na dobrą sprawę zbędne przestoje, zdające się tylko wypełniać przestrzeń. Przybierają one często formę przemyśleń bohaterów o niezbyt oszołamiającej głębokości i raczej irytują, niż pogłębiają ich sylwetki (a właściwie sylwetkę, bo wszystkie przemyślenia są autorstwa Binka). Poza tym autor przez pierwszych 150 stron postanowił sobie podworować ze stereotypów dotyczących kobiet i jedyne, co mogę powiedzieć, to że Pratchett robił to o niebo lepiej, śmieszniej i ciekawiej. Ale z drugiej strony, pokazywanie pewnych rzeczy w krzywym zwierciadle nie jest sednem humoru w cyklu „Xanth”. Króluje tam przecież humor głównie słowny.

Dłużyzny być może nie byłyby tak dotkliwe, gdyby nie ten specyficzny humor – którego w polskim wydaniu zostało niewiele. Podobnie było w pierwszym tomie, ale tam wartka akcja odwracała uwagę od niedoskonałości tłumaczenia, a i one same nie był takie zauważalne. W „Źródle magii” częste są sytuacje, gdzie autor wrzuca w opis kilka zdań pozornie zbędnych – czytelnik może się tylko domyślać, że w oryginale zawierały jakiś psikus językowy. Można więc stwierdzić, że tłumaczowi tym razem cała ta słowna ekwilibrystyka wypadłanieco gorzej, chociaż zdarzają się też momenty, w których wyszło mu świetnie.

Słów kilka o wydaniu. Poziom wizualny jest bardzo wysoki – ładne, tematycznie dobrane ilustracje na okładkach i świetnie skomponowana szata graficzna serii to coś, co nie wstyd trzymać na półce (a poza tym ten, kto wymyślił okładkowy blurb, powinien dostać podwyżkę. Mówię serio, bez ironii). Dodatkowo czcionka jest duża i wygodna w czytaniu. Problem stanowi niestety korekta, której główny grzech to zjadanie myślników sygnalizujących koniec wypowiedzi bohatera (a czasem jej początek). Pojedyncze literówki to mały pikuś, ale ten brak oznaczenia potrafi być irytujący.

Bądźmy jednak szczerzy – od „Xanthu” nie ma sensu wymagać zbyt wiele. To prosta proza rozrywkowa, sympatyczna i w pewnym sensie urocza, ale piekielnie trudna do przełożenia. Mimo pewnych mankamentów idealnie nadaje się do roli relaksującego odmóżdżacza, chociaż tom drugi czasami przynudza. W tym charakterze sprawdza się świetnie, więc jednak polecam.

Recenzja dla portalu Insimilion.

Tytuł: Źródło magii
Autor: Piers Anthony
Tłumacz: Paweł Kruk
Tytuł oryginalny:
Xanth 2. The Source of Magic
Cykl: Xanth
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok: 2012
Stron: 448

piątek, 26 października 2012

Subiektywne prasowanie 10# - "Nowa Fantastyka" 10/2012


Nie da się ukryć, ze notka na temat jubileuszowego numeru Nowej Fantastyki pojawia się nieprzyzwoicie późno. Winić za to można jedynie moją jesienną chandrę, która sprawiła, że przez większość miesiąca wykazywałam aktywność intelektualną na poziomie ameby. Sam numer jest bowiem smakowity. Nawiązanie do jubileuszu widać już po okładce – tu i tam (czyli na okładce pierwszego numeru) młoda, biuściasta blondynka, pokazująca tego biustu ile tylko się da, żeby nie trzeba go było zasłaniać naklejką „18+”. Myślę, że okładka miała też ukazać pewną zmianę sztafażu fantastycznego – kiedyś na topie były półnagie kapłanki fantasy, koniecznie jako dodatek do równie półnagiego barbarzyńcy. Teraz panie modniej wyposażać w kosmiczne blastery lub postnuklearne wihajstry, półnagi barbarzyńca już nie jest niezbędny. Za to w kwestii ubioru zaskakująco mało się zmieniło.;)

Zaczyna Jakub Winiarski ze swoimi krótkimi, filozoficznymi rozważaniami na temat innych wszechświatów. Muszę przyznać, że to wstępniak najbardziej „o niczym”, jaki do tej pory mi się w Nowej Fantastyce trafił. Ale fajne to "nic", takie nostalgiczno-poetyckie. Jakuba Ćwieka nie było, za to Michał Cetnarowski w bardzo fajnym przekrojowym artykule przedstawił trzy dekady fantastyki w Polsce (dla mnie bomba, bo w pierwszej dekadzie jeszcze nie było mnie na świecie, a przez większość drugiej nie umiałam czytać, więc obserwacja pewnych zjawisk byłaby mimo wszystko mocno problematyczna). Tekst porusza temat ogólnych nurtów w gatunku w kolejnych latach i powinien bardzo przypaść do gustu tym młodszym czytelnikom, których (jak niżej podpisaną) ominęło doświadczanie tego na własnej skórze. Dalej znajdziemy zapiski o ekranizacji przygód Feliksa, Neta i Niki, stworzonych przez Rafała Kosika. Obecnie można już pójść na film i sprawdzić, co wyszło. Na następnej stronie trochę rozważań Wawrzyńca Podrzuckiego (gdyby ktoś nie kojarzył, jest to ten pan, który na łamach pisma zajmuje się wyjaśnianiem fantastycznych bredni podłożu biologicznym). Tym razem autor porównuje wizje stworzone przez pisarzy trzydzieści lat temu ze stanem faktycznym. Smakowity artykuł, chociaż, jak to zwykle u Podrzuckiego, mało optymistyczny. Dalej coś, co pożarłam z wyjątkowym smakiem, czyli Macieja Parowskiego opowieści o sztuce fantastycznej i artystach ją tworzących. Szkoda, że taki krótki. A jak już przy graficznej stronie fantastyki jesteśmy, to dołóżmy coś o komiksie – sporo na ten temat ma do powiedzenia Tomasz Kołodziejczak.

Jeszcze stały punkt programu, czyli felietony. Ćwiekowego, jak wspomniałam, nie było, tak samo jak sullivanowych porad dla pisarzy. Za to felieton kosikowy, w którym autor wspomina o początkach swojego pisania, bardzo przypadł mi do gustu. Miło się do niego wraca. Peter Watts tym razem wysmażył skargę na niegodne zakończenie serialu „Battlestar Galactika”. Sama co prawda znam go tylko z widzianych okazjonalnie urywków, ale skonsultowałam tekst z prawdziwym fanem serialu – przyznał sto procent racji Wattsowi. Łukasz Orbitowski w swoim cyklu tym razem pochyla się nad „Rzeczami”: „Rzeczą” – horrorem w reżyserii Carpentera i „Rzeczą” napisaną przez Wattsa jako swoiste uzupełnienie filmu. Mówcie co chcecie, ale mi to pachnie typowym fanfickiem – z tego, co pisze Orbitowski, majstersztykiem gatunku, bo nie dość, że tekst świetny, do pogłębia i dodaje niejednoznaczności filmowi. Sama bym chętnie przeczytała. 

Czas na jubileuszowe opowiadania. XV miniatur Grzegorza Janusza po prostu mnie urzekło – jak zazwyczaj nie znoszę tej formy, tak tutaj mam ochotę kilka sobie wynotować. Tekściki przypominają bowiem długie dowcipy o mocno surrealistycznym klimacie i nieco wisielczym humorze. „Jad” Marty Malinowskiej pozytywnie zaskakuje. Nie jest to może tekst wybitny, ale w skali szkolnej zasłużyłby sobie na solidną czwórkę z plusem. Poza tym chętnie spotkałabym się ze światem i bohaterką w jakiejś dłuższej formie. A jest to historia tajemniczego zatrucia pewnej małej ulicznicy (ulicznicy w sensie formy żeńskiej od dickensowskiego „ulicznika”, nie panny spod latarni). Opowiadanie Zbigniewa Wojnarowskiego pozwoliłam sobie ominąćpoprzedni kontakt z tym autorem nie wypadł zbyt pomyślnie, a ten miał być w podobnych klimatach. W opowiadaniach zagranicznych czuć powiew egzotyki. „Nocna parada duchów” Xia Jia to ciekawy konglomerat chińskich wierzeń, niepokojącej technologii, rozważań o przemijaniu i istocie człowieczeństwa. Konglomerat udany, choć czegoś w nim zabrakło. Jaffrey Ford to autor znany mi z „Fizjonomiki”. W „Siódmej minie Gnerała Robota” widać podobieństwo stylu. Autor zdecydowanie chciał pokazać kilka ludzkich słabości w krzywym zwierciadle, ale forma jak dla mnie była zbyt rubaszna. Do Luciusa Sheparda pałam czytelniczym afektem, od kiedy poznałam smoka Griaule’a. „Chudzina” z jednej strony dorównuje opowiadaniom z udziałem jaszczura, z drugiej zaś pozostawia niedosyt. Jest to wynikiem podobieństw do „Czaski” – i tu,  i tam mamy nietypową nimfetkę o złowieszczych mocach, i tu, i tam kręci się wokół niej facet dużo starszy, wchodzący z nią w nietypową relację. Przesłanie również jest podobne. Dwa opowiadania Nira Yaniva to teksty satyryczne, ironiczne i niepokojące. „Spopielacze” to etiuda na temat choroby psychicznej – niezbyt przypadła mi do gustu, schizoidalni bohaterowie nie należą do moich ulubionych. Za to „Słowo Boże”, będące odpowiedzią na pytanie „Co by było, gdyby słowo ludzkie miało moc sprawczą?”, wydaje mi się świetną, złośliwą, choć zwięzłą charakterystyką ludzkich przywar. 

Tymczasem zachęcam do lektury nowego numeru, który właśnie wpadł mi w łapki. Zapowiada się jeszcze bardziej smakowicie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...