sobota, 28 lutego 2015

"Gdzie dawniej śpiewał ptak" Kate Wilhelm

Solaris ma dryg do wydawania serii, które stają się kultowe. A to „Kroki w nieznane”, a to „Rakietowe szlaki”… ale najbardziej chyba znaną wśród miłośników fantastyki, największą i najbardziej kultową jest, zakończona już, „Klasyka Science Fiction”. Uważam, że zapoznanie się z pozycjami z tych serii (niekoniecznie wszystkimi, bądźmy rozsądni) jest obowiązkiem każdego, kto uważa się za miłośnika fantastyki. Szczerze mówiąc, nigdy nie byłam na tyle ambitna, żeby chcieć przeczytać wszystkie tytuły, które się w niej ukazały (sądzę, że niektóre z nich mogłyby się okazać całkowicie niestrawne), ale co bardziej interesujące sobie nabyłam (w czym pomogła mi pewna olsztyńska tania księgarnia. No i pozostaję nieutulona w żalu po konfrontacji z faktem, że „Wiosna Helikonii” jest już kompletnie nie do zdobycia). Pierwsze na liście było „Gdzie dawniej śpiewał ptak” Kate Wilhelm.

Powieść mimo czterdziestki na karku całkiem zgrabnie wpasowuje się w obecne wydawnicze klimaty (choć rok temu wpasowałaby się jeszcze zgrabniej). Nie wiem, czy bardziej świadczy to o ponadczasowości tematyki, czy o powtarzalności trendów, ale my nie o tym. Otóż powieść Wilhelm traktuje o końcu świata (który sam w sobie nie jest najważniejszy) i to z takich, w których działano wedle zasady dla każdego coś miłego. Mamy więc jednocześnie i zmiany klimatyczne (z bonusem w postaci światowego głodu), i wyczerpywanie paliw kopalnych, i epidemie wyniszczające zarówno ludzi, jak i zwierzęta czy rośliny, i punktowo nawet zagładę nuklearną. A jako ta wisienka na torcie – zanik płodności u wszystkich kręgowców bardziej złożonych od ryb. Brakuje tylko zombie. Niemniej, akcja nie skupia się na szarych Kowalskich (czy Smithach, boć to przeca w Ameryce) rozpaczliwie próbujących przetrwać w ekstremalnych warunkach. Skupia się na grupie naukowców, którzy postanowili zadbać o to, żeby jeśli nie konkretni ludzie, to chociaż ludzkość przetrwała. Jako że należą do zamożnej (i bardzo licznej) rodziny, wybudowali w górach ośrodek, umeblowali sobie laboratorium stosunkowo tanim sprzętem z demobilu i walczą. A nawet w pewnym sensie udaje im się zwyciężyć. O konsekwencjach tego zwycięstwa właśnie najwięcej w powieści napisano.

„Gdzie dawniej śpiewał ptak” nie zdezaktualizowało się ani trochę pod względem czysto technicznym. Wilhelm posługuje się piórem z charakterystycznym dla lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych (i sześćdziesiątych troszkę też, jak pokazuje przykład Le Guin) precyzyjnym minimalizmem. Nie rozdrabnia się na opisywanie pomniejszych konfliktów i intryg, portrety psychologiczne buduje tylko najważniejszym bohaterom, pozostałych załatwiając niezbędnymi szkicami z kilku kresek. I to się sprawdza. Z drugiej strony, człowiek od razu wie, że ma do czynienia z powieścią idei, a nie bohaterów. Bohaterowie najwyżej mogą być narzędziami wprawiającymi w ruch idee. I tak mimo śledzenia poczynań istot, które mają imię, nazwisko i osobowość wiemy, że tak naprawdę czytamy o ścieraniu się dwóch modeli społeczeństw, z których "być" jednego oznacza "nie być" drugiego. I z których jedno, moim skromnym zdaniem jest skazane na porażkę nawet jeśli wyeliminuje konkurencję.

Tutaj chciałabym napisać słów kilka o tych dwóch ideach społecznych. Wilhelm bowiem nie poszła na łatwiznę i nie dokonała podziału na ideę słuszną i niesłuszną, coby czytelnik się nie przemęczał, od razu wiedząc, komu ma kibicować. Jak wygląda nasza organizacja społeczna w swojej najlepszej odsłonie (czyli niewielkiej, zgranej społeczności, w której każdy robi co w jego mocy, żeby wszystkim żyło się lepiej) mniej więcej wiemy, więc autorka tylko sygnalizuje, że właśnie z czymś takim mamy do czynienia, nie siląc się na zbędne opisy, za to dorzucając kilka konfliktów, aby obraz nie okazał się nazbyt sielankowy. Natomiast budując obraz społeczności klonów, znacznie bardziej się przyłożyła, zależało jej bowiem na tym, aby był obcy, ale trójwymiarowy i również nie pozbawiony zalet. W moim przypadku ten zabieg zadziałał perfekcyjnie. Bo oto otrzymaliśmy obraz społeczności połączonej paratelepatyczną siecią, pozwalającą reagować w razie gdyby jednemu jej członkowi działa się krzywda. Grupy również całkowicie odrzucającej przemoc fizyczną, podejmującej wszelkie decyzje demokratycznie i pozbawionej irracjonalnych ograniczeń obyczajowych. To niezaprzeczalne zalety. Jednocześnie ma i ta społeczność, tak jak i nasza, swoje mroczne strony i ułomności (do największych należy traktowanie reproduktorek, czyli płodnych kobiet, które z niewyjaśnionych przyczyn były izolowane od społeczności. Co jest dziwne, bo na dobrą sprawę autorka nie podała żadnych po temu powodów, a do pragmatyki klonów nie pasują proste uprzedzenia czy zabobon. Skoro i tak nie wychowywały dzieci, równie dobrze mogły być izolowane na czas ciąży lub porodu, a później wracać do swoich klonowych rodzin). Umysłowa więź ma ograniczony zasięg, a odłączenie od niej jest doznaniem bardzo nieprzyjemnym, dlatego też ludzie klony bardzo źle znoszą samotność i przebywanie w małych grupach, co skutecznie utrudnia badanie nowych terenów. Przeraża ich też dzika przyroda, choć właściwie nie wiadomo, dlaczego. Z pokolenia na pokolenie coraz bardziej brakuje im kreatywności, a w warunkach niedoboru nieumiejętność rozwiązywania nagłych i nowych problemów to praktycznie wyrok. Czytając o nich miałam wrażenie, że idealnie pasują do zaawansowanej cywilizacji – takiej, jaką mamy teraz, gdzie większość zajęć nie wymaga kreatywności, znoszenie dużego zagęszczenia jest koniecznością a wyeliminowanie przemocy byłoby zbawienne. (Oraz, prawdopodobnie całkiem niezamierzenie, autorka z psychologią późnych pokoleń klonów bardzo ładnie trafiła w to, co obecnie nauka mówi o psychologii neandertalczyków. Tak sobie myślę, że gdyby odjąć te telepatyczne wstawki, mniej więcej tak mogłaby wyglądać ich wysoko rozwinięta cywilizacja - pragmatyczna, pozbawiona wyobraźni i sztuki) Za to kompletnie nie pasowali do warunków postapokaliptycznej rekolonizacji.

Mamy też bohaterów jednostkowych. W każdej części (bo książka dzieli się na trzy) jest nim wizjoner-rewolucjonista: naukowiec, którego przełomowe prace zapewniają nowych członków kolonii nawet wtedy, kiedy wszyscy ludzie stają się bezpłodni. Kobieta, która dzięki dalekiej wyprawie zaczyna znowu doceniać wartość indywidualności. Młodzieniec, pierwszy od wielu pokoleń taki, jak jego przedapokaliptyczni przodkowie. Każde z nich jest na swój sposób tragiczne, każde w końcu odchodzi, bo ostatecznie nie jest w stanie dalej żyć w tym otoczeniu. Pierwszy przegrywa. Drugi ucieka. Ale trzeci zwyciężą.

I jest tak, że w jakimś stopniu mnie ta powieść rozczarowała, bo renoma serii sprawiła, że spodziewałam się nie wiadomo jakich specjałów, a dostałam „tylko” świetną powieść (chyba liczyłam na fenomenalną i zjawiskową w jednym). Ale z drugiej strony – to jednak jest coś, co wykracza poza ramy literatury czysto rozrywkowej. Coś, co daje do myślenia i pobudza do intelektualnego wysiłku. Coś, co powinno być wspominane i czytane częściej, bo jakoś niepokojąco pasuje do współczesności. Więc przypominam. I czytam.

Tytuł: Gdzie dawniej śpiewał ptak
Autor: Kate Wilhelm
Tytuł oryginalny: Where Late The Sweet Bird Sang
Tłumacz: Jolanta Kozak
Wydawnictwo: Solaris
Seria: Klasyka Science Fiction
Rok: 2007
Stron: 282

14 komentarzy:

  1. Notka świetna, nie będę już musiał pisać o tej powieści?
    Temat klonów zrobił się swego czasu bardzo modny. Przypomina mi się opowiadanie Ursuli Le Guin "Dziewięć śmierci" (1968) gdzie grupa klonów "z jednego miotu" jest praktycznie autarkiczna, z seksem włącznie. Muszą działać razem, być blisko. No nie wiem czemu panie tak sobie wymyśliły, że klony nie będą znosić samotności?
    Seria jest odrobinę nierówna. Kultowość tak, ale z ograniczoną odpowiedzialnością :-D Na pewno są pozycje lekko już zakurzone, niektóre wyglądają jakby trochę były na siłę wciśnięte, ale autorskie serie tak mają po prostu. Po drugie jednak kilkoro autorów tam brakuje, nie wiem czy to sprawa gustu czy praw do polskich wydań. Przede wszystkim Ursula K. Le Guin i Roger Zelazny. Jest Bułyczow, brakuje Strugackich.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję.^^ Ja tam bym chętnie i Twoją przeczytała.;)
      Znam to opowiadanie Le Guin (choć pamiętam dość słabo) i szczerze mówiąc tam ten hivemind klonów bardziej mi pasował, jakiś taki praktyczny i rozmyślny się wydawał. Tutaj trochę mi przeszkadzała wiedza, że rozwój umysłowy zależy od tylu czynników pozagenetycznych, że uzyskanie klonów o takiej samej osobowości jet praktycznie niemożliwe (mam taką książeczkę, "Geny a charakter" się nazywa i autor bardzo ładną historyjką zilustrował ten problem). Ale z drugiej strony, jeśli już w SF potrzebujemy ludzkiego hiveminda, to klony są jakimś takim eleganckim i mało inwazyjnym uzasadnieniem.:)
      Hm, a czego właściwie byś nie polecał? Bo w sumie na razie jestem nastawiona dość entuzjastycznie, ale trzymałam się raczej z daleka od tematyki, której nie lubię (czyli te tam kosmiczne podboje, pierścienie i wieczne wojny). Mogę się na coś nadziać bliżej gruntu?
      Co do brakujących autorów obstawiam jednak prawa. Jakoś w tym czasie Prószyński wznawiał Strugackich, pewnie i inne znane nazwiska trzymał kto inny.

      Usuń
    2. No trochę tych podbojów i wojen to tam jest poza tymi co je wymieniłaś (Haldeman i Niven). Heinlein z "Żołnierzami Kosmosu", właściwie "Wędrowiec" Leibera to też trochę tej bajki. Za to polecam "Babel 17" bo to wojna, ale podejście jakie zaproponował Delany jest naprawdę niezłe. Nie wiem jak z drugą pozycją Leibera. "Mąż czarownicy" to niby na współczesne klasyfikacje urban fantasy(?), no bo żony profesorów praktykujące voodoo coby kariery mężów wesprzeć to mi na science fiction nie wygląda. "Najwyższy czas" to znowu wojna międzygatunkowa, ale ma to coś...
      Z drugiej strony to książki, które wypada znać, ale fajerwerków to aż tam tylu nie ma...

      Usuń
    3. Akurat "Żołnierzy Kosmosu" to chciałabym sobie przeczytać dla celów poznawczych. Mam ogromną słabość do filmu i chciałabym poznać pierwowzór (choć zdaję sobie sprawę, że przesadniej ilości punktów stycznych to raczej nie będzie). Leibera w Solarisowym wydaniu omijam odkąd przeczytałam tom opowiadań o Fafrydzie i Szarym Kocurze (nie wiem, czy ten koszmarnie sztywny język to wina tłumacza, czy autora, ale w tym przypadku raczej na jedno wychodzi). Za to dzięki za polecenie "Babel 17", ten tytuł dotąd pracowicie ignorowałam.^^

      Usuń
    4. Co do panów F & SK to poszukaj tomu "Miecze i ciemne siły" wydanego przez Alfę (1993). Tam był inny tłumacz (Marek Marszał). Jakoś tamte tłumaczenie nie wydawało mi się specjalnie sztywne. Fafryd jeszcze występował jako Fafhrd ;-)

      Usuń
  2. Jakoś nie uważam, żeby seria Klasyki SF miała jakąś specjalną renomę, która sugerowałaby nie wiadomo jaki poziom. Ale akurat Wilhelm to moim zdaniem jedna z lepszych pozycji w serii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, może to moje osobiste wrażenie, ale towarzyszy mi przekonanie, że seria miała swego czasu renomę zbliżoną do tej będącej udziałem UW. A to już IMO sporo.:)

      Usuń
    2. Raczej nie miała, chociaż faktycznie ludzie zwracali na nią uwagę - no ale jak się jest jedną z 2-3 serii fantastycznych na rynku, to nic dziwnego. A i okładki niezłe, na nich zaczął się Tomek Maroński wybijać.
      Niemniej było w niej sporo dobrych książek, chociaż sam za wiele nie kupowałem, bo miałem w starszych wydaniach.

      Usuń
    3. Myślę, że seria się dobrze zapowiadała. Wyszło jak wyszło, nie jest zła, ale... Definicja klasyki jest dosyć płynna. Wiadomo, rzecz gustu, animatora serii i odbiorców. Każdy ma swój kanon prawdę mówiąc. Jak dołożyć do tego część pozycji z Galaktyki Gutenberga, Wellsa chociażby i to co jest zapowiedziane w Artefaktach to się zaczyna jakoś uzupełniać. Dla mnie brak Ursuli Le Guin ("Lewa ręką ciemności" "Słowo las znaczy świat"), Rogera Zelaznego ("Pan światła" "Aleja potępienia") jest bardziej niż znaczący.

      Usuń
    4. To kwestia dostępności praw, a nie braku woli.
      Zresztą pojęcie klasycznej SF jest tak szerokie (obecnie przecież i nowa fala to klasyka), że wyczerpującego zestawu nie da się zrobić. GG koncentruje się na starszych rzeczach (od początków, poprzez epokę pulpową, złoty wiek i nieco późniejsze), Klasyka SF to były książki głównie z lat 60-70, nowofalowe. Artefakty są też solidnie rozstrzelone (w wymienianych tekstach lata mniej więcej 50-89), ale jednak chyba z nastawieniem na okres 75-90, czyli taka nowsza klasyka.

      Usuń
    5. Jasne. Klasyka jest dla mnie pojęciem nieostrym. Na swój użytek mówię, że każdy "tworzy" swoją klasykę w zależności od tego kiedy zaczął czytać science fiction. Kiedy ja zaczynałem, to nie dość, że nowa fala to się wykluwała na dobre, to jeszcze była u nas praktycznie niedostępna. Tak, że u nas faktycznie to dopiero lata osiemdziesiąte zaczęły przybliżać science fiction, czy ogólnie fantastykę szerszym frontem. No chyba, że "Fantastykę i futurologię" Lema przyjmiemy za mit założycielski.
      Co do Artefaktów, to zobaczymy jak się to potoczy, zapowiedzi są niezłe, ale część to przybliżanie młodemu pokoleniu wcale niedawnych dzieł, Wolfe, Gibson czy Simmons (tu jestem zdziwiony, myślałem, że Hyperion Cantos jednak jest znane i cenione). GG ma niezaprzeczalny walor, dla mnie to łatanie dziur w pamięci (no to czego nie czytałem to też dziura w pamięci;-)). Obecność fantastyki rosyjskiej to plus. Jakby nie patrzeć, to Jefremowa (czyli majowa para, już na pewno) wypada znać. Podobnie jak naszą Trylogię Borunia i Trepki :-)

      Usuń
    6. Słuszna teza, ostatnio widziałem wypowiedzi, że polska klasyka to Pilipiuk, bo od tego czytelnik zaczynał. Przerysowane, ale pasuje do tego, co piszesz. Sam też mam takie nieostre pojęcie chyba najbardziej zbieżne z ramami Artefaktów - czyli wszystko co przed latami 80. i niektóre pozycje z nich też (czyli co się przed moimi urodzinami pojawiło).
      Artefakty mają na siebie zarabiać, więc kilka koni pociągowych jak Simmons czy Gibson musiało się pojawić. I pewnie będą jeszcze następne jeśli seria się utrzyma. Mnie wznowienia raczej irytują (bo mam naturę kolekcjonera-chomika, a duble nie są mi potrzebne... no ale jak to, seria niepełna? Nie może być!). GG szczerze powiedziawszy na razie odpuszczam - za dużo tego wychodzi, a znam tak mniej więcej połowę.

      Usuń
  3. Nawet nie kojarzyłam tej serii, ale chyba będę musiała przejrzeć tytuły i może poszukać czegoś w antykwariatach, skoro to takie must read.

    Klony i hivemind, ach, lubię. Szkoda tylko, że książka nie okazała się aż tak dobra - kiedy się dowiedziałam, że piszesz taką super długą notkę to spodziewałam się właśnie czegoś nadzwyczaj udanego lub odwrotnie, prawdziwej tragedii. ^^ W każdym razie, chyba i tak się z nią zapoznam, bo brzmi wcale ciekawie.

    Plus, "obraz niewypał się nazbyt sielankowy", literka ci się tu omskła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli masz w mieście jakąś księgarnię spod szyldu taniej książki, to koniecznie tam zajrzyj. Poza jednym tytułem z antykwariatu, pozostałe jedenaście zakupiłam właśnie w taniej książce za śmieszne pieniądze. Choć akurat Wilhelm chyba już wyszła.

      Znaczy, książka jest bardzo dobra, żeby nie było i z pewnością na miejsce w kanonie zasługuje. A że spodziewałam się szału, fajerwerków i obezwładniającego zachwytu, no, to trochę inna para kaloszy.;)

      Czy ja już wspominałam, że nie cierpię wordowej autokorekty?

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...