Maja Lidia Kossakowska jest znana jako „pani Maja od aniołów”, czemu trudno się dziwić, zważywszy na popularność cyklu o Daimonie Freyu. Nie da się jednak ukryć, że temat nieco się już opatrzył nie tylko fanom, ale i autorce (co wnioskuję z ledwie przeciętnego poziomu „Zbieracza Burz”), więc najwyższy czas poeksploatować inne pomysły. Furda mistycyzm, angelologia i mitologie – pani Kossakowska postanowiła napisać space operę. Taką z obcymi, dalekimi koloniami i statkami kosmicznymi – i tak powstał „Grillbar Galaktyka”. Sami rozumiecie, że nie mogłam obojętnie minąć takiego dziwa.
Hermoso Madrid Iven to szef kuchni i współwłaściciel „Płaczącej komety”. Może być z siebie dumny, gdyż pod jego opiekuńczymi skrzydłami restauracja zdobyła aż dwie komety w galaktycznym przewodniku kulinarnym. Hermoso spędza więc czas, realizując się zawodowo, a przy okazji poświęcając się swojej pasji – oczywiście gotowaniu. Niestety, nic nie jest tak proste i sielskie, jak się wydaje. Nad jego głową zawisa widmo kontrolera z Ministerstwa Zdrowego Odżywiania. Nie, żeby w kuchni coś nie grało, problem w tym, że w całej Unii Międzygalaktycznej od dawna działa coraz silniejsze lobby na rzecz zastąpienia wszelkich produktów żywnościowych obrzydliwą zieloną papką wytwarzaną przez Śluzowców. Restauratorzy pierwsi idą do odstrzału. Szybko się okazuje, że twardogłowy urzędas to najmniejszy problem kucharza – Iven zostaje bowiem oskarżony o otrucie pewnego wpływowego gangstera…
Muszę przyznać, że realizacja tego kosmicznego pomysłu wypadła rewelacyjnie. Autorka popisała się wyobraźnią, wymyślając najprzeróżniejsze, czasem śmieszne, czasem straszne rasy. Wszystkie są różne, a różnice te widać nie tylko w wyglądzie, ale też w takich drobiazgach, jak choćby maniera nadawania imion. I tak imiona Jaszczurów zawsze łączą się z zarabianiem pieniędzy, Robali przypominają chrząknięcia itd. Nawet potrawy podawane w restauracjach są… specyficzne. Opisy są przeważnie krótkie, ale treściwe, akcja gna na złamanie karku, a czytelnik robi się coraz bardziej głodny… wrażeń.
Jeśli ktoś spodziewa się poważnej science fiction, opisującej problemy współczesnego (lub futurystycznego) społeczeństwa, to ich tu nie znajdzie. Nie o to w tej książce chodzi. „Grillbar Galaktyka”, to wciągająca powieść przygodowo-humorystyczna – ani mniej, ani więcej. Z resztą, już wybór profesji głównego bohatera zdaje się być pewną wskazówką, że autorka zamierza cały czas puszczać do czytelnika oko. I robi to, bo humor, jakim naszprycowana jest książka, składa się głównie z aluzji do popkultury. Część z nich jest tylko smaczkiem – ot, czyjeś imię lub nazwa instytucji jest podobna do znanego nam imienia lub nazwy instytucji (ale i tak dopasowywanie fikcyjnych imion do rzeczywistych postaci jest kopalnią frajdy). Niektóre są jednak tak zbudowanie, że nie można się nie śmiać, z radosnym tarzaniem po materacu/dywanie włącznie.
Słów kilka o wydaniu. Okładka na pierwszy rzut oka może budzić wstręt, ale gdy już rzucone oko wyjdzie z szoku, dostrzeże, że to jeden wielki żart. Całkiem udany, dodam, chociaż zapewne nie do wszystkich trafi. Papier dobrano tak, żeby nawet szerokie otwarcie na samym środku nie uszkodziło grzbietu, czcionka jest czytelna i odpowiednio duża, zaś ilustracje całkiem fajne, co nie zawsze daje się powiedzieć o fabrycznych wyrobach. Krótko mówiąc, forma dobrej jakości.
Książkę mogę polecić każdemu, nawet tym czytelnikom, którzy (jak niżej podpisana) za spece operami nie przepadają – mogą czytać „Grillbar Galaktyka” jako powieść li tylko humorystyczną. Zapewniam, że nawet najodporniejszym pocieknie ślinka, kiedy z bliska poczują zapach tego kosmicznego dania. Smacznego!
Hermoso Madrid Iven to szef kuchni i współwłaściciel „Płaczącej komety”. Może być z siebie dumny, gdyż pod jego opiekuńczymi skrzydłami restauracja zdobyła aż dwie komety w galaktycznym przewodniku kulinarnym. Hermoso spędza więc czas, realizując się zawodowo, a przy okazji poświęcając się swojej pasji – oczywiście gotowaniu. Niestety, nic nie jest tak proste i sielskie, jak się wydaje. Nad jego głową zawisa widmo kontrolera z Ministerstwa Zdrowego Odżywiania. Nie, żeby w kuchni coś nie grało, problem w tym, że w całej Unii Międzygalaktycznej od dawna działa coraz silniejsze lobby na rzecz zastąpienia wszelkich produktów żywnościowych obrzydliwą zieloną papką wytwarzaną przez Śluzowców. Restauratorzy pierwsi idą do odstrzału. Szybko się okazuje, że twardogłowy urzędas to najmniejszy problem kucharza – Iven zostaje bowiem oskarżony o otrucie pewnego wpływowego gangstera…
Muszę przyznać, że realizacja tego kosmicznego pomysłu wypadła rewelacyjnie. Autorka popisała się wyobraźnią, wymyślając najprzeróżniejsze, czasem śmieszne, czasem straszne rasy. Wszystkie są różne, a różnice te widać nie tylko w wyglądzie, ale też w takich drobiazgach, jak choćby maniera nadawania imion. I tak imiona Jaszczurów zawsze łączą się z zarabianiem pieniędzy, Robali przypominają chrząknięcia itd. Nawet potrawy podawane w restauracjach są… specyficzne. Opisy są przeważnie krótkie, ale treściwe, akcja gna na złamanie karku, a czytelnik robi się coraz bardziej głodny… wrażeń.
Jeśli ktoś spodziewa się poważnej science fiction, opisującej problemy współczesnego (lub futurystycznego) społeczeństwa, to ich tu nie znajdzie. Nie o to w tej książce chodzi. „Grillbar Galaktyka”, to wciągająca powieść przygodowo-humorystyczna – ani mniej, ani więcej. Z resztą, już wybór profesji głównego bohatera zdaje się być pewną wskazówką, że autorka zamierza cały czas puszczać do czytelnika oko. I robi to, bo humor, jakim naszprycowana jest książka, składa się głównie z aluzji do popkultury. Część z nich jest tylko smaczkiem – ot, czyjeś imię lub nazwa instytucji jest podobna do znanego nam imienia lub nazwy instytucji (ale i tak dopasowywanie fikcyjnych imion do rzeczywistych postaci jest kopalnią frajdy). Niektóre są jednak tak zbudowanie, że nie można się nie śmiać, z radosnym tarzaniem po materacu/dywanie włącznie.
Słów kilka o wydaniu. Okładka na pierwszy rzut oka może budzić wstręt, ale gdy już rzucone oko wyjdzie z szoku, dostrzeże, że to jeden wielki żart. Całkiem udany, dodam, chociaż zapewne nie do wszystkich trafi. Papier dobrano tak, żeby nawet szerokie otwarcie na samym środku nie uszkodziło grzbietu, czcionka jest czytelna i odpowiednio duża, zaś ilustracje całkiem fajne, co nie zawsze daje się powiedzieć o fabrycznych wyrobach. Krótko mówiąc, forma dobrej jakości.
Książkę mogę polecić każdemu, nawet tym czytelnikom, którzy (jak niżej podpisana) za spece operami nie przepadają – mogą czytać „Grillbar Galaktyka” jako powieść li tylko humorystyczną. Zapewniam, że nawet najodporniejszym pocieknie ślinka, kiedy z bliska poczują zapach tego kosmicznego dania. Smacznego!
Recenzja dla portalu Insimilion.
Tytuł: Grillbar Galaktyka
Autor: Maja Lidia Kossakowska
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2011
Stron: 511