Recenzję sponsoruje Serenity, która pożyczyła mi książkę. Dziękuję.:)
Fabryka Słów od jakiegoś czasu wydaje znacznie więcej pisarzy zagranicznych niż polskich. Nic dziwnego – starzy wyjadacze już dawno opróżnili swoje szuflady, a żeby debiutant przyniósł zysk, trzeba go najpierw wypromować… Dlatego wydawnictwo sięga po autorów zagranicznych. Ich los jest często dość smutny, bo po wydaniu pierwszego tomu serii najczęściej znikają. Nieliczna garstka doczekuje się takiego zbioru fanów, żeby opłacało się wydawać ciąg dalszy. Z cyklu o Burtonie i Swinburne’ie wyszły jak dotąd trzy tomy (przyszłość czwartego, będącego początkiem nowej trylogii, jest jak dotąd nieznana), co można uznać za sukces, bo steampunk się podobno u nas nie sprzedaje. Co w tej powieści jest i czy coś w ogóle?
Sir Richard Francis Burton właśnie zastanawia się nad rozwojem swojej kariery. Po aferze, jaką jego przyjaciel i współpracownik rozpętał w związku z wyprawą do źródeł Nilu, rozdział podróżniczy trzeba zamknąć. Może zostanie pisarzem? Albo ambasadorem? Albo tajnym agentem korony?... Zaraz, zaraz, co!? Ano tak, propozycja od samego premiera. Warto ją rozważyć, bo co prawda same sprawy są dość osobliwe (ściganie postaci z folkloru ludowego? Burton wyśmiałby taki rozkaz, gdyby rzeczona postać nie przefasonowała mu akurat twarzy) a historia o jego zasługach nie wspomni, ale za to jakież wyzwanie! No i może udałoby się jakoś pomóc Swinburne’owi, bo się poecina zapije na śmierć, jak tak dalej pójdzie. A na upadek przyjaciela bezczynnie patrzeć nie można.
Wiele jest elementów, na które warto w tej książce zwrócić uwagę. Zacznijmy może od najważniejszego duetu bohaterów. Burton to outsider (co autor moim zdaniem trochę zbyt często powtarza, zwłaszcza na początku - czytelnik raczej zapamięta po pierwszym razie) o bardzo egzotycznej jak na Brytyjskiego dżentelmena urodzie – śniada cera, chmurne spojrzenie ciemnych oczu i szeroka szczęka bandyty raczej nie pasują do typowego wizerunku, ale bardzo podobają się paniom. Swinburne za to jest drobny, blady i rudy – mimo iż ma dwadzieścia cztery lata, łatwo pomylić go z wyrośniętym dwunastolatkiem. Przypadła mu rola pomagiera głównego bohatera i trochę komicznego ozdobnika (znaczy: trochę ozdobnika, nie trochę komicznego), w których to rolach jest tak wtłoczony w schemat, że aż przykro. Najważniejszy jest oczywiście Burton, dla dobra imperium tropiący afery zbyt dziwne, żeby zwyczajne służby sobie z nimi poradziły. Robi to za pomocą ostrego umysłu i często twardej pięści. Z czymś się kojarzy, prawda? Tak jak nerwowy, niestabilny Swinburne niezbyt przypomina Watsona, tak skojarzenie Burtona z Holmesem nasuwa się samo (zwłaszcza, jeśli ktoś kojarzy Sherlocka głownie z nowych filmowych produkcji, a nie z prozy Doyle’a).
Przy tym spodziewałam się bardziej szczegółowej psychologii. Wiem, że to powieść rozrywkowa, ale bohaterowie wydają mi się jacyś niedookreśleni – a właściwie określeni przez kilka podstawowych cech. Burton jest piekielnie inteligentnym buntownikiem, poszukującym swojego miejsca. Swinburne – nerwowym młodzieńcem uzależnionym od adrenaliny i skłonnym do autodestrukcji. I to w zasadzie wszystko. Najbardziej na plus wyróżnia się tytułowy Skaczący Jack, będący postacią skądinąd tragiczną. Pozostaje mieć nadzieję, ze autor rozwinie trochę kwestię psychologii – odnosiłam wrażenie, ze brak głębi nie jest skutkiem braku umiejętności, a zbytniej destylacji testu.
Jeszcze chwilę zostańmy przy bohaterach, pan Hodder postanowił bowiem wpleść w swoją opowieść postacie historyczne. A że historia u niego alternatywna, to i postacie nieco się różnią od tych znanych. Mamy więc Karola Darwina i Florence Nightingale , monarchów, polityków i sirów służących za tło oraz wiele postaci znanych jedynie Anglikom lub anglofilom. Nawet Oscar Wilde się załapał. Aby nie utrudniać lektury, autor opatrzył powieść małym sprostowaniem, wyjaśniającym, jakichż to zbrodni na historii się dopuścił. Bardzo miło z jego strony, porównanie wypada dość fascynująco.
Świat przedstawiony wywołał u mnie uczucia nieco sprzeczne. Z jednej strony mamy wspaniale odmalowany dziewiętnastowieczny Londyn, który przemawia do wyobraźni i od razu wciąga czytelnik w swoje trzewia (autor ten efekt uzyskuje głównie dzięki operowaniu detalami, co osobiście bardzo lubię), z drugiej średnio przystający poziomem element steampunkowy. Nie zrozumcie mnie źle, autor odrobił lekcje – parowe maszyny na ulicach opisuje czasem bardzo szczegółowo. Za moje wrażenie odpowiada chyba fakt, że „biologiczna” część postępu technologicznego jest potraktowana niewspółmiernie. Podczas gdy technologia to dziedzina „na poważnie”, megakonie czy charty kurierskie są raczej kopalnią elementów komicznych i to dość pośledniej jakości. Westerfeld zrobił to lepiej.
Co jest najmocniejszą strona powieści? Oczywiście linia fabularna. Można powiedzieć, że „W dziwnej sprawie Skaczącego Jacka” jest kryminałem i to bardzo dobrze skonstruowanym. Autorowi udało się czytelnika skołować (a właściwie ustawić go w takim otoczeniu, ze nie za bardzo miał możliwość domyślenia się czegokolwiek do samego końca) i dzięki temu zaskakuje go na każdym kroku. Warto też zwrócić uwagę na pewien element zaczerpnięty prosto z kanonu motywów SF, ale to już każdy we własnym zakresie, bo nie chce zdradzić zbyt wiele.
Ostatecznie polecam, bo to kawałek bardzo dobrej prozy rozrywkowej. Spodoba się i miłośnikom Londynu, i fanom steampunku, i wreszcie tym, którzy lubią kryminały. Mamy tu ciekawych (choć mm nadzieję, że w drugim tomie lepiej dopracowanych) bohaterów, wielowarstwową intrygę i zabawy z historią. Czego chcieć więcej?
Tytuł: W dziwnej sprawie Skaczącego Jacka
Autor: Mark Hodder
Tytuł oryginalny: The Strange Affair of Spring Heeled Jack
Tłumacz: Krzysztof Sokołowski
Cykl: Burton i Swinburne
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2012
Stron: 516