sobota, 16 lutego 2013

Zmyślenia #1: Co dobra ksiązka fantasy mieć powinna część 1

Jak już gdzieś kiedyś wspominałam, nosiłam się z zamiarem pisania notek bardziej ogólnych, esejopodobnych. Oto właśnie jedna z takich notek - a właściwie jedna trzecia takiej notki, bo jakkolwiek wierzę w dobrą wolę moich czytelników, tak znam możliwości swojego wątłego warsztatu pisarskiego i wiem, że nie piszę aż tak zajmująco, żeby pięć stron mojej pisaniny ktoś wytrzymał. Kolejne części w odstępach tygodniowych.

***

Tyle się mówi o tym, że znaleźć jakąś niezłą powieść fantasy to w zalewie powszechnej tandety nie lada sztuka. Inna rzecz, że każdy ocenia według innych kryteriów. Niektóre pozostają stałe i niezmienne, jak poziom językowy, sprawność posługiwania się piórem i wszystko to, co można określić słowem technikalia – nimi oczywistościami nie będę się zajmować. Reszta może się zmieniać wraz z wiekiem i doświadczeniem czytelniczym. Już za chwileczkę dowiecie się więc, co powinna mieć książka fantasy, żeby Moreni uznała ją za dobrą (przynajmniej teraz, bo za kilka lat lista może się zmienić). Oczywiście książka nie musi zawierać wszystkich wymienionych elementów, jednak w przypadku braków zawsze pozostaje jakiś niedosyt.
No i znajdź tu człowieku coś ciekawego... Obrazek nie jest mój i nie wiem, kto jest autorem (choć dziwnie przypomina mi ilustracje Moersa). Jak wszystkie (chyba, że zaznaczę inaczej) został ściągnięty z otchłani netu.

Świat przedstawiony
Jaki w końcu jest ten dobry świat przedstawiony? Przede wszystkim – dopracowany, czyli taki, w którym każdy z licznych szczegółów wskazuje na to, że autor wszystko opracował w głowie i pieczołowicie rozplanował, a czytelnikowi wydziela informacje w ściśle określonych dawkach. Brak tej cechy w skrajnych przypadkach można rozpoznać po tym, że w trzecim tomie sagi pojawia się coś, co mogłoby być już w tomie pierwszym, ale autor wpadł na to dopiero teraz – vide „Dziedzictwo” Paoliniego i smoczy punkt widzenia. Są co prawda autorzy, którzy tak sprawnie tkają swoją opowieść, że potrafią wmówić czytelnikowi, iż danego elementu wcale nie wymyślili miesiąc temu, przeciwnie, to było zaplanowane. Ponieważ trzeba do takiego wodzenia za nos nie lada warsztatu, chętnie udaję, że dałam się nabrać (a częściej – faktycznie daję się nabrać i wszyscy są zadowoleni).

Zapuszczone średniowieczne miasteczko rzadko bywa pokazywane przez autorów. Chyba, że w tle widać miejsce uwięzienia Wielkiego Zła.

Drugą cechą dobrego neverlandu jest wewnętrzna logika. Przejawia się w tym, że nawet jeśli autor jakieś prawo fizyki zmienia, to zgrabnie uzasadnia, z czego zmiana wynika i jak wyglądają jej skutki. Wiecie, średniowieczne realia wyglądały, jak wyglądały z pewnych konkretnych przyczyn. Miecz trzyma się za tępy koniec nie dlatego, że ten ostry tak ładnie błyszczy. Wiec jeśli autorowi zamarzy się, żeby w jego powieści miecze trzymano za głownie, niech mi wytłumaczy, dlaczego. Jeśli postanowi na kartach książki umieścić wielkie latające gady, też niech wytłumaczy, jak, do cholery, latają: bo magia napędza (ale z magią trzeba bardzo ostrożnie), bo mają pęcherze wypełnione gazem lżejszym od powietrza, bo to wcale nie gady, tylko co innego, bo jednak gady, ale stałocieplne i o wysoce wydajnym metabolizmie (tu jest pułapka – jeśli mają szybki metabolizm, muszą dużo jeść, a skąd biorą jedzenie? Z drugiej strony, bardzo ładnie w ten model wpisują się legendarne i mityczne gadziny, które przybywają skądś i dokądś mogłyby odlatywać, po oczyszczeniu terenu z ofiar, gdyby ich jakiś bohater nie utłukł – ale to temat na osobne rozważania). W przeciwnym razie czytelnik może się dowiedzieć, że konie piją morską wodę (potem autor trzymał się wersji, że to były „specjalne” konie, ale w tekście o tym nie wspomniał), krowy karmione są suszonymi grzybami, a wraz ze wzrostem wysokości o 3 metry temperatura spada o połowę (z czego nic nie wynika dla fizyki, meteorologii i biologii przedstawionego świata).
Jakiś zamek zawsze musi być.

Gdy występują te dwie główne cechy, niejako w konsekwencji powstaje kilka kolejnych: głębia i wielowymiarowość świata przedstawionego, dopracowana linia czasowa (czytelnik wie, że coś się w krainie działo, zanim rozpoczęła się akcja powieści i to „coś” zostawiło jakieś ślady), mitologia i wiele innych drobiazgów, których imię jest Legion, ale znaczenie mniej istotne, więc dam im spokój. Dopiero, gdy świat ma wymienione właściwości, mogę go uznać za naprawdę dobry.

Chatka wiedźmy też musi być, bo to najczęstsza, poza królewną, postać kobieca w fantasy. O kobietach jeszcze będzie.

Co ciekawe, polskim autorom najnormalniej w świecie nie wychodzi tworzenie neverlandów – osobiście znam dwa (a ze słyszenia trzeci) naprawdę dobry, skomplikowany i rozległy świat stworzony przez Polaków na potrzeby ich powieści (Meekhan i okolice Wegnera oraz świat wiedźmina  Sapkowskiego, ten trzeci to Szerer Kresa; jakby ktoś znał coś jeszcze, to chętnie przeczytam). Znacznie lepiej wychodzi im przerabianie tego, co znają – stąd popularność urban fantasy i wszystkich „zamkniętych drzwi”, gdzie obok naszego świata funkcjonuje jeszcze jakiś inny, mniej lub bardziej podobny (na podobnej zasadzie działają wszystkie fikcje historyczne). Tylko wiecie, ja jestem czytelnik wymagający – najbardziej cenię krainy stworzone od podstaw. I tak na przykład seria o Patrolach Łukianienki (choć ją uwielbiam) nie za bardzo się kwalifikuje do otrzymania najwyższej noty za świat przedstawiony, bo jest to tylko współczesna Moskwa przefiltrowana przez magiczny sączek. Tu z resztą leży i cuchnie mój osobisty problem związany z gatunkami urban fantasy i alternatywnymi historiami – nie oferują mi nowych uniwersów do poznania (no chyba, że jednak oferują, bo i na to są metody, ale my nie o tym). Nawet jeśli w tych powieściach mamy świetnych bohaterów, nieprzeciętne postaci kobiet, zaskakujące pomysły, wartką fabułę i co tam jeszcze czytelnicza dusza by chciała, nie umiem ocenić powieści fantastycznej osadzonej w naszej rzeczywistości wyżej od posiadającej podobne atuty powieści fantasy osadzonej w nie naszej rzeczywistości.

czwartek, 14 lutego 2013

Mroczna strona dorastania - "Córka żelaznego smoka. Smoki Babel" Michael Swanwick

„Córkę żelaznego smoka” Andrzej Sapkowski uznał za tak dobrą, że aż wartą umieszczenia w jego kanonie fantasy. Coś w tym musiało być, bo wydawnictwo MAG po kilkunastu latach zdecydowało się wznowić powieść w prestiżowej „Uczcie Wyobraźni”, dodając kolejny utwór Swanwicka z tego samego uniwersum. I tak oto w ręce czytelników trafiła „Córka żelaznego smoka. Smoki Babel”. A ponieważ dostajemy dwie pełnowartościowe opowieści, będzie to recenzja trochę typu dwa w jednym.

Zacznijmy od „Córki żelaznego smoka”. Jest to jedna z tych powieści, które urzekają już od pierwszego zdania. Najwyraźniej oczarowało ono również wydawcę, gdyż umieścił je w tekście z czwartej strony okładki: „W dniu, gdy dzieci spotkały się, by uknuć śmierć nadzorcy, w głowie dziewczynki-podmieńca zrodziła się decyzja, by ukraść smoka i uciec”. Czytelnik dopiero później dowiaduje się, skąd dziewczynka chciała uciec, dlaczego tam przebywała i że kradzież smoka to bardzo poważne przedsięwzięcie, którego konsekwencje będą się za nią ciągnąć latami.

Z kolei „Smoki Babel”, po lekturze wcześniejszej powieści, nie zaskakują  pierwszym zdaniem. W zasadzie można je czytać nawet bez znajomości „Córki…” – straci się co prawda pewne smaczki, ale nie ma to znaczenia dla fabuły. Zamiast dziewczynki-podmieńca mamy tu chłopca-sierotę z zapadłej wioski, a autor w pokrętny sposób wykorzystuje jeden z motywów najbardziej charakterystycznych dla fantasy (nie zdradzę który, bo powiedziałabym zbyt dużo; obeznanym z tematem sporo powinna powiedzieć pierwsza część tego zdania).

Wnioskując z obu powieści, motywem szczególnie cenionym przez autora jest motyw dorastania jako procesu stopniowej utraty niewinności. I nie takie samo, jakie prezentują nam powieści młodzieżowe. Tam mamy ukazany proces, w którym bohater będący jeszcze dzieckiem stopniowo zmienia się w osobę dorosłą, co jest dobre i pożądane. Swanwick pokazuje, jaka jest cena tej przemiany i w jak bardzo plugawy sposób trzeba ją niekiedy płacić. Zdaje się też sugerować, że niektórzy najwyższą cenę płacą zupełnie niepotrzebnie i niejako na własne życzenie. Co jest prawdą o tyle gorzką, że nie mają świadomości przepłacania. Tak dzieje się w przypadku Jane, dziewczynki-podmieńca, która swoje życie ukradła wraz ze smokiem. I jednocześnie wplątała się w sieci przemożnego fatum, pełne nieszczęść i powtarzających się tragedii, nie wiedząc, że może być zupełnie inaczej i lepiej. I nie wiedząc, co zrobić, żeby tak było.

Właśnie – fatum, nieuchronność pewnych rzeczy, również zdaje się fascynować autora. Jak w przypadku Jane, bohaterki „Córki żelaznego smoka”, mamy do czynienia z losem-pajęczą siecią, w którym im więcej się szarpiemy, tym bardziej jesteśmy zaplątani, tak w przypadku Willa ze „Smoków Babel” nieuchronność pewnych zdarzeń to niezbędny element kształtujący osobowość. A może największa różnica polega na tym, że pomimo tego, iż oboje padli ofiarami manipulacji, Willem manipulowały osoby mu życzliwe?

Teraz może przejdziemy od tego, co autor miał na myśli, do tego, co powypisywał. A powypisywał sporo ciekawych rzeczy. Stworzył bowiem świat połączony z naszym (a może będący jedynie jakąś alegorią naszego, występują w nim przecież bardzo znajome marki – zippo, motocykle kawasaki, miasto zwane Wielkim Jabłkiem i posiadające swoją Piątą Aleję; ten trop wydaje się słuszny zwłaszcza w „Smokach Babel”, bo „Córka żelaznego smoka” jest uboga w nawiązania), ale bogaty w tysiące ras mitycznych duszków: driady, nimfy, fauny, krasnoludy i arystokratyczne elfy to tylko najczęściej spotykane z nich. To bogactwo ras jest niemal przytłaczające, a jeśli dodać do tego umiejętne splecenie nowoczesnych technologii z wysoką magią i prostymi urokami, powstaje coś, co albo zachwyca, albo odrzuca (mnie zachwyca).

Swanwick ma bardzo sprawne pióro – potrafi tworzyć niezwykle klimatyczne i przemawiające do wyobraźni scenerie, nie siląc się na udziwnienia czy wygibasy. Pisanie prostym, ale powabnym językiem o rzeczach niezwykłych to rzadka umiejętność – tym bardziej należy ją cenić. Powieści pełne są też erotyki w wydaniu mocno naturalistycznym, dlatego nie polecam ich osobom, którym mogłoby to przeszkadzać.

Komu w takim razie polecam? Osobom, które lubią mocną, ale nie przekombinowana fantastykę. Także tym, które cenią sobie utknięcie mnóstwa „wartości dodanych” w interesującą fabułę i lubią w owych wartościach grzebać. A także wszystkim, którzy tęsknią za czymś wyraźnie odstającym od średniej.

Recenzja dla portalu Insimilion.

Tytuł: Córka żelaznego smoka. Smoki Babel
Autor: Michael Swanwick
Tytuł oryginalny: The Iron Dragon's Daughter. The Dragons of Babel
Tłumacz: Wojciech M. Próchniewicz
Wydawnictwo: MAG
Rok: 2012
Stron: 720

wtorek, 12 lutego 2013

Subiektywne prasowanie #14 - "Nowa Fantastyka" 02/2013


Skończyłam właśnie lutowy numer Nowej Fantastyki. Na okładce Van Helsing ze swoją nieśmiertelną samopowtarzalną kuszą automatyczną.  Czyli wiadomo, co będzie tematem numeru. Ale zamiast od razu do niego przejść, omówmy wszystko po kolei.

We wstępniaku Jakub Winiarski cieszy się, że żywe trupy wyszły z mody. Bo skoro w prasie wszystko próbuje się pożenić z aktualnie modnym motywem popkulturowym, to już lepiej z hobbitem, niż z zombie. Jakub Ćwiek zaś rozwodzi się nad zaletami entuzjastycznej, amatorskiej improwizacji. Bo amator to przecież także miłośnik.

Zaraz za Ćwiekiem – temat z okładki. Robert Ziębiński w „Łowcy potworów: historii prawdziwej” próbuje przybliżyć czytelnikom tę profesję, zarówno w ujęciu legendarno-folklorystycznym, jak i popkulturowym. Właśnie wchodzą do kin „Hansel i Gretel”, a przecież nie oni pierwsi parają się ucinaniem łbów maszkarom - jest więc okazja powspominać. Ziębiński bardzo ciekawie opisuje, co było przed nimi i wspomina zarówno o produkcjach, które wszyscy znają (choćby ze słyszenia), jak i o bardziej niszowych.

Następny jest długi artykuł Pawła Laudańskiego o rosyjskiej fantastyce. Może nie porywający, ale każdy czytacz może sobie dzięki niemu skomponować własną listę rosyjskiej fantastyki wartej poznania. Zaraz za nim zdecydowanie najlepsza pozycja numeru – „Darwin w wielkim mieście” Wawrzyńca Podrzuckiego. Autor pięknie wypunktowuje w nim wszystkie głupoty na temat ewolucji człowieka, jakie ostatnio są na topie nie tylko w fantastyce, ale i w szeroko pojętym mainstreamie, jednocześnie dodając co ciekawsze wyniki badań i polemik naukowych. Aż szkoda, że tak krótko.

Dalej mamy wspomnienie o sobie samym Macieja Parowskiego po około trzydziestu latach działania w fantomie i wywiad z Dave’em McKeanem. Muszę przyznać, że prace McKeana do mnie nie przemawiają (takie ilustracje w „Koralinie” są owszem, klimatyczna, ale wracać do nich raczej nie chcę), ale fanom jego twórczości rozmowa powinna przypaść do gustu.

Z okazji wznowienia „Świata Czarownic” Andre Norton redakcja zapewniła czytelnikom artykuł o tym właśnie cyklu. O tyle ciekawy, że zawiera spis wszystkich pozycji wchodzących w skład serii z podziałem na podcykle. Potem czekają nas jeszcze dwie rozbudowane recenzje (i mnóstwo standardowych, ale nad nimi rozwodzić się nie będę). Pierwsza dotyczy najnowszej i nieco kontrowersyjnej produkcji Googla – czyli interaktywnej gry „Ingress”. Jedni są nią przerażeni, bo to kolejny krok ku wirtualizacji życia codziennego, ale drudzy, jak autor tekstu Paweł Chełchowski, są zachwyceni. Jest to bowiem pierwsza gra, która od gracza wymaga ruszenia tyłka z domu. Szkoda tylko, że jak się zdaje ma cokolwiek do zaoferowania jedynie mieszkańcom dużych miast. Druga zaś dotyczy nowego serialu z uniwersum „Battlestar Galactica” – „Blood & Chrome”. Z pewnością będzie gratką dla fanów serii.

To teraz przejdźmy do pozostałych felietonów. Michael Sullivan radzi adeptom sztuki pisarskiej, jak w swoich tekstach mają łączyć elementy realne z fantastycznymi, aby ich były przystępne dla czytelnika. Rafał Kosik dowodzi, że wojna w krajach wysoko rozwiniętych raczej nie wybuchnie, bo to się nie opłaca. Zaś Peter Watts pisze o Philipie K. Dicku i o nowej książce tego autora, jaka niedawno na zachodzie wyszła. Łukasz Orbitowski tym razem opowiada o filmie „John Dies at the End”.

Czas przejść do opowiadań, którymi numer lutowy wypchano wyjątkowo obficie – choć dominują teksty króciutkie. Zacznijmy od prozy polskiej. „Ceną będzie samotność” Bernadety Prandzioch to klimatyczne opowiadanko, któremu najbliżej chyba do horroru. Historia ma raczej poruszać, niż straszyć i całkiem dobrze spełnia swoje zadanie, choć wątek fantastyczny jest tu najwyżej pretekstowy. „Non serviam” Pawła Ciećwierza to historia o ciekawym klimacie i dekoracjach, jednak z mało zaskakującą fabułą. Niemniej powiedziałabym, że to najciekawsze polskie opowiadanie numeru. „Rzeźbiarze światła” Macieja Musialika to miniaturka horroru z bardzo ciekawym i nośnym pomysłem – przy odrobinie umiejętności możnaby na nim zbudować ciekawą powieść. „Lwiątko Heraklesa” Macieja Salamończyka zupełnie nie przypadło mi do gustu. Sam pomysł z oplatającą planetę siecią życia wpływającą na ewolucję może i ciekawy, ale w opowiadaniu przegadany i zarzucony zwałami surrealistycznej i pustej w zasadzie erudycji – typowy przykład przerostu formy nad treścią. 

Przejdźmy więc do prozy zagranicznej. „Jesteś tutaj” Jacka Skillingsteada to futurystyczny kryminał i w swojej klasie wypada całkiem dobrze. „Dziewiąta muza” Tada Williamsa to tekst na dobrym poziomie i całkiem ciekawa interpretacja starego motywy spotkania z obcą cywilizacją. „Dziesięć Sigm” Paula Melko jest chyba najbliższy hard SF z całego numeru. Porusza problem podejmowania decyzji i alternatywnych rzeczywistości w sposób nieco odmienny, niż przyzwyczaiła nas popkultura. „Zajęcia w terenie” Alexa Shvartsmana to humorystyczna miniaturka o ćwiczeniach terenowych grupki studentów ksenoarcheologii. Muszę przyznać, że ma niezaprzeczalny urok.

A poza tym w numerze konkursy recenzji i to, co zwykle. Miłej lektury.

niedziela, 10 lutego 2013

Jak to widzę?: Śmierć (Świat Dysku)

Tym razem gościmy mojego ulubionego bohatera cyklu "Świat Dysku" Terry'ego Pratchetta. Nie tylko mojego, bo Śmierć (dla niezorientowanych: Śmierć u Pratchetta jest na anglosaską modłę facetem) doczekał się wielu znacznie lepszych portretów (moim absolutnie ulubionym jest ten, jak i wszystkie inne tegoż autora). Na obrazku nie mogło zabraknąć również kota.;) Na usprawiedliwienie dodam jeszcze, że tusz z długopisu (bo obrazek rysowałam długopisem) niestety nie jest matowy i podczas skanowania pojawiają się refleksy, co nieco psuje efekt. W ogóle obrazek na żywo wygląda lepiej.

Śmierć - można go powiększyć kliknięciem

Zapraszam do zgłaszania bohaterów - klik!

czwartek, 7 lutego 2013

Słabe żarna - "Żarna niebios" Maja Lidia Kossakowska

Recenzję sponsoruje Serenity, która pożyczyła mi książkę. Dziękuję!:)


„Żarna niebios” to poszerzona o dwa teksty wersja debiutanckiego zbiorku Mai Lidii Kossakowskiej pt. „Obrońcy królestwa” (chyba nikogo nie zaskoczę faktem, że wydawca nie raczył czytelników poinformować o tym drobnym szczególe?). Jest też dobitnym dowodem na to, że starzeję się jako czytelniczka fantastyki. 

Zbiorek zawiera 10 opowiadań: wszystkie te, które można było przeczytać w „Obrońcach Królestwa”, a dodatkowo jeszcze teksty „Żarna niebios” i „Gringo”. I niestety, trudno w nim znaleźć opowiadanie lepsze niż przeciętne.

Na pierwszy ogień idzie „Światło w tunelu”, krótka historia chirurga plastycznego, który po wypadku samochodowym zostaje porwany przez dwóch zdesperowanych aniołów. Historia planowana jako lekka, zabawna i zaskakująca, w istocie okazuje się cienka jak zadek węża. Bohaterowie zamiast bawić, irytują głupotą, fabuła jest przewidywalna, a i o języku trudno powiedzieć coś poza tym, że jest poprawny (co mnie w sumie nie zaskakuje, ale trochę szkoda). 

„Dopuszczalne straty”, jeśli oceniać je w kategorii opowiadań, są cienkie już nawet nie jak zadek węża, ale jak żebro bakterii. Dla kogoś, kto nie czytał jeszcze „Siewcy Wiatru” mogą nieść pewne zaskakujące nowości, ale pozostałych czytelników nawet nie zadowolą. Zwłaszcza, że fabuły czy dobrej pointy nie ma co tam szukać. Tekst sprawdza się jedynie jako uzupełnienie fabuły „Siewcy…” i jestem zaskoczona, że nie pojawił się jako prolog powieści. Generalnie jednak przyczyna irytacji jest w tym przypadku dość osobista: zaczęli mnie denerwować potężni archaniołowie przekomarzający się jak rozszczebiotane licealistki i zwracający się do siebie per Gabrysiu czy Luciu, co przy (mającej miejsce ładnych parę lat temu) lekturze „Siewcy…” jakoś mi nie przeszkadzało. Pozostaje mieć nadzieję, że autorka w późniejszych tekstach ograniczyła tę manierę, gdyż w innych opowiadaniach zbioru jej natężenie jest mniejsze.

„Sól na pastwiskach niebieskich” jest powodem, dla którego po tak słabym początku nie porzuciłam zbioru. Historia anioła zakochanego w śmiertelniczce nie jest może ani szczególnie oryginalna, ani zaskakująca, ale fajnie czasem poczytać prosty tekst przemawiający do emocji i po babsku się powzruszać.

„Zobaczyć czerwień” jest z kolei dowodem na to, że Kossakowska potrafi tworzyć całkiem dobre postaci kobiece – tyle tylko, że z założenia patologiczne, bo inaczej wychodzą jej miękkie mameje (a jeśli nawet nie, to autorka prędzej czy później zafunduje im lobotomię – tak, nie mogę wybaczyć tego, co zrobiła z Hiją w „Zbieraczu Burz”). Dane jest nam bowiem poznać Lilith, Matkę Demonów,  egotyczną nimfomankę i generalnie wredną sukę, po czym obserwujemy jej konflikt z Asmodeuszem. Fabularnie raczej nic porywającego, ale i nie tragicznie złe.

W ocenie „Kosza na śmieci” niemal na pewno jestem nieobiektywna, gdyż mam słabość do historii o artystach. A tutaj mamy komiksiarza Adama, który po spotkaniu pod kioskiem faceta z tatuażem na twarzy i bliznami na rękach dostaje obsesji stworzenia komiksu z takim bohaterem. To tekst, jakiego spodziewałabym się raczej po Ćwieku, zważywszy na pomysł z komiksem, ale język jest już stuprocentowo kossakowski. I mimo iż zakończenie rozczarowuje, lektura była przyjemna.

„Smuga krwi” to z kolei całkiem przyjemna historia o głębiańskim najemniku i dziewczynie. Główny bohater budzi sympatię i chyba polubiłam go najbardziej z całego zbioru, ale z opowiadaniem mam mały problem - mianowicie nie bardzo wiem, co autorka miała na myśli. Wychodzi na to, że przesłanie brzmi „niektórzy są małymi, wrednymi kreaturami i zawsze będą oceniać innych swoją miarą”, ale to byłoby tak łopatologiczne, że aż szkoda na nie takiej fajnej historyjki.

„Żarna niebios” to kolejny tekst, który uważam za słaby. Po pierwsze irytuje mnie Beryl – bohaterka, która w nietypowych okolicznościach dołącza do dwóch aniołów, a potem w zasadzie znika, stając się jakimś tam tłem. Po co tyle zachodu z wprowadzaniem bezużytecznej postaci, ja się pytam? Po drugie fabuła, oparta na wykryciu spisku przeciw anielsko-diabelskiej koalicji jest tak drętwa, że aż zęby bolą. A i sam pomysł jakiś mdło poprowadzony – mam wrażenie, że można było wycisnąć z niego więcej.

„Wieża zapałek” dla odmiany znowu jest tekstem przyzwoitym. Poznajemy w niej młodego anioła stróża, któremu jako zastępcę przydzielają komandosa na rencie. Zamysł zdaje się był taki, żeby ukazać budowanie prawdziwej, męskiej przyjaźni i proces upadku purytańskich ideałów niedoświadczonego anioła oraz to, jak biedak sobie z tym radzi. Opowiadanie wszystkie te postulaty realizuje i to w nawet fajny sposób, ale relacje bohaterów wydają się zbyt płytkie. A szkoda.

„Gringo” jest opowiadaniem nastawionym na rozbawienie czytelnika. W rzeczy samej, historia demona-wygnańca, który z nudów postanowił pomóc małemu karierowiczowi wdrapać się na szczyt, ale przedobrzył, niczemu innemu służyć nie może. Czyta się ją całkiem przyjemnie i z uśmiechem plączącym się na wargach, a potem równie łatwo zapomina.

„Beznogi tancerz” został wykorzystany jako prolog do „Siewcy Wiatru” i jest chyba opowiadaniem z najlepszą pointą w całym zbiorze. A sednem fabuły jest wytłumaczenie, skąd się wziął Abbadon.

Cóż, zbiorem jestem raczej zawiedziona – już od dawna rozrywkowe fabułki mnie nie zadowalają. Przyznam, że gdybym teraz rozpoczynała od „Żaren niebios” znajomość z Kossakowską, raczej nic więcej tej autorki bym nie przeczytała. Na szczęście są inne, lepsze książki pani K.

Tytuł: Żarna niebios
Autor: Maja Ldia Kossakowska
Wydawnictwo: Fabryka słów
Rok: 2008
Stron: 509

wtorek, 5 lutego 2013

Za krótka - "Długa Ziemia" Terry Pratchett, Stephen Baxter


Terry Pratchett jest jaskrawym przypadkiem pisarza, który został niewolnikiem jednego cyklu – każda jego powieść spoza „Świata Dysku” przechodzi bez większego echa. W sumie i tak ma szczęście, bo „Świat Dysku” ma bardzo elastyczną formę i wiele można do niego włożyć, ale czasem chciałoby się napisać coś innego. Do tego przydaje się inny pisarz, który swoim nazwiskiem zniweluje dyskowe skojarzenia. A jeśli chciałoby się napisać książkę z innej dziedziny, niż dotychczas, to pisarz obeznany z nią staje się oczywistym wyborem. Tak więc współautorem „Długiej Ziemi” stał się Stephen Baxter, sam będący poczytnym, brytyjskim pisarzem SF. (Ale to tylko moje domysły, nikt nie wiem, jak było naprawdę.;))

Pewnego dnia ktoś umieszcza w sieci plan prostego urządzenia. Sporo dzieciaków zbudowało je i uruchomiło. I rozpętało się małe pandemonium, bo działający kroker przenosił je na alternatywną Ziemię, ale jeśli się go zbudowało niedokładnie, to z powrotem mógł być problem. Na szczęście nastoletni Joshua zawsze trzymał się instrukcji i tej nocy został bohaterem. Jego talent zapewnił mu niechcianą sławę i w kilkanaście lat później Joshua dostał propozycję uczestniczenia w wyprawie mającej na celu odkrycie sekretów Długiej Ziemi, która wydawała się nieskończona…

Mam wrażenie, że „Długa Ziemia” była od początku zaprojektowana jako eksperyment myślowy na zasadzie „co by było gdyby”. Z tej strony zbliża się do typowego hard SF - tam zazwyczaj chodziło o to, żeby opisać jakieś naturalne zjawisko/wynalazek i próbować przewidzieć, co ludzie z nim zrobią, jak go już dostaną w swoje łapki. Jednak aby formie gatunkowej stało się zadość, warto byłoby pokusić się o próby wyjaśnienia działania wynalazku/zjawiska (bez tego wydaje mi się, że wchodzimy w  zakres socjologicznej SF – granica jest tu trochę płynna, a nie mnie takie teoretyczne rozważania prowadzić), a tu tego nie ma. Niemniej, nie ma też liniowej fabuły, prowadzącej z punktu A do punktu B i dalej do Z. Czytelnik dostaje raczej chronologiczną mozaikę, światowy kalejdoskop konsekwencji nagłego powiększenia się do nieskończoności zasobów naturalnych dostępnych dla wszystkich. I tego, że jednak nie wszyscy mogą z nich skorzystać.

Fascynujące jest to śledzenie migawek ze zmian i trochę szkoda, że (przynajmniej w porównaniu do innych autorów, zdolnych na takiej kanwie natrzaskać 800 stron powieści) panowie nie poświęcili mu więcej uwagi. Jednak nie mniej interesująca jest druga odnoga fabularna powieści. Długa Ziemia to przecież nieskończona ilość światów – każda ewentualność o prawdopodobieństwie różnym od zera znajduje w niej swoje miejsce. Jedynym rozsądnym rozwiązaniem, pozwalającym pokazać czytelnikowi chociaż ułamek tego bogactwa jest wyprawa. I znowu szkoda, że powieść nie jest tak ze dwa razy dłuższa, bo bogactwo alternatywnych Ziem wymaga osobnego cyklu. Wiele pomysłów, które tutaj są tylko zalążkami, można by rozwinąć w niesamowite scenariusze. 

Zagraniczny hardcover.
Zasadniczy problem, jaki mam z „Długą Ziemią” jest taki, że to powieść, która zdecydowanie bardziej podoba się, kiedy trwa, niż kiedy się kończy. Zakończanie bowiem nie dość, że nie daje satysfakcji, to jeszcze przerywa cudowną przygodę. Będąc dobrą książką, „Długa Ziemia” stawia też mnóstwo pytań (po części natury fabularnej, po części nie), na które czytelnik nie dostaje odpowiedzi. Z jednej strony to inspirujące, z drugiej irytujące. (Z uwagi na powyższe, „Długa Ziemia” idealnie nadaje się do rozwinięcia w fanfikach, scenariuszach serialowych czy w systemie franszyzy. Ale z uwagi na to, że ekranizacji się nie doczeka, bo nie ma tam wielkiej historii miłosnej – marne szanse. A szkoda.)

Jeszcze trochę o technikaliach. Stylu Stephena Baxtera nie znam, dopiero niedawno się dowiedziałam, że ktoś taki istnieje i nawet wydano go w Polsce (swoją drogą, ciekawe, czy ktoś wyda może coś nowego tego pana, albo coś wznowi?), nie mogę więc się wypowiadać o jego stylu. Natomiast co do Terry’ego Pratchetta, to wyraźnie widać jego humor (pojawia się nawet ulubione przez pisarza porównanie z kotem o długim ogonie i fotelach na biegunach). Nie są to stężenia dyskowe, bo i powieść humorystyczna nie jest, ale charakterystyczny styl wyraźnie widać. Język jest lekki i przyjemny, zaś polska okładka jak rzadko podoba mi się bardziej od oryginalnej.

Wielu (łącznie z autorem artykułu w NF) twierdzi, że „Długa Ziemia” ma być twórczym testamentem Pratchetta. Ja w niej widzę raczej nowy początek. A oba te zdania można bardzo łatwo pogodzić: może Pratchett do spółki z Baxterem chcą nam powiedzieć, że tak naprawdę koniec nie istnieje, bo możliwości są nieskończone? Miejmy nadzieję, że tak.

Ksiązkę otrzymałam  od wydawnictwa Prószyński i s-ka.

Tytuł: Długa Ziemia
Autor: Terry Pratchett, Stephen Baxter
Tłumacz:
Piotr W Cholewa
Tytuł oryginalny:
The Long Earth
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2013
Stron: 359

niedziela, 3 lutego 2013

Stosik #40

Na początku chciałabym podziękować wszystkim, którzy zagłosowali na mnie w konkursie na Blog Roku 2012. Co prawda do trzeciego etapu nie weszłam (dopiero bym się zdziwiła, gdybym weszła), ale dzięki Wam dostałam drugą kulkę.:) Jeszcze raz dziękuję!.:)

Poza tym chciałam wam powiedzieć (głównie dlatego, żeby wstępami ogólnymi nie zaśmiecać notek właściwych;)), że planuję w lutym ruszyć z cyklem notek esejopodobnych, poświęconych tematom różnym - wedle zasady "nie umiem pisać, to sobie popiszę". Cykl z założenia nieregularny, ale mam nadzieję, że uda mi się zawieszać co dwa miesiące coś nowego. Nie martwcie się jednak długimi przerwami: jeśli jakiś tekst będzie wymagał podziału na części (nie będę przecież nikogo katować pięcioma stronami Worda...), to będą się one pojawiać w odstępach tygodniowych.

A teraz to, na co wszyscy czekali - czyli stos. Przepraszam za marną jakość zdjęcia, ale do aparatu to ja mam dwie lewe ręce...


To, co leży, to oczywiście Uczta Wyobraźni. Na samym dole "Asystentka pisarza Fantasy. Portret pani Charbuque" Jefrey'a Forda do recenzji od Insi. A wyżej mamy cztery skutki promocji empikowej na UW (2 w cenie 1), czyli "Akwaforta", "Listy z Hadesu - Punktown", "Palimpsest" i 2 tom "Opowieści sieroty". Tym samym z ucztowyobraźnianych must have zostały mi już tylko dwa do zdobycia.
To, co stoi, od lewej:
"Amsterdam" Iana McEwana - miał być początkowo przeznaczony na wyzwanie "Od A do Z", ale ostatecznie wytypowałam inną książkę. Tę i tak przeczytam - w końcu Booker zobowiązuje.
"Długa Ziemia" panów Pratchetta i Baxtera - do recenzji od Prószyńskiego. Już przeczytana, recenzji spodziewajcie się za dwa dni.
"Świat Czarownic" Andre Norton - znowu od Insi. Nasza Księgarnia postanowiła wznawiać klasykę. I bardzo dobrze, mam nadzieję, że wytrzymają jak najdłużej.
"Życie Pi" Yanna Martela - książkę przeczytałam jakiś czas temu i postanowiłam skołować sobie własny egzemplarz. I oto nareszcie się pojawił, jako efekt wymiany na LC.:)

A na koniec zapraszam do zgłaszania bohaterów w mojej akcji "Jak to widzę?" - klik! (pamiętajcie, że teraz mamy miesiąc tematyczny!).

piątek, 1 lutego 2013

"Jak to widzę?": wybrańcy na luty i tematyczny nabór na marzec

Nabór na luty skończony, szczęśliwcy wylosowani, ale zanim do nich przejdziemy, kilka spraw odnośnie zgłoszeń na marzec. Jak zapowiadałam wcześniej, zamierzam raz na kwartał organizować miesiące tematyczne - i marzec właśnie takim jest. A że marzec takim jest, toi nabór na marzec taki jest. Toteż ogłaszam, że w tym naborze należy zgłaszać bohaterów pasujących do takiego oto leitmotivu:

"Futrzaki"

Przy zgłaszaniu obowiązują wzystkie punkty dotychczasowego regulaminu, który poniżej.


A tymczasem to, na co wszyscy czekali, czyli ogłoszenie wyników losowania:

Śmierć z cyklu "Świat Dysku" Terry'ego Pratchetta (recenzje tu, tu i tutaj)
 Smok Griaule z opowiadań Luciusa Sheparda (recenzja)
Joscelin Verreuil z cyklu "Dziedzictwo Kusziela" Jacqueline Carey

I tradycyjnie na koniec proszę o zapoznanie się z zasadami udziału w zabawie:
Zasady:
  1.  Zanim kogoś zgłosicie, zapoznajcie się z listą bohaterów, którzy już wzięli udział w akcji. Po co marnować głos, na kogoś, kto już był (ponownie wybrany i tak nie zostanie)?
  2. Jedna osoba zgłasza jednego kandydata w miesiącu. W razie, gdyby nie został wybrany, można powtarzać kandydaturę w kolejnych miesiącach.
  3. Zgłaszamy tylko postacie z książek, które czytałam, czyli zrecenzowanych na blogu, bądź widniejących na mojej półce na LC.
  4. Zgłaszać można ludzi, nieludzi, zwierzęta, rośliny, przedmioty - dosłownie wszystko (najbardziej lubię zwierzęta i nieludzi;)).
  5. Można sugerować styl wykonania prac (jeden z trzech: manga, realistyczny, komiksowo-kreskówkowy).
  6. Paranormal romance nie obsługujemy (chyba, że ktoś mnie przekona - nie dotyczy to powieści Stephanie Meyer). Szkolnych lektur z gatunków innych, niż fantastyka też nie.
  7. Uwaga dodatkowa: zastrzegam, że nie każda praca, którą zamieszczę w ramach eventu, będzie szczegółowo dopracowanym rysunkiem - mogą się zdarzyć szkice. Ale postaram się, żeby było ich możliwie mało.
Zapraszam do zabawy!:)

Lista kandydatów na ten miesiąc - ciągle można zgłaszać nowych (w nawiasie liczba głosów):
Lord Maccon (4)
Krzywołap (1)
Nymeria (2)
Ej (1)
Bibliotekarz (2)
Kot Behemot (1)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...