piątek, 20 listopada 2015

"Krwawe rytuały" Jim Butcher

Właśnie przeczytałam szósty tom „Akt Dresdena”. Szkoda, bo na następny będę musiała poczekać o stycznia (niby nie tak znowu długo, ale przecież czekać trzeba). „Krwawe rytuały” znacznie bardziej mi przypadły do gustu niż czytane wcześniej „Śmiertelne maski”. Były też pierwszym tomem po zmianie tłumacza (jeśli dobrze zrozumiałam, to nie rozstajemy się z Cholewą, po prostu będzie tłumaczył tylko niektóre tomy. Choć mogę się mylić) ale jedno z drugim raczej nie ma związku.

Harry dostał nietypowe zlecenie (choć kiedy je przyjmował, nie wiedział, że jest nietypowe. Nikt mu nie powiedział, jakie filmy tam będą kręcić) – ma ochraniać ekipę kręcącą film porno. Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie fakt, że dwie osoby już zginęły w dość dziwacznych okolicznościach, a nasz dzielny detektyw musi ochronić resztę ekipy, żeby tego losu nie podzieliła. Jakby tego było mało, w Chicago znowu uaktywniły się wampiry z Czarnego Dworu, które dybią na życie biednego Dresdena… trzeba coś z nimi zrobić.

Najpierw może zajmiemy się kwestią, która interesuje chyba wszystkich wielbicieli cyklu, czyli tłumaczeniem. Przyznam wprost – tak, Wojciech Szypuła skopał kultowe pierwsze zdanie. W polskim przekładzie nie ma ani krzty uroku, za który fandom je uwielbia. Podejrzewam, że gdyby tłumacz wiedział, jak to zdanie jest odbierane przez fandom, postarałby się bardziej (choć może i nie). Poza tym nie wiem dlaczego, pan Szypuła zwykł był nadużywać słowa heks. Co mnie boli z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że mamy w polskim języku sporo słów, które określają czynności magiczne, a po drugie dlatego, że poprzedni tłumacz, czyli pan Cholewa, właśnie polskich odpowiedników używał i nagłe zniknięcie zaklęć i klątw na rzecz heksów boli w oczy (i w mózg. W estetykę w sumie też).

Ponarzekałam sobie, czas więc przejść do plusów. Ostatecznie bowiem, mimo pewnych zgrzytów, zmiana tłumacza nie boli. Zdaje się, że Szypuła dobrze się wczuł w dresdenowskie realia i poczucie humoru, choć jeśli dokładnie się przyjrzeć, daje się zauważyć różnice. Tłumaczenie Szypuły zdaje się być bardziej twarde – Cholewa miał w zwyczaju używać sformułowań lekkich, które, mam wrażenie, nadawały książce rys bardziej humorystyczny, niż zakładał autor. Szypuła nie gubi humoru, ale używa fraz mocniejszych. Choć całkiem możliwe, że to mylne wrażenie, wywołane specyficzna tematyką akurat tego tomu.

Przejdźmy może do bohaterów. Sam Dresden jak to Dresden, chwilowo nie ewoluuje (choć jest jeden taki punkt w fabule, gdzie mam wrażenie, Harry przeżywa opóźnione męki dorastania. Wiecie, ten moment w rozwoju dziecka, kiedy zaczyna ono rozumieć, że rodzice nie są tak idealni jak mu się wydawało), ale i tak go lubię. Autor w tym tomie pochyla się nad meandrami Białego Dworu wampirów, więc znowu pojawia się Thomas. Wyjątkowo się w „Krwawych rytuałach” rozwija – przestaje być tylko zabawnym playboyem, zyskuje głębię, motywację, charakter i tajemnice. I pewien bonus (no, z perspektywy czytelnika to jest bonus), ale o tym sza. Poznajemy też pozostałych członków rodziny Raith z Białego Dworu i tutaj do gustu wyjątkowo przypadła mi Lara. Chyba będzie pojawiać się częściej, co mnie cieszy.

„Krwawe rytuały” wyjątkowo nie wprowadzają zbyt wielu nowych postaci (znając Butchera, nie bardzo wiadomo, kto zniknie na zawsze z kart tej historii, ale na chwilę obecną wygląda na to, że zostaną może dwie, trzy osoby), skupia się raczej na odkrywaniu nieznanych Dresdenowi szczegółów z przeszłości jego rodziny. Co o dziwo całej powieści wychodzi na dobre, bo jednak wampiry już mi się trochę mimo wszystko przejadły, a matka Dresdena najwyraźniej była szalenie interesującą osobą. Butcher poświęcił też sporo czasu Murphy i to było fajne. Ale jeśli z tego wątku wykluje się romans Harry’ego z Karrin, to chyba kogoś uduszę.

Na koniec kilka słów o jakości wydania. Właściwie wystarczy jedno – tragedia. Tomy piąty i szósty (a pewnie też tegoroczne dodruki poprzednich tomów) są drukowane na innym papierze i dużo sztywniej klejone niż starsze wydanie. Piątemu tomowi tylko złamałam grzbiet przy czytaniu (a co się nasiłowałam z otwieraniem książki, to moje), ale „Krwawe rytuały” po prostu rozpadły mi się w rękach przy pierwszym czytaniu. No, może trafił mi się felerny egzemplarz. Ale częstych literówek (i równie częstych białych plam przecinających druk) już raczej tak nie wyjaśnię. To chyba najgorsza pod względem jakości wydania książka Maga z jaką się spotkałam od piętnastu lat.

Żeby nie być gołosłownym - tak wyglądają "Krwawe rytuały" po jednorazowym czytaniu.
Podsumowując, udany tom. Bardziej udany niż poprzedni. Choć nie wiem, jak o nim świadczy fakt, że najbardziej zaintrygował mnie szczeniak, którego główny bohater dostał od imperatywu narracyjnego w pierwszym rozdziale. Mam nadzieję, że wyrośnie na pięknego mastifa tybetańskiego.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Krwawe rytuały
Autor: Jim Butcher
Tytuł oryginalny: Blood Rites
Tłumacz: Wojciech Szypuła
Cykl: Akta Dresdena
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2015
Stron: 522

wtorek, 17 listopada 2015

Zmyślenia #28: Cykle, które bardzo chcę skończyć, ale jakoś nie mogę

Jeśli twoje czytelnicze życie kręci się głównie wokół fantastyki, to znaczy, że jakieś trzy czwarte twoich lektur stanowią części cykli. (Nie)stety rynek książki jest bogaty i czasem tych cykli może być kilkanaście naraz (co nie jest złe, przecież nie zawiesisz czytania wszystkiego tylko dlatego, że na kolejny tom aktualnie konsumowanego cyklu przyjdzie poczekać kolejnych kilka lat). Bywa i tak, że jakąś serię polubimy, ale w pewnym momencie okazuje się, że wyszła już w zasadzie cała, a my ciągle jesteśmy w połowie.

Sama mam co najmniej kilka takich cykli. Nie chodzi o to, że mi się znudziły – ja właściwie ciągle chcę je dokończyć. Tylko jakoś tak mi okoliczności przyrody nie sprzyjają… Acha, i przy okazji zaznaczę – to nie jest wpis o cyklach, z którymi jestem na bieżąco, ale autor jeszcze nie napisał kolejnego tomu, tylko o tych, w których autor zdecydowanie mnie wyprzedził. 


1. „Cienie Pojętnych” Adrian Tchaikovsky
To mój największy grzech. Przeczytałam jak dotąd cztery tomy (wszystkie zrecenzowałam na blogu). Autor dawno już napisał planowanych dziesięć, które już dawno wyszły w Polsce, a nawet leżą u mnie na półce. Tak, mam wszystkie te nieprzeczytane sześć tomów, ale ta świadomość jakoś nie pomaga mi wrócić do cyklu. Co jest o tyle dziwne, że naprawdę mi się podobał, choć nie powiem, żeby to były jakieś fenomenalne, olśniewające historie – ot, kawał solidnej, sympatycznej roboty z dość oryginalnym pomysłem. Mam też pewną teorie, dlaczego powrót jest taki trudny. Otóż widzicie, autor umyślił sobie, że podzieli ten dziesięciotomowy cykl na dwie tetralogie i jedna trylogię, które będą tworzyć w miarę spójne i zamknięte całości. I właśnie po zakończeniu pierwszej tetralogii się zatrzymałam. Głównie dlatego, że piątej części jeszcze wtedy nie było i trzeba było chwilę poczekać, aż się ukaże. No a że historia w miarę zamknięta, to mi się nie paliło – natomiast nabywałam kolejne tomy regularnie. Dzięki temu mogłam żyć komfortowo z myślą, że mogę sięgnąć w każdej chwili. No mogę, ale jakoś nie sięgam. Z jednej strony dlatego, że w międzyczasie pojawiło się mnóstwo nowych cykli i powieści, które skradły mi serce (chyba powinnam sobie między żebrami zamontować jakiś zamek antywłamaniowy czy coś…), że jakoś nie tęskniłam za robaczywymi bohaterami. Z drugiej, trochę się boję, że po tak długiej przerwie autor mnie rozczaruje…

2. „Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy” Rick Riordan
Czytanie tego młodzieżowego cyklu rozpoczęłam dokładnie wtedy, kiedy było to modne.;) I przeczytała cztery tomy (z których wszystkie opisałam na blogu). Przyznam, że to jedne z lepszych młodzieżowych cykli fantasy, jakie miałam okazję czytać. Tym bardziej szkoda, że go nie dokończyłam. Powód jest bardzo prozaiczny – nie bardzo miałam skąd wziąć ostatni tom. Percy’ego pożyczałam od koleżanki ze studiów i niestety, zanim pożyczyłam ostatni tom, skończył się rok akademicki – tak się złożyło, że ostatni. W bibliotece tego cyklu nie mieli, a przecież nie będę kupować sobie ostatniego tomu cyklu, którego nie mam zamiaru kompletować… Trwam więc w zawieszeniu. 

Tu miała być świnka morska, ale nie chciała współpracować, więc jest bulbazaur.
3. „Protektorat Parasola” Gail Carriger
Tu też przeczytałam cztery tomy, z których wszystkie… Tak, zgadliście – opisałam na blogu. (Zaczynam mieć wrażenie, że czwórka jest w moim przypadku jakąś wartością graniczną). Ten przypadek jest specyficzny na tle innych przywołanych w notce. Bo wiecie, jakby tylko piąty tom ukazał się na księgarnianych półkach, byłabym pierwsza w kolejce, żeby oddać wydawcy swoje pieniądze. Tylko że wydawca niestety uparcie nie chce ich wziąć. Niestety, mimo że autorka ładnie zakończyła już cykl i grzecznie napisała piąty tom, u nas nie możemy doczekać się zakończenia „Protektoratu…” (i chyba już się nie doczekamy, w każdym razie ja porzuciłam wszelką nadzieję). No nie moja wina…

4. „Kroniki pradawnego mroku” Michelle Paver
Jedna z ciekawszych i oryginalniejszych młodzieżówek, jakie czytałam – jeszcze z czasów, kiedy pisano powieści młodzieżowe, a nie young adult. Tu niestety przeczytałam tylko jeden tom (to najwyraźniej druga, obok czwórki, wartość graniczna). Powód wręcz prozaiczny i znany każdemu użytkownikowi biblioteki – choć w zbiorach znajdował się cały cykl, jakoś nigdy nie mogłam trafić na tom drugi. Szkoda bardzo, bo rzecz zapowiadała się fajnie. Może kiedyś do niej wrócę, jeśli nadarzy się okazja. Bardzo chciałabym się dowiedzieć, jak to się kończy. 


5. „Długa Ziemia” Terry Pratchett i Stephen Baxter
To przypadek podobny do „Cieni Pojętnych”, tylko ze cykl krótszy. Przeczytałam tylko jeden tom, w domu mam wszystkie trzy. I właściwie nie wiem, dlaczego nie biorę się za kolejne. Myślę, że może dlatego, że właściwie to nie chciałam, żeby „Długa Ziemia” stała się cyklem. Wolałam, kiedy była pojedynczym tomem bez kontynuacji. I nawet ciągłe marudzenie Lubego jakoś mnie nie motywuje.

A Wy co byście dokończyli, ale jakoś tak się nie składa?

piątek, 13 listopada 2015

Zmyślenia #27: Trzy książki, w których ziemniak odegrał bardzo ważną rolę

To jest jedna z tych dziwnych notek, które powstają, kiedy Moreni nie ma pomysłu na szybki wpis (bo ten zaplanowany nie wypalił), więc jeżeli nie macie ochoty czytać o dziwnych rzeczach, to następnym razem podrzucajcie własne pomysły.;)
Tymczasem pomyślałam sobie, że ostatnio science fiction (choć nie tylko) mocno polubiło ziemniaki. To takie sympatyczne warzywo o wielu twarzach i zastosowaniach. Najwyraźniej autorzy też nie są obojętni na jego urok, bo lubią kartofelki eksponować. Ja znalazłam je w trzech książkach.

Ta fotka niedawno była, ale świetnie pasuje.:)
„Marsjanin” Andy Weir
To chyba najbardziej epicka rola ziemniaka w literaturze, jaką w ogóle napisano. A na dobrą sprawę to tylko historia sadzenia. Pewnej niepowtarzalności dodaje jej fakt, że jest to historia sadzenia ziemniaków na Marsie. Spotyka się tu kilka motywów od wieków (lub dziesięcioleci) obecnych w literaturze. Po pierwsze mamy topos kolonizatora, gdyż, jak wspomina sam bohater, jeżeli uprawiasz jakąś ziemię, to znaczy, że ją skolonizowałeś – a więc ziemniak jako narzędzie kolonizacji. Przedtem jeszcze bulwy dały bohaterowi nadzieję na przetrwanie, były swoistym światełkiem w tunelu, czego chyba żadna inna roślina nie mogłaby wykonać. No i ostatecznie stały się domowymi pupilkami – wiecie, jak się jest jedynym człowiekiem na planecie, to łatwo się przywiązać do roślin. Co ciekawe, dotyka to nie tylko Marka, czyli bohatera, ale również czytelnika. Kiedy uprawy zginęły, towarzyszył mi smutek podobny do tego, który nawiedza mnie w momencie śmierci psa lub innego zwierzęcego towarzysza. Ostatecznie Marsjanin bez ziemniaków byłby tylko martwym truchłem.

„Długa Ziemia” Terry Pratchett i Stephen Baxter
Tu z kolei ziemniak miał do odegrania rolę wiernego rumaka dla dzielnych odkrywców, poznających nowe, nieznane przestrzenie. Oczywiście technicznie rzecz biorąc był tylko źródłem energii dla krokerów, pozwalających przenieść się do alternatywnych wersji Ziemi, ale konie technicznie rzecz biorąc też były tylko źródłem napędu dla wozów kolonizatorów. Oczywiście oba, ziemniaki i konie, później zostały zastąpione bardziej wydajnymi sprzętami, ale to nie umniejsza ich zasług wobec pionierów.

Bez ziemniaków, bo nie mam
egzemplarza do zdjęcia.
„Trzech panów w łódce, nie licząc psa” Jerome K. Jerome
Tutaj dla odmiany ziemniak miał do odegrania rolę komediową, co chyba wyszło mu całkiem nieźle, bo scena przygotowywania gulaszu jest moją ulubioną sceną w całej książce. Z perspektywy ziemniaków jak sądzę, jest ona bliższa raczej horrorom, bo wiecie, obdzieranie ze skóry, ćwiartowanie i inne atrakcje. Na szczęście ja nie muszę z perspektywy ziemianka spoglądać i mogę w pełni cieszyć się kulinarną niegramotnością bohaterów.

A Wy macie jakieś swoje ulubione ziemniaki?

wtorek, 10 listopada 2015

Film ostatnio widziałam #10 - "Marsjanin"

No więc po kilku tygodniach narzekania, że u mnie w mieście nie puszczają „Marsjanina”, nagle zaczęli puszczać. I to w obu kinach na raz (tak, tak, Multikino u mnie otwarto na nowo. I chyba jednak wolałam to stare). Więc poszłam, wraz z Lubym. Co jest o tyle istotne, że część uwag w tym tekście będzie pochodziła od niego, a nie ode mnie. Poza tym, będzie to też bardziej porównanie książki i filmu, bo będąc tak świeżo po lekturze nie jestem w stanie tego oddzielić (a właściwie to nawet nie chcę).

No i oczywiście, spoilery.

Dla porządku może najpierw krótki zarys fabuły. W niedalekiej przyszłości trzecia misja załogowa na Marsa zmuszona jest wrócić po zaledwie kilku dniach (w filmie jest to sol osiemnasty, w książce zaledwie szósty. Nie wiem, czemu twórcy filmu zdecydowali się na to przesunięcie, zwłaszcza że dodatkowe półtora tygodnia zużywania zapasów przez załogę jakoś nie przeszkodziło im przepisać z książki do scenariusza wyliczeń racji żywnościowych bez żadnych modyfikacji) z powodu burzy o dużej sile. Niestety, jeden z członków załogi zostaje w czasie ewakuacji zmieciony szczątkami anteny i odczyt z jego skafandra ustaje. Reszta uznaje go za zmarłego i opuszcza planetę. (Nie)stety, Mark Watney przeżył. I teraz bardzo stara się nie umrzeć.

Na wstępie powiem Wam, że w sumie to film mi się podobał. Dobór aktorów odpowiadał (choć Matt Damon jako Watney wydawał mi się jednak trochę za sztywny), gra też była niezła, no i zdjęcia Marsa zdecydowanie bardzo malownicze. Niemniej mam wrażenie, że twórcy filmu nie bardzo mogli się zdecydować, czy chcą pokazać dramatyczną walkę człowieka z naturą (obcą, ale jednak), czy tez jednak śmieszno-straszną historię o człowieku, którego kumple zostawili po imprezie na pustkowiu. O ile Weir obie te koncepcje łączył z zadziwiającym wdziękiem, to w filmie, mam wrażenie, nie zawsze scenarzysta wiedział, co chce osiągnąć. A właściwie to nawet wiedział – chciał jednak bardziej dramatyczną historię, ale ktoś mu najwyraźniej zwrócił uwagę, że fani książki jednak na dramat nie pójdą. Więc mamy gdzie niegdzie ten nieszczęsny humor, który czasem współgra, ale częściej nie.

Przejdźmy może do omówienia tego, co mnie najbardziej interesuje, czyli porównania scenariusza z fabułą książki. Oczywiście występuje sporo nieścisłości – część ze zwyczajnego niedbalstwa (jak wspominana już sprawa racji żywnościowych), część to pominięcia wynikające z różnic pomiędzy samą materią książki i filmu. Powiem Wam, że większość tych przeróbek nie boli – właściwie to nawet lepiej, że są, bo wszystkiego po prostu nie da się zmieścić w filmie, więc po co twórcy mają sobie utrudniać życie. Brakowało i właściwie tylko jednej sceny, która fantastycznie nadawała się do filmu, ale z jakiegoś powodu z niej zrezygnowano (podejrzewam, że uznano, że wystarczy tych zabaw z wodorem), mianowicie watneyowej bomby wodorowej. To by była taka fajna śmieszno-straszna scena. Dobrze, że chociaż eksplozję nadmiaru tlenu zostawili.

W sumie jak już wspomniałam o irytujących szczegółach, to dorzucę, co irytowało Lubego. Otóż irytowała go burza pyłowa z początku zarówno filmu, jak i książki (z tym, że w filmie wiatr i pył chłostające wściekle ściany HABu pojawiały się kilka razy). Bo widzicie, wiatr na Marsie bywa bardzo szybki, jak chciał autor, niestety, nie bardzo ma czym dmuchać, bo atmosfera Marsa ma tylko 1% ziemskiego ciśnienia. W związku z czym wiatr o prędkości stu trzydziestu kilometrów na godzinę ma siłę mniej więcej taką, jaką uzyskuje wasz podmuch w trakcie dmuchania w gorącą herbatę. Nie znaczy to, że nie może to sprawiać kłopotu misji marsjańskiej. Ale raczej nie da rady wcisnąć astronautów z powrotem do śluzy HABu. (tu zaznaczam, że sama nie bardzo się na tym znam, więc jeśli ktoś czuje się na siłach sprostować czy zweryfikować, to zapraszam).

Za to bardzo podobała mi się decyzja o rozbudowaniu zakończenia. To w książce też mogło być, ale pozostawiło mnie z pewnym niedosytem. Film wszystko ładnie uzupełnił (także w sekwencjach pod napisy końcowe) i nadał historii kompletności, której książce nieco brakowało. 

Bohaterowie Marsa na jednym obrazku.:)
Jako oglądającej czytelniczce film mi się raczej podobał. Obejrzałabym chętnie jeszcze raz i pewnie to kiedyś zrobię. Acz znajomość książki ani wam w seansie nie pomoże, ani nie przeszkodzi. Dlatego polecam, niezależnie od tego, czy czytaliście, czy nie.

"Marsjanin" ("The Martian")
reż. Ridley Scott
Twenty Century Fox
2015 

piątek, 6 listopada 2015

"Śmiertelne maski" Jim Butcher

Tyle razy Wam narzekałam, jak to ciężko recenzować kolejne tomy cykli. W innych okolicznościach można by było uznać mnie za masochistkę – bo ciągle czytam jakiś kolejny tom czegoś. Ale wiecie, rozstanie z ulubionymi bohaterami tylko dlatego, że trudno napisać recenzję, to chyba byłaby jeszcze wyższa forma masochizmu. Tym bardziej cieszy fakt, że łącznie tomów „Akt Dresdena” będzie dwadzieścia kilka. Pochylmy się nad piątym.

Harry ma kłopot (jakby to było coś nowego) – diuk Ortega, wojownik Czerwonego Dworu wampirów wyzwał go na śmiertelny pojedynek. A jakby tego było mało, zaginęła pewna bardzo ważna relikwia i nasz dzielny detektyw podjął się jej odnalezienia. Co nie będzie łatwe, zważywszy, że jednego ze złodziei znaleziono pociętego w kostkę (względnie plasterki – zależy, który kawałek brać pod uwagę). Wygląda na to, że to będzie kilka pracowitych dni.

„Śmiertelne maski” mają formę taką samą, jak wszystkie poprzednie tomy – Dresden dostaje zlecenie, które stara się wykonać, a przy okazji dochodzi do tego jeszcze jakaś dodatkowa, niekoniecznie zawodowa (i niekoniecznie mało istotna z punktu widzenia fabuły) sprawa, z którą musi się zmierzyć. Ciągle czyta się to fajnie (zwłaszcza, że poziom literacki nie spada – jest stabilny i bardzo dobry), ale powiem Wam szczerze, że zaczyna nużyć. Niecierpliwie czekam na chwilę, kiedy kolejne tomy zaczną się składać w większą całość. Co, jak twierdzą fani czytający w oryginale, ma nastąpić już niedługo.

Bardzo pozytywnie w tym tomie wypadają postacie. Znowu możemy się spotkać z Michaelem, czyli naszym dzielnym Rycerzem Krzyża, poznajemy też lepiej stanowisko Charity oraz (częściowo dorastające już) dzieci tej uroczej pary. Możemy też zapoznać się z pozostałymi Rycerzami Krzyża i wybaczcie, ale pomysł obdarowania świętym mieczem ateisty o komunistycznych zapatrywaniach znajduję wysoce czarującym. Wraca też jedna z postaci, które zniknęły z horyzontu jakiś czas temu.

W ogóle Butcher wprowadza coraz więcej interesujących postaci drugo- i trzecioplanowych. To jest dobre posunięcie, gdyż obcowanie przez kilka kolejnych tomów z tymi samymi bohaterami może nudzić. A skoro będzie jeszcze co najmniej kilkanaście tomów, to i dla starych, i dla nowych bohaterów nie zabraknie miejsca.

To był dobry tom. Trochę za bardzo podobny do pozostałych, ale dobry. Mam nadzieję, że kolejne też takie będą. Albo lepsze.

Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Śmiertelne maski
Autor: Jim Butcher
Tytuł oryginalny: Death Masks
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Cykl: Akta Dresdena
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2015
Stron: 459
 

wtorek, 3 listopada 2015

Stosik #73

Od dłuższego czasu pokazuję Wam stosy zaprawdę imponujące, ale po prawdzie nie jest to mój ulubiony typ stosika. Mój ulubiony to właśnie taki, jak o ten, tutaj. Grunt to równowaga.


Na górze trzy Pratchetty z tej nowej (o ile nowym można nazwać kilkumiesięczny projekt) kolekcji. Akurat wszystkie już czytałam - za "Równoumagicznieniem" i "Trzema wiedźmami" nie przepadam, ale "Wyprawa czarownic" jest całkiem sympatyczna.

Dalej "Keller" do recenzji od wydawnictwa Czwarta Strona. Poprzednia powieść Jamiołkowskiego bardzo mi się podobała, ciekawam więc, jak autor poradził sobie z innym gatunkiem.

A cała reszta do recenzji od Maga. "Śmiertelne maski" miałam zrecenzować w zeszły piątek, ale nie wyszło, więc będą w ten piątek.;) No bo jak tu oprzeć się Dresdenowi? A właściwie dwóm Dresdenom, bo są jeszcze "Krwawe rytuały". Potem trzeci zbiór Gaimana - "Rzeczy ulotne". Mają kilka tekstów wspólnych z poprzednimi zbiorami, zobaczymy. A na samym dole sandersonowy "Bohater wieków". Zanim do niego dojde, będę jeszcze musiała przeczytać "Studnię Wstąpienia"...

Tylko skąd brać czas?

wtorek, 27 października 2015

Zmyślenia #26 - Irytujące trendy w okładkach

Jestem estetką. Nie należę do ludzi, którzy zapewniają, że mogliby czytać książkę wydrukowaną na papierze toaletowym i oprawioną w tekturę z rolki po nim, bo przecież liczy się treść. No liczy się, ale jeśli pozwolicie mi wybrać, to wybieram dobrą treść w estetycznej formie.

Niestety, nie zawsze mam taki wybór – moje poczucie estetyki najwyraźniej nie jest kompatybilne z poczuciem estetyki wydawców. Pal sześć pojedyncze koszmarki, bo wpadki zawsze się zdarzają, ale w projektowaniu okładek od jakiegoś czasu widać pewne irytujące trendy, obok których nie mogę przejść obojętnie. Jedne są dość stare, inne mam wrażenie mają tylko klika lat. I lista właśnie takich trendów mam zamiar się z Wami podzielić.

1. Okładki filmowe
Trzeba przyznać, że nie tylko wydawcy ponoszą odpowiedzialność, za brzydotę tego typu okładek. Równie winni są projektanci plakatów filmowych. Rozumiem, że wydawca chcąc coś niecoś zarobić przy okazji premiery filmu, puszcza książkę z okładką, którą potencjalni nabywcy od razu z nim skojarzą. Nie ma w tym nic złego. Problem polega na tym, że do osiągnięcia zakładanego efektu prowadzą tylko dwie drogi: albo umieszczamy na okładce wybrane fotosy z filmu, albo plakat. To drugie jest częściej wybierane, bo plakat kojarzą nawet ci, którzy filmu nie widzieli i mogą nie skojarzyć fotosów. I tu zaczynają się schody na drodze, bo plakaty blockbusterów w większości są szpetne jak noc listopadowa. Uzyskujemy więc okładkę, na której środku straszy sylwetka głównego bohatera, otoczona fruwającymi twarzami innych postaci. To już wygląda kiepsko na dużym formacie plakatu, na małej okładce najczęściej jeszcze gorzej.

I w sumie nie jest tak, że okładki filmowe absolutnie zawsze są szpetne. Czasami poprawiają sytuację (najczęściej wtedy, kiedy niefilmowa grafika też piękna nie była). „Igrzyskom śmierci” wydanie z okładka filmową znacznie poprawiło wizerunek (głownie dlatego, że wydawca zdecydował się wybrać na okładkę plakat bez głównej bohaterki). Podobnie rzecz ma się z polska wersją „Pieśni Lodu i Ognia”, której minimalistyczne plakaty serialowe zastąpiły socrealistyczne grafiki okładek. No ale to wciąż są wyjątki potwierdzające regułę.

2. Chałupnicze sklejanki w fotoszopie
Nie zrozumcie mnie źle – można kupić kilka stockowych zdjęć, zrobić z nich kolaż i dodać kilka efektów tak, żeby to wszystko wyglądało estetycznie i trzymało się kupy. Niestety, ta sztuczka z jakichś przyczyn rzadko się udaje (mam taką złośliwą teorię, że głównie dlatego, że jest to wynik pracy ludzi nie znających się na grafice. Ot, czas nagli, grafiki nie ma, kasy na honorarium dla rysownika też, to się zleca pani Helence z sekretariatu zrobienie czegoś na szybko, bo trochę liznęła fotoszopa. Albo Zenkowi od składu, bo przecież jak zna jeden program graficzny, to tak, jakby znał wszystkie). Najczęściej otrzymujemy coś, co wygląda mniej więcej jak okładki ostatnich tomów „Temeraire’a. W środku mamy jakiś główny obiekt, którego części wykręcamy tak, żeby pasowały do kulawej koncepcji - na przykład odwracamy smoczą łapę o 180 stopni, żeby wyglądała, jakby coś trzymała. Fakt, że wygląda wtedy na boleśnie złamaną nie jest istotny, nikt przecież nie zauważy. Jeżeli obiektem głównym jest jakaś postać ludzka, to najczęściej dodajemy jej coś (nieproporcjonalne ptasie skrzydło, płomienie, mgły…), dziwnie wyginamy kręgosłup albo wykręcamy kończyny. Całości dopełnia tło, które na pierwszy rzut oka niby pasuje, ale na drugi wygląda już strasznie sztucznie.

Jest to zło, które dotyka najczęściej okładki (tanich) romansów, ale nie tylko, niestety (Novik też dopadło). Jedyna udana okładka wykonana taką metodą (choć zdaje się, że tu autor do stockowych fotek dodał też własne szkice, aby nadać głębi całości) jaką widziałam, to okładka „Łuski w cieniu”. I też jest wyjątkiem potwierdzającym regułę.

3. Tylko szkicem, czyli gdy terminy gonią
Ten trend jest dość nowy i mam wrażenie, że dopiero zaczyna się do nas przebijać z zachodu (u nas występuje bardzo rzadko, ale sporo zachodnich okładek jest ilustrowana właśnie tak). Chodzi o ilustracje, które wyglądają jak niedopracowane szkice koncepcyjne wykonane w Photoshopie, ale już lądują na okładkach. Wydaje mi się, że ten trend ma dwa, może nie do końca świadomie zdefiniowane cele. Po pierwsze, nadaje wrażenie artystyczności. Tego typu pracy można dopisywać dowolne interpretacje o wpływaniu na wyobraźnię widza (niech on ją sobie rozwinie, wyobrażając niedomalowane detale) czy też głębokim sensie tylko częściowego nakreślenia malowanych obiektów. Po drugie, można ją postawić w opozycji do dopracowanych prac. Wszak takie oddawanie każdego detalu to tylko popisywanie się kogoś, komu brakuje zmysłu artystycznego i w ogóle bardziej pasuje do materiału promocyjnego gier, a nie do literatury.

Osobiście patrząc na ilustracje tego typu odnoszę wrażenie, że ich autorzy po prostu z jakich przyczyn nie zdołali dotrzymać terminu. Mieli co prawda rozgrzebany szkic, może nawet trochę już doprecyzowany, aż tu wtem! dzień zdania ilustracji. Pozostało im tylko uśmiechać się i zapewnić wszystkich, że to tak właśnie miało wyglądać.

A jakie maniery okładkowe najbardziej Was irytują?

piątek, 23 października 2015

"Marsjanin" Andy Weir

Jak być może się domyślacie, czytając tytuł tej notki i patrząc na ilustrujący ja obrazek, przeczytałam „Marsjanina” (przeczytałam go w celu obejrzenia filmu na podstawie książki, który niedawno miał premierę, ale niestety, w moim mieście go nie grają. Ten fakt nie ma związku ni wpływu na treść recenzji, ale musiałam się wyżalić). Wszyscy go polecali, wszyscy się zachwycali, swego czasu (a w okolicach premiery filmu mieliśmy powtórkę z rozrywki) był dosłownie wszędzie i opisywany w samych superlatywach. I chyba to jest kolejny przykład książki, której intensywna promocja jednak nieco zaszkodziła, przynajmniej w moim przypadku. Ale może po kolei.

Tak się złożyło niefortunnie, że Mark Watney został na Marsie, podczas gdy jego rakieta wraz z resztą dzielnych astronautów odleciała. Nie należy ich winić, w końcu jak się widzi członka drużyny zmiecionego fragmentem anteny i brak odczytów jego funkcji życiowych, to łatwo uznać to za śmiertelny wypadek. Mark jednak nie umarł i teraz ma problem – jest jedynym człowiekiem na Marsie. Co gorsza, nikt nie wie, że on tam jest. Ale poddanie się nie byłoby w stylu Marka. To bardzo pomysłowy facet i taka błahostka jak perspektywa spędzenia nieokreślonego czasu na planecie pozbawionej powietrza z pewnością go nie powstrzyma.

Pierwsza refleksja, jaka do mnie przyszła po lekturze była taka, że ludzie jednak strasznie tęsknią za Robinsonem Crusoe. A tak konkretnie to za motywem walki samotnego rozbitka o przeżycie. I to niekoniecznie w wydaniu krwawego, desperackiego starcia z przeciwnościami, gdzie pot, łzy i inne płyny ustrojowe leją się gęsto, a bohater odchodzi od zmysłów. Publika pragnie kogoś, kto nie traci fasonu nawet w obliczu katastrofy i jest na tyle sprytny, żeby każdą katastrofę przeżyć przy pomocy zaskakującego pomysłu. I za to kochamy Marka Watneya.

Mark jest nie tylko głównym bohaterem, ale też narratorem większej części utwory (większość jest spisana w formie pamiętnika, przeplatanego relacjami z tego, co też słychać na Ziemi czy u innych członków załogi). Jak już pisałam, to facet niezwykle zaradny i czytelnik ma kupę radochy, kibicując mu w rozwiązywaniu skomplikowanych problemów marsjańskiego dnia codziennego. Przy tym Mark ma ogromny dystans do siebie i poczucie humoru co sprawia, że jego relacje czyta się gładko i przyjemnie, często z uśmiechem na ustach. Zdecydowanie lepiej pasuje do dzisiejszych czasów niż stary, dobry Robinson.

Do dzisiejszych czasów nie pasuje też bezludna wyspa, bo nawet jeśli takie jeszcze są (i maja rozmiar większy niż przeciętny koc), to doskonale wiemy, gdzie się znajdują. Poza tym to strasznie oklepana lokacja od czasów wszelkich survivalowych reality show. Co innego Mars – fascynująca, nieznana paleta, tak bliska, a jednocześnie tak daleka. Autor co prawda przekonuje nas, że na Marsie nie ma zbyt wiele do oglądania, a największym wrogiem jest brak rzeczy i warunków, które na Ziemi są oczywistością. Ale nawet opisywanie braków może być fascynujące, kiedy ma się lekkie pióro, a Weir ma.

Na zakończenie powiem wam, że ostatecznie „Marsjanin” nieco mnie zmęczył. Nie jest to wina samej powieści, bo tę się wręcz pożera i przy tak wdzięcznej lekturze raczej nie można się nudzić, ale szumu wokół niej. Tyle się o tym pisało, tyle dyskutowało, z każdego kąta wyłaziło, że dochodząc do ostatnich stron cieszyłam się, że to już koniec mojej przygody na Marsie. Mimo że to była bardzo udana przygoda.

Tytuł: Marsjanin
Autor: Andy Weir
Tytuł oryginalny: The Martian
Tłumacz: Marcin Ring
Wydawnictwo: Akurat
Rok: 2014
Stron: 380


wtorek, 20 października 2015

Zmyślenia #25 - Klasyka niefantastyczna, którą chciałabym przeczytać

Klasyką nazywamy takie książki, o których wielu słyszało, ale niewielu czytało. Sama zwykle koncentruje się na tak zwanej klasyce gatunku – mam nawet na blogu jakiś kanon fantasy, który sobie okazjonalnie podczytuję. Ale przecież nawet Moreni nie tylko fantastyką żyje. Mam więc i ja listę kilku tytułów powszechnie (a nie tylko w gatunku) uważanych za klasyczne, które zamierzam przeczytać. Nie dlatego, że wypada, tylko dlatego, że mnie interesują. Właśnie tutaj chciałabym się podzielić tymi kilkoma tytułami.:) Aczkolwiek niestety są to tytuły, na które zwykle nie starcza mi czasu.

1. Pozostałe powieści Jane Austen
Jedną powieść Austen już czytałam – była to „Duma i uprzedzenie”. Spodobało mi się, więc mam zamiar przeczytać je wszystkie.

Jane Austen moim zdaniem jest ikoną kobiecej (jakkolwiek by te kobiecość definiować) literatury angielskiej dziewiętnastego wieku. Z pewnością nie jest jedyna, może nie jest najlepsza (gdybam, proszę nie bić!), ale jest najbardziej znana i najczęściej przywoływana nie tylko w kontekście literatury, ale także w kontekście ekranizacji, pojawia się nie tylko bezpośrednio w jako autorka pierwowzoru filmu, ale też w wielu nawiązaniach. Jeśli tylu ludzi do niej nawiązuje, warto wiedzieć, o co właściwie chodzi.

2. „Oliver Twist” Charles Dickens
Od dłuższego czasu towarzyszą mi wyrzuty sumienia, ze z Dickensa znam tylko „Opowieść wigilijną”. Podstawówka dawno skończona, więc wypadałoby chyba trochę wychylić się za kanon lektur. Rozważałam oczywiście „Klub Pickwicka” (i nie mówię mu nie, może nadejdzie i jego czas), ale cóż, niestety jestem skażona Pratchettem. A Pratchett popełnił ”Spryciarza z Londynu” i odtąd wiedziałam, że jeśli mam czytać o wiktoriańskiej Anglii, to raczej o szlachetnych dzieciakach ze slumsów.Hm, w takim razie może powinnam wziąć pod uwagę jeszcze "Davida Coperfielda"?

3. „Quo vadis” Henryka Sienkiewicza
Powiem wam szczerze, że im więcej Sienkiewicza czytam, tym gorzej go trawię. Zatrzymałam się na licealnych lekturach obowiązkowych, bo „Potop” czytało się fajnie, ale nie na tyle fajnie, żeby mnie do autora przekonać. „Krzyżacy” to dla mnie osobiście porażka (na ich podstawie mogłabym napisać elaborat o tym, jak bardzo Sienkiewicz nie umie pisać bohaterek). Ale „Quo vadis” przeczytam – choćby dlatego, żeby się dowiedzieć, za co ten cały Nobel. No i dlaczego wszyscy zachwycają się Petroniuszem.

4. „Paragraf 22” Joseph Heller
Nie lubię literatury wojennej, ale odkąd przeżyłam epizod namiętnego oglądania M*A*S*Ha, jakoś mnie do tej książki ciągnie. Kusi mnie oglądanie absurdalnego oblicza wojny i liczę na to, ze powieść będzie się jednak różnić od biograficznej zwykle i mocno bezpośredniej polskiej literatury wojennej.

5. „Pani Dalloway” Virginia Woolf
Jest to chyba najbardziej znana powieść Woolf a ja bardzo chce się z tą autorką zapoznać. Zaczynanie od najgłośniejszej powieści nie jest chyba głupim pomysłem, prawda? No, chyba ze jesteście w stanie polecić mi bardziej akuratna na początek (nie taki znowu kompletny początek, bo „Flusha” tej autorki czytałam), jestem otwarta na propozycję.

Na tym zakończę listę. Oczywiście pominęłam w niej na przykład Orwella, bo przecież miało być niefantastycznie, a to antyutopia. A pewnie i o kimś zapomniałam. A Wy? Jaka klasykę planujecie przeczytać?

piątek, 16 października 2015

Libster Blog Award - znowu!

Po raz kolejny zostałam nominowana do LBA, tym razem przez Serenity (dzięki!). A że lubię łańcuszki, to bardzo chętnie odpowiem na pytania - dawno zresztą tego nie było.:) 
1. Jeżeli miałbyś/miałabyś nadać tytuł swojej biografii (książkowej/filmowej), jaki tytuł by nosiła?
"Przypadkowa historia przypadku" jak sądzę. 

2. Możesz spędzić dzień z ulubionym bohaterem. Jak wyglądałby ten dzień i z kim go spędzisz?
No oczywiście, że z Temerairem (ktokolwiek w ogóle myślał, że mogłabym odpowiedzieć inaczej?).:) Pewnie porozmawialibyśmy sobie przy herbatce na rożne tematy, a potem polatali trochę - bo latanie jest bardzo fajne i w ogóle kto nie chciałby polatać na smoku, jeśli tylko trafiłaby mu się okazja? Na koniec pewnie jakaś wycieczka krajoznawcza, ale musiałabym pomyśleć, dokąd. Niestety, na Starówkę takiego wielkiego zwierza nie zabiorę. Ale na konwent bym zabrała, gdyby akurat jakiś się odbywał. 

3. Na wakacje dostajesz bilet do wybranego przez ciebie miejsca z książek/filmów/gier. Dokąd byś pojechał/a?
Hm, wbrew pozorom odpowiedź na to pytanie jest bardzo trudna. I zależna od tego, jak długie te wakacje miałyby być. Na kilkudniowy pobyt (taki do tygodnia powiedzmy) idealna wydaje się trasa Hogwart - Hogsmeade - Pokątna. Dzień otwarty w szkole, plus magiczna wioska, plus zakupowy szał w stolicy to jest to. Na dwa tygodnie wybrałabym się na asteroidę z "2312" - jedną z tych zasiedlonych przez hybrydy i zwierzęta wskrzeszone. Może pozwoliliby mi zabrać jakąś malutką, smokopodobną hybrydę. Albo chociaż raptora. Na naprawdę długie wakacje wybrałabym się chyba do Lengorchii, a konkretnie na Smoczy Archipelag z "Kronik Drugiego Kręgu" Białołęckiej. Klimat bardzo przyjemny, widoki takoż, jakieś starożytne ruiny do penetrowania w ramach aktywnej rozrywki też się znajdą. Ale najważniejsze, że mogłabym się zaprzyjaźnić z którymś z puchatych smoków.

4. W dzieciństwie chciałem/chciałam być…? 
Weterynarzem. Z tego marzenia został tylko blogasek o świnkach morskich.;) 

5. Jakie magiczne stworzenie chciałbyś/chciałabyś posiadać? 
To pytanie jest najbardziej tendencyjne ze wszystkich. Oczywiście, że smoka. Mógłby to być jakiś miły Winchester albo Grayling (bądźmy poważni, nie stać mnie na utrzymanie ciężkiego smoka bojowego) albo białołęcki wielki lengorchian, ciepły i puchaty (i w razie kryzysu finansowego potrafiący przyjąć kształt mniej wymagającego zwierzęcia). 

6. Możesz wybrać jedną supermoc. Co by to było? 
Teleportacja. Ile czasu i pieniędzy mogłabym zaoszczędzić... 

7. Nieśmiertelność czy bycie nadludzko bogatym? 
Nieśmiertelność. Jak człowiek ma nieograniczoną ilość czasu, to w końcu wpadnie na pomysł, jak się dorobić wielkich hajsów.;) 

8. Wymarzony prezent to…? 
Mały smok?...;) Albo regał na książki duuuużo większy w środku plus nieograniczony (i niekonieczny do spłacania) kredyt w dużej sieci księgarń. 

9. Jak chciałbyś/chciałabyś umrzeć? 
Hm, wcale...? 

10. Porywają cię kosmici. Przekonaj ich, by pozwolili powrócić ci na Ziemię. 
Jeśli mają ciastka, to nie wracam. Przekonałabym ich tylko, żeby pozwolili mi zabrać Kundla, świnki i Lubego (on zawsze chciał zwiedzać wszechświat, spodobałoby mu się). 

11. Do jakiego domu w Hogwarcie byś należał/a? 
Kiedyś mi wyszedł Hufflepuff i chyba tego bym się trzymała. Nie jestem ani przebiegła, ani ambitna, ani żądna przygód, ani szczególnie odważna, ani rozmiłowana w nauce. Hufflepuff jest ok. 

Nie nominuję kolejnych osób, bo nie mam pomysłu na cwane pytania - ale Serenity pewnie nie będzie miała Wam za złe, gdybyście chcieli odpowiedzieć na te. Tak więc przyłączcie się, jeśli macie ochotę.:)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...