piątek, 16 listopada 2012

Intensywna praca na intensywnej terapii - "Oznaki życia" Ken Hillman

„Oznaki życia” to kolejny dowód na to, że od jakiegoś czasu mam fazę na książki o lekarzach i medycynie. Na szczęście Znak wychodzi naprzeciw moim potrzebom i od kilku lat wydaje książki pisane przez lekarzy. Tym razem w moje parszywe łapki wpadły przemyślenia lekarza z wieloletnim doświadczeniem wyniesionym z oddziałów intensywnej terapii.

Ken Hillman ukończył specjalizację w zakresie intensywnej opieki medycznej. Zaczynał pracę w latach siedemdziesiątych, kiedy OIOMy były jeszcze w powijakach, a techniczna i administracyjna strona pracy szpitalnej wyglądała zupełnie inaczej, niż dziś. Jego przemyślenia, uwagi i tematy, jakie porusza, dostarczają materiału do długich i licznych refleksji.

W „Oznakach życia”, które są w zasadzie zbiorem krótkich, acz ciekawych i treściwych felietonów, często przewija się kwestia roli, jaką obecnie pełnią oddziały intensywnej terapii. W założeniu wszystko było jasne – na tego typu oddziałach leżeli przez kilka dni pacjenci w ciężkim stanie, potem ich stan się poprawiał (lub umierali) i przenoszono ich gdzie indziej. Teraz OIOMy z różnych przyczyn często pełnią rolę umieralni dla starszych osób z przewlekłymi chorobami wielu narządów. Hillman zastanawia się, w którym miejscu leży granica pomiędzy leczeniem, podtrzymywaniem życia, a uporczywą terapią. Czy należy narażać starszych ludzi na kilkudniową agonię w męczarniach (OIOMy, jak powiedziano, nie są przystosowane do wielotygodniowej terapii, w związku z tym już po kilku dniach pojawiają się powikłania) w momencie, gdy doskonale wiadomo, że nie da się im już pomóc? Czy należy w tym wypadku poddawać się presji bliskich pacjenta? Czy nie lepszy byłby w takich sytuacjach powrót do zwyczajów sprzed pięćdziesięciu lat, kiedy to ludzie umierali w domu „ze starości”, otoczeni rodziną? Autor dzieli się z czytelnikami swoimi wątpliwościami, przemyśleniami i zawodowymi rozterkami, nie podaje jednak prostych rozwiązań.

Kolejną ciekawą kwestią jest zagadnienie reanimacji. Na OIOMach jej skuteczność jest zaskakująco niska, na poziomie jedynie kilkunastu procent (skrócony rozdział o resuscytacji był kiedyś drukowany w „Focusie”, może ktoś czytał?). Tak niskie wyniki przestają dziwić, gdy uświadomimy sobie, że medycyna dysponuje szeregiem medykamentów mogących wspomagać pracę serca i sprzętem, który potrafi wykryć zaburzenia w tym względzie z wyprzedzeniem. Jeśli mimo użycia tych leków i sprzętu serce pacjenta staje, musi się dziać coś gwałtownego i bardzo złego, czego osłabiony terapią organizm już nie wytrzyma. Hillman przedstawia też w bardzo zajmujący sposób krótka historię resuscytacji i w tym wypadku formułuje pewne wnioski.

To tylko wierzchołek góry lodowej, ale nie mam zamiaru streszczać całej książki. Przeczytajcie, a sami będziecie mogli docenić szeroki wachlarz tematów, poruszanych przez autora. Dodatkowa pochwała należy się też za styl, który jest przystępny i ciekawy, niemal porywający (jeśli można takiego określenia użyć w przypadku historii chorób). Podejrzewam, że teksty zebrane w „Oznakach życia” były drukowane wcześniej w jakimś czasopiśmie – świadczyłyby tym powtórzenia pewnych fraz w różnych rozdziałach. Nie są one jednak na tyle częste, żeby zakłócać przyjemność obcowania z lekturą.

Podsumowując, polecam wszystkim, których interesuje zawód lekarza. Także tym, którzy chcieliby wiedzieć więcej o tajnikach działania współczesnej medycyny. Ale głównie polecam miłośnikom sprawnie napisanych i poruszających relacji. Wszyscy znajdziecie tu coś dla siebie.

Tytuł: Oznaki życia. Przypadki z intensywnej terapii
Autor: Ken Hillman
Tłumacz:
Urszula Jachimczak
Tytuł oryginalny:
Vital Signs. Stories from Intensive Care
Wydawnictwo: Znak
Rok: 2011
Stron: 240

środa, 14 listopada 2012

Kapłanka śmierci - "Accabadora" Michela Murgia

Jestem osobą, która gustuje głównie w książkach fantastycznych. Jednak jest coś czego być może po mnie nie widać (nawet dwie rzeczy) – nie mam zamiaru zamykać się w getcie jednego gatunku i mam pewną słabość do realizmu magicznego. Realizmu magicznego, który definiuję według własnych, wysoce subiektywnych kryteriów. Po „Accabadorze” spodziewałam się, że te kryteria spełni. Pomyliłam się jednak.


Fabuła tej króciutkiej powieści to w zasadzie opis kilku lat życia sardyńskiego miasteczka. Kilku lat widzianych z perspektywy Marii Listru, dziewczynki, a później młodej kobiety, będącej duchowym dzieckiem Bonarii Uraii. Czytelnik ma okazję zanurzyć się w sennej atmosferze powojennego miasteczka, poznać typowe dla Sardynii zwyczaje. Zwyczaje często magiczne, gdyż, jeśli wierzyć autorce, w tamtym czasie Sardynia była miejscem, gdzie sąsiedzi wciąż rzucali klątwy, aby przesunąć granice działek, ludzie zaś przychodzili na świat przy pomocy akuszerki, a odchodzili często przy pomocy tajemniczej, budzącej strach i szacunek accabadory…

Jak już mówiłam, spodziewałam się po książce specyficznego klimatu, którym według mnie winny się charakteryzować powieści z gatunku realizm magiczny. Jako że jestem osobą, która realizm magiczny Marquezem poznawała, ten nurt jest nierozerwalnie związany z pewnym surrealistycznym klimatem. „Accabadora” go nie posiada. Ma swoją własną, zupełnie inną aurę.

W powieści czuć bowiem klimat małego miasteczka, w którym wszyscy się znają. Nie jest to jednak mieścina, jakich wiele – specyfiki nadaje jej sardyńskie otoczenie i ludzie, jacy je zamieszkują. Ludzie, którzy w drugiej połowie XX wieku ciągle rzucają klątwy na sąsiadów i w których społeczności jest miejsce zarówno dla księdza, jak i dla tej, która pomaga odejść, accabadory, kogoś pośredniego między wiedźmą i ostatnią instancją zaufania publicznego. Oraz dla duchowych dzieci.

W zasadzie to relacje Bonarii z jej duchową córką są, poza sardyńskimi zwyczajami, które autorka utrwaliła w powieści niczym na dagerotypie,  głównym tematem tej historii. Mamy tutaj opowieść o zrozumieniu i o dojrzewaniu, z tym że to drugie nie dotyczy samej Marii, rozlewa się na całe miasteczko. Autorka zarysowała tutaj relację dziewczynki posiadającej coś na kształt dwóch matek i nie umiejącej się pogodzić z naturą jednej z nich. To, co mogłoby być największym plusem książki, moim zdaniem zostało jednak zbyt słabo zarysowane. Gdyby autorka zechciała nam ten wątek przybliżyć, pogłębić psychologiczną więź bohaterek, powieść wiele by zyskała. A tak pierwsze skrzypce pozostają jednak w rękach ludu Sardynii. Trochę szkoda.

Podsumowując, „Accabadora” jest niewątpliwie powieścią ciekawą i bardzo klimatyczną, jednak spodziewałam się po tej krótkiej historii czegoś więcej. Z całego serca mogę ją polecić fanom śródziemnomorskich klimatów - z pewnością będą zachwyceni. Pozostałym też pewnie się spodoba, ale już nie aż tak.

 Książkę otrzymałam od wydawnictwa Świat Książki.

Tytuł: Accabadora. Ta, która pomaga odejść
Autor: Michela Murgia
Tłumacz: Hanna Borkowska
Tytuł oryginalny:
Accabadora
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok: 2012
Stron: 192

poniedziałek, 12 listopada 2012

Robaczywe ciekawostki - "Zbrodnie robali" Amy Stewart

Większość ludzi nie darzy robactwa sympatią. Spora grupa na pojawienie się stworzenia z więcej niż czterema nogami reaguje wręcz histerycznie. Ale są i tacy, którzy mogą godzinami napawać się urodą ptasznika we własnym terrarium czy z fascynacją śledzić poczynania łąkowych chrząszczy. Znajda się i tacy, którzy po prostu od czasu do czasu lubią przyjrzeć się jakiejś obrzydliwości. Zbrodnie robali kierowane są raczej do dwóch ostatnich grup (i ich wszystkich mniej radykalnych odłamów).

O czym właściwie jest książka Amy Stewart? Jak zaznacza autorka we wstępie, nie jest to żadne kompendium naukowe (te bowiem wypisała w bibliografii – niestety, większość pozycji jest dostępnych wyłącznie w języku angielskim). Zbrodnie robali można nazwać raczej zbiorem ciekawostek na temat istot stanowiących realne zagrożenie dla życia i zdrowia, niszczących uprawy i mienie, bądź uciążliwych ponad miarę i wyobrażenie. Czytelnik więc będzie miał okazję poczytać o stonce ziemniaczanej, wałęsaku brazylijskim, ślimakach ogrodowych czy drakunkulozie (osobom wrażliwym radzę tej nazwy nie wpisywać do wyszukiwarki). Ale nie tylko, bo znajdziemy tu również zestawienia tematyczne – jedno z nich zatytułowano „Mole książkowe”. 

Zbrodnie robali powinny sprawić najwięcej radości osobom, które bezkręgowcami interesują się raczej okazjonalnie albo lubują się w zbieraniu ciekawostek. Prawdziwi zapaleńcy entomologii raczej nie będą usatysfakcjonowani lekturą, chociaż i oni powinni tu znaleźć kilka perełek. Poza tym czytanie tekstów o poszczególnych gatunkach powinno sprawić wiele przyjemności – każdy rozdzialik jest bowiem napisany jak smakowity felieton. Autorka ma bardzo sprawne pióro i potrafi swoje idee przekazać zwięźle, prosto i ciekawie – a to podstawa dobrze napisanej książki popularnonaukowej. Zaś fakt, że Stewart potrafi używać niewymuszonego humoru znacząco podnosi wartość tekstu.

Największą wadą książki jest to, że koncentruje się głównie na amerykańskiej entomofaunie (oraz na tej całkiem egzotycznej, ale to przecież nie wada). Polskiemu czytelnikowi może jednak zabraknąć informacji dotyczących Europejskich populacji opisywanych gatunków – kilka z nich aż się prosi o poszerzenie danych, choćby o nazwy blisko spokrewnionych gatunków występujących na terenie kraju. Cóż, nie można mieć wszystkiego.

Nie mogę nie wspomnieć o jakości wydania – zasługuje ono bowiem na same pochwały. Ceglastoczerwona, twarda oprawa będzie się niewątpliwie wspaniale prezentować w każdej domowej biblioteczce, a wnętrze wygląda jeszcze lepiej. Uwagę zwracają przede wszystkim piękne ilustracje - czarno białe, ale zadziwiająco szczegółowe, przywodzące na myśl podręczniki akademickie sprzed ery komputerowej obróbki obrazu. Strony stylizowano na wiekowy wolumin, dbając przy tym o przejrzysty układ tekstu. Błędów edytorskich również nie odnotowałam.

Zbrodnie robali polecam miłośnikom przyrody, zwłaszcza tym, którzy potrafią się zachwycić jej mniej estetycznymi aspektami. Polecam też kolekcjonerom ciekawostek. A także wszystkim tym, którzy posiadają takiego kogoś wśród bliskich i zastanawiają się, jaki prezent mu podarować. Z tej książki z pewnością się ucieszy.

Recenzja dla portlu Unreal Fantasy.

Tytuł: Zbrodnie robali. Wesz, która pokonała armię Napoleona i inne diaboliczne insekty
Autor: Amy Stewart
Tłumacz: 
Dariusz Wójtowicz
Tytuł oryginalny: Wicked Bugs
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok: 2012
Stron: 272

sobota, 10 listopada 2012

Jak to widzę?: Kvothe vel Kote

Kolejna odsłona mojej blogowej akcji, w której prezentuję własne wizje bohaterów książkowych. To Wy, drodzy czytelnicy ich zgłaszacie, co możecie uczynić pod tym postem - klik. Tym razem przed wami Kvothe, bohater "Kronik Królobójcy" Patricka Rothfussa. Przez większość cyklu bohater ów jest bardzo młody i właśnie taki nastolatek znajduje się na obrazku. Brak mu co prawda pewnych charakterystycznych atrybutów, czyli nieodłącznej lutni i srebrnej broszki, ale to dlatego, że chciałam się skupić na technice, a detale nauki raczej nie ułatwiają.^^' Postanowiłam rudzielca odmalować za pomocą techniki mieszanej kredki akwarelowe+tusz+farba akrylowa.Wcześniej bawiłam się trochę kredkami wodnymi, ale raczej niezobowiązująco, więc jest to pierwsza poważniejsza (ekhem) praca wykonana w tej technice i muszę przyznać, że efekty są bardzo zadowalające, mimo pewnych niedociągnięć (biała kredka okazała się nie tak biała, jak można by sądzić). Możecie się spodziewać częściej obrazków w kolorze, zwłaszcza, jeśli napadnie mnie chęć na coś w stylu mangi.;) Tu mnie napadła, bo Kvothe jak mało kto nadaje się do przerobienia na bisza.;) Ach, następnym razem przy kolorze obiecuję WIPa.

Kvothe - można go powiększyć kliknięciem.

środa, 7 listopada 2012

Dobra opowieść - "Tron Półksiężyca" Saladin Ahmed

Czasem człowiek ma ochotę na dobrą historię w wydaniu fantastycznym. Wiecie, taką nie koniecznie bardzo głęboką, nowatorską czy wymyślną, ale po prostu ciekawą i dobrze opowiedzianą, z humorem, pazurem i sympatycznymi bohaterami. W takich przypadkach dobrze jest sięgnąć po „Tron Półksiężyca” Saladina Ahmeda.


Adulla Maschlud jest już starym człowiekiem i chętnie przeszedłby na emeryturę. Jednak jest też ostatnim prawdziwym łowcą ghuli w mieście i ma zbyt miękkie serce, żeby pozostawić okolicznych mieszkańców bez pomocy. Co prawda zostaje jeszcze jego asystent, Rasid, co prawda przepełniony fanatyczną wiarą i szczerym zapałem, ale to wciąż narwany młodzieniec…  Na dodatek teraz o pomoc prosi go jedyna kobieta, którą kiedykolwiek naprawdę kochał – ghule wymordowały rodzinę jej siostrzenicy. Cóż, przejście na emeryturę trzeba będzie odłożyć na później. Jak się okaże, dużo później – przynajmniej w subiektywnej mierze czasu Adulli.

Napis na okładce głoszący powinowactwo do świata baśni z 1001 nocy dodano co prawda na wyrost, ale świat opowieści przyjemnie wyróżnia się na tle pseudośredniowiecznej fantasy (czy tam wiktoriańskiego steampunku, który ostatnio modniejszy). Autor stylizował go bowiem na Bliski Wschód. Habitat ten jest rzadko wykorzystywany, ale jak wynika z moich skromnych doświadczeń, ma szczęście do dobrych autorów. Osobiście dużo bardziej mi odpowiada podziwianie strzelistych minaretów, zielonych brzegów rzek pośród pustyni czy wspaniałych, pałacowych ogrodów niż błota, smrodu i brudu posępnych, średniowiecznych warowni. A Ahmed świetnie sobie poradził z opisem pseudoarabskiego miasta, jego zapachów, smaków i dźwięków. I chociaż poza nielicznymi wyjątkami brak detali architektonicznych, wyobraźnia bardzo łatwo tworzy tło opisywanych zdarzeń.

Muszę jeszcze słówko napisać o bohaterach, bo to oni są najmocniejszą stroną powieści. Autor podbił mnie już sama postacią Abdulli. Raz, że w fantasy ostatnio trudno o bohatera zwyczajnie starego i zmęczonego życiem, dwa – jak już się taki pojawia, jest zazwyczaj ponurym, wypalonym indywiduum. Abdulla to gruby, rubaszny staruszek, czasem przemądrzały, ale ogólnie sympatyczny. Mimo tej ogólnej rubaszności i braku powagi, czytelnik jest jednak w stanie uwierzyć, że ma do czynienia z zawodowcem, który niejedno widział i nie zawsze były to rzeczy piękne. Do tego mamy siedemnastoletniego Rasida, który znacznie różni się od standardowego bohatera fantastyki young adult i zmiennokształtną Zamię, która do owego standardu pasuje jak ulał, ale i tak da się lubić. A także wiele postaci pobocznych, które autor odmalował jeśli nie z rozmachem, to przynajmniej w sposób żywy, acz przemyślany.

Strona językowa powieści wypada całkiem dobrze. Autor starał się nieco urozmaicić ten aspekt swojego dzieła dodając lokalne powiedzonka z Bogiem w tle czy „cytaty z pisma”, tudzież specyficzny sposób zapisu liczb, który nieprzygotowanych (jak niżej podpisaną) może wprawić w chwilowe osłupienie. Tłumacz spisał się równie dobrze – postanowił spolszczyć nazwy własne (co stwierdziłam po zauważeniu anglosaskiego zapisu imienia Rasid w notce na okładce), ale myślę, że to dobre posunięcie. W końcu z uwagi choćby na dzieła z epoki wojen z Turkami czy Tatarami, spolszczanie arabskiego nazewnictwa ma u nas długą tradycję.

Grafika okładki amerykańskiego wydania.

 Źródło.
A skoro już zaczepiłam o temat okładki, to się teraz powściekam. Uważam bowiem, że od czasu pamiętnej „Wrzawy śmiertelnych” wydawnictwo nie wypuściło równie paskudnej okładki. Naprawdę, miasto w zieleni znacznie lepiej obyłoby się bez zakapturzonego faceta o alternatywnej anatomii, nie mówiąc już o tym, że angielska okładka byłaby zdecydowanie lepsza. Ale przynajmniej mapka w środku jest cokolwiek urodziwa.

Cóż, nawet jeśli kogoś odstraszy okładka „Tronu Półksiężyca”, zaraz zwabi go cena. 19,90PLN to niewielka zapłata za kilka wieczorów dobrej rozrywki (jak miło by było, gdyby wydawnictwo wszystkie książki o podobnej objętości wydawało w tej cenie…). Nadwyżki można zawsze przeznaczyć na jakiś kolorowy papier do zasłonięcia okładki. A najlepiej wcale nie zwracać na nią uwagi, tylko pozwolić się porwać opowieści, czego Wam, czytelnikom, życzę.



Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i s-ka. 
Tytuł: Tron Półksiężyca
Autor: Saladin Ahmed
Tłumacz: Przemysław Bieliński
Tytuł oryginalny:
Throne of the Crescent Moon
Cykl: Królestwo Półksiężyca
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2012
Stron: 356

poniedziałek, 5 listopada 2012

Prawie jak z bajki - "Paskuda & Co." Magdalena Kozak

Fantasy zwykło się pogardliwie nazywać „bajkami dla dorosłych”. O tym, jak bardzo jest to nietrafiona obelga, może świadczyć fakt, że o ile nawiązania do baśni są dość częste, o tyle tekstów w całości na nich opartych nie ma znowu tak wiele. Historia owszem, mitologia – jak najbardziej, ludowe podania też niczego sobie, ale baśnie jakoś się popularnością nie cieszą. Powiew świeżości w tym temacie, jak sądzę, można zawdzięczać filmom takim jak „Shrek” (tak, wiem, że Pratchett był pierwszy, ale przez długi czas był też jako jedyny znany szerszej publiczności), które pokazały, że baśnie można pięknie skompilować i obśmiać ku uciesze gawiedzi, ubawionej wywracaniem znanych motywów na lewą stronę. Szybciutko zajęła się tym też fantastyka rozrywkowa. Na polski rynek na przykład niedługo trafi „Paskuda & Co.” Magdaleny Kozak.

Jak ze wstępu wynika, mamy w „Paskudzie…” do czynienia z motywem baśniowym – Królewną zamkniętą w wieży, z której może ją uwolnić jedynie cny Rycerz na białym koniu. Aby jednak nie było mu zbyt łatwo, wieży strzeże straszliwy smok i posępny Strażnik. Generalnie więc dni mijają, podobne jeden do drugiego jak dwie krople wody: Królewna ze Strażnikiem, znudzeni, grają w statki, i tylko smoczyca o wdzięcznym imieniu Paskuda od czasu do czasu zje jakiegoś Rycerza. A wiadomo, że jak się zostawia młodą pannę z przystojnym bodyguardem (zaś pozostali kandydaci są przedwcześnie eliminowani), to wyniknąć z tego może tylko jedno.

„Paskuda & Co.” jest ni to zbiorem opowiadań, ni to powieścią. Osobiście obstawiałabym raczej tę pierwszą ewentualność, gdyż każdy rozdział to w zasadzie zamknięta historia. Z drugiej strony, każda z tych zamkniętych historii jest napisana tak, aby wraz z pozostałymi spleść się w łańcuszek większej opowieści. Pozostawmy jednak te rozważania i przejdźmy do kwestii zasadniczej, mianowicie: co z jakością?

I tu zaczynają się problemy. Przedstawione przez Magdalenę Kozak historyjki mają co najmniej tyle samo wad, ile zalet. Autorka swoimi mocno sensacyjnymi powieściami przyzwyczaiła czytelników do tego, że niedoskonałości językowe i prostotę (żeby nie powiedzieć dosadniej) stylu maskuje wartką akcją, strzelaninami i paradą męskiej przyjaźni. Tutaj język i styl są owszem, takie same jak wcześniej, tylko strzelanin zabrakło. Dodatkowo krótka forma zdecydowanie autorce nie służy – historyjki nie są ani szczególnie zabawne, ani błyskotliwe, ani nawet zaskakujące (jak to się skończy można z detalami przewidzieć gdzieś tak w połowie książki). Trochę mogą boleć też przerysowani aż do przesady bohaterowie, który to zabieg Kozak stosuje ze zmiennym szczęściem – raz wychodzi zabawnie, innym razem wręcz przeciwnie (co najlepiej podsumowuje fakt, że najsympatyczniejszą i najbardziej wyrazistą postacią jest przygłupi smok).

„Paskuda…” to jednak książka nie tak beznadziejna, jak mogłoby się wydawać. Mimo ogólnej przewidywalności, klimat całej opowieści jest sympatyczny i najbliżej mu chyba do wyżej wymienionego „Shreka” (chociaż brakuje polotu, błyskotliwości i humoru filmu). Lekki opar absurdu znakomicie uzupełnia całość. Trójka mieszkańców wieży również budzi sympatię (poza Królewną – mam nadzieję, że dziewczę ma lat naście, bo w przeciwnym wypadku jej zachowanie nie mieści się w głowie), zaś ich relacje naszkicowane żywo i z humorem. No i na koniec – książkę czyta się błyskawicznie.

Szczerze mówiąc, po „Paskudzie…” spodziewałam się czegoś więcej. Tym czymś najprawdopodobniej była sensacja i zaskakująca akcja. Trochę szkoda, że nie wyszło. Mimo tego „Paskuda & Co.” pozostaje bardzo przyjemnym czytadłem. Takim, do którego co prawda się nie wraca, za to pochłania z przyjemnością i kończy w stanie prawdziwego odprężenia.

Recenzja dla portalu Insimilion.

Tytuł: Paskuda & Co.
Autor: Magdalena Kozak

Wydawnictwo: Fabryka słów
Rok: 2012
Stron: 300

sobota, 3 listopada 2012

Stosik na baczność #37 i moje wytwory

Na początek zachęcę wszystkich do udziału w mojej akcji blogowej - o tutaj, czyli post niżej.;) A teraz bez dalszych wstępów stos na baczność:


Z biblioteki:
"Wywiad z wampirem" Anne Rice -  ponieważ moja biblioteka uzupełniła swoje zbiory o cały cykl, postanowiłam wreszcie zapoznać się z całością. "Wywiad..." jest podobno świetny, ale już się boję ponownej konfrontacji z "Królową potępionych"...
"Kolor tamtego lata" Richard Paul Evans - w sumie nie wiem, czy przeczytam. Lekkie powieści obyczajowe zaczynają mnie coraz bardziej nużyć.
 "Światła września" Carlos Ruiz Zafon  - lubię młodzieżówki Zafona.;)

"Na Złotej Górze" Lisa See - uwielbiam tę autorkę, więc i autobiografią nie mogłam pogardzić.;)
"Nic nie trwa wiecznie" Maureen Lee - opis z okładki przywodzi na myśl Fannie Flagg. Mam nadzieję, że nie tylko on.
"Accabadora" Michela Murgia - już przeczytana, recenzja wkrótce.:)

"Córka żelaznego smoka. Smoki Babel" Michael Swanwick - jeden z moich absolutnych must have. Już nie mogę się doczekać lektury.^^
"Zamek Roogna" Piers Anthony - poznawania klasyki gatunku ciąg dalszy.;)

"Okrutny wiatr" Glena Cooka - autor dla fantasy klasyczny, cykl już mniej, ale nie mogłam przegapić.;)
"Próba złota" Naomi Novik - nowy tom mojego ulubionego cyklu, jupi! Jako że zobowiązałam się do zrecenzowania wszystkich tomów dla portalu, niedługo będziecie mieli okazję podziwiać skalę mojego psychofaństwa.
"Zbrodnie robali" Amy Stewart - piękna rzecz. Już przeczytana, recenzja tkwi w machinie redakcyjnej.:)

To teraz pokatuję was swoim rękodziełem.;)

Dwie zakładeczki dekupażowe (na górze fronty, na dole tyły;)). Ta niebieska została zrobiona do trylogii "Lewiatan" Scotta Westerfelda z wykorzystaniem moich starych szkiców. Wyszła całkiem nieźle, ale wykorzystywanie w tej technice bloku technicznego nie jest dobrym pomysłem.^^'
Kolczyki - wykonanie własne^^
Plecione bransoletki. Z samych bransoletek jestem zadowolona, ze zdjęcia - wręcz przeciwnie, ale nic więcej nie udało mi się wycisnąć z mojego aparatu.:(

czwartek, 1 listopada 2012

Jak to widzę? czyli kogo zobaczymy w listopadzie i zapisy na grudzień:)

Niniejszym ogłaszam, że nabór kandydatów do edycji listopadowej został zakończony, a pod tym postem można zgłaszać kandydatów na grudzień. Wybrańców na grudzień ogłoszę za miesiąc.


Oto wylosowane propozycje:

Bink z cyklu "Xanth" Piersa Anthony'ego (recenzja tomów 1 i 2)
Kvothe z cyklu "Kroniki Królobójcy" Patricka Rothfussa (recenzje tomów 2 i 3)
Che Makerz cyklu "Cienie Pojętnych" Adriana Tchaikovsky'ego (recenzje tomów 1, 2, 3 i 4)  

 Przed dodaniem propozycji proszę zapoznać się z zasadami akcji:
  1.  Zanim kogoś zgłosicie, zapoznajcie się z listą bohaterów, którzy już wzięli udział w akcji. Po co marnować głos, na kogoś, kto już był (ponownie wybrany i tak nie zostanie)?
  2. Jedna osoba zgłasza jednego kandydata w miesiącu. W razie, gdyby nie został wybrany, można powtarzać kandydaturę w kolejnych miesiącach.
  3. Zgłaszamy tylko postacie z książek, które czytałam, czyli zrecenzowanych na blogu, bądź widniejących na mojej półce na LC.
  4. Zgłaszać można ludzi, nieludzi, zwierzęta, rośliny, przedmioty - dosłownie wszystko (najbardziej lubię zwierzęta i nieludzi;)).
  5. Można sugerować styl wykonania prac (jeden z trzech: manga, realistyczny, komiksowo-kreskówkowy).
  6. Paranormal romance nie obsługujemy (chyba, że ktoś mnie przekona - nie dotyczy to powieści Stephanie Meyer). Szkolnych lektur z gatunków innych, niż fantastyka też nie.
  7. Uwaga dodatkowa: zastrzegam, że nie każda praca, którą zamieszczę w ramach eventu, będzie szczegółowo dopracowanym rysunkiem - mogą się zdarzyć szkice. Ale postaram się, żeby było ich możliwie mało.
Dziękuję wszystkim, którzy zgłaszali swoje propozycje i zachęcam do dalszej zabawy:)

Lista kandydatów na ten miesiąc - ciągle można zgłaszać nowych (w nawiasie liczba głosów):
Daghena (1)
Roushana Maitland (1)
Vuko Drakkainen (2)
Sol (1)
Czerw pustyni  (2)
Bene Gesserit (1)
Royce (1)
Lord Akeldama (1)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...