czwartek, 7 marca 2013

Zmyślenia #3: Co dobra ksiązka fantasy mieć powinna część 3

Część pierwsza tutaj.
Część druga tutaj.

Tyle się mówi o tym, że znaleźć jakąś niezłą powieść fantasy to w zalewie powszechnej tandety nie lada sztuka. Inna rzecz, że każdy ocenia według innych kryteriów. Niektóre pozostają stałe i niezmienne, jak poziom językowy, sprawność posługiwania się piórem i wszystko to, co można określić słowem technikalia – nimi oczywistościami nie będę się zajmować. Reszta może się zmieniać wraz z wiekiem i doświadczeniem czytelniczym. Już za chwileczkę dowiecie się więc, co powinna mieć książka fantasy, żeby Moreni uznała ją za dobrą (przynajmniej teraz, bo za kilka lat lista może się zmienić). Oczywiście książka nie musi zawierać wszystkich wymienionych elementów, jednak w przypadku braków zawsze pozostaje jakiś niedosyt.

Ten obrazek (z otchłani netu, jak wszystkie) bardzo ładnie ilustruje złą postać kobiecą (i nie o charakter mi tu chodzi). Nieśmiertelne pancerne bikini (które chyba chroni tylko w ten sposób, że przeciwnika zahipnotyzowanego podskakującym biustem łatwiej trafić), cud uroda i cud umiejętności. Kogo by tam jakiś charakter obchodził, jakaś rola fabularna - tylko w fantazjach przeszkadza.

 Dobrze napisana postać kobieca
Nie, wcale mi nie chodzi o to, żeby w każdej książce pojawiała się bohaterka cudnej urody, nieprzeciętnej inteligencji i władająca ciętą ripostą co najmniej tak dobrze, jak mieczem i laską maga (miałam napisać, że proszę nie mieć skojarzeń, ale w zasadzie proszę mieć – ten typ ma to do siebie, że w łóżku też jest niezrównany). Wręcz przeciwnie – bohaterki idealne (często niebezpiecznie ciążące w kierunku Mary Sue) nie dość, że strasznie irytujące, często kompletnie nie pasują do realiów, w jakich je autor osadza. A mnie chodzi właśnie o to, żeby babka pasowała do realiów, a jednocześnie wciąż była w stanie budzić jakieś pozytywne emocje w czytelniku – przynajmniej jako postać literacka. Może być wyrachowaną metresą, zatroskaną i do obrzydliwości nadopiekuńczą kurą domową, czy wreszcie wrednym i kąśliwym babsztylem, ale po pierwsze musi pasować do miejsca, jakie jej autor przeznaczył, a po drugie musi być wiarygodna i spójna psychologicznie. Taka Yennefer z cyklu wiedźmińskiego ASa na przykład – wredny, małostkowy babsztyl ogarnięty obsesją posiadania dziecka, a mimo to jest jedną z moich ulubionych postaci kobiecych polskiej fantastyki (choć na kawę bym się z nią nigdy nie umówiła). Nawet Sansa Stark jest dobrze napisaną postacią kobiecą, choć czytelnik ma czasami ochotę porządnie nią potrząsnąć i wykrzyczeć w twarz kilka nieprzyjemnych rzeczy. Z drugiej strony mamy Achaję czy grono bohaterek Pilipiuka. Dziewczęta te nie dość, że oszołamiająco piękne, powalająco inteligentne i wszechstronnie wykształcone, to jeszcze z każdym problemem sobie poradzą, a jeśli jednak coś im się stanie to otrzepią się i bez żadnych konsekwencji pójdą dalej (i się zemszczą), łamiąc prawa wewnętrznej logiki świata przedstawionego, że o spójności psychologicznej postaci nie wspomnę. Dodatkowo gardzą wszystkimi istotami, które nie są tak superfajne i miewają wady, a to jest chyba nawet gorsze od bycia cudem ewolucji (bo tu od razu wyłazi coś brzydkiego, jakieś takie przykryte pozorami równouprawnienia przekonanie o ogólnej nieprzydatności kobiet. W końcu skoro bohaterki mogą być hiperwypasione i sobie radzić, to dlaczego te biedne pozostałe kobiety na drugim planie powieści sobie nie radzą? Musi ostatnie mameje. To było bardzo widać w trylogii o kuzynkach Pilipiuka, gdzie wampirzyczka Moniczka i jedna z sióstr Kruszewskich traktowały dziewczęta z liceum jak kocięta po lobotomii – takie to słodkie i urocze, nawet się starają, ale przecież głupiutkie, no jak one mogą historii Bizancjum w detalach i pełnej listy dzieł średniowiecza i starożytności nie znać? Toż to podstawa wszelkiej edukacji przeca! Takie podejście wcale nie należy do rzadkości, a jeśli dodatkowo rzecz dzieje się nie we współczesności, a w realiach quaziśredniowiecznych, to okazuje się, że owe realia ograniczają wszystkich, tylko nie wypaśną bohaterkę). Dla mnie – kompletnie niestrawne.

Taki Pratchett na przykład nawet jak robi babkę przerysowaną, to z ikrą. A i nieprzerysowane mu wychodzą świetnie.

Odrabianie pracy domowej
Jest takie ładne, angielskie słówko „research” (pozwólcie, że będę używać spolszczonej, potocznej formy – risercz, bo bardzo ją lubię). Oznacza, jak wszyscy wiedzą, przygotowanie merytoryczne do tworzenia czegoś na zadany temat, np. przez przeszukanie źródeł, zapoznanie się z literaturą o interesującym nas zagadnieniu czy nawet przeprowadzenie doświadczeń. Porządny pisarz nie stroni od riserczu, bo wie, że zawsze znajdzie się jakiś fan, którego pasją jest historia i wzornictwo szpilek i wytknie, że szpilka do włosów z piętnastowiecznej Florencji nie może mieć takiego wzoru jak w książce. I o ile jestem w stanie zrozumieć, że sprawdzanie każdego drobiażdżku nie dość, że całkiem zbędne, to wydłużyłoby pisanie powieści w nieskończoność i że nie każdy musi być specjalistą we wszystkich dziedzinach, to jednak pewne podstawy (im większe, tym lepiej) są konieczne. Na przykład warto sobie poczytać o realiach średniowiecza, jeśli planuje się napisać powieść fantasy osadzoną w pseudośredniowiecznym państwie feudalnym. W takim wypadku (zwłaszcza, jeśli bohaterem ma być najemnik lub jakiś inny wojownik, a osią fabuły wojna) warto też poczytać o orężu z epoki, żeby przypadkiem nie uzbroić piechoty w kopie. 

Tak, tak, zanim się napisze własną książkę, trzeba te wszystkie inne książki przejrzeć.

Ogólnie kwestia riserczu mocno wiąże się z dopracowaniem świata przedstawionego, o którym pisałam wcześniej, nie jest jednak z nim tożsama. Bo nie bronię autorowi wymyślić świata, w którym konie piją słoną wodę, a piechota uzbrojona jest w kopie. Ale niech mi wspomni mimochodem na przykład, że „konie” mają po trzy palce u nogi i w zasadzie są gadami (a użycie rzeczownika „koń” w „tłumaczeniu” wynika z podobnej funkcji pełnionej przez zwierzę – widziałam taki numer u McMullana bodajże i bardzo mi się spodobał, a i Grzędowicz nim nie pogardził – tylko w przeciwieństwie do McMullana od razu czytelnika uprzedził). Podobnie może być z „kopiami”. Ale jeśli autor tego nie wyjaśni, to mamy do czynienia z błędami rzeczowymi, powstałymi nie ze złego założenia w konstrukcji świata, ale z braku sprawdzenia źródeł. A to już jest karygodne, bo mimo wszystko (tak przynajmniej uważam), autor winien jest czytelnikowi pewien szacunek, przejawiający się choćby w solidnym odrabianiu pracy domowej (dlatego mierzi mnie okrutnie postawa, w której autor riserczu z zasady nie robi, bo nie – a bywa i tak). W dobie Internetu to żaden problem.

Przyjemne drobiazgi
To chyba najbardziej subiektywna kategoria, bo dla każdego takim drobiazgiem będzie pewnie coś innego. A chodzi o małe rzeczy, szczegóły czy to fabuły, czy opisu świata, czy nawet grafiki okładkowej,  które na usta czytelnika przywołują uśmiech i ogólnie pozytywne emocje. Dla mnie tutaj z pewnością można zaliczyć ciekawe wykorzystanie kotów lub smoków, dobry żart, sprytne nabicie czytelnika w butelkę. Bardzo też lubię wywracanie na lewą stronę ogranych schematów czy nietypowe użycie motywów, o których wszyscy od dawna myślimy, że je znamy i nie mogą już nas zaskoczyć. A także, ale tu to się moje zboczenie po części zawodowe odzywa, jakiś ciekawy gatunek lokalnej fauny (takiego kingowego Eja cenię znacznie bardziej jako przedstawiciela gatunku niż postać – choć i w tym drugim przypadku wypada nieźle). Hm, mnie chyba łatwo zadowolić.

Kot na książce jest równie fajny, jak kot w książce. Tylko tego pierwszego trudniej stosować.

Patrząc na te wszystkie punkty, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że niczego odkrywczego nie napisałam. Bo chyba wszyscy lubimy powieści z dobrą fabułą, fajnymi bohaterami i mające w sobie to „coś”. Problemy są dwa – „coś” dla każdego może być czymś innym, a pozostałe punkty listy również każdy może definiować inaczej. Wszystkim nie da się dogodzić. A Was co zadowala
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...