Dziś planowałam zrobić notkę kompletnie o czymś innym, ale wtem dopadła mnie świadomość, że mamy akurat Dzień Ojca i może warto byłoby napisać o tym kilka słów. Konkretnie o tych wszystkich ojcach w fantastyce. Nie będzie to niestety żaden potwierdzony badaniami i głębokim riserczem naukowy wywód, a jedynie moje ściśle subiektywne refleksje, gęsto okraszone wszelkiego rodzaju dygresjami (mam wrażenie, ze jakieś dziewięćdziesiąt procent tekstu to dygresje). W końcu to ma być spontaniczna notka.
Już w baśniach ojcowie raczej się nie popisywali. Niby swoje córki (i synów) bardzo kochali, ale nie przeszkadzało im to żenić się ze złymi macochami. I wychodzili przy tym albo na patologicznych pantoflarzy (ojciec Jasia i Małgosi za namową żony pozbył się własnych dzieci), albo na zaślepionych idealistów, niedostrzegających krzywdy swoich dzieci (ojciec Kopciuszka; choć tu przyznam, ze spotkałam się też z wersjami baśni, w których macocha zepchnęła pasierbicę do kuchni dopiero po śmierci męża), albo na największych pechowców na świecie (ci wszyscy, którzy dali się złapać na motyw dziecka-niespodzianki. Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale kobiecie zdarzyło się to tylko raz). Że już pominę królewskich ojców, którzy zamykali swoje córki w wieżach.


Widzicie, zawsze jest jakiś mentor, który tego ojca zastępuje. I to jest element, którego nie rozumiem. Bo taki mentor robi dokładnie to, co Mufasa – wychowuje do odpowiedniej roli, nierzadko budując więź iście ojcowską. Dlaczego nie może tego robić po prostu rodziciel? Czy manie dzieci jest jakoś szczególnie ujmujące? Wychodzi na to, że tak – wychowanie przez obcego, bezdzietnego faceta najwyraźniej daje +5 do fajności. Dlaczego tak się działo w „Niecnych Dżentelmenach” czy „Kronikach Królobójcy” wiadomo (gdyby tutaj bohaterowie mieli szczęśliwe dzieciństwo, nie mielibyśmy o czym czytać), ale zawsze zastanawiałam się, dlaczego Bilbo nie mógł być ojcem Froda, tylko musiał go adoptować. Coś by jednemu albo drugiemu od tego ubyło?
Nie oznacza to, że w fantasy zupełnie nie ma ciekawych ojców. Pomińmy tych, których relacje z dziećmi są trudne albo wręcz patologiczne (a imię ich jest Legion; mam wrażenie, że większość autorów uważa, że bez trudnego dzieciństwa nie ma bohatera). Paradoksalnie, najbardziej różnorodne ojcowskie relacje opisał Martin w „Pieśni Lodu i Ognia” (a przynajmniej w tych dwóch tomach, które czytałam. Jakoś nie czuję potrzeby czytania dalej). Mamy tu nawet różne typy i gdybym miała wybrać swój ulubiony, to chyba padłoby na Neda Starka, niezależnie od tego, jak bardzo tej postaci nie lubię i jak wiele błędów i niedopatrzeń popełnił.
Notka, jak to spontaniczny słowotok, nie będzie miała konkluzji. W ramach zakończenia powiem wam, że nie mam swojego ulubionego ojca w fantasy, bo nie za bardzo jest z czego wybrać (gdybyśmy mówili o ojcach duchowych, opiekunach czy mentorach to sprawa wyglądałaby zupełnie inaczej). A wy macie? Może jakiegoś polecicie?