Pyza parę dni temu pisała o korzyściach płynących z powtórnej lektury, co przypomniało mi, że też miałam napisać notkę o w temacie (choć jednak inaczej). Na początku planowałam tylko zrobić listę z opisami tego co chciałabym powtórzyć, ale z takich czy innych powodów się nie zanosi, no ale to byłoby za proste. Bo widzicie, zdałam sobie sprawę, że różne książki chcę przeczytać jeszcze raz z różnych powodów. Czasem te powody się łączą, ale kilka podstawowych grup można wyróżnić. Myślę, że to lepszy pomysł niż najbardziej nawet mięsista lista. Zwłaszcza, że tych list cosik dużo u mnie ostatnio.
![]() |
Wpis ilustrują jaszczurki i koty, bo jaszczurki to takie małe smoki, a koty... to koty. |
Bo młoda i głupia byłam, a teraz to kompletnie inny człowiek
Tak się złożyło, że sporo książek uważanych za klasykę gatunku przeczytałam we wczesnym nastolęctwie. No ale nie ukrywajmy, moja wiedza i doświadczenia literackie były wtedy bardzo ubogie, doświadczenie życiowe takoż (nie żeby w międzyczasie życie mnie jakoś szczególnie doświadczyło, ale rozumiecie, o co mi chodzi). Byłam też podatna na wpływy i szczerze mówiąc, teraz nie do końca jestem pewna, czy niektóre tytuły naprawdę mnie zachwyciły, czy też tylko sobie to wmówiłam, bo jak nie zachwyca, jeśli zachwyca, że sparafrazuję klasyka (a wierzcie mi, autosugestia to potężna siła). Teraz, jak w nagłówku akapitu, jestem jednak trochę innym człowiekiem niż kiedy miałam te naście lat. I na przykład wiele smaczków w takiej „Grze Endera” mogło mi umknąć, a odbiór całości mógłby się kompletnie zmienić. Dlatego wypadałoby tę „Grę…” odświeżyć (co do „Mówcy Umarłych” już takich ciągot nie mam, z różnych względów). Do tej kategorii zaliczam również „Władcę pierścieni” i „Zieiomorze”. Pierwsze zaczęłam czytać nawet przed nastolęctwem i teraz w głowie mam głównie wizje filmowe, a nie książkowe – przydałoby się to zweryfikować. Drugiemu nie ufam – czy naprawdę aż tak bardzo mi się podobało, czy tylko to sobie wmówiłam? Znaczy, nie mam wątpliwości, że smoki Ziemiomorza ciągle będą mnie zachwycać, ale na przykład co z takimi „Grobowcami Atuanu”? A może nawet odkryję więcej?
Wracać tam, gdzie mi dobrze…
Bardzo lubię niektóre światy prezentowane w książkach. W części tych światów rozgrywa się akcja wielotomowych serii, więc jeszcze długo nie będę musiała się obawiać, że zabraknie mi pretekstu do odwiedzin. Niestety, w niektórych dzieją się tylko trylogie, albo o zgrozo, jedna powieść. Opcjonalnie kolejny tom dopiero się pisze, a ja chcę wrócić teraz. Szczerze mówiąc, takich światów mam jeszcze niewiele, ale kilka jest i czekają na półce, aż się za nie zabiorę. Na przykład trylogia „Mroczne Materie” Pullmana. Albo „Temeraire” Naomi Novik, którego z resztą regularnie podczytuję.
…do przyjaciół, których znam
Czasem świat przedstawiony czy opowiedziana historia nie są tak ważne, jak bohaterowie, którzy biorą w niej udział. Weźmy na przykład „Niecnych Dżentelmenów” Lyncha. Świat fajny, ale bez przesady, historia za pierwszym razem była zaskakująca, ale ma w sobie sporo z zagadki kryminalnej, więc przy kolejnym czytaniu już tak nie zaskakuje (a była na tyle dobra, że usłużna pamięć jeszcze długo się jej nie pozbędzie). Za to sami Dżentelmeni to coś zupełnie innego – z Locke i Jeanem mogłabym się spotykać znacznie częściej niż pozwalają na to premiery kolejnych tomów. Pewnie z Harrym Dresdenem będzie podobnie, ale na szczęście na horyzoncie już majaczą nowe tomy, więc jakoś doczekam.
Bo to fajna historia była
Są wreszcie książki tak napisane, że nawet jeśli już się czytało ich opowieść, ma się ochotę znowu jej posłuchać (uchem duszy, prawdaż). Jak dzieci, które proszą rodziców o czytanie w kółko tej samej bajki. Bo są po prostu na tyle fajne, że nawet śledząc poczynania bohaterów po raz któryś z rzędu ciągle czujemy radość. Do tej kategorii zaliczam „Player one”, książkę zdecydowanie niedocenioną przez polskich czytelników (bo też i może niepotrzebnie reklamowaną jako przełom w SF). Mam tak też z „Zawołajcie położną”, która szczerze mówiąc, wzięła mnie z zaskoczenia, bo po przeczytaniu zdążyłam zapomnieć, jaka jest fajna. Krótkie przejrzenie po czasie sprawiło, że na nowo się zakochałam.
Po kawałku, panocku
Są też książki, które w całości jakoś szczególnie mnie nie ciągną. Za to mam swoje ulubione fragmenty, do których często wracam (albo po prostu czytam sobie kilka losowo wybranych stron). Najczęściej dotyczy to oczywiście zbiorów opowiadań albo książek popularnonaukowych, tudzież esejów czy czegoś podobnego. I właściwie dotyczy to wszystkich zbiorów opowiadań, które mam, w szczególności wiedźmińskich (choć oczywiście jak już skompletuję cały cykl, to mam zamiar go sobie odświeżyć), ale także weterynarskich wspomnień z „Powiedz, gdzie cię boli” czy Harry’ego Pottera (to jest właśnie ten przypadek, w którym lubię podczytywać losowe strony. Choć oczywiście, jak już skompletuję cykl, to odświeżę sobie całość).
Smutna prawda jest taka, że ze wszystkich wymienionych tu cykli i książek powtórzyłam sobie tylko „Temeraire’a” (a chętnie zrobiłabym to jeszcze raz). Wymówki (nazwijmy je powodami) są zazwyczaj dwie: nie mam swojego egzemplarza, a przecież nie będę do powtórki wypożyczać z biblioteki albo zebrać od ludzi. A jeśli już ten egzemplarz mam, to przecież na półkach czeka jeszcze mnóstwo książek nieczytanych ani razu, często również kanonicznych czy wyczekanych, więc tak trochę głupio pozwalać, żeby dalej zapuszczały tam korzenie. Niemniej, kiedyś przeczytam je wszystkie.
A jak to jest u was z powtórkami?