środa, 8 stycznia 2014

Podsumowanie roku 2013 część II - książkowa

Wróciłam już z wyjazdu (niby długi, ale chętnie zostałabym dłużej;)) więc zgodnie z obietnicą z poprzedniej części podsumowania, czas na etap książkowy. Zaczniemy może od odrobiny statystyk, a potem rozdamy nagrody i wyróżnienia.

Czytelniczo rok 2013 nie był zbyt dobrym rokiem. Przeczytałam tylko 53 książki (ładnie z tego wychodzi książka tygodniowo) + 3 powtórki, których nie wliczam. Do statystyk, od dwóch lat widać więc spadek. Nie powie, że mi ten stan rzeczy odpowiada, bo tyle ciekawych pozycji czeka na półce, ale w tym roku tak wiele działo się w moim życiu, że niestety na książki zabrakło miejsca - nowa praca, nowa pasja, ciągłe odkrywanie fascynacji starą... Cóż, w roku 2014 mam nadzieję poprawić wynik z 2-4 książek miesięcznie na 5-6. Zobaczymy, czy mi wyjdzie.

Te 53 książki miały łącznie 17306 stron, z czego wynika że przeciętny czytany przeze mnie w 2013 roku tom miał 326 i pół strony. Ot, rozmiar standardowej powieści dla kobiet.;) A jeśli już przy kobietach jesteśmy, to napisały 15 z tych książek (a 6 kolejnych były współautorkami). Wynik nie powala, ale nie zamierzam go intencjonalnie poprawiać. Może poprawi się sam.

Jeśli chodzi o rozkład gatunkowy to najwięcej - i tu najmniejsze zdziwienie świata - czytałam fantasy. To około 1/3 wszystkich książek przeczytanych w tym roku. Dziwniejsze jest to, że SF jest tylko o połowę mniej, choć trzeba przyznać, ze to raczej lekkie powieści są. Poza tym trochę książek wspomnieniowo-biograficznych, sporo popularnonaukowych (to zasługa serii Focusa) i jakieś pojedyncze sztuki literatury podróżniczej, non-fiction (poza wspomnieniowymi) i współczesnego mainstreamu. Z tego wszystkiego tylko 8 książek to powieści dziecięce i młodziezowe,co mnie dziwi - byłam przekonana, że przeczytałam tego więcej.

W tym roku udało mi się zrecenzować wszystkie przeczytane pozycje poza jedną (ale może to jeszcze naprawię, ciągle się waham). Niektóre recenzje utknęły w redakcjach, więc jeśli czekacie na "2312" czy "Republikę złodziei", to nie martwcie się, niedługo będą.

Czas na najciekawszą część programu, czyli moje osobiste literackie nagrody za rok 2013. Jedziemy.:)

Nagrodę dla najlepszej powieści otrzymuje:
(Pierwotnie miała być osobna nagroda dla powieści fantastyczniej i niefantastycznej, ale tych drugich przeczytałam w tym roku zdecydowanie zbyt mało). "Córka żelaznego smoka" Michaela Swanwicka. Konkurencja w tym roku była spora, a najpoważniejszym kontrkandydatem był "Portret pani Charbuque" Forda, ale ostatecznie na korzyść Swanwicka przemówiły smoki i niezwykle bogaty (dla niektórych nawet za bardzo) świat przedstawiony.

Nagrodę dla najlepszej książki non-fiction otrzymują:
"Szympansy z azylu Fauna" Andrewa Westolla. Poruszające połączenie solidnej, reporterskiej roboty z rzetelnymi informacjami i danymi naukowymi. Dodatkowy plus za właściwość poszerzania horyzontów i uwrażliwiania (ale bez szantażu emocjonalnego) na cierpienie naszych braci mniejszych.

Nagrodę dla najlepszego opowiadania otrzymuje:
"Poza Calais" Samanthy Henderson
Tutaj również konkurencja była ostra, ale ostatecznie przeważyła piękna, surrealistyczna, ale osadzona jednak w normalności wizja pani Henderson. Plus szczypta nostalgii i odrobina ekologii.

Nagrodę za najpiękniejszy tytuł otrzymuje:
"Biuro kotów znalezionych" Kingi Izdebskiej.

Nagrodę za najlepszą okładkę otrzymuje:
http://kronikaksiazkoholika.blogspot.com/2013/05/szalenstwo-tworzenia-i-inne-opowiadania.html

Nagrodę za najlepszą rolę męską otrzymuje:
Jean Tannen z cyklu "Niecni Dżentelmeni" Scotta Lyncha. Bo geniuszy występku w literaturze mamy na pęczki, ale ich prawdziwych przyjaciół można policzyć na palcach jednej ręki. Poza tym po głębszym zastanowieniu stwierdziłam, że Jeana znacznie bardziej da się lubić niż Locke'go.

Nagrodę za najlepszą rolę żeńską otrzymuje:
Sabetha z cyklu "Niecni Dżentelmeni" Scotta Lyncha. Wiem, że trochę monotonnie, ale tak się złożyło, że była jedną z najlepszych żeńskich kreacji poznanych (lub przypomnianych) w tym roku. Trzeba przyznać, że nie miała wielkiej konkurencji.

Nagrodę za najlepszą rolę nieludzką otrzymuje:
Temeraire z cyklu powieści Naomi Novik o tym samym tytule. Kiedyś napiszę całą długą notkę na temat tego, dlaczego zasługuje na wyróżnienie.;)

Nagrodę dla najlepszego duetu otrzymują:
Angua i Marchewa z cyklu "Świat Dysku" Terry'ego Pratchetta. Głównie za przepięknie poprowadzoną ewolucję ich wzajemnej relacji.

(Anty)Nagrodę dla rozczarowania roku otrzymuje:
"Umierająca Ziemia. Oczy Nadświata". Jacka Vance'a. Niby nie jest to szczególnie zła powieść, ale po wysłuchaniu tylu zachwytów, pochwał i zapewnień, że klasyka i warto, czuję się mocno rozczarowaną tą ramotką.

(Anty)Nagrodę za najbrzydszą okładkę otrzymują:
http://kronikaksiazkoholika.blogspot.com/2013/06/patchwork-fabularny-gobeliniarze.html




poniedziałek, 6 stycznia 2014

Stosik #51

Tym razem zdjęcie będzie bardzo marnej jakości, bo oczywiście wybierając się na wyjazd świąteczny zapotniałam aparatu (a nie będę tego wszystkiego ciągnąć na stancję tylko po to, żeby cyknąć fotkę), w związku z czym musiałam się posłużyć telefonem, a on aparat ma bardzo kiepski. Fakt, że stosik imponujący nie jest, ale nie liczy się forma, tylko treść, a ta zacna.:) Dodam jeszcze, że dzisiejszy stosik sponsoruje mój Luby, który jest dawcą połowy tego, co tu widać (połowy na sztuki, bo gdyby liczyć strony lub centymetry, to jakichś 2/3 - 3/4).


Na samej górze "Wypasiony kot Simona" - prezent urodzinowy od Lubego, z dedykacją i w ogóle.:) Co prawda do samego albumu mam dość mieszane uczucia, bo z jednej strony jest po trosze zbiorczy i sporo obrazków było już we wcześniejszych częściach, ale z drugiej strony dzięki temu nie muszę ciągnąć tych poprzednich części na stancję w celach wenotwórczych. No i format dużo bardziej poręczny.
Niżej dwie książeczki do recenzji od Insimilionu. "Golem i Dżin" to prebook i jestem bardzo zła na Fabrykę, że powieść (480 stron w oryginale, no ludzie...) postanowiła rozbić na części, a zapowiedzi części drugiej jeszcze na stronie nie ma. W związku z czym boję się, że nie wydadzą. A to bardzo fajna książka jest... Ostatniej części "Przedksiężycowych" nikomu nie trzeba przedstawiać. Zabiorę się za nich, jak tylko przeczytam dwa poprzednie tomy.^^'
Na samym dole wisienka na torcie, czyli prezent gwiazdkowy od Lubego, czyli omnibus "Ziemiomorza" Le Guin.:) Lata całe czekałam, aż ktoś wpadnie na genialny pomysł wydania tego razem i wreszcie się doczekałam. Jeszcze teraz poczekać na "Ekumenę".

A teraz wybaczcie, idę się wyżywać twórczo. Rysunek do akcji sam się przecież nie zrobi.:)

sobota, 4 stycznia 2014

Film ostatnio widziałam #1 - "Kraina lodu" ("Frozen")

Kilka słów tytułem wstępu. Oto pierwsza notka na tym blogu poświęcona filmowi, jednocześnie będąca pierwszą jaskółką nowej kategorii. Zamierzam bowiem częściej pisać o filmach i obawiam się, że będą to wpisy z serii „nie znam się, to się wypowiem” (bo na pewno nie recenzje). Aby zminimalizować to ryzyko, będzie głównie o filmach animowanych (lub tak obfitych w komputerowe efekty specjalne, że można je za animowane uznać), bo w nich kwestia, kto kogo grał i czy na tle innych swoich ról wypadł dobrze jest jakby drugorzędna. Będzie też o ekranizacjach i adaptacjach znanych mi książek. Obejrzałam już kilka filmów, o których bardzo chcę z kimś porozmawiać, więc z pewnością nie będzie to ostatnia notka z serii, ale obiecuję wam, że jeśli się nie spodobają, to nie będę pisać. Obiecuje też nie robić analizy każdego odcinka serialu o małych kucykach i ich magicznej przyjaźni (no chyba, że zechcecie;)). Ach, i zamierzam z zasady spoilerować, ale gdyby jednak kiedyś miało mi się to nie zdarzyć, to każda notka będzie oznaczona odpowiednim ostrzeżeniem. A więc do dzieła.

Spoilery. Spoilery everywhere.

Każdy w dzieciństwie widział przynajmniej kilka filmów Disneya. Każdy pamięta (a zwłaszcza Internet, on jest pełen memów na ten temat), jak wyglądała historia przeciętnej księżniczki z takiej animacji – wychowywało się biedactwo w izolacji, marząc o księciu z bajki, pewnego dnia książę przyjeżdżał na białym rumaku, śpiewali razem piosenkę i bach! Ślub już wieczorem. Książę musiał tylko do tego wieczora uratować swą damę od wszelkich distresów – co mu się zawsze udawało – i wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Przyznam, że w nowszych animacjach widać, jak wytwórnia stara się powoli odchodzić od tych schematów. Aż tu nagle wyprodukowano „Krainę Lodu”, która drobnym kroczkiem wcale nie była.

Zacznę może od kilku słów o warstwie wizualno-dźwiękowej. Niektórym bardzo nie podobało się, że bohaterki „Krainy lodu” są bardzo podobne do Roszpunki. Trochę są, owszem, ale przecież wszystkie księżniczki Disneya stworzone w podobnym okresie i nienależące do charakterystycznych grup etnicznych (jak Pocahontas czy Mulan) są do siebie podobne, ergo wytwórnia po prostu szuka swojego stylu w animacji 3D i chyba go znalazła. Mnie się ten styl nawet podoba, tylko możnaby nad nim jeszcze popracować. Zwłaszcza nad profilem, bo z profilu nasze drogie księżniczki wyglądają jak kapucynki z wodogłowiem i kaprawymi noskami. I to w zasadzie wszystko, do czego mogę się przyczepić, bo dubbing i warstwa muzyczna również wypada bardzo dobrze (i jakkolwiek dubbing polski uważam za lepszy, tak wykonanie „Let it go” dużo bardziej podoba mi się w oryginale – wokal jest ładniejszy). Teraz przejdźmy do części, która naprawdę mnie interesuje. 

Chyba jedyny przypadek, kiedy disneyowskie słodkie zwierzątko jest mniej słodkie niż prawdziwe - żywe reniferki biją małego Svena na głowę.

„Kraina Lodu” (czy też „Frozen”, jak brzmi tytuł oryginalny) jest w zasadzie pierwszym filmem, który skupia się na relacjach między siostrami (był jeszcze „Lilo i Stich”, ale tam różnica wieku była na tyle duża, że wymuszała przesunięcie ciężaru relacji w kierunku matka-córka). Bohaterki „Frozen” są, tradycyjnie już, swoimi przeciwieństwami. Starsza Elsa jest spokojna, zrównoważona i jeśli nie lubiąca, to przynajmniej pogodzona ze swoja samotnością. A przynajmniej tak wydaje się na pierwszy rzut oka, jeśli ktoś nie zdaje sobie sprawy, jaką cenę musiała zapłacić za dojrzałość i opanowanie. Młodsza Anna to czysta, rozbuchana żywiołowość, standardowy urwis o podrapanych kolanach, pragnąca zobaczyć świat i poznać ludzi – idealnie pasuje do profilu psychologicznego nowej księżniczki Disneya. To Elsa się z niego wyłamuje – wolno jej, bo początkowo twórcy filmu pozwolili jej pozować na czarny charakter (ale taki, który nadaje się jeszcze do resocjalizacji). Mimo wszystko, wydaje mi się ona dużo bardziej złożoną i po prostu ciekawszą od Anny postacią.

Jak napisałam wcześniej, we „Frozen” scenarzyści początkowo kreowali Elsę na czarny charakter (jakby ktoś nie zauważył, to jest miejsce od którego spoilery zaczynają się sypać gęsto), czy raczej sprawiali, ze widz zaczynał o niej tak myśleć, przyzwyczajony do dotychczasowego schematu, w którym Ten/Ta Zły/a jest znana od początku. I tu niespodzianka – Elsa mimo swej dzikiej magicznej mocy okazuje się damą w distresach, zaszczutą, niepewną, ciągle żyjącą w poczuciu zagrożenia i strachu, nieumiejącą budować relacji z ludźmi. Widać to bardzo dobitnie najpierw, kiedy śpiewa najważniejszą piosenkę w filmie, a potem, kiedy otwarcie stwierdza, że po ucieczce z zamku być może jest samotna, ale wreszcie wolna, bo nie musi przed nikim ukrywać swojej prawdziwej natury (która, uważajcie, nie jest zła, lecz po prostu inna). Co ciekawe, tym razem zagrożenie nie pochodzi z zewnątrz, źródłem największego niebezpieczeństwa jest królowa Elsa sama dla siebie. I tutaj mamy kolejny złamany baśniowy schemat na rzecz rzeczywistości – królewna w dzieciństwie odizolowana od społeczeństwa dla własnego dobra wcale nie wyrasta na ufną, kochaną przylepę, ciekawa świata i niemogąca doczekać się wielkiego balu. Wyrasta na młoda kobietę z głęboką fobia społeczną, która panikuje na wieść o tym, że w jej zamku będzie teraz przebywać więcej ludzi i która nie potrafi okazywać uczuć nawet najbliższej sobie istocie. Ani Aurorze, ani Roszpunce to się nie przytrafiło prawda? 

Nowa, lepsza Elsa. Bo ładna.

Jeśli już przy łamaniu schematów jesteśmy, czas się zająć prawdziwym szwarccharakterem tej opowieści. Przy tej okazji Disney złamał chyba jeden ze swoich największych schematów, pobłażliwie obśmiany już tyle razy, że chyba bardziej się nie da – miłość od pierwszej piosenki. Dotąd, jak mechanika baśni przykazała, księżniczce wystarczyło ujrzeć swego wybranka i zaśpiewać z nim w duecie piosenkę, abyśmy wiedzieli, że miłość to wielka i prawdziwa, a biskup (bo byle ksiądz księżniczce ślubu przecież nie udzieli) z orszakiem już pędzi poprowadzić ceremonię. (Dla oddania sprawiedliwości wspomnę jednak, ze w nowszych filmach księżniczki na odkrycie w swych serduszkach dozgonnego uczucia potrzebowały kilku dni). Ale gdyby wyłączyć mechanikę baśni? Wtedy odśpiewanie piosenki jest uroczym urozmaiceniem pierwszego spotkania, ale starsza siostra, a jednocześnie królowa, na wieść o rychłym ślubie z facetem poznanym tego samego dnia odpowie stanowczym „Nie!”. Tak się stało we „Frozen” i tym razem miłość nie zatryumfowała, bo królowa miała rację. Śpiewający kawaler z tytułem okazał się bowiem nie true love, ale zwykłym łowca posagów, karierowiczem i ostatecznie zwykłym mordercą zdolnym zrobić wszystko dla korony. Ten opis pasuje do wielu disnejowskich szwarccharakterów i w zasadzie jest typowym zestawem cech na tej posadzie. Co nowego, to fakt, że jak dotąd intencje były klarowne i jeśli ktoś się nie mógł ich dopatrzeć, to najwyżej mniej rozgarnięci bohaterowie bajki – widz od razu wiedział, czego ma oczekiwać. Tym razem widz był przekonany, ze chłopak jest w porządku (choć kiedy oświadcza, ze ma dwunastu starszych braci i w związku z tym żadnego majątku, można zacząć coś podejrzewać), dopiero w ostatnich minutach filmu, tuż przed kulminacją wychodzi szydło z worka. Przyznam, że byłam trochę zawiedziona, bo liczyłam na to, że Hans (bo tak ma na imię lipny ukochany) okaże się może nie młodzianem o kryształowym sercu i szczerych intencjach, ale przynajmniej chłopakiem w porządku, który może i przyszedł po koronę, ale szanuje tych, którzy byliby niezbędni do jej zdobycia. Niemniej rozumiem, ze w filmie dla dzieci potrzebny jest wyraźnie zarysowany ten zły, a twórcy już i tak zagmatwali bardziej niż zazwyczaj. 


Jak to "Nie jesteś true love"!?

Pozostaje jeszcze zagadka prawdziwej miłości – jak wiadomo, taka w bajce musi wystąpić, a skoro nie śpiewający młodzieniec, to kto? Ano jest jeszcze pomagający Annie odnaleźć zbiegłą siostrę Kristoff, który od standardowego księcia Disneya różni się tylko tym, ze twórcy zadbali, żeby widz zapamiętał jego imię. I choć Kristoff szczerze pokochał nasza młodszą księżniczkę, to jednak nie jego miłość okazała się kluczowa, a damy z opałów nie ratował żaden facet. Okazało się, że we „Frozen” to miłość Anny do Elsy (mój wypaczony umysł już wzdraga się na myśl, jakież to intrygujące fanfiki i fanarty będzie można już za chwileczkę, już za momencik znaleźć w sieci po wpisaniu tego hasła) jest ta prawdziwa i najważniejszą. Czyni to „Frozen” najbardziej kobiecym filmem Disneya, bijącym w tej kategorii „Meridę Waleczną” na głowę (w „Meridzie…” mieliśmy co prawda przedstawiony konflikt matki z córką, ale ponieważ Merida jest typową chłopczycą mająca w pogardzie kobiece sprawy, jest tu tez odrobina poglądu, że to, co kobiece jest gorsze; we „Frozen” obie siostry są silne, ale nawet Anna, będąca najlepszą kandydatka do tytułu chłopczycy, uwielbia piękne suknie i bale, a jako rasowa baśniowa księżniczka marzy o znalezieniu swego księcia). A jeśli dla kogoś to wada, to tylko i wyłącznie jego problem.

"Kraina lodu" ("Frozen")
reż. Chris Buck, Jennifer Lee
Disney
2013

wtorek, 31 grudnia 2013

Podsumowanie roku 2013 część 1 - blogowa

Na początku przyznam się wam, że nie zamierzałam rozbijać notki podsumowującej na dwie części - miała być jedna, długa, taka z rodzaju tl;dr. Tylko że wyjechałam, a wszystkie notatki dotyczące przeczytanych w tym roku książek zostały w domu. toteż wzorem oisaja postanowiłam napisać dwa podsumowania - ogolnoblogowe i ksiązkowe. Na to drugie będziecie musieli poczekać do siódmego stycznia mniej więcej (w ogóle mam wrażenie, że blogowo rok 2014 zaczyna sie u mnie od szóstego stycznia).

Tyle tytułem wstępu, przejdźmy do konkretów. Naj sam pierw chciałabym poświecić akapit pewnemu powstałemu w tym roku wydawnictwu, czyli Uroborosowi. Nie jest to ani jedyne powstałe w tym roku wydawnictwo poświęcone fantastyce, ani tez takie o najbardziej rewolucyjnej ofercie. Wspominam o nim z dwóch powodów. Po pierwsze jest z pewnością najbardziej rozreklamowanym przedsięwzięciem o tej skali na poletku fantastycznym. Po drugie - najwyraźniej nastawione jest na przejęcie fanów Fabryki Słów, zdegustowanych polityką wydawnictwa. Przejmuje po FS wszystkie tradycje, za które cenili ją czytelnicy (w tym niżej podpisana - i właśnie dlatego napisała ten akapit): piękną oprawę graficzną składającą się nie tylko z okładek, ale często również z ilustracji, inwestowanie w debiutantów (i w tych polskich autorów, których kiedyś wydawała Fabryka, ale przestała). Niestety dla mnie, Uroboros postanowił przejąć także typ wydawanych książek - lekkie opowieści raczej dla młodszego czytelnika. Czego bym sobie jako czytelniczka życzyła w nowym roku, to poszerzenie oferty wydawniczej o fantastykę dla dorosłych, nie koniecznie może jakoś szczególnie ambitną czy mroczną, ale wyraźnie dedykowaną starszemu odbiorcy. Uważam, że Uroboros, jako marka dopiero budująca swój wizerunek, jest najbardziej adekwatnym adresatem tych życzeń.

Wróćmy może do bloga i tego, co działo się w mijającym roku. Nie mogę powiedzieć, ze "Z pamiętnika książkoholika" podupadło - co prawda notek zamieściłam trochę mniej niż rok wcześniej, ale znowuż nie aż o tyle, aby głosić koniec świata i apokalipsę. Niemniej, odczuwam zmęczenie materiału i ci, którzy bloga regularnie śledzą, pewnie to zauważyli. Notki pojawiają się rzadziej, a recenzje stają się ewenementem. Powiem szczerze, ze pisanie o książkach zaczyna mnie trochę frustrować - o sporej części tego, co czytam nie bardzo mogę powiedzieć cokolwiek odkrywczego, a o większości pozostałych... też nie mogę, bo spoilery. Nie martwcie się jednak, notki o książkach nie zginą, zastanawiam się jednak poważnie nad tym, czy w przyszłym roku nie odpuścić sobie tekstów przeznaczonych dla tych, którzy nie czytali, jakie pisałam do tej pory. W końcu jakieś 90% czytelników czyta recenzje nie dlatego, ze wahają się nad sięgnięciem po książkę, ale dlatego, ze chcą porównać wrażenia po lekturze.

Jak może niektórzy zauważyli, założyłam drugiego bloga, poświęconego mojej drugiej pasji - rękodziełu. I tutaj wciąż wykazuję spory entuzjazm i potencjał rozwojowy, krystalizuje mi się powoli ulubiony zakres działalności (czyli malowane zakładki do książek - wszystko pozostaje w rodzinie;)). Mam nadzieje, ze "Wśród paciorków" pożyje przynajmniej tak długo, jak "Z pamiętnika książkoholika".

Za najważniejsze wydarzenie na blogu uważam reaktywację akcji "Jak to widzę?", która jest dla mnie niezwykle ważnym przedsięwzięciem, bliskim serduszku itd. Najwytrwalej wspiera ją Megapodius, za co chciałabym serdecznie podziękować (zwłaszcza, że jeszcze żadna postać przez niego zgłaszana nie została narysowana - ale nie martwcie się, cierpliwość zostanie wynagrodzona:)) i wręczyć mu Wirtualny Order Honorowego Wspieracza. Mam nadzieję, ze akcja będzie żyła swoim życiem, a moje pozwoli na zamieszczanie obrazków częściej. Zainicjowałam tez cykl "Zmyślenia", gdzie piszę o różnościach okołopokulturowych i marzy mi się, aby notki z niego osiągnęły poziom tych pisanych przez Misiaela. ale na to mam raczej marne szanse.

Co w przyszłym roku? Cóż, może wreszcie zmienię nagłówek bloga na jakiś sensowniejszy, wrócę też do notek o kolejnych numerach Nowej Fantastyki. Od dawna planuję zacząć zamieszczać niezobowiązujące wisy o filmach - trzymajcie kciuki, żeby w nowym roku nie zabrakło mi odwagi. No i książki, ciągle najwięcej będzie książek, choć w tekstach zapewne pojawi się zdecydowanie więcej spoilerów. (nie martwcie się, będę ostrzegać). Mam też nadzieje, że będziecie mi przez cały kolejny rok, tak jak i przez ten upływający, towarzyszyć. Bo przecież blog bez swoich czytelników nie istnieje, prawda? Dziękuję, że pomogliście mojemu istnieć rzez 2013. Mam nadzieje, ze zechcecie kontynuować.:)

A na koniec autopromocja - pięć moich własnych notek, które uważam za najbardziej udane teksty 2013 roku:)
1. Bystretka - jeden z moich ulubionych rysunków powstałych w ramach akcji "Jak to widzę?":)
2. Trzyczęściowy wpis "Co dobra książka fantasy mieć powinna?" - raz, dwa, trzy. Uważam go za szczyt moich obecnych możliwości publicystycznych. Co sprawia, ze jestem z siebie dumna i jednocześnie jest dość smutne, bo nie oszukujmy się, obiektywnie poziom nie jest za wysoki.
3. Recenzja "Jeźdźców w czasie" Alexa Scarrowa
4. Recenzja "Dziewczyny w stalowym gorsecie" Kady Cross
5. Recenzja "Tancerzy burzy" Jaya Kristoffa.

wtorek, 24 grudnia 2013

Wesołych Świąt!

Bo w ferworze świątecznych przygotowań spokój też będzie Wam potrzebny...:)


A teraz pozwólcie, że udam się grzebać we flakach. Parujących.;)
Wesołych i smacznych raz jeszcze!:)

sobota, 21 grudnia 2013

Jak to widzę?: Alicja (Jacka Piekary)

Miałam bardzo ambitny plan, żeby niniejszy obrazek pokolorować w fotoszopie, ale to, co w wyniku eksperymentu wyszło, nie nadaje się do publicznej prezentacji. Niemniej jednak, lineart Wam pokażę.:)

Tak więc w ramach grudniowej odsłony akcji "Jak to widzę?" (swoich bohaterów możecie zgłaszać raz w tygodniu tutaj) prezentuję wam Alicję z dylogii o tym samym tytule autorstwa Jack Piekary. Postanowiłam narysować dziewczynkę z tomu pierwszego, kiedy ma trochę ponad dziesięć lat i gra z dzieciakami spod bloku w piłkę. Ot, taka mała dziewczynka.

Alicja z książki Jacka Piekary o tym samym tytule.

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Wyniki rozdawajki grudniowej

Krótko i węzłowato, coby sztucznie nie przedłużać: szczęśliwą posiadaczką zimowej zakładki zostaje

Bacha85

Zwyciężczyni gratuluję i już lecę pisać maila z powiadomieniem.:) Dziękuję również pozostałym uczestnikom za wzięcie udziału.

wtorek, 10 grudnia 2013

Mała grudniowa rozdawajka

Ci, którzy zaglądają czasem na fanpejdż bloga wiedza, że zapowiedziałam na dzisiaj małą niespodziankę. Zazwyczaj o tej porze roku na bogu pojawia się jakiś konkursik, rozdawajka, coś takiego. Tym razem też się pojawiło,choć tydzień później, niż zwykle.

A do oddania mam małą, zimową zakładeczkę:


Aby móc zawalczyć o nagrodę należy wykonać proste zadanie konkursowe. Tutaj - klik! - jest lista wszystkich książek, które czekają na przeczytanie na mojej półce. Którą i dlaczego powinnam natychmiast przeczytać? Autor najciekawszej polecanki wygrywa.:) Zgłoszenia z odpowiedziami i adresem mailowym podawajcie w komentarzach pod tą notką.

Na wzięcie udziału macie czas do niedzieli 15.12.2013r., do północy. Zwycięzcę ogłoszę w poniedziałek.

No to teraz to, co najważniejsze w punktach:
  1.  Konkurs trwa do 15.12.2013r. do północy.
  2. Zgłoszenie do konkursu powinno zawierać odpowiedź na zadanie konkursowe i adres mailowy.
  3. Zwycięzcę wybiorę na podstawie subiektywnej i nieodwołalnej decyzji, co ogłoszę w poniedziałek. Ze szczęśliwcem skontaktuję się w celu uzyskania adresu.
  4.  Jeśli w ciągu tygodnia adresu nie uzyskam, nagrodę otrzyma inna osoba.
  5. Zakładkę wyślę w ciągu siedmiu dni od otrzymania adresu, tylko na adres znajdujący się na terenie Polski.
Powodzenia!:)

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Na wschód, na wschód, na Daleki Wschód - "Nefrytowy tron" Naomi Novik

Jedną z często stosowanych zasad w fantastyce jest ta, która mówi, że po pierwszym tomie prawie zawsze następuje drugi. Czy to dobrze, zależy już od konkretnych przypadków. Cykl „Temeraire” Naomi Novik niewątpliwie udowadnia, że czasem im więcej tomów, tym lepiej.

Do Londynu przybywa delegacja wysłana przez chińskiego cesarza. Przyczyną jej przybycia jest oczywiście Temeraire – Chińczycy nie pozwolą przecież, aby przedstawiciela jednej z najrzadszych i najznamienitszych ras orientu dosiadał jakiś barbarzyńca i co gorsza zmuszał go do walki i noszenia uprzęży. Problem w tym, że Lung Tien Xiang bardzo się do swojego barbarzyńcy przywiązał i nie chce słyszeć o porzuceniu go. Nie pozostaje więc nic innego, jak zabrać do Chin obu. W końcu jest jeszcze nadzieja, że gdy smok zobaczy, jak istoty jego gatunku traktuje się w Chinach, porzuci uwłaczające angielskie warunki i tak nieodpowiedniego towarzysza. Laurence i Temeraire wsiadają więc na statek i udają się w wielomiesięczną i pełną przygód podróż. Problem polega na tym, że jest ktoś, kto nie ma zamiaru zdać się na smocze wybory i chce wyeliminować Laurence’a z rozgrywki…

Może od razu zaznaczę, że poziom pisarstwa pani Novik ani trochę nie spadł, tak samo nie ubyło jej pisarskich przymiotów. Pozwolę więc sobie tym razem o nich nie wspominać, a zainteresowanych odeślę do recenzji pierwszego tomu. Tymczasem zwrócę uwagę na to, co nowego się pojawiło.

Przede wszystkim pani Novik udało się zaprezentować talent do tworzenia urozmaiconego pejzażu kulturowego. W „Nefrytowym tronie” ukazuje jego dalekowschodni fragment. Autorka świetnie nakreśla różnice pomiędzy Chinami a Anglią, zwłaszcza w zakresie traktowania smoków – w końcu drugiej, po ludziach, rozumnej rasy. Już porównując legendy dalekowschodnie z europejskimi można się domyślić, co nam autorka zaserwuje. Od razu ostrzegam, że nie należy oczekiwać głębokiej analizy różnic i zmian – cykl „Temeraire” jest przecież w założeniu lekką literatura przygodową. Dlatego zamiast drobiazgowo rozpatrywać pewne zagadnienia, Novik tylko ogólnie je nakreśla, resztę umysłowej pracy pozostawiając czytelnikowi.

Częścią przedstawionej różnorodności jest szok kulturowy, jaki przeżywają Anglicy, a w szczególności Laurence i Temeraire. Jeśli dodam, że autorka tworząc cykl miała na celu między innymi poruszenie problemu niewolnictwa (w nietypowym układzie, gdzie „niewolnik” jest zbyt silny i zbyt cenny, aby się nad nim pastwić i właściwie siedzi w niewoli, bo nikt go nie uświadomił, że nie musi), tworzy się nam dość ciekawy układ. Ponieważ w Anglii smoki zawsze były traktowane jak cenne zwierzęta, Laurence jest mocno zaskoczony, kiedy okazuje się, że równie dobrze radzą sobie jako pełnoprawni obywatele. Jednocześnie ma na tyle otwarty umysł, żeby nie wyśmiewać egzotycznych fanaberii, ale przeanalizować sytuację pod kontem ogólnego dobra wszystkich zainteresowanych. Pięknie się czyta o tym, jak upadają stereotypy. Autorka zdaje się też sugerować, jak wielka wagę dla naszych (nie tylko smoczych) możliwości rozwoju i postrzegania świata ma kultura, w jakiej się wychowujemy i mnogość determinowanych przez nią czynników na jakie, jako jednostki, nie mamy wpływu. Temat ten pogłębia jeszcze w kolejnych tomach.

Niemniej jednak, Novik nie pławi się jedynie w filozoficzno-społecznych rozważaniach. Swoją prozę szpikuje spektakularnymi wydarzeniami niczym dobrą kaszę skwarkami, że zacytuję klasyka. Czasem przez to można odnieść wrażenie, że kolejne potyczki, intrygi czy spotkania są nanizane jak koraliki na sznureczek ogólnej fabuły, ale w zasadzie nie można uznać takiej konstrukcji za wadę.

Jeszcze słów kilka o wydaniu. „Nefrytowy tron”, podobnie jak „Smok Jego Królewskiej Mości” ma przepiękną i klimatyczną okładkę. Niestety, temu co się w okładce znajduje, przydałaby się korekta (oraz solidniejszy papier i klejenie). Poprzestawiany szyk zdań, podwójne słowa czy zagubiona interpunkcja nie są co prawda nagminne, ale zauważalne – i to bardziej, niż w poprzednim tomie. Szkoda.

Mimo technicznych niedostatków, „Nefrytowy tron” pozostaje godną kontynuacją „Smoka Jego Królewskiej Mości”. To wciąż intrygująca powieść przygodowa, z której można wynieść więcej, niż tylko prostą rozrywkę. Polecam.
   
Tytuł: Nefrytowy tron
Autor: Naomi Novik
Tytuł oryginalny: Temeraire: Throne of Jade
Tłumacz: Paweł Kruk
Cykl: Temeraire
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2007
Stron: 412

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Stosik #50

Cóż, nie przeczą, że liczyłam na bardziej obfity stosik w tym miesiącu, ale nic to, to co najważniejsze i tak w nim jest.;) A i całkiem pokaźny rozmiar mimo wszystko osiągnął, o:


Na górze "Tajemnice sypialni gejszy", pożyczone od Serenity. Już przeczytałam, ale nie bardzo wiem, co o niej napisać. Niemniej, jakaś krótka notka pewnie powstanie. Niżej kolejna pożyczanka (a właściwie dwie), tym razem od JoannyzKociewia. "Cranford" pani Geskell to bardziej już klasyka, a że mnie akurat wzięło na okołowiktoriańskie realia, to sobie poczytam. A "Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd" to kolejny punkcik na mojej liście literatury podróżniczej, którą ostatnio coraz chętniej czytam.

Niżej to już w większości zakupy własne. "Morski trakt" Ursuli K. Le Guin nabyłam w cenie promocyjnej w supermarkecie, szczerze mówiąc bardziej z sentymentu do autorki, niż z potrzeby czytania (boć to przeca nie fantastyka). Teraz czas na smakowite kąski. Ponieważ Mag postanowił wznowić Lyncha, nareszcie miałam okazję go kupić i to w przyzwoitej oprawie wizualnej (choć moja ulubiona okładka i tak będzie ta). Oczywiście "Kłamstwa Locke'a Lamory" i "Na Szkarłatnych Morzach" już czytałam (swoją drogą, czy pierwsze wydanie też aż tak roiło się od literówek jak drugie? Jakoś nie pamiętam z pierwszej lektury, ale mogłam nie zauważyć, porwana opowieścią). Została tylko "Republika złodziei", do recenzji od Insimilionu dla odmiany i już nie mogę się doczekać, mimo że trochę się boję, że bohaterowie nie będą tacy sami jak poprzednio. Na samym dole największy kąsek ze stosu, czyli "Cesarz wszech chorób". To naprawdę ogromna książka (a jaka śliczna do tego!) - duży format i ponad 600 stron lektury to coś, co tygrysy lubią najbardziej. Nie mogę się doczekać.^^
 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...