poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Life over. Pleas restart - "Jej wszystkie życia" Kate Atkinson

Kiedy przeczytałam, o czym też może być powieść „Jej wszystkie życia” Kate Atkinson, pierwszym skojarzeniem był trwający nie jeden dzień, ale całe lata „Dzień Świstaka”. Drugim była gra komputerowa – jakakolwiek, w której po nieudanym przejściu poziomu można wrócić do ostatniego save’a i zacząć od nowa. Myślę, że bohater takiej gry mógłby się czuć jak Ursula, której historie przedstawia nam pani Atkinson.

Dziesiątego lutego 1910 roku rodzi się dziewczynka i niestety umiera. Ale rodzi się drugi raz i już przeżywa. Narodzi się jeszcze wiele razy, bo życie codzienne jest pełne niebezpieczeństw: morskie fale, epidemia grypy, otwarte okna. Którą historię uda się doprowadzić do końca? I czy możliwe jest uniknięcie błędów?

Taka przywodząca na myśl grę konstrukcja bardzo mi się podoba, choć nastręcza pewne trudności – trzeba czytać uważnie i baczyć na nagłówki, żebyśmy nie byli zdziwieni, kiedy znowu cofniemy się do któregoś z poprzednich kluczowych momentów w życiu Ursuli Todd. Poza tymi niedogodnościami, styl Atkinson jest bardzo przystępny: prosty, ale nie prostacki, rzeczowy i konkretny, ale nie suchy. W zasadzie zawiera wszystko, co zawsze kojarzyło mi się z dobrym, współczesnym, brytyjskim pisarstwem. Poza tym autorka może się popisać nielichą elokwencją, a łowcy cytatów powinni być zadowoleni. A wszystko to jest niezwykle naturalnie skomponowane.

Jednak nie styl, będący ewidentną zaletą, jest najmocniejszym punktem powieści. Są nią fabuła i bohaterowie. Sama fabuła nie jest może szczególnie porywająca, choć momentami trup ściele się gęsto (bohaterka w końcu przeżyła dwie wojny). Z pewnością spodobałaby się jednak wielbicielom powieści obyczajowych. Dla mnie najciekawsze były nawet nie próby odtworzenia czasów przedwojennych, ale pokazanie, że drobne decyzje mogą zaważyć na całym życiu. I często nie są to nawet decyzje samych zainteresowanych, tylko splot zachowań ludzi z ich otoczenia. Truizm, ale jakże porywająco opisany. Atkinson zdecydowanie pokazała, ze każdemu banałowi można nadać niebanalną formę i znaczenie.

Pomówmy jeszcze chwilę o bohaterach. Ursula przyszła na świat w typowej angielskiej rodzinie z klasy średniej pierwszej dekady dwudziestego wieku. Ojciec – bankier, matka – gospodyni domowa (oczywiście tylko w takim stopniu, w jakim gospodynią mogła być panienka z dobrego domu, bo państwo Todd posiadali gosposię i pokojówkę) i czwórka rodzeństwa, w tym dwoje starszego. Autorce każdego udało się obdarzyć własnym charakterem, a dodatkowo naznaczyć tenże charakter stosunkiem Ursuli (z której perspektywy przez większość czasu) poznajemy świat powieści i wydarzenia) do danego członka rodziny. W miarę, jak dziewczyna dorasta i opuszcza dom, poznajemy też innych jej znajomych współlokatorów i kochanków.

W życiu Ursuli szczególną rolę zdają się odgrywać dwie osoby – młodszy brat i ciotka. Z ciotką Izzie problem jest o tyle ciekawy, ze jest ona osobą ledwie tolerowana w domu Toddów, synonimem chaosu i braku odpowiedzialności, doprowadzającą do szału panią domu. Rzeczywiście, Izzie taka jest, w przeciwieństwie do poukładanej i pruderyjnej pani Todd, przywiązanej do moralnych standardów obowiązujących za czasów jej młodości. Jednak kiedy Ursula wpada w poważne tarapaty, to właśnie ciotka okazuje się osobą, która udzieli jej pomocy. Młodszy brat, Teddy, jest dla odmiany maskotką całej rodziny, przez wszystkich uwielbianą i rozpieszczaną, a mimo to zachowującą miły charakter. Te dwie postacie równoważą się w życiu Ursuli.

„Jej wszystkie życia” to jedna z tych książek, które należy przeczytać samemu. A Kate Atkinson jest jedną z tych pisarek, które nie zapomniały, że powieść powinna przede wszystkim opowiadać jakąś ciekawą historię. Ta opowiada wiele. Wybierzcie sobie ulubioną. 

Książke otrzymałam od wydawnictwa Czarna Owca.

Tytuł: Jej wszystkie życia
Autor: Kate Atkinson
Tytuł oryginalny: Life after Life
Tłumacz: Aleksandra Wolnicka

Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok: 2014
Stron: 564


Książka bierze udział w wyzwaniu Klucznik.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

O wiktoriańskiej modzie i młodzieży poważnej... tyle, że nie - "Dziewczyna w mechanicznym kołnierzu" Kady Cross

Już kiedy czytałam pierwszą część „Kronik steampunkowych” autorstwa Kady Cross było dla mnie jasne, że nie jest to literatura wysokich lotów – raczej mocno przeciętne czytadełko. Nawet nie dawałam większych szans na wyjście drugiego tomu. Ale skoro już wyszedł, postanowiłam sprawdzić, czy autorka choć trochę poprawiła warsztat od czasu debiutu. Cóż, obawiam się, że nie.

W kilka tygodni po wydarzeniach z „Dziewczyny w stalowym gorsecie” dzielna ekipa wiktoriańskich x-menów dociera do Nowego Jorku, aby pomóc przyjacielowi. Okazuje się, że ten został wmieszany w intrygę mającą na celu zdobycie tajemniczego, ale niezwykle potężnego urządzenia przez jeden z lokalnych gangów. Czy książę Griffin i spółka zdołają temu zapobiec i oczyścić przyjaciela z zarzutów?

Zacznijmy może od zalet. Pani Cross potrafi czasem błysnąć zaskakującym zwrotem akcji. Co prawda jeśli chodzi o jej twórczość, to nie mam wygórowanych oczekiwań, ale w kategorii „lekka powieść młodzieżowa” jej umiejętności zaskakiwania czytelnika wypadają całkiem nieźle. Niestety, unikanie przewidywalnych rozwiązań wydaje się być mocno przypadkowe i występuje raczej w mniejszości.

Co jest zdecydowanym minusem? Niestety, Finley. W poprzednim tomie autorka zamknęła kwestię jej podwójnej osobowości i teraz nieudolnie próbuje znowu ją wykorzystać, co wygląda dość sztucznie i w zasadzie niczego nie wnosi. Czytelnik ani przez chwilę nie wierzy w wątpliwości bohaterki (to znaczy, jest przekonany, że Finley naprawdę te wątpliwości ma, ale od początku wiadomo, jak je rozwieje). Dodatkowo postać ewoluuje w jakąś koszmarną hybrydę Mary Sue z tomboy (pozwólcie, że posłużę się angielskim słowem, bo polska „chłopczyca” w popkulturze kojarzy się raczej pozytywnie). To, co jeszcze w poprzednim tomie było w tej postaci fajne, sympatyczne i kobiece, teraz okazuje się gorsze (zamiłowanie do pięknych sukien zmienia się w fascynację męskimi strojami i zajęciami. I nie byłoby może w tym nic dziwnego, gdyby nie jednoznaczne wskazanie, że ta kobieca edycja dziewczyny była zdecydowanie drugiej kategorii). Poza tym Finley (cóż, aby było sprawiedliwie dodajmy, że nie ona jedna) zachowuje się jak rozkapryszony przedszkolak, narażając przyjaciół i ich wspólną misje na niepowodzenie tylko po to, żeby zrobić komuś na złość. Jest niestrawna do tego stopnia, że momentami czytelnik życzy jej długiej i bolesnej śmierci.

Pozostali bohaterowie są dość sztampowi, ale zdecydowanie mniej irytujący. Paradoksalnie, najlepiej wypadają ci epizodyczni. Moim faworytem „Dziewczyny w mechanicznym kołnierzu” jest... Nicola Tesla. Pojawia się tylko w kilku scenkach i ewidentnie widać, że z tym facetem coś jest nie tak, zgodnie z zamiarem autorki. Całkiem sympatyczna pozostaje też Emily, zdająca się być jedyną rozsądną osobą w grupie. Sam nie dostał na tyle dużo czasu antenowego, żeby można było coś konstruktywnego o nim powiedzieć, a Griffin... cóż, poza ciągłymi kłótniami z Finley i rozterkami pt. „czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie” prezentuje się czytelnikom jako nieuprzejmy buc, postępując chamsko w stosunku do dziewczyny, która może i inteligencją nie grzeszyła, ale jej jedynym przewinieniem było to, że nie była Finley (której, za podobne zachowanie nie spotyka słowo krytyki. Z drugiej strony, panna z dobrego domu wdająca się w miejscu publicznym w pyskówkę z dziewczyną, którą uważa za utrzymankę jest bardzo mało prawdopodobna psychologicznie). W ogóle postacie kobiece nie należące do naszej zgranej paczki są (z jednym wyjątkiem) albo puste, albo podłe, albo głupie, albo wszystko naraz. To takie... nieprofesjonalne. Dla dopełnienia obrazu dodam tylko, ze lokalny czarny charakter nie ma w sobie ani odrobiny uroku czy niejednoznaczności. Jest po prostu kartonową zabawką, co do której losów od początku nikt nie ma wątpliwości.

A skoro już jesteśmy w temacie, to słów kilka o wątkach miłosnych. O ile w „Dziewczynie w stalowym gorsecie” były całkiem sympatyczne (choć momentami wysilone) i mieszczące się w młodzieżowych schematach, to w kolejnej powieści wypadają po prostu sztucznie. Autorka dała do zrozumienia, że pewne kwestie już wyjaśniła, po czym w kontynuacji otwarła je na nowo tak, jakby kilka ostatnich stron tomu pierwszego nie istniało. W dodatku poprowadziła rozterki bohaterów znowu tymi samymi torami, więc czytelnik otrzymał nużącą powtórkę z rozrywki, okraszona przepychankami z piaskownicy rodem. I o ile niedojrzałości nastoletnich bohaterów można by jeszcze bronić, to w momencie, kiedy czytelnik uświadamia sobie, że nie ma do czynienia z współczesnymi gimnazjalistami, tylko z osiemnastolatkami w czasach wiktoriańskich, wszystko mu opada.

Stosunek do realiów w ogóle autorka ma ciekawy. Rozumiem, że to fantastyka i pewne rzeczy mają prawo się różnić, ale mimo wszystko to nie jest jakiś autonomiczny fantasyland, tylko historia alternatywna. I miło by było, gdyby autorka trochę uwagi poświęciła wyjaśnianiu różnic między naszą rzeczywistością i własną. Choćby sprawa garderoby, której opisy u Cross zajmują sporo miejsca. Nikt nic dziwnego nie widzi w tym, ze w Nowym Jorku przełomu XIX i XX wieku dziewczyna wychodzi w różowych, falbaniastych spodenkach do kolan i gorsecie. Nie wiem jak mieszkańcy miasta, ale ja na ich miejscu pomyślałabym, że panna zapomniała założyć sukienki i wyszła w samej bieliźnie.

Słów kilka o języku. Jest bardzo prosty i to jest w pewnym sensie zaleta, bo target książki taki język preferuje, ale w drugim tomie ta prostota zaczyna męczyć. Być może nie zauważyłam poprzednim razem (a może w poprzedniej książce było lepiej pod tym względem), ale książka pani Cross zawiera męczącą ilość powtórzeń. Autorka średnio trzy razy na rozdział przypomina nam, że Dalton uśmiecha się jak rekin, a Finley potrafiłaby komuś skręcić kark jak kurczakowi. Na dłuższa metę to męczące.

Tak sobie myślę, że jak poprzednia część, tak i ta trafi w gusta targetu – nastolatek zafascynowanych wizją epoki wiktoriańskiej z anime rodem i nie mająca wiele wspólnego z czymkolwiek. Pozostali czytelnicy powinni raczej trzymać się od „Dziewczyny w mechanicznym kołnierzu” z daleka.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Fabryka Słów.
Tytuł: Dziewczyna w mechanicznym kołnierzu
Autor: Kady Cross (Kathryn Smith)
Tytuł oryginalny: The Girl in the Clockwork Collar
Tłumacz: Patricia Sørensen
Cykl: Kroniki steampunkowe  
Wydawnictwo: Fabryka Słów  
Rok: 2014
Stron: 384


Książka bierze udział w wyzwaniu Klucznik.

środa, 9 kwietnia 2014

Film ostatnio widziałam #3 - "Księżniczka i żaba" ("The Princess and the Frog")

Troszkę spoilerów, ale nieistotnych.

To miała być hejtnotka o najbardziej przeze mnie nielubianej animacji nowego Disneya (starego w sumie też, ale jeszcze nie wszystkie widziałam, więc może znajdzie się coś, co zdetronizuje „Księżniczkę i żabę” – coś, czego nie można wytłumaczyć wiekiem). Specjalnie z tej okazji obejrzałam „Księżniczkę i żabę” raz jeszcze. I stwierdziłam z niejakim rozczarowaniem, że film nie wywołuje we mnie już tylu negatywnych emocji, co za pierwszym razem, choć ciągle go nie lubię.

Z „Księżniczką i żabą” mam dwa potężne problemy. Pierwszym była promocja filmu, drugim – główni bohaterowie. Zacznijmy może od pierwszego.

Jak niektórzy być może pamiętają, tę animację Disney reklamował jako przełomową. Raz, że miała być powrotem do tradycyjnej animacji po dłuższej przerwie (i ta deklaracja została w stu procentach spełniona, bo wizualnie film prezentuje się świetnie), a dwa, miała zrywać z klasycznymi stereotypami wytwórni. Oto widzowie mieli wreszcie poznać Tianę – bohaterkę nie dość, że czarnoskórą, to jeszcze samodzielną, zaradną i niepotrzebującą męskiego wsparcia do spełnienia marzeń. I tu nam się deklaracje z rzeczywistością mocno rozjechały.

Tiana jest zwykłą dziewczyną z Nowego Orleanu i ma marzenie – chce założyć własną restaurację, nie byle jadłodajnię, ale lokal z prawdziwego zdarzenia. W związku z tym tyra na dwie, trzy zmiany jak dziki osioł i kompletnie nie ma życia. Jedyne, co ją interesuje, to praca, zaliczka na budynek starej cukrowni, który upatrzyła na restaurację i spełnianie marzenia ojca, który zginął na wojnie. I tu rodzi się pierwszy zgrzyt, ponieważ niezależnej i silnej Tianie mimo lat ciężkiej harówy i poświęceń nie udaje się uzbierać zaliczki na czas. Z jednej strony, to logiczne: trudno oczekiwać, żeby kelnerkę stać było na zakup dużego lokalu (choćby i do remontu) z samych napiwków. Z drugiej, ośli upór i brak zdrowego rozsądku (bo trudno to nazwać inaczej) u naszej bohaterki jest wręcz porażający. Tiana doskonale widzi, że lata pracy prawie pozwoliły jej uzbierać zaliczkę na spełnienie marzenia, ale zdaje się zapominać, że to dopiero początek. Resztę budynku też trzeba będzie spłacić, całość wyremontować (nawet jeśli własnymi rękami, to materiały przecież kosztują), urządzić i zatrudnić obsługę. W praktyce oznacza to, że Tiana nawet po wpłaceniu magicznej zaliczki będzie musiała znowu przez lata harować na dwie zmiany u konkurencji, żeby w ogóle swój lokal otworzyć. To jest ten moment, kiedy zawieszanie niewiary z łomotem spada z kołka – zwłaszcza, że rzecz się dzieje nie w jakiejś odległej, baśniowej krainie, gdzie może byłaby bardziej prawdopodobna, ale w dobrze znanych Stanach Zjednoczonych.

Rozwiązaniem problemów finansowych okazuje się nie kto inny, jak książę z bajki. Naveen w zamian za zdjęcie klątwy obiecuje dziewczynie, że kupi dla niej wymarzoną restaurację (i to nawet nie za swoje pieniądze, bo tych nie ma, ale za forsę tatusia bogatej koleżanki Tiany, Charlotty, którą Naveen początkowo planuje poślubić). Scena, kiedy dwie żaby planują skok na kasę Charlotty wydaje mi się dość obrzydliwa. Już wcześniej okazało się, że księżniczka Disneya może sobie być pracowita i niezależna, ale bez swojego księciunia i tak do niczego nie dojdzie, choćby pękła. Teraz dowiadujemy się jeszcze, że cel poniekąd uświęca środki – Tiana jest gotowa wmanewrować Charlottę w małżeństwo z nieodpowiedzialnym fircykiem i babiarzem, lecącym wyłącznie na kasę (i to, że Charlotta marzy o wyjściu za księcia, jaki by on nie był, wcale nie jest dla mnie usprawiedliwieniem. To całkiem sympatyczna – choć głupiutka jak gąska i bardzo infantylna – dziewczyna i pchanie jej z premedytacją w małżeństwo, które z pewnością nie będzie na dłuższą metę szczęśliwe, jest podłe) tylko dla własnych, egoistycznych celów. To ja już chyba wolę śpiewanie po lasach i osobowość zwiędłej firany.

A przecież wystarczyło, żeby Tiana porozmawiała z Charlottą i pożyczyła pieniądze od jej ojca. Nawet jeśli ten nie bardzo miałby na to ochotę z powodu przepaści społecznej (wielki, biały bogacz vs ciemnoskóra klasa robotnicza), to córka już by go urobiła, swojej ulubienicy przecież nie umiał niczego odmówić. Mając pieniądze, Tiana mogłaby się poświęcić sensownej ciężkiej pracy nad doprowadzeniem swojej restauracji do świetności, oddać, co pożyczyła, i cieszyć się z sukcesu. A co najważniejsze, takie rozwiązanie w ogóle nie zaburzyłoby linii fabularnej filmu: Tiana mogłaby znów niefortunnie pocałować żabiego księcia i potem, ciągle owładnięta marzeniem o własnej restauracji i etosem ciężkiej pracy, rozpaczliwie pragnąć powrotu do ludzkiej postaci (bo trudno prowadzić interesy, kiedy jest się płazem). Zaś leniwy książę po obowiązkowej przemianie w dobrego, odpowiedzialnego człowieka, mógłby zakasać rękawy i pomagać w remoncie, jak pomagał dotąd. Obeszłoby się bez moralnie niejednoznacznych elementów scenariusza.

Część problemów, jakie mam z głównymi bohaterami, można wywnioskować już z poprzednich akapitów. Ale podsumujmy jednym słowem: Tiana i Naveen są wyjątkowo antypatyczni. Książę to typowy buc-lekkoduch, egoista bez empatii. Oczywiście pod koniec filmu już rozumie, że jego dotychczasowa postawa była karygodna i zmienia się na lepsze, ale wątpię, żeby wielu oglądających dotrwało do tego momentu nie życząc mu choć raz długiej i bolesnej śmierci albo pozostania w słoiku czarownika voodoo do końca życia. Co prawda posiadanie jakiegokolwiek charakteru jest wśród książąt Disneya rzadkością, ale jeśli tak to ma wyglądać, to dziękuję, postoję.

Podobnie rzecz się ma z Tianą. Pisałam już o jej braku rozsądku – może spotkam się z potępieniem, ale uważam, że propagowanie idei ciężkiej pracy dla ciężkiej pracy jest pomysłem mocno przeciętnym. Co innego, gdyby ciężką pracę bohaterki wspierała jeszcze żyłka do interesów czy choćby niechęć do rzucania samej sobie kłód pod nogi. I teraz trochę mam dylemat – Tiana jako bohaterka disnejowskiej animacji jest dla mnie niestrawna, widać jednak, że twórcy chcieli coś przez nią pokazać. Jej egoizm i skupianie się na wąsko rozumianym celu ma widzowi zademonstrować, że dziewczyna zatraciła gdzieś to, co w życiu najważniejsze: miłość. I dopiero klasyczny, spotkany w dziwnych okolicznościach dzień wcześniej facet jest w stanie jej o tym przypomnieć i zmienić perspektywę na słuszną. Niemniej, Tiana-pracoholiczka pozostaje odstręczająca znacznie dłużej niż Naveen.

Co jest zaletą filmu? Postacie drugoplanowe. Charlotta bywa irytująca, ale jest tak rozkosznie przerysowaną głupiutką blondyneczką, że nie mogłam jej nie polubić. Zwłaszcza, iż ta infantylna, rozpieszczona jedynaczka ma dobre serce i potrafi poświęcić własne marzenia dla szczęścia innej osoby – czego przez długi czas nie potrafi Tiana, a do czego już na pewno nie jest zdolna stereotypowa pusta blondi. W ogóle mam wrażenie, że to postać mająca parodiować schematyczną disnejowską księżniczkę – jest białą blondynką, a poza tym jej największe marzenie to poślubić księcia. Trochę kiepsko, jeśli zamierzona parodia budzi więcej sympatii od głównej bohaterki… Człowiek Cień, główny czarny charakter animacji też wypada ciekawie, z tym, że ja mam słabość do disnejowskich czarnych charakterów, więc wystarczy, że będzie pasował do schematu. No i piosenki dają radę – może nie są jakimiś wybitnymi hitami, ale „Prawie udało się” i „Przyjaciele z zaświatów” mają potencjał. 

Charlotta też ma swoje marzenie i realizuje je z nie mniejszą werwą niż Tiana. Tylko metody inne.;)

Mam wrażenie, ze gdyby nie promocja, film byłby bardziej strawny. Dostalibyśmy po prostu mniej udaną księżniczkę Disneya i tyle. Jednak budowanie oczekiwań, których film nie jest w stanie spełnić, było strzałem w stopę – już Pocahontas była od Tiany bardziej wyzwolona, a stereotypom porządnie zagrała na nosie dopiero zeszłoroczna „Kraina lodu”. Cóż, ciekawe, co nam wytwórnia zaprezentuje w tym roku.  

"Księżniczka i żaba" ("Thr Princess and the Frog")
reż. Ron Clements, John Musker
Walt Disney Pictures
2009

sobota, 5 kwietnia 2014

Pokaż mi swój cień, a powiem ci, kim jesteś - "Cienioryt" Krzysztof Piskorski

Krzysztof Piskorski jest jednym z tych pisarzy, od których zaczynałam przygodę z fantastyką. Wtedy, w tych zamierzchłych czasach, kiedy jeszcze nie miałam Internetu, trafiłam w lokalnej gazetce na króciutką recenzję któregoś tomu „Opowieści piasków” – o dziwo całą trylogię mieli w bibliotece. Wtedy debiutant Piskorski zachwycił nieopierzoną fankę fantastyki. Od tamtego czasu się zestarzałam i zdążyłam przeczytać morze książek (a "Opowieci piasków" nie uznaję juz za tak zachwycające, widzę sporo grzechów debiutanta, ale to wciąż może być przyjemna lektura. I ma jaszczuroludzi. To nie to samo co smoki, ale prawie), autor też parę rzeczy napisał. Czy zdążył też popracować nad brakami warsztatu?

Arahon Y’Barratora jest najlepszym szermierzem w Serivie. Niestety, „najlepszy” nie jest równoważne ani z „najmłodszy”, ani z „najlepiej opłacany”, dlatego też nasz bohater żyje dość skromnie, choć póki co do biedy mu jeszcze daleko. Tymczasem los jakby się na niego uwziął: najpierw w pojedynku zabija młodą wyspiarkę, którą postanawia pomścić o wiele potężniejsza matka, potem wplątuje się w spisek, w który zdają się być zamieszane nie tylko najbardziej wpływowe rody Serivy, ale też potężni cieńmistrzowie. Czy wierny rapier i lata doświadczenia pozwolą szermierzowi wyjść cało z opresji?

Na początek zajmę się może światem przedstawionym. Seriva przypomina hiszpańskie miasta portowe epoki oświecenia – położona wśród wypalonych słońcem terenów, żyjąca z handlu, dopiero co odbudowana po wyniszczających (głównie finansowo) wojnach. Sposobem opisu przypomina trochę Paryż z „Trzech muszkieterów”. Tym razem miasta nie można nazwać równoprawnym bohaterem powieści, ale jego koloryt, historia, a nawet lokalne obyczaje, o których autor nie tylko wspomina, ale także wykorzystuje jako integralne elementy fabuły sprawiają, że staje się idealnym, pełnowymiarowym tłem wydarzeń. Z resztą, nie oszukujmy się – miasto i sytuacja geopolityczna i ekonomiczna (o których informacje autor również przemyca), jest bardzo ważne, ale tym co fantastów interesuje, są różnice względem znanego świata. Istnieje jedna, zasadnicza – magia cienia.

Piskorski wykorzystał tu pomysł bardzo prosty, ale jednocześnie tak przyciął go na własną miarę, że powstało coś bardzo interesującego. W uniwersum „Cieniorytu” istnieje bowiem nie tylko świat nam znany, widziany za dnia. Pod nim kryje się cieńprzestrzeń. A każdy cień rzucany pod ostrym słońcem Serivy (a już osobliwie cienie istot żywych) może stać się pułapką i wrotami do niej. Oczywiście z cieńprzestrzenią jest związana swoista magia, ale nie ona jest tutaj ważna (choć dla fabuły niezbędna). Najważniejsze jest to, że autor pokazał, co obecność cieńprzestrzeni oznacza dla zwykłych ludzi, jak zmienia obyczaje i wpływa na życie mieszkańców. Rzadkość, bo nawet jeśli w fantasy mamy do czynienia z systemem magicznym, to zwykłych ludzi nie dotyczy on tak dalece, że poza polami walki/warsztatami alchemicznymi mógłby nie istnieć. U Piskorskiego jest inaczej i bardzo dobrze wpływa na jakość powieści.

Bohaterowie również są sprawnie wykreowani, choć postaciom drugoplanowym można było dać więcej czasu antenowego. Sam Arahon, będący głównym bohaterem, jest człowiekiem jeszcze niestarym, ale i nie młodzieniaszkiem. Nieco zgorzkniały, mimo doświadczeń wojny i pracy w wywiadzie nigdy nie porzucił do końca swojego idealizmu. Muszę przyznać, że mimo całej mojej sympatii do szermierza, uważam go za jedną z mniej barwnych postaci. Jest trochę jak D’Artagnan - akuratny, do polubienia i kibicowania, ale jednocześnie bardzo przewidywalny (tu zdecydowanie lepiej wypada jego.. hm, „mroczna” połowa). Lepiej wyglądają postacie drugoplanowe, prezentujące cały wachlarz charakterów, dziwactw i niesamowitych pomysłów. Mamy więc niepoważnego artystę, naiwnego uczonego, jego bystrą córeczkę, stateczną i twardą jak skała wdowę, banitę, kobietę, która zdecydowanie nie jest tym, co widać na pierwszy rzut oka i wiele innych. Aż żal, że niektórzy pojawiają się jedynie na kilka akapitów.

Jeszcze kilka słów o akcji. Piskorski poprowadził fabułę w sposób typowy dla opowieści płaszcza i szpady, do którego bardzo pasuje wartka akcja. Mamy mnóstwo scen szermierczych pojedynków, bójek, ucieczek, pogoni i podchodów. Ale uwaga – powieść, zanim nabieże odpowiedniego tempa, bardzo długo się rozkręca. Nie porzucajcie jej więc przez pierwsze sto pięćdziesiąt stron, nawet jeśli zaczniecie przysypiać. Opłaci się.

„Cienioryt” to książka zdecydowanie warta polecenia. Autor bardzo poprawił warsztat, mimo kilku bardzo zaskakujących zwrotów akcji nie musi korzystać z rozwiązań typu „deus ex machina” (co trochę zepsuło mi lekturę „Opowieci piasków”), pióro ma bardzo sprawne, a styl przystępny i zróżnicowany. Czytajcie, bo dobre.

Książke otrzymałam od Wydawnictwa Literackiego.

Tytuł: Cienioryt
Autor: Krzysztof Piskorski
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok: 2013
Stron: 452


Książka bierze udział w wyzwaniu Klucznik.

środa, 2 kwietnia 2014

Stosik #54

Dziś od razu do rzeczy, bo i stosik niewielki. Na samej górze zdobycz pyrkonowa, którą chwaliłam się już w relacji z konwentu - "Wyposażenie osobiste" Marka Oramusa. Pod nią wygrzebany w carefourowym koszyku z tanią książką "Demi-Monde. Zima". Co prawda książka ma co najmniej trzy tomy kontynuacji, które nie wyszły w Polsce, ale kosztowała niecałe siedem złotych, więc niech tam.

W tym miejscu rozpoczyna się strefa recenzencka. "Rzeki Londynu" chwalił chyba każdy bloger, który choć trochę gustuje w fantastyce i umie czytać po angielsku, więc muszę i ja się zapoznać - choć po prawdzie zwątpiłam już, że do mnie trafią (za to okładka jest paskudna, choć srebzysty napis i tak prezentuje się lepiej od krwistoczerwonego). "Brudne ulice nieba" to książka, na której nie mam autografu Williamsa, bo nie zabrałam jej z hotelu.;_; Liczę, ze wynagrodzi mi to jakością (i tu wiadomo, ze przynajmniej drugi tom na pewno zostanie wydany). Oczywiście od Rebisu. Dwie kolejne dostałam od Czarnej Owcy. "Jej wszystkie życia" mam ambitny plan zrecenzować do poniedziałku, najdalej do środy - zapowiada się ciekawie, węszę podobieństwo do "Żony podróżnika w czasie", minus romans. "Druga płeć" to opasłe tomiszcze z serii Biblioteka Kongresu Kobiet. Coraz bardziej mnie ta seria interesuje, może nawet uzupełnię sobie brakujące tomy.

piątek, 28 marca 2014

Na Pyrkonie 2014 byłam

Najwyraźniej rozwijam się jako zwierzę konwentowe. W zeszłym roku ledwo dałam się wyciągnąć na, niewielki jak by nie patrzeć, Copernicon, a w tym ochoczo (choć nie bez bodźca wspomagającego) popędziłam na największy konwent w Polsce, a prawdopodobnie i w Europie, ściągając jeszcze paczkę znajomych. Jak tak dalej pójdzie to na następnym poprowadzę jakiś punkt programu.


Zabawa w zasadzie zaczęła się już w czwartek, bo do Poznania jechałam z przerwą na nocleg w Toruniu (ukłony dla Serenity i Turela, zwłaszcza, że łącznie zwaliło im się do lokalu pięć osób. Nie patrzcie tak na mnie, ja ze sobą przywiozłam tylko trzy - Lubego i dwie koleżanki), by stamtąd o barbarzyńskiej 6:31 i w powiększonym składzie wyruszyć prosto na Pyrkon (w sumie nawet bardzo prosto, bo teren targów fantastyki był naprzeciwko dworca, zaraz po drugiej stronie ulicy. Nie da się zgubić.). Trzygodzinna podróż upłynęła mi pod znakiem plecenia miliona warkoczyków (no dobra, niespełna trzydziestu), więc jeśli widzieliście w piątek blondynkę z takąż fryzurą, to zapewne byłam ja.

Po przyjeździe od razu pobiegliśmy się zaakredytować, postraszeni historiami o kilometrowych kolejkach. A tu szok - choć w ogonku spędziliśmy coś około pół godziny (znaczy, oddelegowany wysłannik spędził), to jest to niczym. A w sobotę kolejek już prawie wcale nie było, mimo że konwentowiczów ciągle przybywało. Brawa dla organizatorów!

Pyrstarter, czyli to, co się dostawało przy akredytacji. Była jeszcze solidna, papierowa torba na wszystko, ale wróciła ze mną w stanie mało fotogenicznym. A na środku - kontrowersyjna pyrkostka.
Jeszcze tylko zrzucić bagaż w hostelu (nie korzystaliśmy z hali noclegowej przewidzianej dla konwentowiczów. Za stara już na to jestem, a poza tym i tak była zatłoczona do granic możliwości), który był dość daleko, bo niestety przełom stycznia i lutego to termin zbyt późny żeby coś bliżej zarezerwować. Potem szybciutko na konwent, bo już za chwilę miała się zacząć prelekcja Krzysztofa Piskorskiego o trochę innej historii podboju kosmosu. Jak zwykle wykład cud, miód i orzeszki, choć Luby był chyba nieco znudzony, znając wcześniej jakieś 3/4 ciekawostek. Ale on akurat w tej tematyce wie prawie wszystko, to i nie dziwota. Trochę też zaszkodził prezentacji fakt, że odbywała się na otwartej scenie w dużej hali, w której w tym samym czasie trwały też inne atrakcje. To sprawiało, że słychać było dużo rzeczy, ale najmniej prelegenta. Plus, że dzięki znajomościom Serenity udało mi się zdobyć autograf od razu po prelekcji i tak oto mam już podpisany "Cienioryt" (kilka słów o nim w przyszłym tygodniu, mam nadzieję), o:


W ogóle z tegorocznym programem Pyrkonu był ten problem, że zawierał niewiele interesujących pozycji, a jeśli nawet, to większość z nich trwała jednocześnie albo w jakichś nieodpowiadających mi porach. Co sprawiło, że w piątek byłam tylko na dwóch, a w sobotę na czterech punktach (no dobrze, chciałam być jeszcze na spotkaniu autorskim Krzysztofa Piskorskiego, ale okazało się jednak być zbyt wcześnie). W niedzielę trzeba już było wracać.

Skoro już jesteśmy przy problemach, to pociągnę temat. Szkoda, że skrócony program imprezy zawierał mnóstwo błędów i braków. Szkoda też, że organizatorzy najwyraźniej nie przewidzieli aż takiego powodzenia imprezy. O ile w piątek było bardzo miło i nie brakowało przestrzeni ani miejsc na prelekcjach (przynajmniej tych wcześniejszych), o tyle w sobotę tłok był nieziemski dosłownie wszędzie (pominąwszy, o dziwo, toalety). Miejmy nadzieję, że organizatorzy, nauczeni doświadczeniem, w przyszłym roku przeznaczą konwentowiczom, wystawcom i prelegentom więcej przestrzeni.

Piątek w pawilonie handlowym - jeszcze da się normalnie poruszać. Później było już tylko gorzej.
A jak już przy przestrzeni jesteśmy, to powiedzmy o tej handlowej. Przyznam, że bardzo liczyłam na to, że tym razem uda mi się kupić kilka fajnych rzeczy, bo na zeszłorocznym Coperniconie byłam zbyt zaaferowana prelekcjami, żeby zrobić jakikolwiek zakup (choć nie bez znaczenia był też pewnie fakt, ze stoiska nie były skoncentrowane, a rozrzucone po budynkach). Więc kiedy tym razem w piątek weszłam do pawilonu handlowego, byłam zachwycona. Czego tam nie było! Kubki, przypinki, biżuteria, kości, gry, maskotki, zakładki... Rozczarowały mnie chyba tylko stoiska z książkami, ale i to tylko dlatego, że większość pożądanych pozycji już miałam. Choć od chwili powrotu do domu żałuje, że nie pogrzebałam głębiej w pudełku z przecenionym o 20% Światem Dysku (możne znalazłabym "Potworny regiment") i nie zdecydowałam się kupić "Kroków w nieznane 2010" i "451 stopni Farenheita" (zwłaszcza tego drugiego, choć oba były przecenione o 15 zł...). Z drugiej strony, Luby podarował mi pluszowego Charmandera i kupiłam wymarzony kubek od Kobiety Ślimaka, wiec ostatecznie wyszłam na plus. Od razu pochwalę się zakupami moimi:

Pyrzakupy nieksiązkowe moje. Za największy sukces uważam pluszowego pokemona i ślimakowy kubek z miałuczniczką (całość grafiki tutaj). nie wiem, z jakiego anime/mangi pochodzi dyndadełko z kotem, ale jego mina sprawia, ze się z nim utożsamiam każdego ranka od poniedziałku do piątku. Wisiorek z k12 jeszcze sobie przerobię - mam zamiar zawiesić go na plecionce z rzemienia. Tylko najpierw muszę kupić rzemień i go zapleść... Z przypinek najbardziej cieszą mnie te ze smokami - zwłaszcza, że tą z herbem Targaryernów dorwałam chyba ostatnią na konwencie. A Szczerbatek taki słodki, wow! Za to z kucykowej przypinki nie jestem zadowolona - ale bardzo chciałam jakąś mieć, a ta najmniej mi się nie podobała...Tylko Powergraphowa smycz jest wartością dodaną, wyniesioną ze spotkania z wydawnictwem. Za darmo dawali!
...i Lubego:

Po czym jest butelka i kapsle wie każdy, kto grywał w Fallouta (stoisko z colą zostało wyczyszczone chyba już w piątek, bo w sobotę nie było po nim śladu).;) Obok ślimakowy kubek z tej samej serii co mój, tylko z innym kotełem (grafika tutaj). I trzy przypinki, dwie serialowe i jedna gierczana.:)
A na koniec wspólne zakupy książkowe - za skromne, żeby prezentować je osobno:

"Wyposażenie osobiste" jest moje (Matko Wszystkich Regałów, jakie ta seria ma paskudne okładki...), zaś Luby, jako miłośnik space oper, nabył "Ziarna ziemi", a jako miłośnik historii alternatywnych "Roma Eterna".
Zakupy odhaczone, wracajmy do prelekcji. W piątek byłam już tylko u Serenity - mówiła o szpiegostwie w średniowieczu. Powodzenie tematu przeszło chyba oczekiwania nas wszystkich - ja z Lubym jeszcze wywalczyliśmy kawałek podłogi pod samą tablicą, ale Turelowi już się nie udało. Ogólnie salki naukowe były zdecydowanie zbyt małe jak na potrzeby prelekcji, zwłaszcza przy ponad 24 tysiącach konwentowiczów... Mimo obecności gżdacza salowego (który w krytycznej chwili się ulotnił) nie obyło się bez zakłóceń w postaci chłopaka wpadającego do sali (o ile da się mówić o wpadnięciu do sali, w której każdy centymetr podłogi jest pokryty ludźmi) i krzyczącego z wyrzutem, że prelekcja powinna się już skończyć (trwała akurat od 10 minut - delikwent chyba pomyślał, ze to jeszcze poprzednia. Albo pomylił sale). Serenity trochę się spłoszyła własną sławą, ale poradziła sobie świetnie - w czym zdecydowanie pomogły jej liczne pytania z sali. Bardzo ciekawa prelekcja, choć mam wrażenie, ze niektórzy słuchacze byli zawiedzeni faktem, że najbardziej pożądanym agentem średniowiecza nie był wyposażony w subergadżety i świetnie wyszkolony we wszystkich sztukach walki szpieg z Krainy Deszczowców, a zwykły, dziarski kupiec.

Sobotni dzień zaczęliśmy z Lubym od panelu dyskusyjnego poświęconego kolonizacji światów. Trochę się zawiedliśmy - dyskutanci poświęcili większość czasu na dowodzenie, że żadnej kolonizacji nie będzie, bo to się ekonomicznie nie opłaca. Niby prawda, ale to mało ciekawe i dość oczywiste, więc nad czym się tu rozwodzić? Sytuacje próbowali ratować Andrzej Zimniak i Marek Huberath, ale byli skutecznie blokowani przez coraz agresywniejsze w tonie wypowiedzi Jacka Inglota (który zdawał się mieć jakiś osobisty uraz do Huberatha. Może niektórym takie animozje uatrakcyjniają spektakl, ale na mnie działają wręcz odwrotnie).

Następnie poszliśmy na prezentację nowej serii polskiej fantastyki od Rebisu. Byłam bardzo ciekawa "Horyzontów Zdarzeń" i spotkanie z wydawcą i autorami pierwszych tomów tylko zaostrzyły mój apetyt. Seria zapowiada się jako jedyne mniej niszowe miejsce, gdzie polscy autorzy będą mogli publikować pozycje ambitniejsze i nieco trudniejsze (bo te czysto rozrywkowe wydają już Fabryka Słów i Uroboros), a że wydawca nie wyklucza publikowania ciekawych debiutantów, liczę może nie na narodziny jakiejś nowej gwiazdy, ale przynajmniej na wsparcie świeżej krwi. Poza tym Marcin Przybyłek świetnie mówił nie tylko o swojej powieści wydanej w ramach serii, ale też o innych ciekawych rzeczach. Rafał Dębski próbował dzielnie mu sekundować, ale chore gardło nie pozwoliło dotrzymać pola. Będę się przyglądać i trzymać kciuki za "Horyzonty..." (a "Światło cieni", powieść Rafała Dębskiego, można było na Pyrkonie przedpremierowo kupić).

Dalej poszliśmy na panel dyskusyjny o historii alternatywnej, ale poszedł w tak sztywno patriotyczno-zadętym kierunku, ze wyszliśmy przed końcem. Za to spotkanie z Powergraphem uważam za nader owocne - nie dość, ze zgarnęłam smycz, to jeszcze dowiedziałam się, że nowy Wegner będzie prawdopodobnie po wakacjach.^^ Fani Rafała Kosika i Wita Szostaka również nie narzekali na informacje. No i można było pomęczyć wyżej wymienionych o autografy.;)

A jeśli już przy autografach jesteśmy, to mam jeszcze jeden, od Anny Kańtoch (chciałam mieć jeszcze od Tada Williamsa, ale jak ostatni ciołek zapomniałam książki z hostelu:(). Tadam:



Dzień zakończył się dwuminutową ulewą, która akurat złapała nas w drodze po prowiant. Zanim dobiegliśmy do najbliższego budynku, byliśmy przemoknięci, a zanim zdążyliśmy się w nim otrząsnąć z wody, przestało padać. Niemniej, mimo mokrego zakończenia i małej ilości prelekcji, konwent uważam za udany - dużo ludzi to mnóstwo costplayu, na który namiętnie polowałam z aparatem. Poniżej garść trofeów:

Pani pidgeotto, której kostium urzekł mnie od pierwszego wejrzenia. Przebraniu towarzyszyły odpowiednie efekty wokalne.:)
Siły Imperium mierzą do Lubego. To chyba udowadnia, ze jest po jasnej stronie mocy.
Babska część paczki z naszym prywatnym strażnikiem Gondoru.;)
Luby w towarzystwie widma ze "Stargate Atlantis"
Parada Nyancata. Jedna z rzeczy (obok starwarsowych szturmowców spontanicznie salutujących siedmiolatkowi przebranemu za Vadera  i Nazgula zachwycającego się około rocznym niemowlakiem w wózku), która zdecydowanie zrobiła mi dzień.
Moreni, jej warkoczyki, szturmowcy i koleżanka Gosia, wykonawczyni warkoczyków i wielka fanka szturmowców.:)
Lego Kapitan Ameryka^^
W przyszłym roku też jedziemy.^^

środa, 26 marca 2014

Afryka mniej dzika - "Imperium Kości Słoniowej" Naomi Novik

Ostatnio pisałam, ze ciężko powiedzieć coś nowego o czwartym tomie cyklu, kiedy poziom pozostaje bardzo stabilny. Nie będę się więc rozwodzić nad warsztatem, bo jest jaki był, czyli bardzo dobry. Poświęćmy uwagę czemuś ciekawszemu – otóż pani Novik w tomie czwartym znowu wróciła do tego, co jej najlepiej wychodzi, czyli do opisu starcia kultur. Tym razem będzie jeszcze ciekawiej, bo nasi dzielni bohaterowie udają się do Afryki.

Anglia znajduje się na krawędzi katastrofy – przywleczona z Ameryki choroba dziesiątkuje smoki i tylko kwestią (krótkiego) czasu pozostaje, kiedy wróg się o tym dowie. Zdrowy Temeraire, który nie tylko sam powrócił, ale jeszcze ściągnął niespodziewane posiłki, jest teraz na wagę złota. A bezcenny się staje, gdy okazuje się, że w czasie podróży najwyraźniej przypadkowo odkrył lekarstwo na zarazę. Niestety, nikt nie wie, który ze składników jego diety miał tak zbawienne działanie. Nie pozostaje nic innego, jak wysłać poszukiwawczą wyprawę na południowe wybrzeże Afryki. Która okazuje się wcale nie być kontynentem tak zacofanym i bezbronnym, jak do tej pory zdawało się Europejczykom.

Jak wspomniałam na wstępie, Novik wraca do tego, co jej najlepiej wychodzi. Tym razem jest jeszcze ciekawiej, bo dochodzi element zaskoczenia. Kiedy Temeraire z Laurencem podróżowali do Chin, może i lekceważyli obcą kulturę, ale spodziewali się przynajmniej cywilizacji. Tymczasem interior afrykański powszechnie kojarzony z nieprzebytą dżunglą pełną dzikich zwierząt i jeszcze dzikszych tubylców okazuje się kolebką państwa nie tylko silnego, ale wręcz groźnego dla europejczyków.

O ile chińskie smoki były niebezpieczne, ponieważ posiadały lata doświadczenia w snuciu intryg, tym afrykańskim znacznie bliżej do młodego, porywczego Temraire’a. I znowu autorka podkreśla, jak ważne są warunki, w jakich jednostka się wychowuje dla jej ogólnej kondycji. Tak jak Chińczycy w wychowaniu stawiają na rozwój indywidualności smoków jako jednostek, tak Afrykanie wpajają gadom, że są ludźmi – kolejnym wcieleniem zmarłych przodków. Jest to posunięcie o krok dalej niż w Azji (a o całe kilometry w stosunku do Europy), smok bowiem nie tylko jest uważany za istotę rozumną, nie tylko towarzyszy władcy i sam za siebie odpowiada, ale może też niepodzielnie władzę sprawować (najczęściej co prawda, ze względu na porywczy charakter i często młody wiek, jest to władza czysto formalna). Cóż za pstryczek w dumny nochal Europy, która uważając się za tak postępową i cywilizowaną - w pewnych kwestiach pozostaje zatrważająco zaściankowa. To samo z resztą dotyczy ludzi – czarnoskórzy obywatele mają niewielkie szanse na karierę i o ile mężczyzna jeszcze może rozpocząć karierę duchownego i zdobyć ciepłą posadkę pastora, kobieta zostanie najwyżej służącą.

Ciekawe jest, ze Laurence dostrzega te dysproporcje i sprawiają mu one wyraźny dyskomfort – jednocześnie jednak jest zagubiony i niebardzo wie, co z tym fantem zrobić. Znowu poznajemy go jako dobrego człowieka, choć także dziecko swoich czasów. Napędza go poczucie, że wobec smoków brytyjskie władze postępują niehonorowo, a ponieważ dla mężczyzny najgorszym, co może go spotkać jest skaza na honorze, postanawia z tym walczyć, przynajmniej na miarę swoich ograniczonych możliwości.

„Imperium Kości Słoniowej” to wstęp do zmian – już w nim widać, jak bardzo różni się pozycja smoków od tej, którą zastał Temeraire. Dalej będzie jeszcze ciekawiej. Mam nadzieję, że do końca.

Tytuł: Imperium Kości Słoniowej
Autor: Naomi Novik
Tytuł oryginalny: Temeraire: Empire of Ivory
Tłumacz: Jan Pyka
Cykl: Temeraire
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2008
Stron: 436


Książka bierze udział w wyzwaniu Klucznik.

środa, 12 marca 2014

Wojenne losy czworonożnej arystokracji - "Czysta biała rasa" Frank Westerman

Wyobraźcie sobie, że wchodzicie na stronę zapowiedzi wydawniczych i widzicie książkę o tytule „Czysta biała rasa”. Do premiery jeszcze sporo czasu, więc nie ma ani okładki, ani opisu, ale wiecie, że wydawnictwo zajmuje się głównie reportażem, w tym także z II wojny światowej i tematami pokrewnymi. Co sobie pomyślicie? Cóż, ja byłam mocno zaskoczona, kiedy okazało się, że tytułowa rasa to nie blond aryjczycy, ale arystokratyczne konie – lipicany. Dla sprawiedliwości muszę jednak dodać, że i hitlerowskie Niemcy miały swój rozdział w historii tych zwierząt.

Podtytuł książki Franka Westermana brzmi „Cesarskie konie, genetyka i wielkie wojny” – idealnie opisuje zawartość. Znajdziemy tam bowiem krótki rys historyczny powstania rasy, jak i założenia Hiszpańskiej Dworskiej Szkoły Jazdy (która wcale nie leży w Hiszpanii), pojedziemy na wycieczkę do współczesnych stadnin, posłuchamy dość obszernego wykładu o Mendlu, Darwinie i Lamarcku a także propagandzie totalitaryzmów. Jednak najwięcej miejsca zajmuje historia wojennych tułaczek – bo lipicany uciekały przed wojną co najmniej czterokrotnie. Jak wysoko musiano je cenić, żeby zawsze znalazł się ktoś gotów zaryzykować życie dla bezpieczeństwa stada?

Autor twierdził, że poprzez badanie losów koni chce dowiedzieć się czegoś o naturze ludzi. Muszę przyznać, że udało mu się to przynajmniej w części. Westerman stawia pytania niedopowiedziane, a odpowiedzi, które uzyskuje, rodzą tylko jeszcze więcej wątpliwości. Bo cóż takiego jest w tych białych koniach (albo w ludziach), że armia amerykańska narażała swoich żołnierzy w akcji ewakuacyjnej stadniny lipicanów? Cóż jest w nich takiego, że wielu totalitarnych przywódców państwowych uważało je za dobro strategiczne? Być może chodzi o niezwykłe przymioty charakteru, może o dystyngowany wygląd (choć, jak pisał autor cytując jednego z rozmówców, każdy hodowca przyzna, że pod względem harmonii budowy lipicanowi daleko do ideału) a może po prostu o to, że biały ogier karnie wykonujący swój taniec był dobrem luksusowym, wyznacznikiem statusu? Cóż, na to pytanie czytelnik musi już odpowiedzieć sobie sam.

Westerman konstruuje swój obszerny reportaż tak, jak najbardziej to lubię – nie skupia się wyłącznie na „samej rzeczy”, ale często ucieka w dygresje. Dzięki temu czytelnik nie tylko może odpocząć od monotonii, ale i poszerza horyzonty. Po zastanowieniu można jednak dojść do wniosku, że dygresje wcale nie są dygresjami. Wątek poświęcony genetyce i różnemu do niej podejściu na początku dwudziestego wieku (eugeniczny zachód versus stawiający na kluczową rolę otoczenia wschód) ma ilustrować podejście do hodowli lipicanów w tym okresie, ale czy na pewno? A może to hodowla koni jest tylko pretekstem, ilustracją i próbą interpretacji trendu mającego znacznie większe znaczenie niż tylko w praktyce zootechnicznej. Może to wykład o dziejach genetyki mendlowskiej w Związku Radzieckim jest tu kluczowy, a jego wpływ na chów koni a tylko zobrazować sprawę?

Miłośnicy osobistych relacji również znajdą coś dla siebie. Mimo dość surowego stylu jest niezwykłe piękno i radość dziecięcych lat we fragmentach opisujących młodość autora spędzoną w sąsiedztwie szkółki jeździeckiej. Przypadkowo złożyło się tak, że w tej właśnie placówce przebywał jedyny podówczas w Holandii rozpłodowy ogier lipicana. Tym samym stylem opisana relacja syna nadzorcy stacji ogierów rozpłodowych z czasów Trzeciej Rzeszy również mogłaby być lekka i młodzieńcza, gdyby nie dotyczyła dość rozpaczliwej ucieczki przed armią Czerwoną. Styl Westermana, pozbawiony zbędnych ozdobników, ale lekki, konkretny i obrazowy idealnie nadaje się do destylacji faktów i emocji, choć czasem autor kładzie akcenty w sposób dość niepokojący. Ale nie wszystko, co dla mnie niepokojące, jest takie w rzeczywistości.

Komu poleciłabym „Czystą białą rasę”? oczywiście wszystkim miłośnikom dobrego reportażu i dobrej literatury faktu. Miłośnicy zwierząt również nie powinni być zawiedzeni, tak jak i ci, którzy lubią poczytać o historycznych zawirowaniach wojen. W zasadzie jestem skłonna stwierdzić, że jeśli ktoś nie dostaje wysypki na wspomnienie o niebeletrystyce, to z lektury „Czystej białej rasy” powinien być zadowolony. W końcu dobry reportaż czyta się jak powieść.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Czarne.

Tytuł: Czysta biała rasa. Cesarskie konie, genetyka i wielkie wojny
Autor: Frank Westerman

Tłumacz: Jadwiga Jędryas
Tytuł oryginalny: Dier, bovendier
Cykl: Reportaż
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2014
Stron: 292


Książka bierze udział w wyzwaniu Klucznik.

środa, 5 marca 2014

Horror, kryminał, fantasy i XIX wiek - "Badacz potworów" Rick Yancey

Przyznam się wam do mojego małego sekretu: nie umiem czytać horrorów. Ten gatunek tak bardzo na mnie nie działa, że często trzeba mi palcem pokazać, że czytam horror, bo sama nie zauważę. Przeróżne obrzydlistwa ani potwory ze strychu są mi niestraszne, jeśli tylko przedstawione za pomocą druku. Dlatego po ten gatunek sięgam niechętnie, bo albo się wynudzę, albo zniesmaczę, albo i jedno, i drugie. Ostatnio jednak literatura młodzieżowa zawędrowała nawet w rejony książek strasznych, porzucając krwawe slashery (że użyję terminologii filmowej) w których celowała za zamierzchłych czasów mej młodości, na rzecz pogranicza z mroczniejszym fantasy. Rick Yancey poszedł jeszcze krok dalej i postanowił do tej mieszanki dodać elementy rodem z seriali „CSI” i XIX wiek. O dziwo, wyszło mu bardzo dobrze.

Rick Yancey postanowił trochę pobawić się z czytelnikami – do tego stopnia, ze na stronie tytułowej powieści jako autor widnieje William James Henry. To rzekomo na podstawie jego zapisków, lekko tylko zredagowanych, powstała powieść, mająca być pierwszą częścią niezwykłej autobiografii. Niezwyklej, bo Will Henry miał być niezwykłym człowiekiem – asystentem badacza potworów. Była to już prawie rodzinna tradycja – jego ojciec również pracował na tym stanowisku, a osierocony, dwunastoletni William nie miał większego wyboru. „Badacz potworów” to relacja z jego pierwszej sprawy – wykrycia antropofagów w pobliżu New Jerusalem.

W jednym z wywiadów Rick Yancey wspominał, że wybrał antropofagi (gatunek w dużej mierze przez siebie stworzony, choć obficie czerpiący z mitów i przesądów powszechnie znanych), ponieważ popkultura zbytnio oswoiła znane potwory: wampir stał się pożądanym kochankiem, a wilkołak... w sumie też. On, Yancey, potrzebował prawdziwego monstrum, czegoś, co wzbudzi dreszcz i będzie mu można przypisać najbardziej krwiożercze instynkty – zebrał więc do kupy opowieści o ludziach bez głów i kanibalach i ulepił z nich własne straszydło.

Pozwólcie, że dam na chwilę ponieść się zboczeniu zawodowemu i przyjrzę się bliżej antropofagom. Autor bowiem postanowił pobawić się w podejście naukowe do potworów. Wiadomo, że jeśli głównym bohaterem ma być naukowiec, to i obiekt jego badań trzeba rzetelnie opisać. Dlatego Yancey postanowił pozbyć się otoczki mistycyzmu czy tajemniczości: Antropophagus w rzeczywistości „Badacza potworów” jest stworzeniem dość dobrze znanym i opisanym, ma jakąś tam swoją systematykę, istnieje sporo materiałów o jego biologii, anatomii i zwyczajach (dostępnych, oczywiście, tylko dla wybranych). To podejście bardzo mi przypadło do gustu – mamy bowiem do czynienia z czymś namacalnym, niemetafizycznym, ale jednocześnie siejącym grozę. Autor jeszcze bardziej odziera swoją grozę z wszelkiego mistycyzmu, wkładając w usta bohaterów wypowiedzi podkreślające, że nie mamy do czynienia z jakimiś potworami mordującymi dla przyjemności, tylko ze zwykłymi zwierzętami o dość paskudnych zwyczajach żywieniowych, więc nie ma sensu przypisywanie im nadnaturalnych cech. Podoba mi się to podejście, jednak ma pewna wadę: większość grozy w powieści oparta jest na epatowaniu obrzydliwością – takie młodzieżowe gore. I jakkolwiek bardzo zgrabnie autorowi wychodzi budowanie klimatu na tej podstawie, tak same sceny sprawiają, ze co wrażliwszym czytelnikom powieść może być nie w smak. Z drugiej strony, wrażliwe nastolatki raczej po horrory nie sięgają, więc to chyba nie jest szczególny problem.

Wspominam tu dość często o horrorze, ktoś mógłby odnieść wrażenie, ze „Badacz potworów” to jakaś szczególnie nastawiona na straszenie powieść. Cóż, nie powiedziałabym. Owszem, autor chce trochę czytelnika postraszyć, trochę zaszokować opisami obrzydliwości, ale horrorem nazwałam tę powieść głównie dlatego, że wydawca tak o niej mówił (oraz w kilku miejscach w internecie inne osoby również). Gdybym sama miała ją klasyfikować, powiedziałabym, ze to raczej thriller zmieszany z dark fantasy, oczywiście wszystko w konwencji młodzieżowej. Thriller, bo mamy i sekcję zwłok, i mroczną zagadkę, i wreszcie atmosferę wiecznego zagrożenia (choć nie przez bezwzględną korporację/służby rządowe/terrorystów, a przez niesamowicie niebezpieczne zwierzę) i konfrontację. W każdym razie straszenia dla samego straszenia jest najmniej.

Ale ja tu sobie o klimacie i stworkach, a nie napisałam o tym, co w książce wydało mi się najciekawsze: o bohaterach. Jeśli chodzi o Willa Henry'ego, mam z nim problem. Wydarzenia, o których pisze rozegrały się, kiedy miał dwanaście lat, natomiast opisane zostały dużo później. Widać, że autor trochę nie mógł się zdecydować, jak sprawić, żeby czytelnik jednocześnie współczuł zagubionemu chłopcu i zaufał autorytetowi mężczyzny (oczywiście, jeśli czytelnik nie wychodzi z założenia, że narrator pierwszoosobowy zawsze łże). Powstał więc patchwork: większość Willa jest w wieku dwunastu lat, ale miejscami wrzuca swoje trzy grosze ktoś zdecydowanie starszy i bardziej zgorzkniały, co nie służy opowiadanej historii. Trzeba jednak przyznać Yanceyowi, że w miejscach, gdzie jego bohater-narrator jest dzieckiem, stworzył bardzo wiarygodną sylwetkę zagubionego, samotnego chłopca i obraz jego relacji z niedostępnym przełożonym.

Właśnie tytułowy badacz potworów jest najciekawsza postacią książki. Pellinore Warthrop to osobnik bardzo zamknięty w sobie, mocno egoistyczny i z ewidentnymi zaburzeniami psychicznymi. Ma problemy z wyrażaniem emocji, nie dostrzega potrzeb innych, jego poziom empatii pełza gdzieś w okolicach podłogi i liczy się dla niego głównie praca. Potrafi też całkiem zgrabnie manipulować ludźmi. Przez sporą część powieści myślałam, że jest socjopatą, ale ostatecznie okazało się, że to trochę bardziej skomplikowane. Natomiast na pewno dałoby się Warthropowi przyporządkować jakąś chorobę psychiczną – najbardziej pasuje mi choroba afektywna dwubiegunowa, ale ja się nie znam, więc nie wiem, na ile to trafne przypuszczenie. Mimo tych wad i ewidentnie odpychającego charakteru, można mu jeżeli nie współczuć, to przynajmniej zrozumieć, dlaczego jest, jaki jest – zwłaszcza, ze potrafi pokazać bardzo ludzkie oblicze, a jako porównanie autor zaprezentował nam podręcznikowego psychopatę, więc przynajmniej wiemy, że mogło być gorzej.

Czy polecam? Owszem. Pomysł może nie jest zbyt oryginalny, ale bardzo solidnie wykonany. Bohaterowie starannie skonstruowani, a jeśli chodzi o styl, to wybaczcie, ale osobiście uważam, że technicznie Yancey pisze dużo lepiej niż taki na przykład Masterton (cóż, o tym ostatnim nie mam zbyt wysokiego mniemania – jak ktoś ma ochotę może zacząć się oburzać i mnie nienawidzić). Odradzam jedynie wrażliwym czytelnikom, ale tacy raczej i tak nie czytują horrorów, prawda?

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Jaguar.



Tytuł: Badacz potworów
Autor: Rick Yancey
Tłumacz: Stanisław Kroszczyński
Tytuł oryginalny: The Monstrumologist
Cykl: Monstrumolog
Wydawnictwo: Jaguar
Rok: 2014
Stron: 464

poniedziałek, 3 marca 2014

Stosik #53

Przez większość lutego wyglądało na to, że ten stos będzie jednoksiążkowy. Ale potem...


Na samej górze mamy prebook "Dziewczyny w mechanicznym kołnierzu" do recenzji od Inimilionu. Co prawda poprzednia część nie zachwycała, ale czułam pilną potrzebę poznania kontynuacji (może to mieć coś wspólnego z masochizmem czytelniczym).

Pod nią - "Czysta biała rasa" do recenzji od Czarnego. To wydawnictwo powoli zaczyna się wspinać do ścisłej trójki moich ulubionych. Akurat "Czysta biała rasa" opowiada o koniu lipicańskim i jest to naprawdę świetny reportaż (choć czemu nie ukazał się w serii Menżeria, tego nie pojmuję).Już ją kończę, recenzja powinna się pojawić niedługo.

W środku moja duma i chluba - trzy tomy "Kroków w nieznane". Byłyby cztery, ale na tom z 2010 roku już się nie załapałam. Od jakiegoś czasu planowałam skompletować sobie "Kroki...", ale czaiłam się raczej na te w miękkich oprawach, w druku na zamówienie - były o ok. 10 zł tańsze niż wydania w twardej oprawie. Aż tu nagle Solaris w swojej księgarni zrobił pięćdziesięcioprocentową obniżkę i to twarda oprawa stała się o 10 zł tańsza od miękkiej. Na co miałam czekać?;)

Na samym dole "Nic nie zdarza się przypadkiem" Terzaniego do recenzji od Świata Książki. Już kiedyś próbowałam czytać te reportaże w DKK, ale że książka obszerna, to nie wyrobiłam się na czas. Mimo wszystko styl pana T. przypadł mi do gustu, więc postanowiłam skorzystać z okazji.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...