środa, 8 maja 2013

Szaleństwo tworzenia i inne opowiadania - "Portret pani Charbuque. Asystentka pisarza fantasy" Jeffrey Ford

Jeffreya Forda znamy w Polsce głównie z trylogii zaczynającej się od „Fizjonomiki”. Poza tym jego opowiadania drukowano w różnych antologiach (np. „Kroki w nieznane”). Nie jest to może autor przesadnie płodny, ale napisał kilka książek nieznanych u nas. Wydawnictwo Mag w ramach serii „Uczta Wyobraźni” postanowiło przypomnieć o pisarzu, wydając w jednym tomie nagradzany zbiór opowiadań oraz powieść. I bardzo dobrze, że postanowiło, bo jest to ktoś, o kim warto pamiętać.

Przypominanie zacznijmy może od kilku ogólnych uwag do zbioru opowiadań (zanim przejdziemy do poszczególnych tekstów). Ci, którzy czytali „Fizjonomikę”, z pewnością odnajdą w nim charakterystyczny styl Forda, choć oczywiście w różnym natężeniu, zależnie od tekstu. Autor operuje językiem, tworząc surrealistyczne wizje z normalnych na pierwszy rzut oka elementów, przekształconych niczym w sennym majaku. Wkłada też sporo wysiłku, aby zatrzeć granicę między obiektywną rzeczywistością a subiektywnym postrzeganiem świata przez bohaterów – stąd czasem opowiadania chwieją się na granicy fantastyki, zaś wszystkim bardzo blisko do realizmu magicznego. Czasem są tak zagmatwane, że bez posłowia (które zdaje się być regułą w amerykańskich, autorskich zbiorach opowiadań) czytelnik nie ma możliwości domyślenia się, o co chodzi.

Ford często tematem swoich opowiadań czyni różne aspekty pisarstwa. „Asystentka pisarza fantasy” to historia dziwnych wydarzeń, które doprowadziły do rozkwitu talentu tytułowej asystentki. Trochę w tym magii, trochę pytań na temat związku autora z jego dziełem, a trochę tradycyjnej relacji mistrz-uczeń. Jest to jednocześnie najmniej „fordowy” tekst w zbiorze – takie klasyczne opowiadanie, bez oniryzmu i surrealizmu. Zupełnie inaczej rzecz ma się ze „Słodkim węzłem”, będącym przepuszczoną przez ten dziwaczny, senny filtr próbą rozliczenia się ze wszystkich kursów kreatywnego pisarstwa, które autor prowadził. Również do twórczości jako takiej odnosi się przewrotny „Jasny poranek” – przepełniona specyficznym humorem i zakończona zaskakującą woltą opowieść o związku pewnego pisarza fantastyki z Kafką.

Mamy też opowiadania badające granice wyobraźni. W nagradzanym „Stworzeniu” na przykład widzimy obraz świata postrzeganego przez małego chłopca wychowywanego w dość religijnej rodzinie (przynajmniej mającego wymagającą i staromodną katechetkę). Oglądamy, w jaki sposób dziecięca wyobraźnia nakłada na rzeczywistość prawdy znalezione w katechizmie i do końca nie wiemy, czy tytułowe stworzenie było prawdziwe, czy narodziło się tylko w umyśle dziecka. Podobnie w tekście „Coś nad morzem”, w którym sny małej dziewczynki przenikają się z opowieściami jej wujka, rzeczywistością i magią.

Ford lubi w swoich tekstach eksperymentować i właśnie takich eksperymentów jest w zbiorze najwięcej. „Kobieta, która liczy swoje oddechy” to wzorowany na psychoanalizach Freuda tekst o pewnej teściowej. Na tle innych opowiadań wypada dość blado, więc chyba można go nazwać nieudanym eksperymentem. „Pansolapia” jest jednym z tych utworów, których nie da się zrozumieć bez podpowiedzi autora – tutaj akurat mamy do czynienia z typową, conanopodobną historią barbarzyńcy, w której brak ciągu przyczynowo-skutkowego, a wszystko dzieje się jednocześnie. Przez to opowieść przypomina rozsypane puzzle, ale są czytelnicy, którym ich układanie może sprawić sporo frajdy. „Delikatny” był zaś wprawką przed pisaniem wyżej wspominanej trylogii – znajdziemy w nim wszystkie motywy, które później autor rozwinął w powieści, jak również charakterystyczny, niepokojący klimat.

Czasem Ford stawia na humor, a czasem na grozę (choć elementy zwłaszcza tej ostatniej da się wyczuć we wszystkich utworach). „W drodze do Nowego Egiptu” to mająca znamiona szalonego snu historia o tym, co się dzieje, kiedy zgodzisz się podrzucić gdzieś Jezusa Chrystusa. Dzieje się mianowicie wiele zabawnych, choć czasem strasznych rzeczy. „Podwieczorek z Juliuszem Verne’em” jest, na swój sposób zabawnym, wyimaginowanym wywiadem, jaki autor chętnie by przeprowadził z tym sławnym pisarzem (a przynajmniej z własnym wyobrażeniem tegoż pisarza). „Z głębi kanionu” zaś ma być horrorem, operującym zużytym już nieco motywem klątwy.

Zostały jeszcze teksty, które mają bardziej klasyczne fabuły. „Miasto Egzo-Szkieletów” i „Pływanie w Lindrethool” łączy klimat czarnobiałych filmów noir, choć ich fabuły (poza pobrzmiewająca tęsknotą za prawdziwym uczuciem) bardzo się różnią. Pierwsze pod tym względem przypomina typowe science fiction, oczywiście odpowiednio wykoślawione na fordowską modłę. Z jednej strony mamy obcą planetę, robakokształtnych kosmitów i kwestię interakcji, z drugiej zaś handel wymienny: stare filmy za robaczą kupę (będącą niesamowitym afrodyzjakiem; widzę w tym przytyk do ludzkości, która jest w stanie znacznie więcej płacić za zbytek wzmagający żądze, niż za artykuły mogące przysłużyć się nauce czy medycynie). A całość służy raczej napiętnowaniu hipokryzji i pokusy życia iluzjami. „Pływanie w Lindrethool” również zahacza o tematykę typową dla SF, ale czerpie z niej tylko rekwizyty. Oto mamy bowiem historię akwizytora sprzedającego komputery napędzane żywymi, ludzkimi mózgami. I znowu problematyka moralna takiego rozwiązania przesuwa się na dalszy plan, na pierwszym zaś pozostaje nieszczęście jednostki wykorzystywanej przez korporację i zdradzonej przez ludzi, którym ufała. Pozostając w klimatach fantastyki naukowej, mamy jeszcze „Daleką oazę” - na poły humorystyczną (humorem raczej wisielczym) opowieść o zabawie człowieka w boga ewolucji, oraz „Zombie Maltusiana”. Opowiadanie to korzenie fabularne ma w czasach zimnej wojny, a osią zdarzeń jest pewien sympatyczny staruszek z mrocznym sekretem. Autor trochę się tu bawi mitem doktora Frankensteina, by potem pointą skonfundować czytelnika. Kompletnie od poetyki science fiction odżegnuje się „Reparata”, która miesza motywy znane z baśni z typowym dla Forda onirycznym klimatem.

Jeśli ktoś była na tyle wytrwały, żeby przebrnąć przez wszystkie wywody dotyczące opowiadań, będzie miał teraz okazję poczytać o powieści. Przejdźmy więc może do „Portretu pani Charbuque”. Na początku fabuła może wydawać się prosta: oto bowiem Piambo, wzięty nowojorski malarz-portrecista, dostaje zlecenie od tajemniczej damy. Podobno ma być ono niezwykłe, a że dama płaci ekstra, artysta postanawia przynajmniej wypytać o szczegóły. Okazuje się, że pani Charbuque obmyśliła dla niego prawdziwe wyzwanie – ma namalować portret, nie patrząc na nią. Może tylko słuchać jej opowieści i ewentualnie zadawać pytania pomocnicze. Piambo jest tym podekscytowany, czuje, że to przełom w jego karierze. Już wkrótce ma się okazać, że nie tylko.

O stylu Forda nie będę już wspominać, bo zrobiłam to przy okazji opowiadań. Niemniej, w porównaniu z „Fizjonomiką”, „Portret…” jest powieścią zdecydowanie bardziej wyważoną, staranniejszą, obliczoną na spowijanie czytelnika opiumowymi oparami opisów, a nie szokowanie dziwnością wizji. Choć, trzeba autorowi przyznać, że i bez udziwnień opowieść pozostaje niepokojąca. W zasadzie jest to też powieść niefantastyczna – nawet przy ogromnej dozie dobrej woli nie można tam znaleźć niczego bardziej niecodziennego, niż to, co pojawia się w dowolny kryminale czy thrillerze (i oczywiście nie przechodzi badania brzytwą Lema). „Portretowi…” najbliżej chyba do kryminału noir, choć oczywiście nie spełnia wszystkich kryteriów.

Odejdźmy jednak od klasyfikacji i zajmijmy się na chwilę bohaterami. Na narratora opowieści pisarz wyznaczył Piambo, więc to z jego perspektywy (i w pierwszej osobie liczby pojedynczej) poznajemy fabułę. Wbrew pozorom, malarz nie jest najciekawszą postacią – czasem miałam wręcz wrażenie, że to najmniej interesująca postać. No bo z czym tu porównać portrecistę, który jak na artystę prowadzi całkiem stabilny styl życia? Z niezwykle tajemniczą zleceniodawczynią? Z jej niewidomym, ale podejrzanie sprawnym służącym? Z kolegą po fachu, opiumistą niepozbawionym obsesji? Z Samantą, aktorką i wieloletnia partnerką, która prawdziwie kocha, ale i charakteru, żeby zastawić pułapkę na niewiernego mężczyznę, jej nie brak? Sami przyznajcie – na tle tej barwnej galerii główny bohater wypada blado, zwłaszcza że jest jeszcze kilka niesamowitych postaci epizodycznych. Niemniej, trzeba przyznać, że Ford ma niezwykły talent do tworzenia postaci żywych, nieprzestylizowanych i naturalnych – to, oraz wyrazisty styl są zdecydowanie najmocniejszą stroną autora.

Wady? Cóż, chyba miejsce sztuki i procesu tworzenia w tym wszystkim. Osobiście, mając w pamięci tytuł i tekst z okładki, liczyłam, że w tej dziedzinie będzie więcej i bardziej obrazowo. Cieszy mnie, że Ford bardzo zgrabnie i niezwykle sugestywnie opisał obrazy, ale pozostał pewien niedosyt. Choć może po prostu miałam zbyt duże wymagania.

Jeśli ktoś po przeczytaniu tych wywodów (lub, co bardzie prawdopodobne, po ich szybkim przewinięciu, bo za długie) potrzebuje zachęty w krótkich, żołnierskich słowach, to proszę bardzo: warto przeczytać. Nawet bardzo. I nawet dla tych, którzy wolą kryminały od fantastyki – choć oni raczej powinni ominąć zbiór opowiadań. Polecam.
 
Recenzja dla portalu Insimilion.
 

Tytuł: Portret pani Charbuque. Asystentka pisarza fantasy
Autor: Jeffrey Ford
Tytuł oryginalny: The Portrait of Mrs. Charbuque. The Fantasy Writer's Assistant
Tłumacz: Robert Waliś
Wydawnictwo: MAG
Rok: 2013
Stron: 524

poniedziałek, 6 maja 2013

Stosik #43

Moje stosiki już od bardzo dawna zwykle są większe, niż bym chciała, a ten nie jest wyjątkiem.


Stosik po lewej jest w całości recenzyjny. Na samej górze widać "Jeźdźców w czasie" Alexa Scarrowa, czyli początek współpracy z Zieloną Sową. Reszta od portalu Insimilion. Konsekwentnie od góry mamy "Świat Czarownic w pułapce" Andre Norton - i muszę przyznać, że ten stary już cykl jest jedną z tych klasycznych ramotek, która mi się szczerze podoba, więc nie mogę się doczekać lektury. Z "Xanthem" Anthony'ego sprawy mają się inaczej - mam nadzieje, że "Przesmyk Centaura" zrehabilituje autora po irytującym "Zamku Roogna". A dwa tomy "Przedksiężycowych" Kańtoch to smakowitość, z której nie muszę się tłumaczyć.;)

Po prawej zbieranina głównie biblioteczna. Na samej górze dwa nabytki - wypadkowa tego, że miałam zbyt dużo czasu, a w pobliskim Carrefourze wystawili kosz z tanią książką. "Szklany dom" nabyłam głównie pod wpływem blogowych zachwytów i teraz mam wątpliwości, czy to aby na pewno książka dla mnie. Ale przekonam się, jak przeczytam, a w razie czego poszukam jej nowego domu. Zaś "Tańczący z lwami" to zakup kompletnie spontaniczny i już dawno przed lekturą tak bardzo nie cieszyłam się z książki kupionej kompletnie od czapy. Choć okładkę ma paskudną. Dalej mamy "Czerwoną różę, białą różę" z DKK. Reszta to szał biblioteczny: "Carpe jugulum", czyli Pratchett bo czemu nie i trzy książki wzięte w wyniku odkrycia, że w bibliotece mają tę serię - "180000 kilometrów przygody" Tony Halik, "Babcia w pustyni i w puszczy" Basia Meder i "Prowadził nas los" Kingi Choszcz, który właśnie czytam.:)

A dodatkowo postanowiłam przyłączyć się do akcji "30 dni z książką", bo już od dawna mnie kusiła, a przydałoby się mieć czym regularnie aktualizować bloga.;) Co prawda nie mam zamiaru trzymać się codziennego grafiku, tylko publikować notki tam, gdzie powinna być recenzja, ale chwilowo żadnej nie ma, ale spis wrzucam już teraz, o:

Dzień 1 - Twoja ulubiona książka
Dzień 2 - Książka, którą lubisz najmniej
Dzień 3 - Książka, która Cię kompletnie zaskoczyła
Dzień 4 - Książka, która przypomina Ci o domu
Dzień 5 - Książka non-fiction, której czytanie sprawiło Ci niekłamaną przyjemność
Dzień 6 - Książka, przy której płaczesz
Dzień 7 - Książka, przez którą trudno przebrnąć
Dzień 8 - Mało znana książka, która nie jest bestsellerem, a powinna nim być
Dzień 9 - Książka wielokrotnie przez Ciebie czytana
Dzień 10 - Pierwsza książka przeczytana przez Ciebie
Dzień 11 - Książka, dzięki której zaraziłeś się czytaniem
Dzień 12 - Książka, która tak wycieńczyła Cię emocjonalnie, że musiałeś przerwać jej czytanie lub odłożyć na jakiś czas
Dzień 13 - Najukochańsza książka z dzieciństwa
Dzień 14 - Książka, która powinna się znaleźć na obowiązkowej liście lektur w szkole średniej
Dzień 15 - Ulubiona książka traktująca o obcych kulturach
Dzień 16 - Ulubiona książka, którą sfilmowano
Dzień 17 - Książka, którą sfilmowano i zrobiono to źle
Dzień 18 - Twoja ukochana książka, której już nie można kupić
Dzień 19 - Książka, dzięki której zmieniłeś zdanie na jakiś temat
Dzień 20 - Książka, którą byś poleciła osobie o wąskich horyzontach myślowych
Dzień 21 - Książka, która przyniosła Ci wielką przyjemność, ale wstydzisz się przyznać, że ją czytałaś
Dzień 22 - Ulubiona seria wydawnicza
Dzień 23 - Ulubiony romans
Dzień 24 - Książka, która okazała się jednym wielkim oszustwem
Dzień 25 - Ulubiona autobiografia / biografa
Dzień 26 - Książka, którą chciałabyś przeczytać, a jeszcze nie jest napisana
Dzień 27 - Książka, którą byś napisał, gdybyś umiał
Dzień 28 - Książka, której przeczytania bardzo żałujesz
Dzień 29 - Autor, którego omijasz
Dzień 30 - Autor, którego wszystkie książki czytasz

sobota, 4 maja 2013

Jak to widzę?: zawieszenie akcji

Tym razem nie będzie nowego naboru - akcja, jak napisano w tytule, zostaje zawieszona do odwołania. Powody są dwa: pierwszy to mój notoryczny ostatnio barak czasu, który widać po coraz większej ilości zaległych postaci. Drugim jest brak zainteresowania samą akcją - skoro nikt nie zgłasza, nie miałabym czego rysować, nawet jeśli miałabym kiedy. Ale ponieważ ten mój pomysł bardzo lubię, kiedyś do niego wrócę, nawet jeśli nie będzie żadnych zgłoszeń.;) Tylko nie wiem, kiedy to nastąpi.


Aby jednak ci, którzy zostawili kandydatury pod ostatnim wpisem z serii nie poczuli się pokrzywdzeni, wszystkie zgłoszenia (czyli całe dwa;)) zostaną zrealizowane. Kiedyś. Przed reaktywacją w każdym razie. Dotyczy to również wszystkich zaległych postaci. Z nowego naboru będą to:

Khal Drogo z "Pieśni Lodu i Ognia" George'a R. R. Martina
Nocny Śpiewak z "Kronik Drugiego Kręgu" Ewy Białołęckiej

Zaległości:

Roland z Gilead z serii "Mroczna Wieża" Stephena Kinga
Smok Griaule z opowiadań Luciusa Sheparda
Woland z "Mistrza i Małgorzaty" Michaiła Bułhakowa
Alicja z cyklu o tym samym tytule Jacka Piekary

Cóż - do następnego razu!:)

niedziela, 28 kwietnia 2013

Jakieś takie zaćmione - "Dom Wschodzącego Słońca" Aleksandra Janusz

O „Domie Wschodzącego Słońca” dowiedziałam się jeszcze w czasach, gdy nie byłam usieciowiona. Z lokalnej gazety, która do tej pory drukuje w każdy piątek krótkie recenzje książek. Właśnie taki prasowy wycinek sprawił, że tytuł, a raczej okładka (do nich mam zdecydowanie lepszą pamięć niż do nazwisk) został zapamiętany. I kiedy pewnego dnia na dworcowym kramiku zobaczyłam egzemplarz za jedyne 7,50zł, nie mogłam go sobie odmówić. Choć trzeba przyznać, że na łaskę przeczytania musiał trochę poczekać. Czy było warto?

Eunice Wright to nastolatka zbuntowana w starym stylu. Wiecie – glany, bojówki, skórzana kurtka i olewanie szkoły. Ale dziewczę jest bystre i potrzebuje czasem rozrywki bardziej ambitnej od spożywania mózgotrzepa w towarzystwie kumpli, toteż zabawia się w internetowej grze „Silver Tower”. Nie wie, że łamigłówki, które się tam spotyka, mają za zadanie odsiać potencjalnych magów. A w jej rodzinnym Farewell jest ich już całkiem sporo, różnego wieku, pochodzenia i zainteresowań. Kiedyś było więcej, ale wiecie, wojny wymagają ofiar.

„Dom Wschodzącego Słońca”
to idealna powieść dla nastolatków – znajdziemy w niej wszystkie motywy tak często występujące w opowiadankach i fanficzkach gęsto zaludniających te obszary sieci, do których boję się zapuszczać sama. Należałoby zadać pytanie, czy autorka świadomie zebrała te wątki, ażeby trafić do upatrzonego targetu, czy też nieświadomie przelała na papier to, co jej od nastolęctwa w duszy grało, a czekało na uwolnienie aż poprawi się warsztat. Jeśli to pierwsze, to brawo, jeśli drugie, to niestety wątpię, czy dałoby się temat rozciągnąć w powieść (a szkoda, bo mogłaby być fajna) – akcji raczej nie wystarczy na więcej, niż cztery opowiadanka, które autorka zaserwowała w tym tomie, a i warsztat mógłby okazać się zbyt ubogi.

A cóż to za motywy? Zacznijmy od bohaterów, bo oni są najjaskrawszym przykładem. Po pierwsze nastoletnia, zbuntowana Eunice. Samej Eunice nie mam zamiaru się czepiać, bo pani Janusz napisała nam całkiem zgrabna dziewuszkę, która gracko wyprzedziła epokę young adult i nawet teraz mogłaby konkurować z hordami nastoletnich bohaterów. Gorzej z sytuacją domową dziewczyny, ale do tego wrócę, gdy będę pisać o niedociągnięciach i dziurach fabularnych. Co mamy jeszcze? Ano młodziutkiego, przystojnego w nieco androgyniczny sposób wokalistę zespołu rokowego, oczywiście odnoszącego sukcesy. Dalej jest jeszcze kaleki nerd-geiusz informatyczny (skojarzenia z Hawkingiem są bardzo natrętne), tajemniczy wiktoriański Półjapończyk – wirtuoz katany, wiecznie nieobecny legendarny mentor i, tu trochę mniej kanonicznie (choć też zależy, do jakiego kanonu się odnieść), zakonnica-uzdrowicielka. Aha, no i jeszcze pani sztywna prezes prawie-jak-Minerwa-McGonagall. A wszyscy z mrocznym sekretem w życiorysie (na ujawnianiu tychże sekretów oparto fabuły kolejnych opowiadań). Sztampowe? Ano bardzo sztampowe. Ale wykonane całkiem przyjemnie. Młodszy czytelnik znajdzie tam coś dla siebie, a starszy z niejakim wzrószeniam odbędzie nostalgiczną wycieczkę do czasów, kiedy sam wymyślał podobne fabułki z podobnymi bohaterami. Dodatkowo ta cała magiczna menażeria jest całkiem sympatyczna i przy odrobienie dobrej woli i braku nadmiernego czepialstwa, nie trudno ich polubić.

A co z kreacją świata przedstawionego? Cóż, tu już troszkę gorzej i będę się czepiać. Zacznę od miejsca akcji. Nie bardo rozumiem, dlaczego pani Janosz zdecydowała się na osadzenie swojej powieści w USA. Ani w fabule nie nawiązuje do historii/geografii/etnografii/architektury tego państwa, ani tamtejsze prawo nie jest fabule przyjaźniejsze (np. w tym sensie, że szesnastolatki mają już prawo jazdy i nie trzeba kombinować, jak je bez pomocy osób trzecich przetransportować z punktu A do punktu B), ani nawet mitologia nie jest amerykańska. Farewell mogłoby się znajdować w dowolnym kraju, a zważywszy na ilość importowanych fantastycznych stworów, znacznie bardziej pasowałaby Europa (albo chociaż kilka słów wyjaśnienia, skąd w USA istoty wywodzące się z mitów np. egipskich). Co do rozmiaru samego miasteczka, autorka nie bardzo mogła się zdecydować. W pierwszym opowiadaniu sprawia ono wrażenie małej mieściny, w której życie toczy się wokół lokalnego liceum, biblioteki i sklepów w centrum (za to daleko od strasznej dzielnicy zamieszkiwanej przez element), by potem nagle rozrosnąć się do sporego miasta, z własną uczelnią wyższą, ogromnym parkiem, byłymi dzielnicami fabrycznymi, wieżowcami i co tam jeszcze czytelnik sobie zamarzy (albo raczej – co będzie autorce potrzebne). Wypadałoby jednak zdecydować na początku, gdzie tak właściwie chce się umieścić akcję powieści i poinformować, zwłaszcza, że samo miasto jest opisane bardzo wybiórczo i sprawia wrażenie prostego, czarno-białego plany, który nabiera kolorów tylko na czas przejścia bohaterów. (Na koniec pozwolę sobie na całkowicie subiektywną dygresję – moim zdaniem tworzenie nieistniejących miejscowości ma sens tylko wtedy, kiedy potrzebujemy małego miasteczka/wsi. Dużo łatwiej zawiesić niewiarę, kiedy podsuwa nam się kilku – kilkunastotysięczne miasto, niż gdy każe się uwierzyć w istnienie kilkusettysięcznej metropolii. W tym drugim przypadku już lepiej przenieść się do jakiegoś Waszyngtonu czy Chicago i najwyżej dodać parę ulic.)

Kilka rzeczy zaproponowanych przez autorkę zdecydowanie gryzie się z amerykańską rzeczywistością. Po pierwsze, dowiadujemy się, że Eunice uczy się w… gimnazjum. Żeby było ciekawiej, jej szkoła nazywana jest raz gimnazjum, raz liceum. Pozostaje mi mieć nadzieję, że była to propozycja redakcji, mająca na celu przybliżenie realiów polskiemu czytelnikowi (tylko znowu nasuwa się pytanie, po co osadzać akcję w innym kraju, skoro usuwa się tamtejszy koloryt lokalny?), a nie ignorancja autorki. Podobnie zresztą zgrzyta mi fakt, że wagarującą nastolatką wychowywana przez samotną, bezrobotną matkę nie interesuje się opieka społeczna, a o tym, z czego właściwie w takim razie Eunice (które nie dorabia bynajmniej jako kelnerka czy kasjerka w lokalnym barze, ale czas wolny spędza na imprezowaniu ze znajomymi) i jej rodzicielka się utrzymują, dowiadujemy się dopiero w czwartym opowiadaniu. W ogóle wątek miejsca dziewczyny w systemie społecznym i jej relacje rodzinne zostały całkowicie skopane i mogłabym jeszcze długo narzekać, ale nie chcę spoilować. Przy tym gigantycznym babolu to, na co sobie ponarzekam za chwilę to pikuś, ale osobiście mocno mnie irytujący. Otóż w ostatnim opowiadaniu rolę głównego antagonisty otrzymał Smok z Ogrodu Hesperyd. I cały czas konsekwentnie nazywany jest Smokiem z Ogrodu Hesperyd, ani razu inaczej. Autorka najwyraźniej zapomniała, że ten potworek ma imię, całkiem ładne nawet i do znalezienia w sieci w ciągu 30 sekund – mianowicie Ladon. Niby drobna rzecz, ale wskazuje na niechlujny charakter całego utworu.

Na koniec pozostaje mi mały bilans plusów i minusów. Zaletami książki są niewątpliwie sympatyczni bohaterowie, przystępny język, oryginalny pomysł ogólny i niektóre drobniejsze, potencjał i wplatanie piosenek w fabułę (niektórzy strasznie sarkają na tego typu zabiegi, że to upadek ostateczny dodawać do książki „ścieżkę dźwiękową”, ale ja uważam, że w przypadku literatury czysto rozrywkowej to sympatyczny chwyt). Akcja toczy się wartko, więc „Dom Wschodzącego Słońca” idealnie nadaje się na lekturę wagonową. A wady? Rozłażący się świat przedstawiony, sztampowi bohaterowie, widoczny brak pomysłu na coś więcej, niż krótkie opowiadanie, zmienna psychologia postaci, niespójność. Sami musicie zdecydować, kiedy i czy w ogóle będziecie chcieli książkę przeczytać. Ja dodam tylko, że pani Janusz najwyraźniej planowała kolejne tomy. Ciekawa jestem jej kolejnych pomysłów, ale może to i dobrze, że nie powstały.

Tytuł: Dom Wschodzącego Słońca
Autor: Aleksandra Janusz
Wydawnictwo: Runa
Rok: 2006
Stron: 389


Książka przeczytana w ramach wyzwania "Od A do Z".

czwartek, 25 kwietnia 2013

Świat to za mało. Nawet ten "poza" - "Pozaświatowcy. Świat bez bohaterów" Brandon Mull

Brandon Mull znany jest polskim czytelnikom, zwłaszcza tym młodszym, z serii „Baśniobór”. Teraz wydawnictwo Mag postanowiło zaprezentować trylogię „Pozaświatowcy”, skierowaną głównie do nieco starszych odbiorców niż „Baśniobór”, czyli miłośników młodzieżowych powieści fantasy. Co więc autor ma nam do zaoferowania?
 
Jason jest zwyczajnym, bystrym trzynastolatkiem, no, może tylko wysokim jak na swój wiek. I całkiem nieźle gra w baseball. I kocha zwierzęta, więc co jakiś czas pomaga jako wolontariusz w lokalnym zoo. Do czasu, kiedy… połyka go hipopotam. Jak łatwo się domyśleć, Jason po tym zdarzeniu nie wylądował na stercie kompostu, tylko w magicznym świecie, Lyrianie. Po czym prawie natychmiast został wciągnięty w partyzancką wojnę z rządzącym krainą złym czarnoksiężnikiem. Na szczęście są osoby, które mu pomogą, w tym Rachel, dziewczyna tak jak on pochodząca ze świata Poza – czyli naszego.
 
„Świat bez bohaterów” to jedna z tych powieści, która obok niezaprzeczalnych zalet posiada też całkiem sporo wad. Największą jest z pewnością para głównych bohaterów. Przypuszczam, że autor chciał stworzyć kogoś, z kim będzie mogła utożsamiać się większość czytelników – nastoletni everymani, chłopak i dziewczyna, jakich można spotkać w każdej szkole, normalni po prostu. Z tym, że zabieg powiódł mu się aż za bardzo – Jason i Rachel, poza niewątpliwą szlachetnością, pozostają bezbarwni i pozbawieni charakterystycznych cech. Nie potrafią zainteresować czytelnika, a najnudniejszy fragment książki to ten, kiedy tylko we dwoje wędrują przez pustkowia. Trochę szkoda, bo autor miał pole do popisu już choćby przez to, że odrzucił rozsławiony przez Rowling schemat 2+1 (czyli dwóch chłopaków i dziewczyna) oraz pozostawił wątek miłosny jedynie jako odległą ewentualność. Jednak jest nadzieja – pod koniec powieści zaczynają klarować się charaktery i cechy tej dwójki, więc można liczyć na poprawę w tomie drugim.
 
Słabość głównych bohaterów jest tym dziwniejsza, że postacie dalszoplanowe wyszły Mullowi bardzo ciekawe. Zarówno zmieniający się towarzysze podróży, jak i przedstawiciele lokalnych ras mogą pochwalić się przykuwającą uwagę osobowością i ciekawym życiorysem. Nawet główny antagonista, mimo oczywistego podobieństwa do wszystkich Sauronów dowolnego świata i uciskania ludu dla samej radości ucisku, jest w pewnym stopniu nietypowy i zamiast bezwzględnie eksterminować swoich wrogów, pierwej stara się ich pozyskać lub zamknąć w złotej klatce.
 
Szkielet fabularny również nie pomaga. Autor postanowił wykorzystać standardowy motyw wyprawy. Wybór dobry, bo pomaga zaprezentować czytelnikowi wymyślony świat, poznać zwyczaje w nim panujące i pozwala wsiąknąć w opowieść. Niestety, pierwsza (i zdecydowanie większa) część wyprawy jest prostym przemieszczaniem się z punktu A do punktu B i odhaczaniem kolejnych zadań, a przez plus-minus sto stron bohaterowie zdają się przemierzać pustą, bezbarwną przestrzeń. Ponieważ autor pokazał, że potrafi wymyślać i opisywać bardzo ciekawe miejsca (kiedy już nasi ulubieńcy gdzieś się zatrzymywali, to i czytelnik miał na co popatrzeć), miałam wrażenie, że podczas ich podróży wyświetla mi się czasem plansza z napisem „Game loading, please wait”. Szkoda, bo przez to obraz świata wydawał się mocno niespójny i pokryty niezamierzonymi białymi plamami, a z tekstu można wywnioskować, że pisarz wymyślił interesujący neverland. Zdecydowanie za mało z niego pokazał.
 
Piszę tu głównie o mniejszych i większych wadach, ale to wcale nie jest tak, że „Świat bez bohaterów” to powieść nudna i nieciekawa. Autor z pewnością miał pomysł, może nieszczególnie oryginalny, ale dobrze rokujący i część wykonania też bardzo dobrze wyszła. Głównym problemem jest to, że Mull nie zaprezentował wystarczająco wielu detali stworzonego przez siebie świata, żeby od początku przykuć uwagę. W zasadzie naprawdę ciekawie zrobiło się dopiero po dwustu stronach, za to końcówka pozostawia czytelnika z silnym niedosytem i pytaniem „Ale co dalej, no co!?”. Także z nadzieją, że w drugim tomie będzie znacznie ciekawiej. I tu dochodzę do wniosku, że chyba nie jestem targetem. Mam wrażenie, że gdybym była w wieku wczesno nastoletnim, zaczytywałabym się tą książką. Dlatego polecam ją młodszym czytelnikom – będziecie zadowoleni. Natomiast ci starsi, nawet jeśli lubią literaturę young adult, mogą odczuć lekki niedosyt. Ale z ostatecznymi sądami najlepiej poczekać na drugą część.

Recenzja dla portalu Insimilion.
 
Tytuł: Świat bez bohaterów
Autor: Brandon Mull
Tłumacz: Małgorzata Strzelec
Tytuł oryginalny: Beyonders. A World Without Heroes
Cykl: Pozaświatowcy
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2013
Stron: 533
 
 
PS. Gdyby to kogoś zastanawiało, to owszem, żyję. Tylko wiecie, real się o mnie upomniał i jak już wracam do domu o tej 21.30, to niewiele mi się chce. Nic to, w końcu się dostosuję do nowego programu dnia i będę do Was zaglądać częściej.:)A na razie wygląda na to, że nowe notki na obu blogach będą się pojawiać raz w tygodniu, w porywach do dwóch, a i to kompulsywnie.

wtorek, 16 kwietnia 2013

Mój drugi blog - z rękodziełem:)

Długo nosiłam się z tym zamiarem, ale w końcu go zrealizowałam. Chciałabym Wam pokazać mojego drugiego bloga, na który będę wrzucać rękodzieło wszelakie, własnym sumptem wytworzone. Na razie zbyt wiele tam nie ma, ale dwa razy w tygodniu będzie pokazywać się coś nowego.:)


Zapraszam :)

piątek, 12 kwietnia 2013

Opowieść o pasji - "Żyjący z wilkami" Shaun Ellis, Penny Junior

Uwielbiam czytać o ludziach z pasją. Wiecie, takich, co to często nierozumiani przez otoczenie wiele poświęcają, żeby móc robić to, co kochają. Ten opis najczęściej pasuje do artystów i tak, o artystach lubię czytać. Ale nie tylko ludzie sztuki mają tendencję do poświęcania się całkowicie tematowi swoich poszukiwań. Zdarza się to ludziom zwykłym, którzy np. nagle odkrywają, że prowadzenie zoo to jest właśnie to, co chcą robić przez resztę życia, w związku z czym wydają wszystkie oszczędności aby rzeczone zoo nabyć i doprowadzić do świetności. Zdarza się też badaczom (co utwierdza mnie w przekonaniu, że nauka ma wiele wspólnego ze sztuką). I zdarza się zwykłym ludziom, którzy z różnych (najczęściej finansowych) powodów nie zostali dyplomowanymi badaczami, a powinni. Takim człowiekiem jest „Żyjący z wilkami” Shaun Ellis.

„Żyjący z wilkami” to powieść w zasadzie autobiograficzna, więc tworzenie akapitu z zarysem treści nie ma sensu. Wiadomo, że będzie o życiu Shauna Ellissa od dzieciństwa do chwili obecnej (czyli do chwili ukończenia książki), piórem Penny Junior napisane. Chciałabym się skupić na kilku innych rzeczach.

Pierwszą rzeczą, na której chciałabym się skupić, jest wspomniana we wstępie pasja. Wielkich pasjonatów (np. wziętych artystów, czy znanych naukowców, których praca wiąże się z długimi i wyczerpującymi badaniami terenowymi) często przedstawia się jako ludzi spełnionych, których wyrzeczenia w obliczu prawdziwego powołania nie mają znaczenia, a często i sami zainteresowani (przynajmniej zdaniem ludzi o nich piszących czy opowiadających) nie zdają sobie z nich sprawy. Ellis też na początku się tym nie przejmował – wilki pochłonęły go dogłębnie i sam fakt, że mógł z nimi pracować stanowił doskonałą rekompensatę wszelkich niedogodności. Ale nie trwało to długo – w końcowych rozdziałach widać, że autor-bohater jest świadomy tego, co musiał poświęcić (a chodzi głównie o rodzinne relacje) i teraz żałuje. Co ciekawsze, jest gotów włożyć wiele wysiłku w działania mające na celu poprawienie jego relacji z bliskimi, nawet jeśli będzie musiał mniej czasu spędzać z wilkami. Dla mnie to doskonała ilustracja faktu, że każde wielkie powołanie ma swoją cenę i w pewnym momencie możemy już więcej nie chcieć jej płacić. Dlatego warto się zastanowić, co w wypadku, gdy nie będzie możliwości odzyskania depozytu.

Rozważania egzystencjalne możemy już odsunąć na bok, przejdźmy do tego, co mnie naprawdę w „Żyjącym z wilkami” zachwyciło. Czyli do podejścia Ellisa do obcowania z przyrodą, ze szczególnym uwzględnieniem pewnego uspołecznionego gatunku psowatych. Niezwykle podobało mi się, jak autor pisał o wilkach, o tym, jak wniknął w strukturę watahy i jak podejmował interakcję z jej członkami, nie zaburzając naturalnego podziału ról w stadzie. Opisy były niezwykle sugestywne, jednocześnie nie pozbawione reporterskiej precyzji, zawierały w sobie coś magicznego. Jednak metody, które stosował, jakkolwiek (przynajmniej jak mówi opis) niesamowicie skuteczne, przywiodły mi na myśl przepychanki między „zaklinaczami” zwierząt (o ile się nie mylę, Ellis sam o sobie nigdy tak nie mówił, ale aż się prosi, żeby jakaś stacja telewizyjna czy wydawnictwo reklamowała go jako zaklinacza wilków) a badaczami ściśle naukowymi. Przepychanek nie rozumiem, bo jakkolwiek metodę naukową w badaniach zachowań zwierząt cenię, a mistyczna otoczka działań niektórych zaklinaczy mnie drażni, to głównym argumentem strony naukowej zdaje się być wykrzykiwanie hasła „To nie żadna magia, tylko umiejętne wykorzystywanie wiedzy o zwierzęcych metodach porozumiewania się!”. No przecież to chyba oczywiste, nie? Smaczku sprawie dodaje fakt, że metody propagowane przez Ellisa lata później zaczęły zdobywać poklask w środowiskach naukowych, oczywiście dopiero po tym, kiedy zaczęła je propagować osoba z dyplomem…

Hm, zdaje się, że miałam pisać o niesamowitej więzi człowieka z wilkiem przedstawionej w książce, a uciekłam w dygresję. Cóż, nie jestem pisarką, więc bogactwa oryginału nie oddam – niech każdy sobie sam przeczyta, a gwarantuję, że rozczarowania nie będzie. To oczywiście nie wszystko, bo w „Żyjącym z wilkami” mamy i piękny, choć nieprzesłodzony obraz angielskiej wsi z lat sześćdziesiątych, i relację z wyprawy do Polski (też byłam tam, gdzie autor, ha! Choć wilka nie widziałam ani jednego…), i piękne opisy hierarchii stada oraz zachowań wilków, i odrobinę niezwykłości. Ale jest to przede wszystkim historia ogromnej pasji, jaką były żołnierz darzy wilki. Piękna historia, choć często gorzka. 
 
Tytuł: Żyjący z wilkami
Autor: Shaun Ellis, Penny Junior
Tytuł oryginalny: The Man Who Lives with Wolves
Tłumacz: Dorota Kozińska
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok: 2011
Stron: 334

wtorek, 9 kwietnia 2013

Jak to widzę?: Ziemniak

Pewnie niektórzy myśleli, że to primaaprilisowy żart, ale nie: oto prawdziwy ziemniak służący do napędzania krokerów w "Długiej Ziemii" Terrego Pratchetta i Stephena Baxtera. Cóż, przyznam, że użekł mnie absurd tej propozycji.;) A ziemniak jaki jest, każdy widzi, więc nie mam już nic do powiedzenia.



Można zgłaszać własnych bohaterów o tutaj - klik!

niedziela, 7 kwietnia 2013

Początek - "Świat Czarownic" Andre Norton

Może mi nie uwierzycie, ale u zarania historii fantasy (zwłaszcza amerykańskiej) nie było tam sensownych kobiet. Wszelkie odmiany nagród dla wojownika, złośnic do poskromienia (czyli też w zasadzie nagród dla wojownika) czy złych czarodziejek/imperatorek do pokonania to owszem, jak najbardziej. Ale żeby kobieta miała jakieś rozsądne role do odegrania w skonstruowanym przez autora świecie? No nie, po co, pociotkom Conana w neverlandach jest dobrze, jak jest, na co jeszcze jakieś wredne baby wpychać? I w ogóle jak? Co one mogłyby sensownie robić, na litość? A potem przyszedł Andre Norton i pokazał, że coś jednak mogą. Jeszcze trochę później okazało się, że Andre tak naprawdę ma na imię Alice Mary.

Simon Tregarth ma kłopoty - ktoś podłożył mu świnię i teraz byli mocodawcy chcą go zlikwidować. Tak to bywa, kiedy człowiek zajmuje się szemranymi interesami. Na szczęście jest pewna osoba, która za „drobną” opłatą pomaga takim pechowcom jak Simon. Zapewnia drogę ucieczki co prawda tylko w jedną stronę, ale za to gwarantuje, że wrogowie klienta nie dostaną. I tak oto nasz nieszczęśnik trafia do świata równoległego, za jakim (wedle zapewnień) tęskniło jego serce. Tam nasz bohater najpierw pomaga pewnej nieznajomej, a później dowiaduje się, że kraj, do którego trafił, Estcarp, stanął właśnie w obliczu wojny.
 
W „Świecie czarownic” dostajemy historię, która sama w sobie obecnie nie wzbudza już aż takich emocji. W najnowszych powieściach fantasy wróg głównego bohatera wcale nie musi być wielkim złem – może po prostu chcieć podbić jego ziemie, bo potrzebuje więcej przestrzeni/ludzi/władzy. Nikogo też nie dziwi, że kobiety w tych opowieściach tkają własne, wcale nie pośledniej jakości wątki. Kiedy powstawały pierwsze powieści Andre Norton, zwłaszcza to drugie wcale nie było takie oczywiste.
 
Powieści Andre Norton przyczyniały się do wytyczenia (jeśli same nie wytyczały) nowej drogi w fantasy – drogi kobiet. Mając taką świadomość, w momencie rozpoczynania lektury spodziewałam się czegoś obrazoburczego nawet we współczesnym mniemaniu, w końcu jak już wytyczać nowe szlaki, to najlepiej dynamitem. Tymczasem przeżyłam szok – dynamitu brak, przynajmniej w obecnym rozumieniu. I współczesnej czytelniczce jakoś tak smutno się robi, że te 50 lat temu wystarczyło w jakimś wyimaginowanym państwie wprowadzić matriarchat (jako normalny system władzy, z wadami i zaletami, a nie przerysowane kuriozum), żeby zadziwić.
 
Kobiety w „Świecie czarownic” wcale nie wybijają się na pierwszy plan – tu króluje raczej opowieść wojenna. Autorka starała się nienachalnie pokazać społeczność, w której przedstawicielki płci pięknej istnieją poza kuchnią, sypialnią pana męża i pokojem dziecinnym. W Estcarpie czarownice (kobiety władające Mocą) zarządzają państwem i jako urzędniczki są w tej historii widoczne. Poza jedną jawnie zbuntowaną przeciw dosłownie pokazanemu męskiemu uciskowi Loyse, „sensowne kobiety” po prostu są i samym tym faktem udowadniają swoją przydatność fabularną. Teraz wydaje się oczywiste, że dobra powieść fantasy musi przynajmniej kilka bohaterek zawierać, ale widocznie nie zawsze tak było.
 
Wznowienie powieści przez Naszą Księgarnię wiązało się również z nowym tłumaczeniem. I jak nie mogę wskazać, któremu z przekładów bliżej do oryginału, tak z całą pewnością stwierdzam, że nowy, dokonany przez Ewę Witecką, jest znacznie bardziej przyjazny współczesnemu czytelnikowi. Poprzedni miejscami czyta się jak wyimki z baśni polskich czy innych legend i mitów, a zważywszy, że swoją prozę Norton kierowała raczej do przeciętnego zjadacza popkultury, uproszczenie formy powinno jej wyjść na dobre.
 
Cóż, jeśli ktoś doszukiwałby się w „Świecie czarownic” ambitnej fantastyki przez duże „A”, to srodze się zawiedzie, bo dostanie stosunkowo prostą opowieść. Za to fani spragnieni prześledzenia pewnych trendów, chcący zobaczyć, jak się pisało dawniej, powinni być zadowoleni. Pani Norton miała bowiem dar pisania dobrych historii i kreowania ciekawych bohaterów na niewielkiej ilości stron, tak więc jej powieści sprawdzają się nawet w kategorii zwykłej rozrywki. „Świat czarownic” warto znać, a ja czekam już na kolejny tom.

Recenzja dla portalu Insimilion.

Tytuł: Świat czarownic
Autor: Andre Norton
Tłumacz: Ewa Witecka
Tytuł oryginalny:
The Witch World
Cykl: Świat czarownic
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok: 2013
Stron: 332

piątek, 5 kwietnia 2013

Stosik #41

Nie jeden stosik, a dwa tym razem, bo marzec okazał się wyjątkowo bogaty wbrew staraniom. Nie przedłużając więc, do rzeczy:


Stos pierwszy, czyli nabytki własne i książki pożyczone (od góry):
"Eryk" Terry'ego Pratchetta i "Gniazdo światów" Huberatha zostały przywleczone z bibliotek. Dwóch różnych. Ostatnio staram się ograniczać korzystanie z tych przybytków, bo i tak mnogość książek na półkach czeka.
"O przekładzie na przykładzie" i "Tłumacząc się z tłumaczenia" Tabakowskiej pożyczyła mi JoannazKociewia. Mam ochote popoznawać pracę tłumacza od kuchni.;)
Pozostałe książki to wynik mojej wizyty w Taniej Książce (przeklęta instytucja...). Co do "Rapsodii Miasta Półksiążyca" i "Muzyki światła" Goonan, to nie jestem pewna, czy przypadną mi do gustu, ale zamierzam dać im szansę (bo "Rapsodia..." od dłuższego czasu mnie prześladuje). Zakup "Non stop" Aldissa to zasługa Immory i jej recenzji, więc jakby co, to wiem, do kogo się zgłosić. A co do książki Simaka, to urzekły mnie zajawki na okładce (bardziej ta do "Rezerwatu goblinów", ale "Stacja tranzytowa" też wygląda ciekawie).



Stosik recenzyjny (od góry):
"Strażnik podłego miasta" Daniel Polansky - do recenzji od Bukowego Lasu.
"Córka wiedźmy" Brackston i "Ciemnorodni" Sinclair - od Bellony.
Reszta od Insimilionu. "Michaela Vey'a" właśnie czytam i, jak to z książkami fabrycznymi, bardzo szybko mi idzie. "Pozaświaowców" już przeczytałam, recenzję napisałam i jest w redakcji. A "Jonathan Strange i pan Norrel" to perełka stosika i nie mogę się doczekać lektury. Trochę żałuję, że kwiecień szykuje mi się mocno wyjazdowy, bo książka pani Clarke nie nadaje się niestety do torebki...

A kurier właśnie przyniósł nową Kańtoch.:) Na fotkę już nie zdążyła się załapać, będę się nią chwalić za miesiąc.;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...