Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ursula K. Le Guin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ursula K. Le Guin. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 lipca 2020

"Kotolotki" Ursula K. Le Guin


Kiedy Prószyński wydawał serię wszystkich dzieł zebranych Le Guin, tak naprawdę jedno pominął. Dziecięce opowiadania o kotolotkach mianowicie, bowiem ta jedna z najbardziej uznanych autorek fantastycznych napisała też coś dla dzieci (tak, to typowa literatura dziecięca, nie żadne young adult). I w sumie brak tego utworu w serii nie był ze strony wydawcy taką złą decyzją, w końcu książki dla dzieci wymagają nieco innej oprawy niż te kierowane do dorosłych kolekcjonerów. Nie pasowałyby do kolekcji.

niedziela, 12 maja 2013

Wśród obcych czy wśród swoich? - "Miasto złudzeń" Ursula K. Le Guin

Uwaga, recenzja zawiera drobne spoilery.

Twórczość Ursuli K. Le Guin nieodmiennie mnie fascynuje – zwłaszcza ta wcześniejsza, pełna nieposkromionego romantyzmu (bynajmniej nie w znaczeniu tandetnych związków miłosnych), ciekawie przedstawionych klasycznych motywów sci-fi i zwięzłego, choć niepozbawionego baśniowej magii stylu. Tym razem zabrałam się za trzecią (i w pierwotnych zamierzeniach ostatnią) część cyklu „Ekumena”, bo czekała na odrobinę uwagi nieprzyzwoicie długo. Oczywiście nie zawiodłam się.

Obejmująca kiedyś tysiące planet Liga Wszystkich Światów rozpadła się za sprawą najeźdźców już ponad tysiąc lat temu. Ziemia znajduje się pod okupacją – choć jest to okupacja osobliwa, bo Shinga nie zabijają. W takim razie czy aby na pewno są okupantami? Może tylko pilnują dziedzictwa pozostawionego przez Ligę przed zakusami jej byłych, krwiożerczych członków? Falk, który nie pamięta niczego sprzed przygarnięcia go przez Dom Zove (co miało miejsce kilka lat temu) będzie musiał na to pytanie odpowiedzieć. Jak również na pytania bardziej fundamentalne: skąd przybył? Po co? I najważniejsze: kim właściwie jest? Odpowiedzi może znaleźć jedynie w Es Toch, zwanym Miastem Kłamstwa. Czy jednak Shinga zechcą powiedzieć mu prawdę?

W poprzednich tomach pani Le Guin poruszała głównie problem kontaktu z obcym (w „Świecie Rocannona”) i procesu, w wyniku którego obcy przestaje być obcy (w „Planecie wygnania”). Tym razem zadaje pytanie: co się stanie, gdy sami dla siebie staniemy się obcy? Jak bardzo Falk sprzed utraty pamięci jest Falkiem obecnym? I czy odzyskanie tamtej osobowości jest warte utraty obecnej? Trudno znaleźć dobre wyjście z sytuacji, w której nieuchronnie umiera któreś z nas. Tym bardziej, że jeśli któreś umrze, to drugie może sprowadzić zagładę na miliony niewinnych istot. I to zupełnie nieświadomie. Zwłaszcza, gdy nie wiemy, czy ci, którzy nas otaczają to przyjaciele czy wrogowie.

W tym miejscu wspomnę, że choć pani Le Guin nigdy nie miała problemów z konstruowaniem postaci ciekawych, to Falk/Rammaren wyszedł jej wręcz wspaniale. Po mistrzowsku ukazała z jednej strony poczucie obowiązku i (w mniejszym stopniu) ciekawość, którymi kierował się Falk w swojej wędrówce ku paszczy lwa oraz jego poczucie zdrady, osamotnienie, przerażenie i nieufność, z drugiej zaś gorączkowe rozterki Rammarena, który na początku przeczuwa, a potem już wie, że jest okłamywany, ale nie potrafi znaleźć wyjścia z sytuacji. Niemniej, obie osobowości głównego bohatera (łowca, rolnik i wędrowiec Falk oraz uczony i mąż stanu Rammaren) potrafią dojść do porozumienia.

Powieści Le Guin, zwłaszcza te wcześniejsze, to historie jednego bohatera i w tym przypadku nie jest inaczej. To bynajmniej nie wada, po prostu należy liczyć się z tym, że bohaterowie drugoplanowi i poboczni będą bliżsi mitycznym archetypom (mądrego starca, dobrego ojca, zdradzieckiej nieznajomej), niż pełnokrwistym postaciom, do jakich przyzwyczaiła nas najnowsza fantastyka. Dzięki temu cała historia nabiera wyrazistości, jak estradowy artysta oświetlony silnym, punktowym reflektorem.

Ale to nie wszystko, bo autorka postanowiła też pobawić się problematyką kłamstwa i manipulacji. W dobie internetu gdy istnienie w wynikach wyszukiwania Google to być albo nie być wielu inicjatyw, siła informacji jest dla nas oczywista. Łatwo więc sobie wyobrazić podbój bez przelewu krwi – wystarczy odpowiednie manipulowanie danymi. A jeśli wróg posiada przełomowe umiejętności w tym zakresie, o których istnieniu nie wiemy? Cóż, wtedy przegrana jest tylko kwestią czasu, i to krótkiego. W tym świetle „Miasto złudzeń” przywodzi na myśl cyberpunkowe lęki przed monopolizacją, manipulacją i brakiem kontroli w przepływie i handlu danymi – a trudno mi wyobrazić sobie powieść, której do cyberpunkowego sztafażu byłoby dalej. To chyba świadczy o wielkości powieści, bo im bardziej się ją czyta, im intensywniej myśli, tym więcej znaczeń odsłania.

Cóż, mogłabym jeszcze długo analizować, ale chcę uniknąć spoilerów (dość ich już tu, choć niewielkie są) oraz stworzenia kolejnego post z cyklu tl;dr. Najlepiej Le Guin odkrywać samemu. Kto wie, co każdy z nas mógłby w tych powieściach wyczytać? Ja na pewno nie mam zamiaru Wam tego mówić – sprawdźcie sami.
 
 Tytuł: Miasto złudzeń
Autor: Ursula K. Le Guin
Tytuł oryginalny: City of Illusions
Tłumacz: Jacek Kozerski
Cykl: Ekumena (Hain)
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 1995
Stron: 192
 
Książka przeczytana w ramach wyzwania "Eksplorując nieznane".

czwartek, 6 września 2012

Kierunki znane i nieznane - "Wszystkie strony świata" Ursula K. LeGuin

O tym, że prozę Le Guin lubię, pisałam tu już kilkukrotnie. Ostatnio z tym swoim lubieniem bardzo się ożywiłam i miesiąc bez jakiejś książki tej autorki wydaje mi się niepełny. Tym razem czytałam „Wszystkie strony świata”. To mój pierwszy kontakt z krótką formą tej pisarki, „Wszystkie strony świata” są bowiem zbiorem siedemnastu opowiadań z dość wczesnego okresu twórczości (pochodzą z lat sześćdziesiątych i wczesnych siedemdziesiątych), mimo to znalazło się już kilka tekstów nagradzanych najbardziej prestiżowymi nagrodami. Czy zasłużenie?


Zanim odpowiem na to pytanie, dodam, że każde z opowiadań autorka opatrzyła krótkim wstępem dotyczącym okoliczności jego powstania. Bardzo lubię takie smaczki, które częściowo wyjaśniają, co autor miał na myśli, innym razem wyjawiają nam trochę jego osobistych poglądów, a jeszcze kiedy indziej zdradzają inspiracje. A do tego pani Le Guin robi to ze swoistym wdziękiem.

„Naszyjnik Semley” został wykorzystany jako wstęp do „Świata Rocannona” i kilka słów o nim znajdziecie w recenzji tej właśnie książki. Nie jest to jedyny tekst związany z cyklem „Hain”. Kolejnym jest „Królowa Zimy”, związane z „Lewą ręką ciemności”. Mówi on w pewnym sensie o dylematach władzy – zarówno tej królewskiej, jak i tej, którą każdy z nas sprawuje nad samym sobą. Co nam pozostaje, gdy wiemy, że ktoś manipuluje naszym umysłem, ale nie wiemy, w jakim stopniu? I kiedy wiemy, że będzie to miało wpływ na życie milionów? I czy gdy już postanowimy usunąć się w cień, mamy prawo powrócić?

„Dzień przed rewolucją” również związany jest z „Hainem” i odnosi się do „Wydziedziczonych” (został też nagrodzony Nebulą). Stara kobieta ma w nim okazję obserwować pierwsze owoce rewolucji, o jaką przez lata walczyła. Niestety, nie potrafi się nimi cieszyć. Autorka zadaje pytanie o cenę, jaką warto zapłacić za urzeczywistnienie własnych ideałów. Ukazuje też, że rozpoczęte przed laty dzieło w pewnym momencie zaczyna sobie radzić samo – co z jednej strony jest ulgą dla autora, a z drugiej wywołuje poczucie bycia zbędnym.

„Szerzej niż imperia i wolniej” też związane jest z „Hainem”, ale już nie z jakimś konkretnym tomem. Fabuła mówi o poszukiwaniach inteligentnego życia poza haińskimi koloniami, ale tak naprawdę tematem tego opowiadania są emocje, które autorka najwyraźniej uważa za uniwersalne dla wszystkich istot rozumnych. Opowiadanie można odbierać na wielu poziomach. Poza tym, że jest to po prostu piękna, urzekająca historia, mówi jeszcze o obcości, o przekleństwie obcowania z cudzymi emocjami, o przekleństwie niemożliwości porozumienia się nie tylko z obcymi, ale także ze współbadaczami. Jedno z opowiadań, które najbardziej mi się w tym zbiorze podobało.

Jeśli już jesteśmy przy cyklach, to może przejdźmy do dwóch opowiadań wczesnoziemiomorskich. Jak autorka wspomina, kiedy je pisała, sama jeszcze dobrze nie znała Ziemiomorza, stąd pewne odstępstwa od cyklu, zaś czytelnik może śledzić pewne zmiany, jakie zachodziły w koncepcji świata. „Magiczne słowo” zawiera pewne motywy użyte później w „Najdalszym brzegu” i poza nimi trudno mi się doszukać tu czegokolwiek poza wątkiem ucieczki maga, pełnej przemian w baśniowym stylu. „Prawo imion” jest już bliższe tej koncepcji Ziemiomorza, którą znamy z cyklu. Jest ciekawym, nieco baśniowym i nieco humorystycznym opowiadaniem z pointą, która byłaby zaskakująca, gdyby autorka nie zdradziła jej we wstępie.

Czas na opowiadania z niczym niezwiązane. „Kwiecień w Paryżu” jest tekstem trochę nostalgicznym, w którym średniowieczny alchemik przyzywa do swojego paryskiego pokoiku ludzi z różnych czasów. Doprowadza do nieco smutnych wniosków, że niekiedy bratnią dusze możemy znaleźć tylko w czasie, który już dawno minął, ale jest pełne swoistego uroku.

„Mistrzowie” są opowiadaniem, gdzie autorka zajmuje się natura nauki jako takiej. Ciekawym pomysłem było stworzenie świat, w którym parowe technologie funkcjonują mimo tego, że matematyka jest zakazana (w ogóle wiele aspektów nauki jest ukazanych bardzo przewrotnie). Również z aspektami nauki (ale tym razem bardziej z ich ludzką częścią) wiążą się „Gwiazdy pod ziemią”. Dla mnie osobiście jest to literacki dowód na to, że pasja człowieka może przetrwać nawet jego samego, nawet jeśli nikt o tym nie wie i nawet, jeśli ujawnia się w zupełnie zaskakującej dziedzinie. Samo opowiadanie jest jednak raczej smutne.

„Dziewięć śmierci” jest z kolei opowiadaniem sci-fi w klasycznym tego słowa znaczeniu. Jego głównym tematem jest klonowanie, ale pokazane w zaskakująco odmienny od znanego mi dotąd sposób. Podoba mi się nacisk, jaki autorka kładzie na psychologiczne aspekty naukowego zagadnienia, o którym pisze. Poza tym tekst w świetny, choć wyolbrzymiony sposób pokazuje wady ściśle wyspecjalizowanych i szkolonych do samowystarczalnej pracy zespołów.

„Pole widzenia” to opowiadanie znacząco różniące się od innych tekstów w zbiorze zarówno klimatem, jaki pointą. Jest dość niepokojące i ja widzę w nim groźbę dobrowolnego zaniknięcia indywidualizmu w obliczu jakiejś jedynie słusznej prawdy.

Pozostałe teksty jakoś do mnie nie trafiły. „Skrzynka ciemności” mimo przesłania, jakie w niej znalazłam, raczej odstraszała surrealistyczną fabułą. „Udana wycieczka” ze swoim motywem oczyszczającej i niemożliwej podróży jest dla mnie bezbarwna. Przesłanie „Rzeczy” nawet do mnie nie dotarło, nie mówiąc już o trafianiu. W psychomicie „Wycieczki do głowy” jest zbyt dużo „psycho”, żeby dobrze to czytać. Zaś „Kierunek drogi”, mimo oryginalnego skądinąd pomysłu opisania szosy z perspektywy drzewa, jest kompletnie nie dla mnie – nie podzielam manii autorki odnośnie drzew (nie ujmując im).

Opowiadania pani Le Guin nie wgniatają w fotel. Do tego bowiem potrzebny jest tekst bazujący na emocjach, w którym właśnie one grają pierwsze skrzypce. Tutaj emocje oczywiście są obecne, bo bez nich, moim skromnym zdaniem, żaden dobry, nienaukowy tekst nie może powstać, ale nie grają pierwszych skrzypiec. Opowiadania mają przede wszystkim skłonić do refleksji, do zastanowienia nad pewnymi podstawowymi, zdawałoby się kwestiami. I to zadanie spełniają świetnie.

Tytuł: Wszystkie strony świata
Autor: Ursula K. Le Guin
Tytuł oryginalny: The Winds Twelve Quarters
Tłumacz: Lech Jęczmyk, Zofia Uhrynowska-Hanasz
Wydawnictwo: Prószyński i s-ks
Rok: 1995
Stron: 340

niedziela, 15 lipca 2012

Nadchodzi zima i bez skojarzeń proszę! - "Planeta wygnania" Ursula K. Le Guin

Sponsorem niniejszej recenzji jest Oisaj, który wystąpił w roli pożyczkodawcy. Dziękuję!:)

 Ursula K. Le Guin wcale się nie kryje z tym, że jest romantyczką. Najbardziej ten, naiwny jeszcze, romantyzm był widoczny w „Świecie Rocannona”, pierwszej powieści autorki. Jak sama stwierdziła, później starała się go wyrażać subtelniej. Cóż, nie dałabym głowy za to, że w „Planecie Wygnania” romantyzm jest subtelniejszy – sądzę nawet, że wręcz przeciwnie. Ale co jest złego w tym, że w prozie opartej na emocjach pojawia się romantyzm?

Jakob Agat jest członkiem rady sprawującej rządy w jednej z dawnych ziemskich kolonii. Kolonia ta została założona 600 standardowych lat temu i przez samych mieszkańców jest uważana za zapomnianą. Niemniej, potomkowie dawnych kolonistów ciągle przewyższają umiejętnościami rdzennych mieszkańców planety, którzy są na etapie koczowniczego trybu życia i traktują przybyszów jako czarowników i obcych. Niesnaski trzeba będzie jednak odłożyć na później, bo właśnie nadciągają dwaj najwięksi wrogowie: północne plemiona Gallów, silniejsze niż kiedykolwiek i trwająca 5000 dni zima. Czy Agatowi uda się skłonić obie rasy do współpracy? I jak na to wpłynie jego związek z miejscową kobietą?

Zarys akcji raczej nie przedstawia niczego wyjątkowego: ot, jeden ze standardowych tematów fantastyki, okraszony trudną miłością. I jest to prawda. Cała oryginalność i czar tej króciutkiej powieści zawarty jest w sposobie opowiadania. Teraz już nikt nie ma odwagi czy umiejętności zamykania czegoś, co nadaje się na epicką sagę, w stu pięćdziesięciu stronach.

Ursula K. Le Guin nie skupiała się na meandrach polityki, opisach potyczek czy barwnym odmalowywaniu kłótni. Jej celem było pokazanie czegoś innego, a nawet wielu innych rzeczy. Od banalnego, zdawałoby się, stwierdzenia, że miłość jest cenna, po udowodnienie, że różnice najczęściej są tak wielkie, jak powszechne przekonanie o nich. A także to, że wystarczy zmiana przekonań, aby je zatrzeć. Problem polega na tym, że to nigdy nie jest łatwe.

Jeszcze chwilkę poświęcę historii miłosnej. Jest to chyba najbardziej autentyczna, odarta z lukru i swoistej mitologii, relacja z miłości od pierwszego wejrzenia. Brak tu lukrowanych scen, brak powłóczystych spojrzeń, jest tylko swoisty smutek związku dwójki ludzi, którzy się pokochali, ale nie mieli czasu się poznać. Którzy tęsknią i drżą o życie kogoś, kogo pierwszy raz zobaczyli dwa tygodnie wcześniej. A wszystkie ich uczucia są takie prawdziwe, że nawet największemu malkontentowi o zamrożonym sercu szyderczy uśmiech zamiera na wargach.

Cóż mogę powiedzieć? Klimat zarówno tej, jak i innych książek Le Guin jest niepowtarzalny i odurzający. Może niezbyt pasuje do leniwych dni spędzonych na zgiełkliwej plaży, ale jeśli w wakacje znajdziecie jakieś zaciszne miejsce, zabierzcie tam ze sobą „Planetę Wygnania”„Świata Rocannona” nie musicie wcześniej znać.

Tytuł: Planeta Wygnania
Autor: Ursula K. Le Guin
Tytuł oryginalny: Planet of Exile
Tłumacz: Juliusz P. Szeniawski
Cykl: Ekumena (Hain)
Wydawnictwo: Amber
Rok: 1990
Stron: 142

czwartek, 29 marca 2012

„Mam czasami uczucie… (…) że natknąłem się na strzęp legendy"[25] - "Świat Rocannona" Ursula K. Le Guin

O takich książkach, jak „Świat Rocannona” Andrzej Sapkowski pisał, że to science fiction o poetyce fantasy. Bo mamy tu obcą planetę, statki kosmiczne, lasery i podróże z prędkością nadświetlną czy świetlną, mamy Ligę. A jednocześnie mamy człowieka, który musi podjąć niebezpieczną wyprawę, aby ocalić obcy sobie świat. A poza tym możemy popatrzeć, jak tworzą się mity.

Jak odróżnić legendę od prawdy na tych światach oddalonych o tyle lat? – na bezimiennych planetach, (…) gdzie powracający badacz stwierdza, że jego własne czyny sprzed kilku lat stały się gestem boga.”[5]

Był sobie mały, bezimienny świat. Potem odkryła go Liga Wszystkich Światów, nadała robocze miano Fomalhaut II i zaczęła zbierać podatki na wojnę, która dopiero miała nadejść. (Nie, skojarzenia z „Avatarem” nie są właściwe.) Liga w czasie odkrywania nie była zbyt dokładna, wszak podobnych światów było wiele a podatki same się nie zbiorą, toteż nawiązała kontakt z dwiema rozumnymi rasami, z których jedną postanowiła wesprzeć w rozwoju. To jest opowieść o tej drugiej rasie.

Z tej drugiej rasy, ciemnoskórych i złotowłosych Angyarów, pochodziła piękna Semley, która postanowiła przebyć noc, aby odzyskać swoje dziedzictwo. To także nie jest jej historia.

„Mam czasami uczucie… (…) że natknąłem się na strzęp legendy albo tragicznego mitu, którego nie rozumiem…”[25]

Gaveral Rocannon, etnograf Ligi, również się natknął. Zafascynowało go to tak bardzo, że postanowił wymusić na organizacji zaprzestanie wszelkich działań, poza misjami badawczymi. Następnie sam wziął w takiej udział. Misja zakończyła się tragicznie, a sam Rocannon musiał ratować ten mały, obcy świat przed czymś, co pochodziło z jego uniwersum, wypełnionego statkami kosmicznymi i rebeliami. A jak ta misja ratunkowa mogła wyglądać w oczach rdzennych mieszkańców, których cywilizacja była na poziomie epoki brązu?

Semley na wiatrogonie. Na żywo wygląda lepiej...
Pani Le Guin znowu czaruje słowem. Tka gobelin opowieści z wielu delikatnych nici, często całe historie tworząc z niedomówień. Jednocześnie jej powieść jest kwintesencją prostoty, dowodem na to, że epicką wyprawę można bez uszczerbku opisać na ledwie ponad stu stronach, że minimalizm to coś, co świetnie współgra z konwencją fantastyczną. Za to cenię tę pisarkę – kilkoma słowami potrafi mnie całkowicie uwieść.

Jednocześnie jest to opowieść o nazwach i mitach. O tym, do czego są nam potrzebne nazwy i miana, i czy przypadkiem nie od nich zaczynają się podziały. O tym, jak z rzeczy błahych tworzy się mit i legenda, jak coś przypadkowego (czy aby na pewno?) można dopasować do przepowiedni i wreszcie jak (i czy w ogóle) można oddzielić opowieść od suchych faktów. A przede wszystkim: czy jest to konieczne?

„Świat Rocannona” to kolejna niezwykła opowieść. Klimatem łudząco podobna do „Ziemiomorza”, tematyką mniej, a już zupełnie różna w realiach. Mimo że to fantastyka naukowa, pełno w niej swoistej magii, ale nie tej którą władają czarodzieje. To magia języka, pochodząca tylko od tych jego władców, którzy potrafią nadać właściwe imię każdej rzeczy. Pani Le Guin niewątpliwie jest jedną z nich. Przekonajcie się sami.

Tytuł: Świat Rocannona
Autor: Ursula K. Le Guin
Tytuł oryginalny: Rocannon’s world
Tłumacz: Danuta Górska, Lech Jęczmyk
Cykl: Ekumena (Hain)
Wydawnictwo: Amber
Rok: 1990
Stron: 142

PS. Znajdzie się jakaś dobra dusza, która pożyczy drugi tom "Ekumeny", czyli "Planetę wygnania"? 
PPS. Czy ktoś wie, jak w oryginale nazywały się wiatrogony?

czwartek, 19 stycznia 2012

Koniec wędrówki po Archipelagu - "Inny wiatr" Ursula K. Le Guin

Książki Ursuli K. Le Guin zawsze czyta mi się trochę jak przypowieści, a trochę jak baśnie. Zwłaszcza, że krainy, które w nich tworzy są już niemal tak kanoniczne, jak legendarna kraina „za siedmioma górami, za siedmioma lasami”. I mimo że Ziemiomorze tak bardzo się różni od równie znanego Śródziemia, to darzę obie krainy tą samą, ogromną sympatią. I smutno mi teraz, bo poznałam już wszystkie historie z tego zakątka wyobraźni, jakie mogła mi przekazać pisarka. Opuszczam Ziemiomorze, odlatując na „Innym wietrze”. Ale przedtem trochę wam o nim opowiem.

Wiejski czarownik Olcha od czasu śmierci żony miewa straszne sny. Ukochana wzywa go z krainy umarłych i prosi, aby ją wypuścił. Za każdym razem towarzyszy jej coraz więcej duchów. Zrozpaczony Olcha, tęskniąc za żoną, a jednocześnie bojąc się zasnąć, wyrusza na Roke, po radę uczonych magów. Ci odsyłają go do Geda Krogulca, byłego Arcymaga, a ten z kolei – do króla na wyspę Havnor. Na Havnorze przebywają żona i córka Geda, które wezwano tam, aby prosić o radę w sprawie smoków atakujących zachodnie rubieże Archipelagu. Szybko okazuje się, że zarówno dręczony koszmarami czarownik, jak i niespokojne zachowanie smoków są zwiastunami wielkich zmian. Ale jaką przyjdzie w nich rolę odegrają bohaterowie opowieści? I jakie zmiany ich czekają?

Pani Le Guin pisze wspaniale. Jej słowa, niczym wyrażenia w Mowie Tworzenia sprawiają, że wszystko, o czym napisze staje się rzeczywistością. Wyspy i morza Archipelagu, królewskie pałace na Havnorze i chatka Geda na Goncie, wielkie smoki i małe, puchate kocięta, wszystko to staje się namacalne i żywe, gdy tylko określi je słowo pisarki. Tekst staje się obrazem, a czytelnik ogląda go z rosnącą fascynacją.

Proza pani Le Guin pełna jest symboliki. Wiele już o tym powstało prac naukowych, wiele tęgich głów te symbole analizowało, więc dam sobie z nimi spokój, bo się na tym nie znam. Wiem tylko, że pisarka wplotła je w taki sposób, że wielość znaczeń jest instynktownie wyczuwana przez czytelnika. Oczywiście, można czytać „Inny wiatr” li i jedynie jako opis przygód króla i jego osobliwych towarzyszy. Ale na pierwszy rzut oka widać, że w tej opowieści chodzi o coś więcej. A najfajniejsze jest to, że każdy czytelnik może odkryć swoje własne „coś więcej”.

Dla niektórych może się wydać ciekawy fakt, że pisarka wprowadza w „Innym wietrze” klimaty feministyczne. Kobiety również posiadają moc, mimo, że mężczyźni woleliby, aby tak nie było. Jest to moc inna niż magów z Roke, moc budząca niepokój. To kobiety negocjują ze smokami, to miłość do kobiety (między innymi) inicjuje wielką zmianę. I wreszcie to kobiety odnajdują swoje skrzydła i odlatują na zachód (ukłon w stronę Tolkiena?), aby ze smokami latać na innym wietrze. Krótko mówiąc, kobiety są ważne, ważniejsze nawet od kształconych mędrców, bo nie potrzebują wykształcenia, aby rozwiązywać problemy świata – wystarczy im serce.

O Ziemiomorzu napisano już chyba wszystko, gdyby ktoś dobrze poszukał, mógłby dotrzeć nawet do wyżej wymienionych tekstów z dziedziny literaturoznawstwa. Ale ja już nic więcej nie powiem. Bo czymże można skomentować doskonałość?

Tytuł: Inny wiatr
Autor: Ursula K. Le Guin
Tytuł oryginalny: The Other Wind
Tłumacz: Paulina Braiter
Cykl: Ziemiomorze
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2003
Stron: 184
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...