Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maja Lidia Kossakowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maja Lidia Kossakowska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 lutego 2013

Słabe żarna - "Żarna niebios" Maja Lidia Kossakowska

Recenzję sponsoruje Serenity, która pożyczyła mi książkę. Dziękuję!:)


„Żarna niebios” to poszerzona o dwa teksty wersja debiutanckiego zbiorku Mai Lidii Kossakowskiej pt. „Obrońcy królestwa” (chyba nikogo nie zaskoczę faktem, że wydawca nie raczył czytelników poinformować o tym drobnym szczególe?). Jest też dobitnym dowodem na to, że starzeję się jako czytelniczka fantastyki. 

Zbiorek zawiera 10 opowiadań: wszystkie te, które można było przeczytać w „Obrońcach Królestwa”, a dodatkowo jeszcze teksty „Żarna niebios” i „Gringo”. I niestety, trudno w nim znaleźć opowiadanie lepsze niż przeciętne.

Na pierwszy ogień idzie „Światło w tunelu”, krótka historia chirurga plastycznego, który po wypadku samochodowym zostaje porwany przez dwóch zdesperowanych aniołów. Historia planowana jako lekka, zabawna i zaskakująca, w istocie okazuje się cienka jak zadek węża. Bohaterowie zamiast bawić, irytują głupotą, fabuła jest przewidywalna, a i o języku trudno powiedzieć coś poza tym, że jest poprawny (co mnie w sumie nie zaskakuje, ale trochę szkoda). 

„Dopuszczalne straty”, jeśli oceniać je w kategorii opowiadań, są cienkie już nawet nie jak zadek węża, ale jak żebro bakterii. Dla kogoś, kto nie czytał jeszcze „Siewcy Wiatru” mogą nieść pewne zaskakujące nowości, ale pozostałych czytelników nawet nie zadowolą. Zwłaszcza, że fabuły czy dobrej pointy nie ma co tam szukać. Tekst sprawdza się jedynie jako uzupełnienie fabuły „Siewcy…” i jestem zaskoczona, że nie pojawił się jako prolog powieści. Generalnie jednak przyczyna irytacji jest w tym przypadku dość osobista: zaczęli mnie denerwować potężni archaniołowie przekomarzający się jak rozszczebiotane licealistki i zwracający się do siebie per Gabrysiu czy Luciu, co przy (mającej miejsce ładnych parę lat temu) lekturze „Siewcy…” jakoś mi nie przeszkadzało. Pozostaje mieć nadzieję, że autorka w późniejszych tekstach ograniczyła tę manierę, gdyż w innych opowiadaniach zbioru jej natężenie jest mniejsze.

„Sól na pastwiskach niebieskich” jest powodem, dla którego po tak słabym początku nie porzuciłam zbioru. Historia anioła zakochanego w śmiertelniczce nie jest może ani szczególnie oryginalna, ani zaskakująca, ale fajnie czasem poczytać prosty tekst przemawiający do emocji i po babsku się powzruszać.

„Zobaczyć czerwień” jest z kolei dowodem na to, że Kossakowska potrafi tworzyć całkiem dobre postaci kobiece – tyle tylko, że z założenia patologiczne, bo inaczej wychodzą jej miękkie mameje (a jeśli nawet nie, to autorka prędzej czy później zafunduje im lobotomię – tak, nie mogę wybaczyć tego, co zrobiła z Hiją w „Zbieraczu Burz”). Dane jest nam bowiem poznać Lilith, Matkę Demonów,  egotyczną nimfomankę i generalnie wredną sukę, po czym obserwujemy jej konflikt z Asmodeuszem. Fabularnie raczej nic porywającego, ale i nie tragicznie złe.

W ocenie „Kosza na śmieci” niemal na pewno jestem nieobiektywna, gdyż mam słabość do historii o artystach. A tutaj mamy komiksiarza Adama, który po spotkaniu pod kioskiem faceta z tatuażem na twarzy i bliznami na rękach dostaje obsesji stworzenia komiksu z takim bohaterem. To tekst, jakiego spodziewałabym się raczej po Ćwieku, zważywszy na pomysł z komiksem, ale język jest już stuprocentowo kossakowski. I mimo iż zakończenie rozczarowuje, lektura była przyjemna.

„Smuga krwi” to z kolei całkiem przyjemna historia o głębiańskim najemniku i dziewczynie. Główny bohater budzi sympatię i chyba polubiłam go najbardziej z całego zbioru, ale z opowiadaniem mam mały problem - mianowicie nie bardzo wiem, co autorka miała na myśli. Wychodzi na to, że przesłanie brzmi „niektórzy są małymi, wrednymi kreaturami i zawsze będą oceniać innych swoją miarą”, ale to byłoby tak łopatologiczne, że aż szkoda na nie takiej fajnej historyjki.

„Żarna niebios” to kolejny tekst, który uważam za słaby. Po pierwsze irytuje mnie Beryl – bohaterka, która w nietypowych okolicznościach dołącza do dwóch aniołów, a potem w zasadzie znika, stając się jakimś tam tłem. Po co tyle zachodu z wprowadzaniem bezużytecznej postaci, ja się pytam? Po drugie fabuła, oparta na wykryciu spisku przeciw anielsko-diabelskiej koalicji jest tak drętwa, że aż zęby bolą. A i sam pomysł jakiś mdło poprowadzony – mam wrażenie, że można było wycisnąć z niego więcej.

„Wieża zapałek” dla odmiany znowu jest tekstem przyzwoitym. Poznajemy w niej młodego anioła stróża, któremu jako zastępcę przydzielają komandosa na rencie. Zamysł zdaje się był taki, żeby ukazać budowanie prawdziwej, męskiej przyjaźni i proces upadku purytańskich ideałów niedoświadczonego anioła oraz to, jak biedak sobie z tym radzi. Opowiadanie wszystkie te postulaty realizuje i to w nawet fajny sposób, ale relacje bohaterów wydają się zbyt płytkie. A szkoda.

„Gringo” jest opowiadaniem nastawionym na rozbawienie czytelnika. W rzeczy samej, historia demona-wygnańca, który z nudów postanowił pomóc małemu karierowiczowi wdrapać się na szczyt, ale przedobrzył, niczemu innemu służyć nie może. Czyta się ją całkiem przyjemnie i z uśmiechem plączącym się na wargach, a potem równie łatwo zapomina.

„Beznogi tancerz” został wykorzystany jako prolog do „Siewcy Wiatru” i jest chyba opowiadaniem z najlepszą pointą w całym zbiorze. A sednem fabuły jest wytłumaczenie, skąd się wziął Abbadon.

Cóż, zbiorem jestem raczej zawiedziona – już od dawna rozrywkowe fabułki mnie nie zadowalają. Przyznam, że gdybym teraz rozpoczynała od „Żaren niebios” znajomość z Kossakowską, raczej nic więcej tej autorki bym nie przeczytała. Na szczęście są inne, lepsze książki pani K.

Tytuł: Żarna niebios
Autor: Maja Ldia Kossakowska
Wydawnictwo: Fabryka słów
Rok: 2008
Stron: 509

piątek, 13 stycznia 2012

Obcy w sosie własnym raz! - "Grillbar Galaktyka" Maja Lidia Kossakowska

Maja Lidia Kossakowska jest znana jako „pani Maja od aniołów”, czemu trudno się dziwić, zważywszy na popularność cyklu o Daimonie Freyu. Nie da się jednak ukryć, że temat nieco się już opatrzył nie tylko fanom, ale i autorce (co wnioskuję z ledwie przeciętnego poziomu „Zbieracza Burz”), więc najwyższy czas poeksploatować inne pomysły. Furda mistycyzm, angelologia i mitologie – pani Kossakowska postanowiła napisać space operę. Taką z obcymi, dalekimi koloniami i statkami kosmicznymi – i tak powstał „Grillbar Galaktyka”. Sami rozumiecie, że nie mogłam obojętnie minąć takiego dziwa.

Hermoso Madrid Iven to szef kuchni i współwłaściciel „Płaczącej komety”. Może być z siebie dumny, gdyż pod jego opiekuńczymi skrzydłami restauracja zdobyła aż dwie komety w galaktycznym przewodniku kulinarnym. Hermoso spędza więc czas, realizując się zawodowo, a przy okazji poświęcając się swojej pasji – oczywiście gotowaniu. Niestety, nic nie jest tak proste i sielskie, jak się wydaje. Nad jego głową zawisa widmo kontrolera z Ministerstwa Zdrowego Odżywiania. Nie, żeby w kuchni coś nie grało, problem w tym, że w całej Unii Międzygalaktycznej od dawna działa coraz silniejsze lobby na rzecz zastąpienia wszelkich produktów żywnościowych obrzydliwą zieloną papką wytwarzaną przez Śluzowców. Restauratorzy pierwsi idą do odstrzału. Szybko się okazuje, że twardogłowy urzędas to najmniejszy problem kucharza – Iven zostaje bowiem oskarżony o otrucie pewnego wpływowego gangstera…

Muszę przyznać, że realizacja tego kosmicznego pomysłu wypadła rewelacyjnie. Autorka popisała się wyobraźnią, wymyślając najprzeróżniejsze, czasem śmieszne, czasem straszne rasy. Wszystkie są różne, a różnice te widać nie tylko w wyglądzie, ale też w takich drobiazgach, jak choćby maniera nadawania imion. I tak imiona Jaszczurów zawsze łączą się z zarabianiem pieniędzy, Robali przypominają chrząknięcia itd. Nawet potrawy podawane w restauracjach są… specyficzne. Opisy są przeważnie krótkie, ale treściwe, akcja gna na złamanie karku, a czytelnik robi się coraz bardziej głodny… wrażeń.

Jeśli ktoś spodziewa się poważnej science fiction, opisującej problemy współczesnego (lub futurystycznego) społeczeństwa, to ich tu nie znajdzie. Nie o to w tej książce chodzi. „Grillbar Galaktyka”, to wciągająca powieść przygodowo-humorystyczna – ani mniej, ani więcej. Z resztą, już wybór profesji głównego bohatera zdaje się być pewną wskazówką, że autorka zamierza cały czas puszczać do czytelnika oko. I robi to, bo humor, jakim naszprycowana jest książka, składa się głównie z aluzji do popkultury. Część z nich jest tylko smaczkiem – ot, czyjeś imię lub nazwa instytucji jest podobna do znanego nam imienia lub nazwy instytucji (ale i tak dopasowywanie fikcyjnych imion do rzeczywistych postaci jest kopalnią frajdy). Niektóre są jednak tak zbudowanie, że nie można się nie śmiać, z radosnym tarzaniem po materacu/dywanie włącznie.

Słów kilka o wydaniu. Okładka na pierwszy rzut oka może budzić wstręt, ale gdy już rzucone oko wyjdzie z szoku, dostrzeże, że to jeden wielki żart. Całkiem udany, dodam, chociaż zapewne nie do wszystkich trafi. Papier dobrano tak, żeby nawet szerokie otwarcie na samym środku nie uszkodziło grzbietu, czcionka jest czytelna i odpowiednio duża, zaś ilustracje całkiem fajne, co nie zawsze daje się powiedzieć o fabrycznych wyrobach. Krótko mówiąc, forma dobrej jakości.

Książkę mogę polecić każdemu, nawet tym czytelnikom, którzy (jak niżej podpisana) za spece operami nie przepadają –  mogą czytać „Grillbar Galaktyka” jako powieść li tylko humorystyczną. Zapewniam, że nawet najodporniejszym pocieknie ślinka, kiedy z bliska poczują zapach tego kosmicznego dania. Smacznego!

Recenzja dla portalu Insimilion.





Tytuł: Grillbar Galaktyka
Autor: Maja Lidia Kossakowska
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2011
Stron: 511

wtorek, 25 października 2011

I po co to było dzielić? - "Zbiercz Burz" tom 2 Maja Lidia Kossakowska

Książkę pożyczyła mi Erin. Dziękuję!

Gdy ktoś pyta o anioły w polskiej fantastyce, to na myśl od razu przychodzi jedno nazwisko: Kossakowska. Bardzo lubiłam te jej anioły, potężne, ale jednocześnie po ludzku słabe i kruche wobec wieczności. W „Siewcy Wiatru” mieliśmy okazję poznać arystokratów Nieba, Świetlistych, tych, których Pan szczególnie ukochał i pobłogosławił im. W „Zbieraczu Burz” nacisk kładziony jest na anioły dnia codziennego, pospolite Ptactwo Niebieskie – co jest najwyraźniej widoczne w drugim tomie powieści. I byłoby to miłą odmianą, gdyby nie fakt, że czytelnikowi ciągle towarzyszy wrażenie, że skądś to zna.

Daimon Frey, pełniący zaszczytną funkcję Abbadona, Anioła Zagłady, Tańczącego na Zgliszczach itd. liże rany po ciężkim starciu z przyjaciółmi.  Cóż, chyba raczej byłymi przyjaciółmi, skoro ci uznają go za wariata i używają wszelkich środków, aby go zamknąć w niebiańskim domu bez klamek. A środki mają zaiste imponujące, jak na archaniołów przystało. Toteż Freyowi nie pozostaje nic innego, jak przechodzić rekonwalescencję w ziemskim przytułku dla uchodźców z Głębi, Nieba i Limbo. Tymczasem Lucyfer, pan Otchłani podejmuje bardzo trudną decyzję. Musi to zrobić sam, gdyż jego doradca i najbliższy przyjaciel ugania się po Ziemi za panienkami i ma w głębokim poważaniu, że jego formalny zwierzchnik akurat go potrzebuje. A Lampka bardzo kiepsko sobie radzi z polityką, zwłaszcza, kiedy trzeba wypuścić nicość z lochu… A nad tymi wszystkimi radosnymi obrazkami unosi się widmo zagłady Ziemi…

Cóż, w zasadzie nie powinnam się czepiać, mamy tu przecież wszystko, co fani Kossakowskiej lubią: anielską arystokrację zgnębioną obowiązkami, życie pracowników niskiego szczebla na Ziemi (chociaż to akurat jest ciekawa nowina), akcję, pogonie, pojedynki niszczycielskich sił. A wszystko opisane barwnie i żywo. Autorka nawet zwróciła więcej niż zazwyczaj uwagi na psyche swoich podopiecznych. I byłoby w zasadzie pięknie i kolorowo, gdyby nie pewien drobny szczegół.

Konstrukcja powieści jest wręcz bliźniaczo podobna do „Siewcy Wiatru”: ten sam schemat, nawet część wplątanych w wydarzenia bohaterów się powtarza. A nowinki wprowadzone przez autorkę nie zacierają niestety uporczywego wrażenia, że to wszystko już kiedyś było. Teraz jednak dostaliśmy fabułę rozbita na dwie części, co wyraźnie szkodzi dynamice zdarzeń: przez ponad połowę drugiego tomu dzieje się niewiele i momentami czytelnik się nudzi. W przypadku wydania jednotomowego byłaby to jedynie przyjemna przerwa między jednym żwawym do bólu epizodem a drugim. A tak mam wrażenie, że tomowi drugiemu brak równowagi.

Osobiście mam uraz do autorki za konstrukcję postaci kobiecych. Już pal licho, że najsympatyczniejsza w tym odcinku jest ociężała umysłowo, kaleka demonica, która służy głównemu bohaterowi li tylko do opatrywania ran i wywołania refleksji, że świat nie jest taki zły, skoro stworzenie tak skrzywdzone przez los może mieć w sobie tyle dobra. Już niech będzie, że kobiety w tym cyklu dzielą się na niewinne i naiwne oraz rządne władzy, zimne suki. Ale Hii darować nie mogę. Jako jedyna zdawała się być czymś więcej niż papierową, biuściastą figurką, aż tu nagle okazuje się, że nie. Autorka postanowiła z niej zrobić bezmózgą, rozkapryszoną lalę, która daje sobą manipulować jak trzylatka (zarzut  tyczy się głównie tomu poprzedniego, ale uwypuklają go żałosne próby rehabilitacji postaci w tomie drugim). Całość jest o tyle niestrawna, że całkowicie przekreśla całą psychologię półanielscy, jaką dostaliśmy w „Siewcy Wiatru”, żeby potem starać się do niej w nieudolny sposób wrócić. A żeby było śmieszniej, epizod ma dla fabuły znikome znaczenie.

A teraz być może was zaskoczę: mimo tych wszystkich narzekań uważam, że książkę warto przeczytać. Nie jest to co prawda literatura wysokich lotów (a i dużo lepsze powieści Kossakowskiej maiłam okazję czytać), ale fajna rozrywka na trzy wieczory – jak najbardziej. Zwłaszcza, że wieczory robią się coraz dłuższe.
Tytuł: Zbieracz Burz" tom 2
Autor: Maja Lidia Kossakowska

Cykl: Daimon Frey
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2010
Stron: 414

wtorek, 10 maja 2011

Na koniec świata i dalej wgłąb - "Zakon Krańca Świata" Maja Lidia Kossakowska

Maja Lidia Kossakowska jest znana przede wszystkim ze swojego anielskiego cyklu o Dajmonie Freyu. Inna jej powieść, „Zakon Krańca Świata” mianowicie, przeszła jak mi się zdaje bez większego echa. Fabryka Słów przygotowała wznowienie obu tomów (gdyż nie jest to dylogia, a jedynie powieść w dwóch częściach) i bardzo dobrze. Albowiem moim skromnym zdaniem „Zakon…” jest lepszy od cyklu anielskiego.

Trochę ponad 80 lat temu nastąpił totalny Armageddon, koniec świata pod hasłem „Dla każdego coś miłego”. Były więc wybuchy bomb atomowych, wojny bogów, anioł z siedmioma pieczęciami i co tam jeszcze komu mogło przyjść do głowy – Mistrzowie Blasku, fundatorzy i organizatorzy całej imprezy już zadbali o to, żeby nikomu nie zabrakło jego własnej apokalipsy. Stworzyli też swój własny raj, jak na dwunastu fanatyków religijnych przystało – i przenieśli cześć ludzkości do sztucznego wymiaru, gdzie mieściła się wymarzona utopia. Jak się kończą próby stworzenia utopii może się przekonać każdy, czytając choćby historię Związku Radzieckiego. A jeśli na czele takiej (anty)utopii staną władcy potężni niemal jak bogowie, zadufani w sobie i okrutni, standardu życia można się łatwo domyślić. I oni jeszcze śmią bezczelnie wmawiać swoim poddanym, że to na Ziemi teraz jest piekło…

A jeśli już na Ziemi jesteśmy, to ludzie jednak przetrwali. Nawet próbują odbudować cywilizację i przy okazji żyć godnie i wygodne. Wielkim ułatwieniem w dążeniu do tych szlachetnych idei są fanty podkradane z domeny Mistrzów Blasku. Pozyskiwaniem ich zajmują się, jak sama nazwa wskazuje, pozyskiwacze – ludzie obdarzeni talentem przechodzenia do innego wymiaru. Elitą wśród pozyskiwaczy są Grabieżcy.

Lars „Berg” Bergson jest jednym z ostatnich Grabieżców, za to śmiało można przyznać, że najlepszym. W czasie jednego z abordaży (jak nazywa się wyprawy do (anty)utopii) jest już o krok od wydarcia Mistrzom Blasku części tajemnicy ich mocy, kiedy nagle przeszkadza mu w tym pojawienie się dziewczyny, co do której użycie epitetu „niezorientowana” jest sporym niedomówieniem. Lars ledwo uchodzi z życiem ratując ją i serdecznie sobie życzy już nigdy więcej panny nie oglądać, ale nic z tego. Szybko okazuje się, że to dopiero początek jego kłopotów z Miriam. W dodatku zaczynają się nim interesować podejrzane typy (nie, żeby to było coś nowego – po prostu inne typy, niż zazwyczaj), a jakieś cholerne Drzewo ciągle go woła, używając metod raczej mało subtelnych.

Ta książka pani Kossakowskiej zupełnie mnie zaskoczyła. W sposób bardzo prosty – wykazując, jak zwykły zjadacz fantastyki jest przyzwyczajony do schematów. A przyzwyczajony jest tak bardzo, że celowe manipulacje autora na tychże jest gotów uznać i okrzyczeć błędami. Ot, prosty przykład: najlepszy z najlepszych przypadkiem spotyka naiwną i ogólnie niedostosowaną damską wersję Luke’a Skywalkera. I czytelnik już zaczyna sobie roić: aha, mamy mentora i uczennicę, zaraz pewnie ona się okaże niczego nieświadomą Jedyną Nadzieją Świata. Zwłaszcza, że początkowo autorka zdaje się podążać tym tropem. Tyle, że w pewnym momencie akcja zmienia się o 180 stopni i wszystko staje na głowie. Czytelnik jest wzburzony, że jak to, że po co, że schemat rozwalony, że papier zmarnowany, nie wspominając o pomyśle i wątku, bo jak tak miało być od początku, to po co się rozwodzić? Ano, właśnie po to. Żeby pokazać zadufanemu w schematy czytelnikowi język i dać pstryczka w nos. Bo w życiu nie jest tak, że każdy wybitnie uzdolniony zaraz zostaje the chosen one. Więc dlaczego ma tak być we wszystkich książkach? I nie każdy olany przez los/autora utalentowany jest błędem pisarza. Czasem to próba przełamania schematu i poskromienia czytelnika. Jak tu.

Ale koniec dygresji osobistej, wróćmy  do twardych faktów. Jak już wspomniałam, obie części „Zakonu…” stanowią spójną całość, więc odradzam długie przerwy między jednym a drugim tomem. Pierwszy z nich stanowi swoisty wstęp, odsłaniający realia świata, detale zawodu pozyskiwacza i ogólny koloryt lokalny, jedynie mgliści i niewyraźnie łącząc się z główną linią fabularną. Mimo to śmiem twierdzić, że trzyma w napięciu bardziej, niż tom drugi, w którym zostają rozwinięte główne założenia akcji. Dzieje się tak za sprawą niezwykle barwnego i żywego świata, jaki odmalowała nam autorka. Jego bogactwo zachwyca, a z drugiej strony wydaje się niezwykle subtelnie opisane w charakterystyczny dla Kossakowskiej sposób – z odrobiną surrealizmu. Ta odrobina surrealizmu daje się szczególnie i bezustannie odczuwać w tomie drugim, może nawet odrobinę za bardzo. Ale pozwala autorce zaprezentować bujną wyobraźnię w całej krasie.

A jeśli już wspomniałam o głównej linii fabularnej, to warto zaznaczyć pewną rzecz.  Dygresja osobista dwa akapity wyżej pokazała dobitnie z dorobku jakich schematów autorka nie korzystała, wypadałoby więc wspomnieć, na kim mogłaby się wzorować. No cóż, skoro nie Tolkien ze swoim the chosen one i nie Conan Barbarzyńca, to zostaje nam już raczej tylko jedna ścieżka: Ged Krogulec. "Zakon Krańca Świata" jest bowiem o wędrówce wgłąb siebie - tak jak "Ziemiomorze". Nawet symbolika obu pań jest zbliżona. Jednak pani Le Guin nadała swoim powieściom klimat przypowieści, baśni, ludowej gawędy spisanej literackim językiem. Pani Kossakowska zaś wolała swoją opowieść przybrać w kostium bardziej "na czasie": jest to coś, co gdyby nie było fantastyką zyskałoby pewnie miano powieści awanturniczo-przygodowej dla dorosłych (nie dlatego "dla dorosłych", że mamy sceny 18+ czy chlustanie krwią i flakami na prawo i lewo, ale dlatego, że zasadniczym targetem powieści są czytelnicy dorośli, nie młodzież). Na polskim rynku takie nawiązanie to ewenement, o tyle ciekawy w tym przypadku, że  udany.

Kolejnym atutem książki są postacie, ze szczególnym uwzględnieniem głównego bohatera. Berg może i sprawia wrażenie pogrążonego w ciągłej depresji ponurego typa, ale i tak uważam, że jest postacią dużo bardziej złożoną od Daimona Freya. Dodatkowo pozostali bohaterowie pozbawieni są swoistej infantylności, jaka ciągle towarzyszy aniołom. I chociaż zdarzy się, że ten czy inny epizodyczny gość kart powieści jest schematyczny czy lekko toporny, to i tak uważam bohaterów „Zakonu…” za kawał świetnej, pisarskiej roboty.

Napiszę jeszcze tylko na koniec, że jest to jedna z najciekawszych polskich powieści fantasy, jakie kiedykolwiek zdarzyło mi się czytać. Jedna z nielicznych, które zdają się raczej nawiązywać do twórczości Le Guin, niż Sapkowskiego czy Tolkiena. Dlatego uważam, że każdy miłośnik fantastyki, niezależnie od preferencji podgatunkowych, powinien ją przeczytać. Poza czystą i pewną rozrywką, książka potrafi dostarczyć trochę materiału do przemyśleń.

Tytuł: Zakon Krańca Świata, tom 1 i 2
Autor: Maja Lidia Kossakowska

Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: tom 1 2005, tom 2 2006
Stron: tom 1 500, tom 2 423

czwartek, 10 lutego 2011

Fighting wings - "Zbieracz Burz" tom 1 Maja Lidia Kossakowska

Książkę pożyczyła mi Erin (tutaj jest jej fotoblog). Dziękuję bardzo!:)

Lubię anioły. Ale nie te skrzydlate dzieciaczki, którymi barokowi twórcy zwykli oblepiać wszystko, co się działo. Nie te skrzydlate hermafrodyty w barwnych kieckach, które z natchnionym spojrzeniem pełnią rolę aniołów stróżów na kiczowatych oleodrukach. Nie te dziwaczne wariacje na temat upadłych-bądź-nie aniołów, które w dużej liczbie płodzili spadkobiercy Dana Browna. Lubię takie anioły, jakie serwuje nam pani Kossakowska: pełne mocy, choć zagubione, działające z rozmachem dorównującym tylko wątpliwościom. Anioły, które wcale nie poprzestają na pieniach pochwalnych wobec Pana, ale często muszą twardą ręką chwycić całe jego dzieło, aby się nie rozleciało. Nie białoskrzydłe, czyste duchy, ale o skrzydłach i włosach we wszystkich kolorach tęczy (nie na jednym osobniku, oczywiście).

Daimon Frey ma i skrzydła, i włosy czarne. Kolor idealnie współgrający z fuchą Abbadona, Burzyciela Światów, nieprawdaż? Tyle, że Daimon o tę funkcję nigdy się nie prosił. O to, żeby się mierzyć z Antykreatorem też nie. Ale musiał. I się zmierzył. I nawet wyszedł z tego bez szwanku. No, prawie bez szwanku, bo jednak trauma mu została. Tą traumę zabija, biorąc udział w nielegalnych mordobiciach, ku zgorszeniu wysoko postawionych przyjaciół (takiego archanioła Gabriela czy Razjela na przykład). Bóg nie może go po prostu ukoić – już dawno odszedł, pozostawiając dzieła swego stworzenia samym sobie. Ale nagle postanowił do Abbadona przemówić. Wydać rozkaz tak straszny, że niewiarygodny. A Abbadon musi być posłuszny. Jego przyjaciele jednak nie są pewni, czy aby na pewno rozkaz pochodził od Pana. Wszakoż Daimon mógł ulec podszeptom Ciemności, w dobrej wierze wziętym za najwyższy rozkaz. Zaczyna się więc pościg za Daimonem, który, zależnie od wersji: albo wypełnia najnowszy rozkaz Boga, albo kompletnie zwariował i trzeba go poddać leczeniu, zanim stanie się katastrofa…

Pani Kossakowska rozwija tutaj wizję świata znanego z „Siewcy Wiatru”, a zrodzonego jeszcze wcześniej, w opowiadaniach. Obok naszej swojskiej Ziemi, gdzieś w magicznym wymiarze mamy więc Królestwo, które Jasność stworzyła dla swych aniołów i dusz tych ludzi, które okazały się tego godne. Później zaś je porzuciła, zostawiając biednego regenta Gabriela z całym tym problemem. Gabriel, tak jak i inni aniołowie jest wspaniały, pełen mocy i na każdym śmiertelniku zrobiłby piorunujące wrażenie, ale nie jest Bogiem. Tak jak wszyscy aniołowie Kossakowskiej, jest bliższy człowiekowi niż nadistocie. Okazuje się bowiem, że kiedy głos Pana  przestaje skrzydlatych prowadzić za rączkę, muszą oni unurzać się w brudzie jakże ludzkim, aby wszystko się jakoś toczyło. Mamy więc intrygi, spiski, walki o wpływy, zdrady, czyli wszystko to, o co zazwyczaj się aniołów nie podejrzewa. No i co z tego, że wyszli oni nieco za mało twardzi, jak na liczących całe eony wojowników, że czasem wymsknie im się jakiś Dżibril czy inny Raz, że jak na twardych facetów przystało, raczej nie powinni pokazywać miękkiego podbrzusza, a czasem im się to zdarza. Jakoś mi to nie przeszkadza. 

A moją osobistą nagrodę za najlepszą postać książki zgarnia Hariel, zwykły, szeregowy anioł, opiekun bezdomnych kotów z samego dna niebiańskiej hierarchii. Wraz z całą swoją mruczącą, prychającą i drapiącą świtą, nie do końca żywą na dodatek. Za dredy i umiejętność wzbudzania sympatii czytelnika mimo swojej ciapowatości i skromności. Bo nie zawsze trzeba super gieroja albo pięknej wojowniczej księżniczki, żeby czytelnika zauroczyć. I autorka o tym dobrze wie.

Styl pani Kossakowskiej jest dość specyficzny – nazwałabym go kobiecym. I nie chodzi o nadużywanie ukwieconych fraz czy histerycznych zwrotów, bo taki twardziel jak Abbadon to i mięchem potrafi czasem rzucić, a scena makabrycznego rytuału jest tak plastycznie obrzydliwa, że aż odbiera apetyt (co jak na mnie jest nie lada wyczynem). Chodzi raczej o ogólny klimat, tworzony przez mniej lub bardziej subtelny humor, czy dość gęsto wplatane nazwy takich kolorów jak kobaltowy czy szafranowy. Ale przede wszystkim chyba chodzi o nieagresywność tego języka: nawet, kiedy autorka przytacza wymianę bluzgów między bohaterami, czytelnik nie czuje się atakowany przez zębatą bestię  słów (o matko, jak mi to patetycznie wyszło…). A opowieść gładko toczy się dalej: mamy nie tylko potyczki i strzelaniny, ale także magię, miłość i przyjaźń, którą bohaterowie tak różnie pojmują… i wszystko równie sprawnie opisane.

Zachwyty już były, teraz czas ponarzekać na wydanie. Nie chodzi mi o jakieś mankamenty techniczne, bo od tej strony jest jak najbardziej ok.: solidna, twarda oprawa, strony szyte, marginesy i interlinie takie, jakie lubię, no i luksus absolutny, czyli wszyta wstążeczka – zakładka. Nie podoba mi się natomiast strona graficzna. Głównie krwawa kolorystyka okładki, która jest z uporem godnym lepszej sprawy uskuteczniana przez Fabrykę Słów i niedługo stanie się chyba znakiem rozpoznawczym wydawnictwa. Niech sobie już na niej będzie ten mhhhhroczny Dajmon, przeżyję… No i ilustracje też mi się nie podobają, za dużo w nich moim skromnym zdaniem turpizmu. Jakby nie można było mniej odrażających kadrów wybrać. W zasadzie, dziwnym trafem, podobał mi się tylko pierwszy i ostatni obrazek.;) A poza tym, ciągle uważam, że rozbijanie „Zbieracza Burz” na dwa tomy po 300 stron, to zwyczajne wyłudzenie.

Mimo powyższego marudzenia, polecam szczerze wszystkim, którzy lubią poczytać dobre fantasy. Może książka nie jest arcydziełem, ale zapewnia kawał solidnej rozrywki na jakiś czas.

Tytuł: Zbieracz Burz" tom 1
Autor: Maja Lidia Kossakowska

Cykl: Daimon Frey
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2010
Stron: 341


* Rysunek nie jest co prawda ilustracją, ale tworząc go myślałam o pewnej bohaterce tej książki, więc stwierdziłam, że pasuje.;) A pod spodem malutka, dziwaczna humoreska, raczej odzwierciedlenie klimatu książki, niż konkretna ilustracja:


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...