Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eseje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eseje. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 kwietnia 2020

"Ciemność. W obronie mroku" Sigri Sandberg


Wydawnictwo Kobiece (czy też jego imprint bardziej skupiony na literaturze poważniejszej i faktu, Mova) ma dziwny talent do łapania mnie na obietnice, a potem niestety rozczarowywania. Było tak w przypadku „Obrzydliwej anatomii”. „Ciemność” zebrała sporo pozytywnych opinii w moim kawałku internetu, a ponieważ i mnie temat wydawał się interesujący, sama zaś pozycja pojawiła się w abonamencie Legimi, postanowiłam spróbować. Liczyłam na mariaż reportażu z solidną dawką popularnonaukowych tematów. I niby to dostałam, ale nie czuję się usatysfakcjonowana. 

niedziela, 29 marca 2020

"Wyzwolenie zwierząt" Peter Singer


Osobiście jestem zdania, że istnieje taki kanon lektur, które powinien przeczytać każdy uważający się za miłośnika zwierząt. Co prawda jak ten kanon powinien wyglądać już tak dokładnie sprecyzowanego nie mam, ale zdecydowanie „Wyzwolenie zwierząt” Petera Singera powinno się w nim znaleźć. Nawet jeśli nie ze względu na głoszone tezy, to ze względu na wkład w kształtowanie postaw społecznych wobec zwierząt. 

wtorek, 12 kwietnia 2016

"Dwanaście srok za ogon" Stanisław Łubieński

„Dwanaście srok za ogon” Stanisława Łubieńskiego to książka, którą seria Menażeria wybrudziła się z kilkumiesięcznego letargu (stagnacja trwała tak długo, że szczerze mówiąc zaczęłam się obawiać, że to już koniec serii). I to się nazywa wybudzenie z przytupem.

Książka Łubieńskiego to zbiór, a jakże, dwunastu esejów. Rozstrzał tematyczny jest dość szeroki – od osobistych wspomnień zaczynając, przez opowieści o znanych pisarzach i zapomnianych badaczach, a na ochronie środowiska skończywszy. Klamrą łączącą wszystkie teksty i będącą metatematem książki są ptaki.

Czytałam już kiedyś dobre eseje o ptakach, ich zbiór nazywał się „Corvus”. Niezmiennie uważam go za najlepszą książkę zamkniętej już serii Biosfera. „Dwanaście srok za ogon” jakością bardzo zbliża się do „Corvusa”. Eseje Łubieńskiego są napisane ze swadą i wyczuciem. Autora nie można nazwać gawędziarzem – jego opowieści są bardzo konkretne i nawet jeśli wydaje się, że odpływa w dygresje, to ostatecznie wychodzi, że ciągle pozostaje w temacie. W żadnym wypadku to nie wada, po prostu nie należy się spodziewać poruszania kwestii „przy okazji”. Każdy esej jest zaplanowany i autor się tego planu rozsądnie trzyma.

Język Łubieńskiego jest niezwykle elastyczny, ale i przystępny. Autor nie sili się na wyszukane słownictwo, bo doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że odpowiedni dobór prostych słów może zagwarantować jeszcze lepsze efekty. I potrafi odpowiednio te słowa dobierać. Przy tym oko ma bystre (czego po amatorskim obserwatorze ptaków należałoby się spodziewać), wychwytujące szczegóły umykające zwykłym obserwatorom.

Ale tak konkretnie, o czym właściwie autor pisze? Na przykład o tym, kto dał nazwisko Jamesowi Bondowi (i to jest mój zdecydowanie ulubiony tekst, choć za samym 007 nie przepadam). Albo o pisarzu, który tak zapamiętale obserwował sokoły, że w końcu napisał o nich nagradzaną książkę (tu mała dygresja: autor narzeka na brak ptaków w literaturze. Szkoda że autor nie czytuje fantastyki. Czytując, mógłby się odnieść na przykład do symboliki użytkowego imienia Geda Krogulca. Albo do olbrzymich orłów Tolkiena. Albo do tej serii, w której to ptaki są bohaterami opowieści tak jak króliki są bohaterami „Wodnikowego wzgórza”. Nazwy nie pamiętam i gugiel nie chce mi podpowiedzieć. Choć może i dobrze, że nie chce, bo nie sprawdzałam jakości dzieła. W sumie o rudziku z „Tajemniczego ogrodu” autor też zapomniał). Ale kwestie ochrony przyrody też nie są mu obce. Łubieński protestuje przeciwko polskiemu pojęciu rewitalizacji przestrzeni miejskiej, która zakłada pozostawienie w miastach tylko prostych, gładkich drzew i równo przyciętych trawników (to nie są warunki dla ptaków). Pokazuje też, jakie gatunki człowiek przez swoja niefrasobliwość już utracił i jeszcze utracić może.

Piękna to była lektura, dla mnie dość osobista, bo dorastałam w domu, w którym co roku gnieździły się jaskółki (a ostatnio kosy i szpaki, ku frustracji rodziców). Byłam dzieckiem, które dostawało podloty jaskółek do głaskania i ratowało te wypadnięte z gniazda przed krwiożerczymi dziobami kur. Miałam też możliwość podziwiania samca błotniaka w locie (to był błotniak zbożowy lub łąkowy. Obstawiałabym zbożowego) z odległości dwóch metrów, co byłoby nawet majestatyczne, gdyby biedak akurat nie próbował uniknąć kolizji z głową mojego Taty. Dla ludzi takich jak ja, „Dwanaście srok za ogon” to po trosze sentymentalny powrót do dzieciństwa, po trosze mieszanie tego powrotu z teraźniejszością, już niekoniecznie sentymentalną. Ale nawet jeśli jesteście ludźmi zupełnie innymi, to też możecie z „Dwunastu srok…” czerpać wiele radości. Zwłaszcza wiosną.

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Czarne

Tytuł: Dwanaście srok za ogon
Autor: Stanisław Łubieński
Seria: Menażeria
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2016
Stron:206

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

PAJĄKI. PAJĄKI SĄ MIŁE czyli arachnofilozofia dla początujących - "Pająki pana Roberta" Robert Pucek

Po roku doczekałam się drugiej książki w serii Menażeria. Szok, szczerze mówiąc bałam się, że projekt umarł. Szkoda by było, bo uwielbiam „zwierzęce” serie. Tymczasem wydawca na tym nie poprzestał i dołożył jeszcze jeden szok – książka jest polskiego autorstwa. Niby nic takiego, bo Czarne często Polaków wydaje. Problem w tym, że Polacy, poza kilkoma nazwiskami będącymi marką samą w sobie, rzadko piszą o zwierzętach – i najczęściej jeśli już to robią, to w lukrowo-sentymentalnym klimacie (swego czasu „Biuro kotów znalezionych” też mnie zaskoczyło brakiem lukru, no ale tam były koty czyli przynajmniej odpowiednio popularna tematyka). Pan Pucek zaś postanowił stworzyć książkę na kilku poziomach niepopularną: raz, że polskiego autorstwa, dwa, że lekko filozoficzną, a trzy… o pająkach. Takiej dozy planowanej niepopularności nie mogłam minąć obojętnie.

O czym właściwie są „Pająki pana Roberta”? No… o pająkach. Z tym, że pan Robert nie jest arachnonerdem, poświęcającym życie i karierę naukową tym ośmionogim stworzeniom (znam ten typ, potrafi trzymać pięćdziesiąt pająków w terrarium w akademiku), tylko filozofem. I filozoficznie właśnie do pająków podchodzi – zamiast fascynować się najnowszymi odkryciami z dziedziny arachnologii, czyta oczarowany zakurzone stare woluminy o naszych rodzimych stawonogach, po czym cytuje je i porównuje z czynionymi własnoręcznie (własnoocznie?) obserwacjami. Trochę przy tym filozofując.

Książka jest więc filozoficznym atlasem przyrody. Są tam opisane obyczaje pająków, jakie każdy z nas spotyka w swoim otoczeniu, z dodatkiem zdecydowanie nienaukowego komentarza. Każdy rozdział opowiada o innym pająku i czasem mocniejsza stroną jest przyroda, a czasem filozofia, więc każdy znajdzie coś dla siebie (no, może poza zatwardziałymi racjonalistami. Osobiście wyrażam pogląd konsultantki naukowej dzieła, która odżegnuje się jednoznacznie od „herezji, jakie autor wypisywał na temat ewolucji” [125]).

„Pająki pana Roberta” mają też pewien nieokreślony urok. Sam autor-narrator (przy takiej zbieżności skojarzenia są nieuniknione) jest bardzo podobny do herbertowskiego pana Cogito. Z resztą, Herbertowi już w przedmowie oberwało się za pomylenie łątki z jętką i autor w tym momencie podbił moje serce (tak, należę do osób, które niesamowicie się irytują takimi drobiazgami. Zawsze to miło znaleźć z autorem jakąś wspólna płaszczone porozumienia). Poza tym narrator obserwuje świat z dziecięcym zachwytem dla całkiem prozaicznych zjawisk, potrafiąc przy tym wciągać dojrzałe wnioski (z tym, że zgoła nienaukowe). Bardzo przyjemnie się to czyta, zwłaszcza, że podane jest przystępnie. Nawet ulotne wrażenie, że autor musiał momentami poskramiał swą naukową manierę pisarską (czysto subiektywne z resztą) nie przeszkadza w delektowaniu się pajęczymi opowieściami.

Śliczne pan Robert ma pająki. Kocha je i szanuje, choć tak naprawdę do niego nie należą. Może z resztą są częścią czegoś większego? Może pan Robert używa ich tylko jako przykładów, okruszków, za pomocą których zadaje nam pytania o obraz całości? Ja wam nie powiem, zgadnijcie sami.

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Czarne.


Tytuł: Pająki pana Roberta
Autor: Robert Pucek
Seria: Menażeria
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2014
Stron: 126

wtorek, 21 stycznia 2014

Człowiek wilkowi przyjacielem - "Filozof i wilk" Mark Rowlands

Zastanawialiście się kiedyś jak to jest trzymać w domu dzikie zwierzę? Niewielu z nas pewnie by się na to odważyło. Są jednak tacy, którzy lubią ten sport i niekoniecznie są pasjonatami-specjalistami od egzotycznych zwierząt. Niektórzy stają się posiadaczami takich, powiedzmy, wilków przypadkiem – szukali ogłoszenia ze szczeniakami do wzięcia, a tu trafiły się wilcze. Coś takiego przytrafiło się Markowi Rowlandsowi, doktorowi filozofii. I całkowicie odmieniło jego życie.

„Filozof i wilk” jest próbą uchwycenia tej przemiany, ale nie tylko. Jest po trosze autobiografią, po trosze wspomnieniem o najlepszym przyjacielu, nieco próbą rozliczenia się z etapu życia, który już minął, a miejscami (a może przede wszystkim) skondensowanym wykładem filozoficznym ilustrującym poglądy autora na sprawy zasadnicze, niekiedy zmieniające się na przestrzeni lat (poglądy, nie sprawy). Dostajemy więc emocjonalną podróż przez lata spędzone z niezwykłym czworonożnym przyjacielem na zaglądaniu w głąb siebie.

Mogłoby się wydawać, że jest to podróż niezwykle nużąca, jednak tak się nie dzieje. Rowlands ma dar płynnego przechodzenia od anegdoty ze swojego życia z Breninem (tytułowym wilkiem, któremu zdarzyło się uchodzić zarówno za mieszańca, jak i za malamuta) do egzystencjalnych wniosków, jakie na przestrzeni czasu z niej wyrosły. Nawet gęsto poutykane w tekście nazwiska filozofów nie przeszkadzają cieszyć się lekturą. Jedynie we wstępie i ostatnim rozdziale muza najwyraźniej opuściła naszego filozofa. Zabrakło tam zakotwiczenia rozważań na rzeczywistym przykładzie, a najwyraźniej tylko ten zabieg pozwala uzyskać treść atrakcyjną dla czytelnika-laika. Dostajemy więc dwa rozdziały wypełnione tekstem-watą, który co prawda próbuje przekazać ważkie treści, ale robi to w sposób tak niepowabny, ze wspomniane treści wydają się banalne i wylatują z głowy zaraz po przeczytaniu. Ot, kwintesencja nieatrakcyjnego stylu.

Ciekawą rzeczą jest też obraz relacji autra-narratora z wilkiem. Śmiem twierdzić, ze gdyby Rowlands nie był w czasie, kiedy zakupił wilka jednostką dość aspołeczną (aspołecznością przejawiająca się w niechęci do tworzenia głębokich relacji, nie do przebywania w gronie znanych osób), nie nawiązałby tak głębokiej relacji z Breninem. Niewiele osób miałoby chęć i możliwości podporządkowania zwyczajów w miejscu pracy swojemu czworonożnemu przyjacielowi, niewielu tez chciałoby znosić poważne uszkodzenia zasłon, rur, mebli i ogrodu czy organizować sobie ciężkie treningi i wielogodzinne biegi, aby w jakimś stopniu dorównać zwierzęciu fizycznie (gdyby, na przykład, trzeba je było odciągnąć w czasie walki z innym psem). Większość wolałaby w tym czasie zrobić cos innego. Z reszta, autor kilkukrotnie podkreśla, ze gdyby przyszedł czytelnikom do głowy pomysł nabycia wilka, niech go sobie stamtąd czym prędzej wybiją. Ponieważ wilk wymaga innych relacji i innego postępowania niż pies. A także znacznie więcej poświęcanego mu czasu. Niemniej, właśnie dzięki tej konieczności, filozof mógł ze swoim wilkiem stworzyć niezwykłą więź, zacząć go podziwiać i doceniać, aż w końcu zrodził się z tego uczucia światopogląd, który zaważył na karierze naukowej. Jest w tym coś pięknego.

„Filozof i wilk” to z pewnością ciekawa lektura, godna polecenia zarówno miłośnikom filozofii, jak i zwierząt. Można tam znaleźć wiele rzeczy, a niektóre z pewnością dadzą każdemu czytelnikowi do myślenia. Czasem warto.

Tytuł: Filozof i wilk. Czego może nas nauczyć dzikość o miłości, śmierci i szczęściu 
Autor: Mark Rowlands
Tytuł oryginalny: The Philosopher and the Wolf. Lessons from the Wild on Love, Death and Happiness
Tłumacz: Dominika Cieśla-Szymańska
Seria: Biosfera
Wydawnictwo: WAB
Rok: 2011
Stron: 289

niedziela, 29 września 2013

Dom szeroko pojmowany - "W Japonii czyli w domu" Rebecca Otowa

Muszę przyznać, że od chwili, kiedy zobaczyłam tę książkę w zapowiedziach, w mojej głowie zrodził się niecny plan. Czytałam kiedyś książkę o podobnej tematyce autorstwa Polki. Polka owa na swoim blogu pisała kiedyś, że pierwotnie jej książka miała być wydana w Stanach, ale wydawca stwierdził, że jak nie ma Tokio i dziwów cukierkowej popkultury, to on nie chce. Zastanawiałam się więc, jakaż prowincja jest w książce Amerykanki, że się ukazała. Bardzo też ciekawa byłam, czy istnieje różnica pomiędzy polskim a amerykańskim postrzeganiem życia w Japonii. Przekonałam się, że istnieje, ale nie podejrzewam, żeby wynikała z narodowości.

Rebecca Otowa mieszka w Japonii już prawie trzydzieści lat. Jednak „W Japonii czyli w domu” nie jest pamiętnikiem tego czasu, nie jest nawet zbiorem anegdot z prowincji. Jest zbiorkiem krótkich felietonów, poświęconych mniej lub bardziej lokalnym zwyczajom japońskim i rozważaniom nad zagadnieniem mentalności Japończyków.

Czegoś mi w tej książce brakowało. Była to osoba autorki. „W Japonii czyli w domu”, zwłaszcza na początku, jest pisane z sileniem się na obiektywizm. Pewnie większość osób zainteresowanych kulturą Kraju Kwitnącej Wiśni nie zgodzi się za mną, ale gdybym chciała poznać obiektywną relację, sięgnęłabym po opracowanie naukowe. Sięgając po beletrystykę, chciałabym odnaleźć w niej subiektywne spojrzenie żywego człowieka, nie naukową bezosobowość. Tutaj tego spojrzenia zabrakło. Co prawda w dalszych częściach (bo rzecz cała podzielona jest tematycznie) już panią Otowę lepiej widać, ale silenie się na zbędny obiektywizm jest wciąż obecne i o tyle irytujące, że przynajmniej częściowo bezskuteczne.

Jeśli jednak czytelnika interesowałaby wiedza ogólna, socjologiczna i kulturoznawcza, śmiem twierdzić, że „W Japonii czyli w domu” będzie dla niego świetną lekturą. Mamy tam bowiem opisy domowych zwyczajów związanych z lokalnymi świętami (czego w książce Anny Ikedy próżno szukać), trochę kolorowych zdjęć i mnóstwo rysunków (niestety, w odcieniach szarości). Dla mnie najciekawszym rozdziałem była historia rodziny męża autorki, bogato okraszona zdjęciami. Było w niej widać zaangażowanie osobiste pani Otowy, co znacząco podniosło wartość tekstu.

Jeśli chodzi o język, to trochę brakuje mu lekkości. Autorka lubi wpadać w ciężkawe, filozoficzne rozważania nad naturą japońskiej wszechrzeczy, co trochę mnie nudziło – są to momenty bardzo introspektywne, ale brakuje w nich czegoś, co mogłoby zainteresować czytelnika. Poza tym wszystko, o czym Otowa pisze, nosi znamię sztywnej powagi – bardzo to japońskie, ale nieco niestrawne.

Na początku pisałam, że nie sądzę, aby różnice między książką Polki i Amerykanki wynikały z narodowości. Obie panie dzieli po pierwsze różnica pokolenia, co automatycznie wpływa na postrzeganie świata, a po drugie, podczas gdy japońska część rodziny pani Ikedy jest bardzo postępowa, państwo Otowa mocno trzymają się tradycji. Nie jest więc to opozycja spojrzenie polskie vs. spojrzenie amerykańskie, ale raczej prowincja nowoczesna (jak na możliwości prowincji, oczywiście) contra tradycyjna. Więc jeśli ktoś szuka relacji z tradycyjnej japońskiej wsi – polecam „W Japonii czyli w domu”. Pozostali niech sięgną po książkę Ikedy.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Świat Książki.

Tytuł: W Japonii czyli w domu. Amerykanka w Kraju Kwitnącej Wiśni
Autor: Rebecca Otowa
Tytuł oryginalny: At Home in Japan
Tłumacz: Iwona Kordzińska-Nawrocka
Wydawnictwo: Świat Ksiązki
Rok: 2013
Stron: 192

sobota, 13 lipca 2013

W imię nauki? - "Szympansy z azylu Fauna" Andrew Westoll

Już kilkukrotnie zdarzało mi się pisać, że uwielbiam czytać o ludziach z pasją. Czasem są to podróżnicy, czasem facet, który postanowiła mieszkać przez rok z dzikimi wilkami. Niedawno wydawnictwo Czarne ruszyło z nową serią o wdzięcznym tytule „Menażeria” (czy już wspominałam, że zawsze popieram inicjatywy wydawania książek poruszających tematykę interakcji świata ludzi i zwierząt?) i od razu oddało do rąk czytelników kolejną opowieść o pasji i poświęceniu. Poświęceniu pewnej kobiety, która postanowiła weteranom eksperymentów medycznych zapewnić spokojną starość.

Zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądają procedury dopuszczania do stosowania nowej terapii czy leku? Większość z nich obejmuje etap badań na zwierzętach (wcześniej dotyczyło to również badań nad nowymi kosmetykami, ale obecnie w Europie taka procedura jest zakazana, obowiązuje również zakaz stosowania komponentów testowanych na zwierzętach). Zazwyczaj zwierzętami tymi są gryzonie – łatwo i tanio można zapewnić im przyzwoite warunki do życia, szybko się rozmnażają i, jakkolwiek brutalnie by to zabrzmiało, żyją krótko, więc odpada problem, co zrobić ze zwierzętami po zakończeniu eksperymentów. Niemniej, zwłaszcza w latach 1950-1980 częstymi pensjonariuszami laboratoriów były małpy człekokształtne, ze szczególnym uwzględnieniem szympansów, jako gatunku najbliższego genetycznie człowiekowi. Obecnie większość krajów Unii Europejskiej zakazuje inwazyjnych (lub jakichkolwiek) eksperymentów na małpach człekokształtnych (a i tam, gdzie zakaz nie obowiązuje, odchodzi się od takich metod badań), ale w USA proceder kwitnie mimo wątpliwej wartości medycznej. Niemniej są ludzie, którym zależy na wprowadzeniu zakazu przeprowadzania inwazyjnych badań na małpach człekokształtnych i którzy aktywnie o to zabiegają. Jedną z takich osób jest Gloria Grow. Nie tylko wygłasza prelekcje przed Kongresem, ale też założyła azyl dla szympansów, które są zbyt stare lub chore, aby dłużej brać udział w eksperymentach. Andrew Wesoll na kilka miesięcy został wolontariuszem w tym azylu, aby zebrać materiał do książki.

„Szympansy z azylu Fauna” (zabawne – przez większość czasu byłam przekonana, że nazwa schroniska pochodzi od koźlonogich bożków, a tu niespodzianka: jednak od ogółu królestwa zwierząt) to opowieść z takich, jakie najbladziej lubię. Jest po trosze pamiętnikiem z wolontariatu (a było… no cóż, ciekawie), po trosze historią powstania ośrodka, portretem jego założycielki, dywagacjami na temat historii badań na małpach człekokształtnych i ich praw. Jednak najwięcej miejsca poświęcono pensjonariuszom ośrodka.

W czasie, gdy Westoll odbywał wolontariat, w Faunie przebywało trzynaście szympansów. Każdy z nich miał za sobą długie lata eksperymentów medycznych (szympansy żyją prawie tak długo jak ludzie), nieraz brutalnych i bolesnych. Wszystkie cierpią na schorzenia fizyczne i zaburzenia psychiczne, często bardzo głębokie. Nic w tym dziwnego, te małpy są przecież zwierzętami stadnymi, a w laboratoriach trzyma się je pojedynczo w bardzo małych klatkach, w dodatku odbiera matkom zaraz po urodzeniu, co bardzo utrudnia lub wręcz uniemożliwia prawidłowy dla gatunku rozwój. Pensjonariusze Fauny byli ponadto przez lata (lub dziesiątki lat) poddawani bolesnym zabiegom chirurgicznym (pod narkozą co prawda, ale bez podania później środków przeciwbólowych, bo mogłoby to zafałszować wyniki), zarażani ciężkimi chorobami i traktowani z pogwałceniem praw zwierząt. Tragiczny los małp uderza tym bardziej, jeśli weźmie się pod uwagę, że szympansy dorównują inteligencją trzyletniemu dziecku, a niektóre z nich były wcześniej uczone języka migowego (co prawda akurat te nie przebywają w ośrodku pani Grow), więc mogłyby opowiedzieć o swoich cierpieniach, gdyby nie zaburzenia psychiczne (o takich samych objawach, jakie występują u ludzi).

Panu Westollowi natura nie poskąpiła talentu pisarskiego, więc codzienność i historię Fauny potrafi przedstawić w sposób potoczysty i dynamiczny. W tej smutnej skądinąd opowieści nie brak humoru (co jest główną zasługą samych szympansów, które mają własne poczucie humoru – dość małpie, trzeba przyznać), jak i chwytających za serce momentów, czy dynamicznych akcji. Autor z nimi wszystkimi poraził sobie świetnie, a czytelnikowi pozostawało tylko pochłaniać kolejne strony. Choć dla co bardziej wrażliwych miłośników zwierząt „Szympansy z azylu Fauna” mogą być bardzo trudną lekturą.

Jeszcze kilka słów o jakości wydania. Szkoda, że oprawa nie ma skrzydełek (w skrytości ducha na to właśnie liczyłam), ale to moje prywatne marudzenie. Bardziej obiektywnymi wadami są sztywne kartki (nieuważny czy energiczny czytelnik może przez to złamać książce grzbiet) i drobna czcionka. Co prawda jako rekompensatę do tej drugiej wydawca zastosował szerokie i przejrzyste interlinie, ale to trochę mało. Nagminne jest też stosowanie anglosaskiej numeracji pięter – żaden budynek nie ma parteru, za to do wszystkich wchodzi się od razu najpierwsze piętro (na zamieszczonym w książce zdjęciu widać wyraźnie, że budynki Fauny nie wiszą w powietrzu, tylko mają normalne partery, a jedynie tłumacz o tym zapomniał). Raz zdarzyło się wspomnieć o badaniach nad wolno żyjącymi szympansami prowadzonymi w Tajlandii, ale to już drobiazg. Plus należy się za umieszczenie w książce czarnobiałych fotografii zarówno wszystkich pensjonariuszy, jak i samego ośrodka.

Komu poleciłabym tę książkę? Miłośnikom literatury faktu i przyrody oraz tym wszystkim, którym los zwierząt nie jest obojętny (może z wyłączeniem osób szczególnie wrażliwych na cierpienie naszych braci mniejszych – niektóre fakty przytoczone w „Szympansach…” nie są przeznaczone dla delikatnego czytelnika). Ale generalnie poleciłabym każdemu, kto lubi poczytać dobrą książkę. Nie tylko dla poobcowania z dobrym pisarstwem, ale dla poszerzenia horyzontów. Tego nigdy za wiele.

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Czarne.

Tytuł:Szympansy z azylu Fauna. O przetrwaniu i woli życia
Autor: Andrew Westoll
Tytuł oryginalny: The Chimps of Fauna Sanctuary: A True Story of Resilience and Recovery
Tłumacz: Maria Zawadzka
Cykl: Menażeria
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2013
Stron: 311

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Pisarz o swoim natchnieniu - "Wielkie małe życie" Dean Koontz


Każdy z nas (no, prawie każdy) miał kiedyś niezwykłego przyjaciela na czterech łapach, takiego jedynego w swoim rodzaju, któremu inni pupile, mimo iż tak samo kochani, nie mogli dorównać. Jeśli jest się pisarzem, malarzem, fotografikiem czy czymś podobnym, człowiek może takiemu pupilkowi wybudować pomnik – może nie trwalszy, niż ze spiżu, ale taki na miarę możliwości, aby niesamowitość zwierzaka krzewić wśród innych. Ponieważ Dean Koontz jest pisarzem, i to całkiem wziętym, postanowił swojej ukochanej psicy wystawić pomnik literacki – i napisał „Wielkie małe życie”.

Dean Koontz jest znanym amerykańskim pisarzem, jakby ktoś nie wiedział. Zawsze uwielbiał psy i od lat jest blisko związany z organizacjami szkolącymi psich towarzyszy dla osób niepełnosprawnych, jednak własnego czworonoga zdecydowali się z żoną przygarnąć dość późno. W końcu pies to ogromna odpowiedzialność, a oni pracowali po dwanaście godzin dziennie… Niemniej, w 1998 roku w ich domu pojawiła się Trixie, trzyletnia golden retriverka, która z powodu problemów ze stawem łokciowym nie mogła już służyć niepełnosprawnym pomocą. Jak twierdzi sam autor, ta psina może nie zmieniła jego życia, ale z pewnością zmieniła go jako człowieka. 

Tych, którzy znają twórczość Koontza, może dziwić, że autor, który raczej straszył lub konstruował dynamiczne i pełne napięcia thrillery, na starość popadł w sentymentalizm i wspomina pieska. Ale, jeśli bliżej przyjrzeć się powieściom pana K., od razu widać, że psy zawsze darzył szczególnym uczuciem. Śmiem twierdzić, że spośród wszystkich postaci, najlepiej wychodziło mu właśnie te czworonogi (labrador z „Opiekunów” to jedyny bohater Koontza, który na dobre zapadł mi w pamięć). Nic więc dziwnego, że w końcu postanowił swoją miłość do najlepszego ze wszystkich psów i wspomnienia ubrać w słowa.

Książka ma postać krótkich esejów-migawek, opisujących sceny z życia suczki i jej właścicieli. Wyłania się z niej (książki, nie suczki) obraz niezwykle inteligentnego psa (co nie dziwi – psy przechodzące szkolenia towarzyszy osób niepełnosprawnych to intelektualna elita) o nietuzinkowym charakterze, niespotykanej intuicji i uwielbiającego ludzi. Zaiste nie da się panny Trixie nie lubić i nie wyczuć, jak bardzo kochali ją właściciele.

Jednak mam z tą książką pewien problem. Tak jak wczesne powieści Koontza (w których się swego czasu zaczytywałam) są pełne emocji trafiających bezpośrednio do czytelnika, tak w późniejszych pojawia się bariera, sprawiająca, że w książkach są tylko cienie uczuć. Tu jest tak samo. Czytając, zdawałam sobie sprawę z tego, jak wiele Trixie znaczyła dla państwa Koontz, ale nie mogłam podzielać tych uczuć. Pojawiały się jakieś zakłócenia. Być może pisarz już po prostu nie jest w formie, ale zdecydowanie spodziewałam się czegoś więcej. Dostałam tylko szczere intencje. 

Cóż, „Wielkie małe życie” nie powala, ale mimo tego jest bardzo przyjemną lekturą o prawdziwej miłości do zwierzęcia, przy której można ogrzać serduszko w ciemny, zimowy wieczór. Polecam ją zwłaszcza fanom psów – osobom, które uwielbiają te czworonogi. Fanom samego Koontza też polecam, bo i o samym autorze można się nieco dowiedzieć – książeczka rzuca światło na zagadnienie „dlaczego najlepszymi postaciami w powieściach pana K. są zazwyczaj psy?”. 

Tytuł: Wielkie małe życie. Wspomnienia o radosnym psie
Autor: Dean Koontz
Tytuł oryginalny: The Big Little Life. A Memoir of a Joyful Dog
Tłumacz: Dominika Cieśla-Szymańska
Wydawnictwo:W.A.B.
Rok: 2010
Stron: 315
 
Książka przeczytana w ramach wyzwania "Z literą w tle".

wtorek, 18 grudnia 2012

Nie tylko dla dorosłych - "Galeria dla dorosłych" Feliks W. Kres

Lubię teksty publicystyczne – zwłaszcza te o pisaniu publikowane przez pisarzy fantastów. Niestety, teksty te zazwyczaj pojawiają się w czasopismach, a ta rozproszona forma niezbyt mi odpowiada. Miło więc czasem trafić na zbiorek książkowy. Feliks W. Kres wydał już dwa takie zbiorki. Pierwszy czytałam kilka lat temu, drugi nabyłam za nieprzyzwoicie niską cenę w (o ironio) MediaMarkt. Jak wrażenia z „Galerii dla dorosłych”?


Może zacznijmy od tego, co można w książce znaleźć. Autor we wstępie pisze, ze jest to przedruk wybranych felietonów ukazujących się najpierw w serii „Galeria osobliwości”, a potem „Kreskówki dla dorosłych”. Poza tym w dodatkach znajdziemy jeszcze regulamin przyznawania Złotego Kota oraz jedno opowiadanie Kresa.

Mam problem z tą książką. Przyznam szczerze, ze „Galeria złamanych piór” podobała mi się bardziej. Z jednego prostego powodu: było tam znacznie więcej tekstów o pisaniu i literaturze. Felieton świetnie sprawdza się w czasopiśmie, ale ma pewną wadę – szybko się dezaktualizuje, jeśli dotyczy spraw bieżących.  A Kres niestety bardzo często ucieka w sprawy bieżące. Co prawda stara się jakoś dzięki nim nawiązać do szerszych zjawisk, ale ja tego nie kupuję.

Jednak kiedy już obierzemy książkę z tekstów polityczno-społecznych (i zostanie nam znacznie mniej, niż byśmy sobie życzyli) będziemy mieli znakomity, powiedzmy: literacki środek. Felietony, w których Kres pisze o literaturze to jest to, co tygryski lubią najbardziej. Nawet, jeśli się z szanownym autorem nie zgadzają. Mam kilku faworytów: rozważania, dlaczego i kiedy elfy i krasnoludy są złe (poruszane w kilku tekstach, za każdym razem od nieco innej strony), instruktarz „Czego unikać przy tworzeniu własnych ras rozumnych?” i autokrytyka Kresa, czyli coś na kształt apelu „Nie popełniajcie moich błędów!” z przykładami. I kilkuczęściowy tekst o wojnie w fantastyce. Ech, gdyby wszystkie felietony były tak interesujące…

Gdyby były, książkę pochłaniałoby się z wypiekami na twarzy i płakało o jeszcze. Ale że nie są, czytelnik po prostu męczy się po jakimś czasie, czytając o poglądach autora na palenie czy posiadanie broni. Całe szczęście, że poziom literacki jest dobry, a nawet bardzo dobry, inaczej byłoby bardzo źle.

Zapomniałabym wspomnieć o opowiadaniu, które nie wiem, czy przypadkiem nie jest najciekawszym tekstem książki. „Senea” w zasadzie pozbawiona jest jako takiej fabuły, autor bowiem skupił się na tworzeniu i przedstawianiu własnej rasy rozumnej tytułowych senea, będących rodzajem zwierzoludzi. Kres skupił się tu na podkreślaniu tego, jak rzeczywistość postrzegają istoty inteligentne, ale bardzo różne od ludzi i w pewnym stopniu nam obce. Wyszedł bardzo ciekawy eksperyment, który można z całą pewnością zaliczyć do udanych.

Wydatku nie żałuję – dobrych tekstów uzbierałoby się na numer czasopisma branżowego, a mniej więcej tyle, co za czasopismo za książkę zapłaciłam. Ostatecznie postawię ją sobie na prywatnej półeczce i będę do niej wracać. To znaczy do niektórych tekstów – jednych często, innych rzadko, ale niestety do wielu wcale. 

Tytuł: Galeria dla dorosłych
Autor:Feliks W. Kres
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2010
Stron: 456

niedziela, 26 sierpnia 2012

Wsi spokojna, wsi wesoła. I japońska - "Życie jak w Tochigi" Anna Ikeda

Japonia jest krajem, którego miłośnicy zdają się być najgłośniejsi w Polsce. Wynika to z faktu, iż większość tych japonofili to gimnazjalistki zafascynowane tak naprawdę mangą i anime, a nie krajem. Poza komiksami i filmami animowanymi, Kraj Kwitnącej Wiśni ma jeszcze bardzo ciekawą kulturę, tradycje i język, a Japończycy swoiste zwyczaje (tak jak i każda inna nacja). O samurajach, języku, religiach czy historii Japonii napisano już wiele uczonych tomów, nawet po polsku. Ale jak Japonia wygląda na co dzień, z perspektywy obcokrajowca, który co prawda jakiś czas już tam mieszka i kraj ten lubi, ale szczególnym fanatykiem nie jest? Na to pytanie odpowiada Anna Ikeda w książce Życie jak w Tochigi.

Anna Ikeda jest Polką, której zdarzyło się wyjść za Japończyka i w końcu osiąść w Japonii — nie jednak w nowoczesnym i znanym wszystkim Tokio czy innej metropolii, ale na dalekiej prowincji, żeby nie powiedzieć „w dziurze zabitej dechami”. A daleko od ośrodków miejskich zimową japońską nocą nierzadko marznie tyłek, a w rurach zamarza woda — bo zima na wyspach sroga, a nowomodny wynalazek centralnego ogrzewanie, w co starszych budynkach, jeszcze nie zawitał. W ogóle życie daleko od japońskich ośrodków miejskich bardzo przypomina życie daleko od polskich ośrodków miejskich (w Polsce izolacja budynków lepsza). Tylko że na polskiej prowincji nie ma matsuri (szkoda), nie jada się shimotsukare (na szczęście) i, nawet w miastach, nie zakłada się neko cafe (chyba przepisy na to nie pozwalają, a szkoda). A cóż to za dziwaczne, pisane kursywą nazwy? Przeczytajcie książkę, wtedy się dowiecie.
Anna Ikeda pisze w sposób niezwykle lekki — jej książka czyta się praktycznie sama. Lektura kolejnych rozdziałów przypomina pogaduchy z dawno niewidzianą koleżanką. Taką, dodajmy, która mieszkała w Japonii i właśnie wróciła pogadać z dawnymi znajomymi, a do tego ma dar opowiadania. Nie owija w bawełnę, ale dzięki dystansowi do siebie jest w stanie obrócić w żart własne wpadki i wpleść w opowieść mnóstwo humoru, czasem uszczypliwego. Nie można się nie uśmiać przy opisie sposobu, w jaki po raz pierwszy trafiła do Kraju Kwitnącej Wiśni czy wyprawy mającej na celu zdobycie jednej ze świętych gór — co pretenduje książkę do tytułu idealnej lektury na lato.

Jednak te opowieści (bo Życie jak w Tochigi to w zasadzie zbiorek luźno ze sobą powiązanych rozdziałów, opisujących różne ciekawe zagadnienia czy sytuacje) nie są tylko zabawne. Przez autorkę najwyraźniej przemawia patriotyzm lokalny — chociaż zarzeka się, że o Japonii jako takiej, jej historii, kulturze itd., pisać nie będzie, nie szczędzi historycznych danych odnośnie własnej prowincji (dodam dla jasności, że „prowincja” to w Japonii jednostka administracyjna). Dowiemy się więc ze szczegółami, kim był taki np. mnich Shodo i co zrobił, poznamy rozkład świątecznych parad i kilka innych detali przyrodniczo-architektoniczno-turystycznych. Wszystko to napisane tak zajmująco, że z pewnością nikogo nie znudzi.

Anna Ikeda stara się przedstawić rzeczywistość taką, jaką widzi podczas swoich codziennych zajęć — nie ma ambicji odmalowania kompleksowego obrazu Japonii, czy choćby tego jej małego kawałka, w którym mieszka. Nie chce rozwodzić się nad psychiką statystycznego obywatela — woli porównywać stereotypy z ludźmi, których spotyka i w razie potrzeby je weryfikować. Nie zaprzecza, że Japonia jest krajem znacznie różniącym się od państw zachodnich (choćby w kwestii rasizmu), jednak nie interesuje jej skala ogólnokrajowa, a jedynie codzienność i to, z czym się w jej ramach spotyka. I to podejście wydaje mi się bardzo szczere.

Słów jeszcze kilka o wydaniu. Autorka (lub wydawca) najwyraźniej stara się hołdować tradycji dotyczącej starych książek podróżniczych (o ile książkę o miejscu, w którym się na stałe mieszka, można nazwać podróżniczą) i Życie jak w Tochigi stworzyła na poły albumem. Zdjęcia są bardzo gęsto rozsiane (czasami czytelnika prześladuje wrażenie, że stron ze zdjęciami jest tyle samo, co tych z tekstem), kolorowe i nad wyraz urodziwe. Wraz z elegancką, minimalistyczna okładką i świetnym tekstem worzą przedmiot, który nie tylko miło postawić na półce, ale czasem też warto otworzyć dla odnalezienia inspiracji.

Życie jak w Tochigi mogę polecić każdemu. Miłośnicy Japonii znajdą tam swój ulubiony kraj. Miłośnicy lekkich opowieści — mnóstwo zabawnych anegdot. Fani egzotycznych klimatów szczyptę odmienności właśnie. Ale przede wszystkim usatysfakcjonowani będą zwolennicy dobrej książki, którą Anna Ikeda niewątpliwie napisała.


Recenzja dla portalu Unreal Fantasy.

Tytuł: Życie jak w Tochigi
Autor: Anna Ikeda
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok: 2012
Stron: 320

niedziela, 27 maja 2012

Sroki, kruki, gołębie i gawron - "Corvus. Życie wśród ptaków" Esther Woolfson

Spójrzcie przez okno. Jeśli mieszkacie w mieście, najpóźniej po kilku chwilach ujrzycie jakiegoś czarnego ptaka przelatującego, przechadzającego się po trawniku lub kłócącego się z towarzyszami na pobliskim drzewie. Pewnie widujecie go (albo jego pobratymców) codziennie. Ale czy właściwie wiecie jaki to gatunek? Czy cokolwiek o nim wiecie? Cóż, pewnie kojarzycie, że zwierzę to należy do rodziny krukowatych. To bardzo fascynujące i bystre sworznia, do których przylgnęła niechlubna etykietka złośliwych ścierwojadów. Esther Woolfson postanowiła walczyć z tym krzywdzącym stereotypem. Między innymi dlatego powstał Corvus. Życie wśród ptaków.

Pani Woolfson mieszka w Szkocji. Klimat mamy tam dość ponury, więc pisarka rada jest, że może cieszyć się doborowym towarzystwem ptaków. Swoje doświadczenia i wspomnienia związane z pierzastymi kompanami postanowiła nieco usystematyzować, przelać na papier – i tak powstał autobiograficzny (awibiograficzny?) Corvus. Wszystko zaczęło się w momencie, kiedy rodzina pani Woolfson postanowiła, po latach prowadzenia dość koczowniczego trybu życia, osiąść w Aberdeen. Tak się złożyło, że babcia męża pisarki chciała się z kimś podzielić gołębiami, bo nadto się rozmnożyły. W ten sposób w domu państwa Woolfson pojawiły się pierwsze ptaki. Jak wiadomo, jedne przyciągają drugie (na zasadzie „Słyszałem, że trzyma pani ptaki. Znalazłem wczoraj w ogródku pisklę sroki, szkoda go, a pani ma już doświadczenia. Może się pani nim zajmie?”), więc nie trzeba było długo czekać, żeby dom całkiem się zaptasił. Wkrótce przybył Kurczak (na okładce), Pyskacz, Ptaszyna, Ikar, Max (który używał słowa na „k”) i Ziki. A to tylko najdłużej mieszkający rezydenci. 

Autorka z wnikliwością wytrawnego obserwatora opisuje ich indywidualne charaktery, zachowania i przejawy bezsprzecznej inteligencji. W międzyczasie raczy czytelnika błyszczącymi okruchami nauki: słówko o piórach, skrzydłach i lataniu, rzecz o przodkach ptaków, wywód o miejscu krukowatych w kulturze. Możemy je zbierać, niczym sroka świecidełka (co jest oczywiście mitem, bo srok wolno żyjących nie interesują błyszczące przedmioty).

Corvus to książka, która porusza wiele zagadnień. Najbardziej widocznym jest oczywiście miłość człowieka do zwierząt. W tym przypadku jest to uczucie świadome, pełne wątpliwości i refleksji. Autorka wiele pisze o rozterkach związanych z odchowem piskląt – w końcu pozbawiła je wolności i kontaktów z pobratymcami, a krukowate to przecież ptaki społeczne. Poza tym wiele miejsca zajmuje kwestia ochrony ptaków jako takich (wzmianka o kobiecie, która beztrosko przyznała się do chwytania i roztrzaskiwania głów srokom, bo niszczą lęgi drobnych ptaków, przyprawiła mnie o mdłości) a także ich siedlisk. Wszystko to bez nachalnego dydaktyzmu. Mam nadzieję, że przynajmniej niektórych czytelników uwrażliwi na kwestie ochrony środowiska.

Esther Woolfson z pewnością nie można odmówić ani erudycji, ani lekkości pióra. Niezwykle barwnie opisuje poczynania swoich pierzastych znajomków, żeby zaraz ubarwić opowieść jakąś anegdotą z życia sławnych pisarzy, a za chwilę płynnie przechodzi do objaśniania stanowiska badaczy. Wszystko podane w lekkiej formie, tak jakby rozmawiała ze znajomymi w kawiarni. W pisarstwie tej pani widać emocjonalne zaangażowanie w temat, ale nie sztuczną egzaltację. Pasjonatów z darem wymowy zawsze przyjemnie jest posłuchać.

Kilka słów o wydaniu. Wydawnictwo W.A.B. niezmiennie zachwyca mnie jakością książek, zwłaszcza tych z serii Biosfera. Mają nie tylko twarde, solidne oprawy, świetną korektę i szyte kartki, jak pozostałe tytuły W.A.B.u. Serię tę charakteryzuje niesłychane wręcz zaangażowanie i dbałość tłumaczy. Widać to szczególnie w Corvus, gdzie nie tylko tłumaczą pewne kwestie dotyczące języka czy kultury Szkocji, ale również rozwijają wiele zagadnień związanych z ptakami, o których autorka tylko napomknęła. Przypisy to integralna, choć niewielka część książki. Taka pieczołowitość to prawdziwy biały kruk na rynku wydawniczym – a szkoda.

Komu mogę polecić Corvus? Wszystkim, bo uważam, że trzeba poznawać to, co mamy po sąsiedzku – a sroki, kawki, gawrony czy wrony mamy z pewnością. Poza tym to kawał interesującej, świetnie napisanej literatury, wyjątkowo na czasie wiosną, kiedy ptaki zaczynają wić gniazda. A więc: miłej lektury!

Recenzja dla portalu Unreal Fantasy.

Tytuł: Corvus. Życie wśród ptaków
Autor: Esther Woolfson
Tytuł oryginalny: Corvus. A Life With Birds
Tłumacz: Joanna Wajs i Adam Pluszka
Wydawnictwo:W.A.B.
Rok: 2012
Stron:352

wtorek, 22 maja 2012

Pól Schmitta poproszę. - "Kiki van Beethoven" Eric-Emmanuel Schmitt

Lubię Erica-Emmanuela Schmitta. Pewnie dlatego, że jestem urodzoną pesymistką, a on chociaż chwilowo potrafi wzbudzić we mnie optymizm. Jak sam pisze, nie rozumie, dlaczego współcześnie za godne uwagi i wyniosłe uważa się jedynie negatywne uczucia. Sam woli zajmować się tymi pozytywnymi. Nie oznacza to bynajmniej, że jego utwory poruszają wyłącznie tematy błahe. Można powiedzieć, że mówią o tych najprostszych i jednocześnie najgłębszych.

„Kiki van Beethoven” to niewielka książeczka, na którą składają się dwa utwory. Pierwszym z nich jest opowiadanie o tym właśnie tytule, drugi to esej Schmitta „Kiedy pomyślę, że Beethoven umarł, a tylu kretynów żyje…”.

Opowiadanie nie odbiega jakością od najbardziej udanych tekstów tego autora. Oto pewna starsza pani, tytułowa Kiki, kupuje w sklepie ze starociami maskę Beethovena i zaczyna się zastanawiać, dlaczego maska w pewien sposób nie ożyła, jak zwykła to czynić, gdy staruszka była jeszcze młodym dziewczęciem. Sprawę tę postanowiła rozwiązać razem z trzema przyjaciółkami. Dzięki muzyce tego kompozytora każda z nich powoli na nowo odkrywa to, co głęboko pogrzebała z upływem lat. Esej zaś przedstawia krótki rys historyczny dziejów powyższego opowiadania oraz opis tego, czego autor się od Beethovena nauczył.

Do opowiadania nie mam zastrzeżeń. Zawiera wszystko, co u Schmitta lubię: emocje, magię rzeczy zwyczajnych, odkrycie czegoś, co – z pozoru nieistotne – ma wielkie znaczenie. Opowieść toczy się gładko i mimo niewielkich rozmiarów pozwala czytelnikowi wsiąknąć. Moim problemem jest esej.

Lubię dowiadywać się, jak powstaje dany utwór, dlatego z ufnością zagłębiłam się w „Kiedy pomyślę, że Beethoven umarł, a tylu kretynów żyje…”. Zazwyczaj też jestem ciekawa przemyśleń autora, z Schmitt sporo tutaj pisze o własnym pojęciu humanizmu i o tym, jak wiele składowych tego pojęcia wyniósł z muzyki i życiorysu Beethovena. Gorzej, kiedy autor łopatologicznie wykłada, jak na niego działają poszczególne utwory kompozytora, co należy z nich wynosić i jak sam ja odbiera. Czułam się troszkę jak na lekcji polskiego, kiedy to drobiazgowo, słowo po słowie omawia się dany utwór, mordując nie tylko wolność interpretacji, ale i urodę dzieła. Ale pal licho muzykę, przecież nikt pisarzowi nie zabroni dzielić się własnymi interpretacjami z czytelnikiem. Niestety, cały ten wywód narzuca (podejrzewam, że mimowolnie, bo autor raczej nie miał takiego zamiaru) jedynie słuszną interpretację poprzedzającego opowiadania. To chyba najgorsze, co może zrobić autor swojemu dziełu: całkowicie zepsuć radość z przeczytania.

„Kiki van Beethoven” to książka, którą polecam w połowie. W tej połowie, która jest opowiadaniem. Resztę czytajcie na własną odpowiedzialność.

Tytuł: Kiki van Beethoven
Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Tłumacz:
Agata Sylwestrzak-Wszelaki
Tytuł oryginalny: Quand je pense que Beethoven est mort alors que tant de cretins vivent suivi de Kiki van Beethoven
Wydawnictwo: Znak literanova
Rok: 2011
Stron: 152

środa, 12 października 2011

Nasza historia;) - "Moja historia czytania" Alberto Manguel

Książeczkę pożyczyła mi JoannazKociewia. Dziękuję!

Książki o książkach to coś, co każdy mol książkowy lubi najbardziej. Może być to powieść o zapamiętałym czytelniku czy bibliofilu, może być popularnonaukowe opracowanie na temat czytelnictwa, ale chyba najlepsze są eseje. Ta forma pozwala na spojrzenie bardziej osobiste, kiedy czytając tekst myślimy „To o mnie!” (jak u Anne Fadiman). Ale pozwala też na spojrzenie bardziej globalne, na odnoszenie naszych własnych zwyczajów do historii ogólnej. I takie właśnie podejście prezentuje nam „Moja historia czytania” Alberto Manguela.

Autor jednak nie stara się przedstawić wszystkiego w sposób chronologiczny, drobiazgowo analizując aspekty czytelnictwa wedle wykładni wieków. Pozwolił sobie na swobodę, omawiając wybrane zagadnienia według własnych kryteriów. I tak, mamy tekst o historii czytania po cichu, które przez bardzo długi czas wcale nie było czymś oczywistym, o nauce czytania – czyli jak to drzewiej w szkołach bywało, o zakazanych lekturach – czyli cenzura przez wieki i tak dalej, i tak dalej. 

Oczywiście nie wszystkie teksty podobały mi się tak samo. Zdarzały się eseje nużące, które mimo szczerych chęci nie potrafiły mnie zainteresować. Bywały też perełki (i to całkiem sporo), które czytałam z wypiekami na twarzy, odnajdując tam coś o sobie. Chociażby tekst o zwyczaju czytania w łóżku –  jeden z tych, przy którym od razu pomyślałam „To o mnie!”. W pewnym sensie ta myśl odnosiła się też do rozdziału poświęconego historii uprzedzeń do czytających (czyli poszukiwaniom momentu, w którym człowiek z książką przestał być uważany za mędrca, a zaczął być postrzegany jako irytujący fantasta, który żyje tylko w świecie własnych imaginacji), zwłaszcza, że autor przy tej okazji poświęcił też sporo miejsca okularom. Niezwykle ciekawe były rozważania o cenzurze. To z nich dowiedziałam się, że w niektórych stanach jeszcze w połowie XIX wieku nie wolno było uczyć (ani uczyć się) czytać czarnoskórym, zarówno niewolnikom, jak i wolnym. Za to przewinienie groziło ciężkie pobicie, a nierzadko i stryczek. Działalność cenzorska w ogóle ma w USA dość bogatą tradycję, co zdaje się być gorzką ironią w kraju, który jest taki dumny z wolności własnych obywateli…

Zwyczaje pisarskie Manguela mogą sprawiać problem niektórym czytelnikom. Zwłaszcza tym, którzy nie lubią, kiedy cytuje się nieznane im książki. Wszystkie eseje są bowiem naszpikowane cytatami jak przysłowiowa dobra kasza skwarkami. A i język sprawia, że są trudniejsze w odbiorze, niż choćby eseje Fadiman. Moim zdaniem jednak warto się trochę wysilić.

Sądzę, że „Moja historia czytania” jest obowiązkową pozycją dla każdego mola. Pozwala poobcować ze świetnym, choć momentami przyciężkim stylem, poszerza wiedzę o własnej obsesji.;) a każdy przecież powinien własną obsesję znać jak najlepiej. I zawsze warto wiedzieć, która z postaci historycznych miała podobne zwyczaje do nas.

Tytuł: Moja historia czytania
Autor: Alberto Manguel
Tytuł oryginalny: A history of reading
Tłumacz: Hanna Jankowska
Wydawnictwo: Muza
Rok: 2003
Stron: 496
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...