Pokazywanie postów oznaczonych etykietą O książkach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą O książkach. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 marca 2024

"O kocie, który ratował książki" Sosuke Natsukawa

Nie ma chyba szybszej metody na zwabienie czytelnika niż napisanie książki o książkach. A jeśli będzie to powieść azjatycka i z elementami fantastyki, to zwabi się bardzo konkretny typ czytelnika, czyli mnie. I dlatego na "O kocie, który ratował książki" Sosuke Natsukawy polowałam od momentu, kiedy tylko dowiedziałam się o premierze. W końcu okazało się, że jest w lokalnej bibliotece. I całe szczęście, że najpierw go wypożyczyłam, zamiast od razu kupić. Bo być może nie jest to najgorsza azjatycka książka, jaką kiedykolwiek czytałam, ale na pewno najbardziej problematyczna.

poniedziałek, 24 kwietnia 2023

"Spacerujący z książkami" Carsten Henn


Czasem tak jest, że na wyjeździe człowiek szuka czegoś lżejszego do czytania (bo okazuje się, że branie samego non-fiction na wyjazd z dzieckiem bywa średnim pomysłem). I widzi tytuł, który już na orbicie czytelniczych zainteresowań się pojawiał. Ba, widzi tytuł mający być bardzo cozy, a do tego o książkach i nie za długi. I człowiek myśli, że to jest właśnie dobra chwila, już nawet te niekoniecznie lubiane tropy przełknie, a nuż sobie coś do listy dopisze.

sobota, 5 grudnia 2020

"Bezgwiezdne Morze" Erin Morgenstern


Jest kilkoro takich autorów, od których książki biorę w ciemno. Do tego grona należy Erin Morgenstern. Jej debiutancki „Cyrk Nocy” nie miał u nas szczęścia – wyszedł akurat jako jedna z ostatnich publikacji chylącego się ku upadłości wydawnictwa w związku z czym praktycznie nie miał promocji i przeszedł bez większego echa. A szkoda, bo to świetna książka. Jednak szczęśliwie Świat Książki znalazł nowego właściciela i odbił się od dna, stać go więc na odpowiednią promocję „Bezgwiezdnego Morza”. A przynajmniej mam taką nadzieję, bo to fenomenalna książka zasługująca na jak największe nakłady. 

środa, 17 lipca 2019

"Pamiętnik księgarza" Shaun Bythell


Istnieje taki rodzaj książek, które wśród zagorzałych czytelników zawsze cieszą się popularnością. Są to mianowicie książki o książkach i wszystkim, co z nim związane. Jako czytelnicy zagorzali uwielbiamy nie tylko powieści, które autorzy nam podsuwają, ale także lubimy czytać o tym, co autorzy czytają i jak podchodzą do literatury. To samo dotyczy zawodów okołoliterackich – tłumaczy, redaktorów i… księgarzy. O jednym z przedstawicieli tej ostatniej profesji możemy poczytać w „Pamiętniku księgarza”.

wtorek, 31 stycznia 2017

"Strażniczka książek" Mechthild Gläser

Lubię książki o książkach. I tu w zasadzie mam dwie możliwości. Mogę wybrać bardziej realistycznie – czyli felietony, eseje, wywiady z autorami. Albo mogę pójść w stronę fantastyki – poszukać autorów, którzy bardzo kreatywnie wykorzystują świat literatury do budowania własnych światów. W tym ostatnim osobliwie przodują Niemcy, zwłaszcza jeśli chodzi o literaturę dziecięca i młodzieżową. „Miasto Śniących Książek” jest niemieckie, „Atramentowe serce” też, wreszcie „Niekończąca się opowieść”. Dlatego nie dziwi mnie, że i kolejna niemiecka autorka sięgnęła po ten motyw. Mechthild Gläser miała teoretycznie całkiem niezły pomysł – chciała wpuścić bohaterów we wszystkie opowieści na raz i pozwolić im ich strzec. A jak wyszło?

W tym miejscu chciałabym ostrzec, że recenzja zawiera śladowe ilości spoilerów.

Ten rok szkolny nie był dobry ani dla Amy, ani dla jej mamy, Alexis. W przypływie frustracji i w myśl hasła „szybko, szybko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu” postanawiają spędzić wakacje na rodzinnej szkockiej wyspie Stormsday, z której Alexis uciekła, będąc jeszcze w ciąży z siedemnastoletnią obecnie Amy. Nastolatka nie wie, czemu jej matka opuściła dom rodzinny – właściwie zupełnie nie zna swojej rodziny. Nie ma też pojęcia, że wszyscy w jej rodzie dysponują darem: potrafią wnikać do książek. I dlatego podjęli się ochrony ich delikatnego świata.

To jest jedna z tych książek, w których na pierwszy rzut kaprawego oka wszystko gra, ale na kolejny wyłażą problemy. Zresztą, nawet ten pierwszy już niektóre ujawnia, jeśli oko kaprawe nie jest. Większość z nich, mam wrażenie, w prostej linii wynika z tego, że autorka od początku do końca nie za bardzo wiedziała, jaką książkę chce napisać. Na pewno młodzieżową, bo mamy nastoletnią bohaterkę. Mamy też element „magicznej” szkoły, przygotowującej do „magicznych” zawodów. Oczywiście znamy to wszyscy od kiedy wyszła pierwsza powieść Rowling (nie, żeby wcześniej taki motyw się nie pojawiał, ale rozumiecie, wcześniej nie znali go absolutnie wszyscy). Tyle że o ile w Harry Potter czy Percy Jackson ucząc się rzeczywiście poznawali razem z czytelnikiem świat własnej opowieści oraz prawidła nim rządzące, o tyle szkolenie Amy nie daje czytelnikowi nic. O samym zawodzie strażnika książek dowiadujemy się tylko tyle, że pełni się go do 25 roku życia czynnie, potem biernie, bo już do opowieści wnikać nie można (na czym wobec tego polega wtedy zawód strażnika, nie wiadomo). I że trzeba zapobiegać kryzysom. Jakim kryzysom i jak zapobiegać już nikt nie wyjaśnia – nowicjuszka Amy nie dostaje żadnej instrukcji, żadnej listy zakazów i nakazów i żadnych ostrzeżeń (choć wiadomo, że jeśli coś jej się stanie w książce, to stanie się to naprawdę, a nie tylko w opowieści). Czytelnik razem z bohaterka porusza się w świecie, którego zasad nikt mu nie przedstawia. Przez co ten świat zdaje się mieć zasady wymyślane na bieżąco, tak, jak autorkę chwila poniosła.

Pozwólcie, że poznęcam się jeszcze nad szumnie zwaną szkołą strażników i zawodem samym w sobie, bo to jest ten element opowieści, który sprawia, że mi kołek od zawieszania niewiary niebezpiecznie trzeszczy. Bo widzicie – w takiej formie, w jakiej przedstawiła je autorka, to szkolenie i całe stróżowanie nie ma sensu. Nowicjuszce nie wyjaśnia się ograniczeń i możliwości, to raz. Pal sześć, że przez to czytelnik ich nie zna, ale bez tego nie da się wydajnie (i z zachowaniem zasad BHP) wykonywać swoich zadań. Właściwie wygląda na to, że cały motyw szkoły został dodany tylko po to, żeby przedstawić jedno, (kluczowe co prawda dla fabuły, ale możliwe do przedstawienia i bez wątku ciągnącego się przez całą książkę jak smród za pospolitym ruszeniem) wydarzenie z przeszłości, a autorka nie wzięła pod uwagę, że w międzyczasie też dobrze byłoby go wypełnić jakąś treścią. Strażniczenie w książkach też wygląda na mocno nieprzemyślane. Niby ma polegać na zapobieganiu kryzysom, ale okazuje się od razu, że każdy strażnik piastuje tylko jedną opowieść. Zważywszy, że jest ich całych trzech, średnio to wydajne. Zwłaszcza, że w zasadzie jedyną bronią strażnika w walce z kryzysem są… negocjacje. Co może i przydaje się, kiedy trzeba przekonać obrażoną księżniczkę, żeby się jednak przespała na ziarnku grochu, ale w obliczu bardziej krwawego zagrożenia już nie za bardzo.

Wewnętrzny świat literatury też szczególnie spójny nie jest – brak mu zasad łączących go w logiczną całość. Z jednej strony widzimy, że postacie w fabułach swoich opowieści występują jak aktorzy na scenie – najważniejsze to żeby się nie spóźnić i bezbłędnie wypowiedzieć swoją kwestię. Między wystąpieniami można wpaść do miasteczka na ziemi niczyjej na zakupy i drinka, a Amy włóczy się w towarzystwie Wertera i Sheer Khana – bohaterów, którzy nie dożywają końca swoich historii – i jakoś nikt się szczególnie ich losem nie przejmuje. Z drugiej autorka wychodzi ze skóry, żebyśmy strasznie się przejęli faktem, że bohater innej opowieści na jaj końcu ginie. Z jednej strony za żadne skarby nie można zmieniać opowieści, z drugiej chyba nikt tych zmian nie pilnuje, bo liczne spowodowane przez Amy przechodzą bez echa… I tak dalej. Przy czym trochę mnie uwiera też to, że Amy porusza się i fascynuje wyłącznie światami z klasycznej literatury. Rozumiem, że to wszystko przez prawa autorskie do nowszych i popularniejszych światów, ale szczerze mówiąc, będąc współczesną nastolatką ze zdolnością do wnikania w książki pobiegłabym raczej szukać Hogwartu albo Katniss Everdeen niż eksplorować prozę Dickensa. Czyli: rozumiem, ale uwiera.

Przejdźmy może do relacji między bohaterami. I tu też wtopa, bo jedna w pełni zarysowana i ciekawa jest ta pomiędzy Amy a Willem, innym młodym strażnikiem. Wszystko to urocze i interesujące, ale tak bardzo pasuje do kliszy nastoletniej pierwszej miłości, że nie zaskakuje niczym. Aby dodać nieco charakteru Willowi, autorka kreuje go na niezrozumianego wrażliwca o buntowniczych zapędach, ale to też wypada bardzo sztampowo. Druga jest pomiędzy Amy a jej matką i przyznam, że jest to ciepła, zdrowa i podnosząca na duchu relacja matki z córką, całkiem dobrze opisana. Poza tym mamy jeszcze relację Alexis z jej matką a babką Amy – która jest konfliktowa (nastoletnie matki nie uciekają z domu na końcu świata dla kaprysu) i miałaby ciekawy potencjał, ale autorka postanowiła poprzestać na kilku nierozwiązujących niczego pyskówkach i porzuciła temat. W ogóle niewnoszące niczego pyskówki zdają się być główną formą komunikacji dorosłych na Stormsday. No i jest jeszcze Betty. Z którą ma problem najbardziej.

Betty bowiem jest uosobieniem kliszy pustej, zarozumiałej blondi, zainteresowanej przede wszystkim ciuchami i kosmetykami (a chłopakami nie chyba tylko dlatego, że jedyny dostępny na Stormsday jest jej bliskim kuzynem). Mało co mnie tak irytuje, jak wykorzystanie tej kliszy. Autorka co prawda starała się dodać Betty nieco głębi – dziewczyna naprawdę sumiennie wykonuje obowiązki strażniczki i przejmuje się rzeczami, które Amy nawet nie przyszłyby do głowy, ale cóż, widać jak na dłoni, że służy tylko zbudowaniu opozycji między „jedyną taką” Amy, która nie lubi kosmetyków a kiecki nosi wyłącznie, kiedy musi i podobną do tych niewdzięcznych szkolnych koleżaneczek Betty, co to jej głównie własny wygląd w głowie. A była scena, która mogłaby to naprawić, która mogłaby pokazać, że nie szata zdobi człowieka a inni miewają motywacje równie ważne, jak nasze, tylko inaczej je realizują… Kiedy można było pokazać, że subiektywne spojrzenie Amy (bo narratorką jest właśnie ona, przez większość czasu) nie jest jedynie słusznym i że człowiek czasem pewnych rzeczy nie dostrzega… Jednak autorka temat zbyła i zostaliśmy z uroczą kujonką i pustą blondi.

„Strażniczka książek” miała potencjał – ten pomysł mógł wyewoluować w coś interesującego. Jednak autorka nie potrafiła go wykorzystać. Właściwie jedyna interesującą rzeczą w powieści jest zakończenie, w którym wyjątkowo pani Gläsernie poszła po linii najmniejszego oporu. Ale nie wiem, czy warto się dla niego przebijać przez całą powieść.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i s-ka

Tytuł: Strażniczka książek
Autor: Mechthild Gläser
Tytuł oryginalny: Die Buchspringer
Tłumacz: Mirosława Sobolewska
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2016
Stron: 392

wtorek, 18 grudnia 2012

Nie tylko dla dorosłych - "Galeria dla dorosłych" Feliks W. Kres

Lubię teksty publicystyczne – zwłaszcza te o pisaniu publikowane przez pisarzy fantastów. Niestety, teksty te zazwyczaj pojawiają się w czasopismach, a ta rozproszona forma niezbyt mi odpowiada. Miło więc czasem trafić na zbiorek książkowy. Feliks W. Kres wydał już dwa takie zbiorki. Pierwszy czytałam kilka lat temu, drugi nabyłam za nieprzyzwoicie niską cenę w (o ironio) MediaMarkt. Jak wrażenia z „Galerii dla dorosłych”?


Może zacznijmy od tego, co można w książce znaleźć. Autor we wstępie pisze, ze jest to przedruk wybranych felietonów ukazujących się najpierw w serii „Galeria osobliwości”, a potem „Kreskówki dla dorosłych”. Poza tym w dodatkach znajdziemy jeszcze regulamin przyznawania Złotego Kota oraz jedno opowiadanie Kresa.

Mam problem z tą książką. Przyznam szczerze, ze „Galeria złamanych piór” podobała mi się bardziej. Z jednego prostego powodu: było tam znacznie więcej tekstów o pisaniu i literaturze. Felieton świetnie sprawdza się w czasopiśmie, ale ma pewną wadę – szybko się dezaktualizuje, jeśli dotyczy spraw bieżących.  A Kres niestety bardzo często ucieka w sprawy bieżące. Co prawda stara się jakoś dzięki nim nawiązać do szerszych zjawisk, ale ja tego nie kupuję.

Jednak kiedy już obierzemy książkę z tekstów polityczno-społecznych (i zostanie nam znacznie mniej, niż byśmy sobie życzyli) będziemy mieli znakomity, powiedzmy: literacki środek. Felietony, w których Kres pisze o literaturze to jest to, co tygryski lubią najbardziej. Nawet, jeśli się z szanownym autorem nie zgadzają. Mam kilku faworytów: rozważania, dlaczego i kiedy elfy i krasnoludy są złe (poruszane w kilku tekstach, za każdym razem od nieco innej strony), instruktarz „Czego unikać przy tworzeniu własnych ras rozumnych?” i autokrytyka Kresa, czyli coś na kształt apelu „Nie popełniajcie moich błędów!” z przykładami. I kilkuczęściowy tekst o wojnie w fantastyce. Ech, gdyby wszystkie felietony były tak interesujące…

Gdyby były, książkę pochłaniałoby się z wypiekami na twarzy i płakało o jeszcze. Ale że nie są, czytelnik po prostu męczy się po jakimś czasie, czytając o poglądach autora na palenie czy posiadanie broni. Całe szczęście, że poziom literacki jest dobry, a nawet bardzo dobry, inaczej byłoby bardzo źle.

Zapomniałabym wspomnieć o opowiadaniu, które nie wiem, czy przypadkiem nie jest najciekawszym tekstem książki. „Senea” w zasadzie pozbawiona jest jako takiej fabuły, autor bowiem skupił się na tworzeniu i przedstawianiu własnej rasy rozumnej tytułowych senea, będących rodzajem zwierzoludzi. Kres skupił się tu na podkreślaniu tego, jak rzeczywistość postrzegają istoty inteligentne, ale bardzo różne od ludzi i w pewnym stopniu nam obce. Wyszedł bardzo ciekawy eksperyment, który można z całą pewnością zaliczyć do udanych.

Wydatku nie żałuję – dobrych tekstów uzbierałoby się na numer czasopisma branżowego, a mniej więcej tyle, co za czasopismo za książkę zapłaciłam. Ostatecznie postawię ją sobie na prywatnej półeczce i będę do niej wracać. To znaczy do niektórych tekstów – jednych często, innych rzadko, ale niestety do wielu wcale. 

Tytuł: Galeria dla dorosłych
Autor:Feliks W. Kres
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2010
Stron: 456

środa, 12 października 2011

Nasza historia;) - "Moja historia czytania" Alberto Manguel

Książeczkę pożyczyła mi JoannazKociewia. Dziękuję!

Książki o książkach to coś, co każdy mol książkowy lubi najbardziej. Może być to powieść o zapamiętałym czytelniku czy bibliofilu, może być popularnonaukowe opracowanie na temat czytelnictwa, ale chyba najlepsze są eseje. Ta forma pozwala na spojrzenie bardziej osobiste, kiedy czytając tekst myślimy „To o mnie!” (jak u Anne Fadiman). Ale pozwala też na spojrzenie bardziej globalne, na odnoszenie naszych własnych zwyczajów do historii ogólnej. I takie właśnie podejście prezentuje nam „Moja historia czytania” Alberto Manguela.

Autor jednak nie stara się przedstawić wszystkiego w sposób chronologiczny, drobiazgowo analizując aspekty czytelnictwa wedle wykładni wieków. Pozwolił sobie na swobodę, omawiając wybrane zagadnienia według własnych kryteriów. I tak, mamy tekst o historii czytania po cichu, które przez bardzo długi czas wcale nie było czymś oczywistym, o nauce czytania – czyli jak to drzewiej w szkołach bywało, o zakazanych lekturach – czyli cenzura przez wieki i tak dalej, i tak dalej. 

Oczywiście nie wszystkie teksty podobały mi się tak samo. Zdarzały się eseje nużące, które mimo szczerych chęci nie potrafiły mnie zainteresować. Bywały też perełki (i to całkiem sporo), które czytałam z wypiekami na twarzy, odnajdując tam coś o sobie. Chociażby tekst o zwyczaju czytania w łóżku –  jeden z tych, przy którym od razu pomyślałam „To o mnie!”. W pewnym sensie ta myśl odnosiła się też do rozdziału poświęconego historii uprzedzeń do czytających (czyli poszukiwaniom momentu, w którym człowiek z książką przestał być uważany za mędrca, a zaczął być postrzegany jako irytujący fantasta, który żyje tylko w świecie własnych imaginacji), zwłaszcza, że autor przy tej okazji poświęcił też sporo miejsca okularom. Niezwykle ciekawe były rozważania o cenzurze. To z nich dowiedziałam się, że w niektórych stanach jeszcze w połowie XIX wieku nie wolno było uczyć (ani uczyć się) czytać czarnoskórym, zarówno niewolnikom, jak i wolnym. Za to przewinienie groziło ciężkie pobicie, a nierzadko i stryczek. Działalność cenzorska w ogóle ma w USA dość bogatą tradycję, co zdaje się być gorzką ironią w kraju, który jest taki dumny z wolności własnych obywateli…

Zwyczaje pisarskie Manguela mogą sprawiać problem niektórym czytelnikom. Zwłaszcza tym, którzy nie lubią, kiedy cytuje się nieznane im książki. Wszystkie eseje są bowiem naszpikowane cytatami jak przysłowiowa dobra kasza skwarkami. A i język sprawia, że są trudniejsze w odbiorze, niż choćby eseje Fadiman. Moim zdaniem jednak warto się trochę wysilić.

Sądzę, że „Moja historia czytania” jest obowiązkową pozycją dla każdego mola. Pozwala poobcować ze świetnym, choć momentami przyciężkim stylem, poszerza wiedzę o własnej obsesji.;) a każdy przecież powinien własną obsesję znać jak najlepiej. I zawsze warto wiedzieć, która z postaci historycznych miała podobne zwyczaje do nas.

Tytuł: Moja historia czytania
Autor: Alberto Manguel
Tytuł oryginalny: A history of reading
Tłumacz: Hanna Jankowska
Wydawnictwo: Muza
Rok: 2003
Stron: 496

niedziela, 20 lutego 2011

Królewskie fanaberie - "Czytelniczka znakomita" Alan Bennett

Kolejna książka, na którą nie zwróciłabym uwagi, gdyby nie blogosfera. Tym razem na trop naprowadziła mnie recenzja na Wrotach Wyobraźni. I świetnie się składa, bo jest to książka, którą naprawdę warto przeczytać. Zwłaszcza, jeśli jest się nałogowym czytelnikiem. Co prawda pan Bennett nie próbuje nam udowodnić, jak niektórzy autorzy, że książki mogą zabić, niemniej jednak każdy w osobie głównej bohaterki odnajdzie kawałek siebie. Co można sobie poczytać za swego rodzaju nobilitację.

Czy można sobie wyobrazić czytelniczkę bardziej znakomitą, bardziej niepospolitą, niż królowa angielska? Chyba nie, zważywszy na to, jakie wartości i cechy są kojarzone z tą funkcją. Otóż królowa pewnego dnia napotyka na swojej drodze (a właściwie drodze swoich psów) objazdową bibliotekę. Wiedziona poczuciem obowiązku (bo przecież z biblioteki nie wypada wyjść bez książki, zwłaszcza, że bibliotekarz mógłby pomyśleć, że nie jest godzien monarszego zainteresowania), wypożycza powieść. Wiedziona tym samym poczuciem obowiązku, czyta ją, czego wcześniej nigdy nie robiła ze względu na bardzo napięty chronogram zajęć. Później wypożycza następną książkę, i jeszcze jedną, i kolejną…

Znajomość z literaturą szybko przeistacza się w swoisty nałóg, przez który Jej Królewska Mość zaczyna zaniedbywać do tej pory skrupulatnie egzekwowane detale swoich obowiązków. Wszystko po to, aby z programu dnia wyszarpnąć choć kilka dodatkowych minut na lekturę. Nie podoba się to ani rządowi, ani dworzanom. Zaczynają się wręcz rozchodzić pogłoski, że starcza demencja dopadła umysł najważniejszej osoby w państwie. Nic jednak bardziej mylnego – w końcu któż dotknięty tą przypadłością mógłby z wypiekami na twarzy pochłaniać „W poszukiwaniu straconego czasu”?

W powieści nie sposób się doszukać zwrotów akcji, emocjonalnych porywów czy wzrostu napięcia. Fabuła rozumiana jako następujące po sobie w szaleńczym tempie karkołomne wydarzenia, tutaj nie występuje. Książka ma raczej charakter refleksyjny. Autor chciał nam pokazać, jakie zmiany mogą nastąpić w kimś, kto w tak zachłanny sposób jak królowa odkrywa lekturę. Wybór takiej, a nie innej bohaterki miał na celu głównie wywołanie efektu komicznego. No i chyba wstrząśnięcie brytyjskim czytelnikiem, jako że (jak podejrzewam, ponieważ nie znam się na tym kompletnie) jego stosunek do monarchii (zwłaszcza własnej) jest dużo bardziej emocjonalny, niż obywatela każdego innego państwa.

Napis na czwartej stronie okładki głosi, że jest to „Obrazoburcza i ogromnie zabawna powieść […].”. Nie zauważyłam tam ani odrobiny obrazoburczości (po prawdzie, wcale jej nie szukałam). Być może książka wydaje się taka dla mieszkańca Zjednoczonego Królestwa, jednakowoż dla zwykłej polskiej czytelniczki, która na dodatek nigdy się angielskim stosunkiem do monarchii nie interesowała, nie ma w niej krzty niestosowności.  Kwestia „zabawności” jest już bardziej skomplikowana. Autor włożył dużo wysiłku, aby wiele sytuacji, które opisał, wywoływało uśmiech na twarzy czytelnika, jednak mi w szczerym śmiechu przeszkodził pewnie fakt. Ogólna pogarda dla czytania, jaką wyrażał dwór królewski, uznawanie go za objaw słabości umysłu czy niezdrową obsesję, podejmowanie wszelkich działań, aby uniemożliwić królowej lekturę, wydało mi się jako obraz ogólny strasznie smutne. Tym bardziej, że zdaję sobie sprawę z tego, że ten obraz niewiele odbiega od rzeczywistości. Bo chyba każdy z nas, moli książkowych, usłyszał kiedyś kwestię w stylu: „To ty masz czas czytać? Ja mam tyle ważniejszych spraw, że nie starcza mi czasu na głupie rozrywki.”, „Po co czytasz? To przecież strata czasu, pieniędzy z tego nie będzie”, „Do nauki byś się wziął, a nie tylko te durne powieści ci w głowie”. Smutne, ale prawdziwe. I nawet wysiłki autora nie były w stanie osłodzić mi tego faktu.

Jako mistrz pióra Alan Bennett natomiast nie zawiódł mnie wcale. Jest on przykładem pisarza, który używa języka przystępnego, ale nie prostackiego, a trudniejsze zwroty wprowadza w taki sposób, aby czytelnik nie musiał się zastanawiać, cóż one takiego znaczą. Takich pisarzy lubię czytać najbardziej: z jednej strony widzę, że wzbogacam słownictwo, obcując z prawdziwie literackim językiem, z drugiej nie muszę mieć „Słownika wyrazów obcych i trudnych” na podorędziu, żeby rozumieć tekst.

Wydanie książki też zasługuje na uznanie. Chociaż to powieść raczej kieszonkowa, kartki są szyte, oprawa twarda, a wklejki ozdobiono deseniem w stylu znanym ze starszych wydań klasyki. Nie mówiąc już o bardzo pomysłowym zdjęciu z okładki. Tłumaczenie jest świetne, widać pracę pani, która się nim zajmowała: nie ma żadnych potknięć czy rażących lapsusów, a nawet gry słowne są przełożone z wielką pieczołowitością. Na dodatek nie znalazłam ani jednej literówki. Wadą mogą być jedynie bardzo grube i sztywne kartki, które nieco utrudniają czytanie. No i brak przy takim solidnym wydaniu wstążeczki – zakładki, ale przecież nie można mieć wszystkiego.

Polecam przede wszystkim molom książkowym i fanom brytyjskiego humoru. Oraz wszystkim, którzy lubią dobry styl – nie spodziewajcie się jednak salw śmiechu czy dowcipu w stylu Pratchetta. Ani galopującej akcji. Jeśli jednak macie ochotę na chwilę lekko i przystępnie podanej refleksji nad własnym „nałogiem”, czytajcie śmiało.

Tytuł: Czytelniczka znakomita
Autor: Alan Bennett
Tłumacz: Ewa Rajewska
Tytuł oryginalny:
The Unkommon Reader
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok: 2009
Stron: 112

sobota, 18 grudnia 2010

Zamknąć książkę w książce - "Atramentowa śmierć" Cornelia Funke

Ci, którzy przyglądają się mojemu blogowi od dłuższego czasu, mogli zauważyć, że „Atramentowa śmierć” wisiała w teraz czytanych od samego początku, czyli już bez mała pół roku. A przecież zaczęłam czytać ją jeszcze wcześniej… Cóż, gdyby nie fakt, że książek pożyczonych od ludzi (czyli rodziny, znajomych itd.) nie zwracam nieprzeczytanych, pewnie już dawno bym się poddała. Ale „Atramentowa śmierć” należy właśnie do tej kategorii, więc trwałam dzielnie. Chwilami myślałam, że jestem już za stara, żeby docenić dobrą powieść młodzieżową, dlatego tak mi się wlecze. Jednak okazało się, że nie w tym rzecz.

Każdy czytelnik zna to uczucie, kiedy chciałoby się przeniknąć do świata książki, móc zwiedzić wszystkie miejsca w nim opisane i spotkać swoje ulubione postacie. Bohaterom atramentowej trylogii się to udało. Jednak tak jak i oni, tak i my często zapominamy, że każdy świat ma swoją mroczną stronę, a napotkani w nim bohaterowie nie zawsze są dobrzy. Że bezsilność, którą odczuwamy, żyjąc tutaj, nie zniknie nagle, kiedy zaczniemy żyć gdzieś. Zła nie da się uniknąć, przechodząc gdzie indziej, walczyć z nim trzeba zawsze, zarówno tu i teraz, jak i gdzieś i kiedyś.

„Atramentowa śmierć” to trzeci i ostatni tom atramentowej trylogii. Tym, którzy czytali poprzednie części nie muszę mówić, o czym rzeczona seria jest, jednak z uwagi na resztę społeczeństwa, kilka słów wprowadzenia. Kiedy wszystko się zaczyna, Meggie jest dziesięcioletnią dziewczynką, której mama zaginęła dawno temu. Ojciec dziewczynki, Mortimer, jest introligatorem i, tak jak córka, posiada pewien niezwykły dar: potrafi głosem sprowadzić książkowych bohaterów do naszego świata (innymi słowy, potrafi sprawić, aby słowo stało się ciałem). Problem polega na tym, że nie zawsze są to bohaterowie dobrzy… Część pierwsza („Atramentowe serce”) opowiada nam więc o zmaganiach tej dwójki (ale nie tylko, bohaterów jest dosłownie na pęczki) z przeróżnego autoramentu kreaturami sprowadzonymi przypadkiem z pewnej specyficznej książki. Część druga („Atramentowa krew”) zaś rozpoczyna się ucieczką Meggie do świata powieści i mówi o tym, jak ojciec ruszył jej na ratunek. Część trzecia rozgrywa się już w całości w magicznym świecie książki i w przeciwieństwie do pierwszej jest ściśle powiązana z drugą częścią, tzn. jest jej ścisłą kontynuacją. A więc wszyscy nasi bohaterowie zostają przeniesieni do atramentowego świata, gdzie introligator musi przemienić się w zbójcę, aby chociaż częściowo zapobiec złu, które na ten świat osobiście sprowadził. Bruździ więc głównemu schwartzcharakterowi, jak tylko może: a to napadnie na jego zbrojnych, a to rozda żywność biednym, a to skazańców uwolni… Jednak w pewnym momencie dostaje propozycję nie do odrzucenia od osoby, której się nie odmawia i od tej pory musi podjąć bardziej konkretne działania.

Jak wyżej wspomniałam, myślałam chwilami, że jestem za stara, aby docenić dobrą powieść młodzieżową, bo taką z pewnością jest zarówno „Atramentowa śmierć”, jak i cały cykl. Jednak po skończeniu lektury uznałam, że to jednak wina mankamentów powieści. A właściwie jednego mankamentu: przez pierwsze 300 stron nie dzieje się nic ciekawego, w związku z czym czytelnik się zwyczajnie nudzi. Mnie samozaparcia starczyło, ale nie wiem, czy każdy młodociany czytelnik będzie w stanie wykazać się takim uporem. Z drugiej strony, jest to już ostatni tom, więc jeśli będzie chciał poznać zakończenie, będzie musiał przebrnąć.

Świat powieści jest bardzo bogaty. Roi się od przeróżnego kształtu rozumnych ras, co, jak zauważyłam, jest dla fantastyki niemieckiej dość charakterystyczne (w przeciwieństwie do fantastyki anglosaskiej, gdzie mamy zazwyczaj ludzi, elfy, krasnoludy i orki w kilku podgatunkach). Także i bohaterowie są nieźle skonstruowani. Jest to powieść młodzieżowa, więc nie poczytałam autorce za wadę faktu, że są to bohaterowie albo czarni, albo biali: jak źli, to gorsi od diabła, a jak dobrzy, to świętsi od aniołów. Przynajmniej w tej swojej dobroci, względnie złośliwości, są autentyczni – co przy takich skrajnych rozróżnieniach, jest nie lada sztuką. Jedyną postacią nieokreśloną w tej kwestii jest tytułowa Śmierć (bohaterka epizodyczna choć kładąca się cieniem na całą historię), przedstawiona jako istota mogąc przybrać dowolną postać. I chociaż bardziej lubię Śmierć Świata Dysku, to ta atramentowa, mimo, że nie zdobyła aż tyle sympatii, to na pewno zyskała sporo szacunku z mojej strony.

Język Cornelii Funke jest prosty, ale sugestywny, doskonały wręcz do powieści młodzieżowej: nie męczy wyszukanym słownictwem, ale z drugiej strony jest na tyle bogaty, żeby czytelnik mógł coś z niego wynieść. Zgrzyta tylko tłumaczenie nazw własnych, głównie imion i przydomków. Książka jest tłumaczona z języka niemieckiego, a o ile się orientuję, tam kilkudziesięcioliterowe zbitki słowne nie są niczym nagannym. Gorzej, że tłumacz to wszystko przełożył dosłownie, co daje komiczny efekt w przypadku postaci negatywnych. O ile jeszcze Atramentowy Tkacz brzmi nieźle, o tyle Cielęca Głowa czy Świecąca Gęba wyglądają dziwacznie. No i jakoś niezręcznie mi brzmi Baptiste spolszczony na Baptystę – z niewiadomych względów miałam wrażenie, że zaraz zacznie śpiewać gospel…

Słów jeszcze kilka o wydaniu. Okładka, jak widać powyżej, bardzo stylowa, pasuje do pozostałych  w serii. Wewnątrz również zadbano o tego nieco młodszego czytelnika: duże litery i przejrzysta interlinia bardzo ułatwia czytanie, a żeby jeszcze dodać smaczku, każdy rozdział rozpoczyna się jakimś cytatem i kończy niewielką ilustracją.  Na końcu zaś dodano spis owych cytatów i (głównie na użytek młodszych czytelników jak mniemam) spis postaci i miejsc. Może być bardzo użyteczny, zważywszy, że trzeba było ładnych kilku stron, aby go pomieścić. Cała seria jest moim zdaniem jednym z najlepszych przykładów na to, jak powinna wyglądać przyjazna czytelnikom powieść młodzieżowa.

Myślę, że każdy, a zwłaszcza czytelnik wczesno nastoletni, może się bez obaw z cyklem zapoznać, zwłaszcza, jeśli nie miał jeszcze do czynienia z żadnym z tomów. Tom trzeci zaś polecam tylko wytrwałym, bo te 300 pierwszych stron to wcale niebłaha przeszkoda.


Tytuł: Atramentowa śmierć
Autor: Cornelia Funke
Tłumacz: Jan Koźbiał
Tytuł oryginalny: Tintentod
Cykl: Atraentowy świat
Wydawnictwo: Egmont
Rok: 2008
Stron: 671

sobota, 4 grudnia 2010

Dla zaawansowanych - "Między kłamstwem a ironią" Umberto Eco

Umberto Eco jest znany wszystkim jako niezwykły erudyta i znawca literatury. Będąc nastolatką jeszcze, przeczytałam „Imię róży” i chociaż męczyłam powieść baaaardzo długo, lekturę zaliczyłam w końcu do udanych. Pomyślałam więc, że dobrze będzie zapoznać się z esejami człowieka, którego styl tak bardzo mi się spodobał. Bałam się jednak, że mogę tego wielkiego umysłu nie zrozumieć, wiec na pierwszy ogień poszło „O bibliotece”, która to króciutka książeczka sprawiła mi wiele radości. Ośmielona nieco tym sukcesem, postanowiłam zabrać się za „Między kłamstwem a ironią”, jako iż niewielkie gabaryty dawały pewność ukończenia lektury nawet w przypadku całkowitego niepodobania się. No i ukończyłam, chociaż niepodobanie się nie było aż takie całkowite…

Może na początek powiem, że nie całkiem o niepodobanie się chodzi. Eco pisze świetnym stylem, zaryzykuję stwierdzenia, że jest takim gawędziarzem, który nie opowiada nam bajek, ale mówi o rzeczach przeróżnych, choć fabuły pozbawionych (przynajmniej w tych esejach). Swada, z jaką się wypowiada była właściwie jedynym powodem ukończenia lektury. Bo książkę czytało się świetnie, tyle że… nic z niej nie zrozumiałam.

Wszystkie cztery zamieszczone tutaj eseje dotyczą dzieł z klasyki literatury włoskiej. A ja niestety, nie tylko omawianych dzieł nie znałam, ale w ogóle nie mam pojęcia o klasyce literatury włoskiej, ergo moja ignorancja w tym temacie uniemożliwiła mi cieszenie się lekturą w takim stopniu, w jakim powinnam. Jedyna refleksja, jaka mnie w trakcie czytania naszła, była mało związana z tematem. Mianowicie przyszło mi do głowy, że jeśli recenzent – zwykły czytelnik (czyli taki jak większość blogerskiej braci) znajdzie w książce błąd rzeczowy, wytyka go autorowi jako błąd rzeczowy. Jeśli zaś na tego typu zaburzenie natknie się naukowiec – literaturoznawca pokroju pana Eco, zamiast wytknąć błąd, doszukuje się ukrytych jego konotacji, analizując jako celowe działanie autora i zastanawiając się, co też biedny twórca chciał w ten sposób zakomunikować. Czasami z tych rozważań nawet cały esej wyjdzie.  I trudno powiedzieć, która z tych postaw jest bliższa prawdy.

Widać, że zamiast recenzji mi tym razem wyszedł zbiór ogólnych i subiektywnych do tego uwag. Trudno. Pozostaje mi tylko polecić książkę osobom, które znają się na literaturze włoskiej…

Tytuł: Między kłamstwem a ironią
Autor: Umberto Eco
Tłumacz: Monika Woźniak
Tytuł oryginalny: Tra menzoga e ironia
Wydawnictwo: Wydawnictwo M
Rok: 2008
Stron: 133
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...