Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Relacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Relacja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 stycznia 2024

"Kamogawa. Tropiciele smaków" Hisashi Kashiwai

Gdyby ktoś się zastanawiał, to tak, ciągle jestem w fazie zainteresowania azjatyckimi obyczajówkami, tymi mniej i bardziej cozy. Traktuję to jako oszczędność czasu: jak mnie najdzie ochota na takie rzeczy, to azjatyckie 200+ stron w porównaniu z zachodnim 400+ jest czystą oszczędnością czasu. A że najwyraźniej trend stał się na tyle modny, że moja osiedlowa biblioteka na bieżąco uzupełnia zapasy, to i z zaopatrzeniem nie mam problemów. Sięgnęłam tedy po "Kamogawę", bo na Legimi nie ma. 
 

piątek, 18 listopada 2022

"Zanim wystygnie kawa" Toshikazu Kawaguchi


Na polskim rynku chyba nie wydano ani jednej czysto fantastycznej powieści z Korei Południowej albo Japonii (choć uczciwie trzeba przyznać, że w przypadku tego drugiego kraju mangi nadrabiają z nawiązką). Za to od czasu do czasu pojawiają się tytuły mocno z pogranicza albo zanurzone w realizmie magicznym. A że mi realizm magiczny w wydaniu wschodnioazjatyckim przypadł do gustu bardziej niż polski czy „oryginalny” iberoamerykański, to zawsze z zainteresowaniem pochylam się nad takimi tytułami. Zresztą, nad „Zanim wystygnie kawa” Toshikazu Kawaguchi trudno się było nie pochylić, bo swego czasu piał o niej cały bookstagram.

środa, 21 czerwca 2017

Na Fantasmazurii 2017 byłam

Wiecie, jestem jedną z tych osób, które nieustannie narzekają, że jak się dzieją fajne rzeczy, to za daleko, żeby można było tam sensownie dotrzeć. I jest to w sumie prawda, bo środkowa północ Polski jest wyjątkowo uboga w eventy, które by mnie interesowały (w ogóle północ Polski jest uboga w eventy). Hipokryzją byłoby olać konwent, kiedy ten już się pojawi.


Dlatego też na pierwszej edycji Fantasmazurii musiałam się pojawić, bo honor blogera nie pozwalał inaczej. Wynikiem czego ta oto notka. A ponieważ po ostatnich Targach Książki spodobała mi się forma wymienionych w punktach luźno powiązanych impresji, ta relacja będzie w tej samej konwencji.

1. Dzień zaczęłyśmy (ja i koleżanka G., która się ze mną na imprezę wybrała) od raźnego tuptania w kierunku Expo Mazury - od przystanku Polskiego Busa i PKSu jest kawałek, a uznałyśmy, że komunikacja miejska jest dla słabych. Acz trzeba przyznać uczciwie, że przystanek jest pod samym budynkiem targów.

2. Byłyśmy dość wcześnie w sobotę. Atrakcje zaczynały się od 10.00, dlatego przycupnęłyśmy w otwartej wcześniej strefie planszówek. Trzeba przyznać, że gdybyśmy chciały skorzystać (nie chciałyśmy) to byłoby w czym wybierać - wypożyczalnia była zaskakująco bogato zaopatrzona.

Konwent bez pluszowych poków to nie konwent. A tym razem maskotki były jakieś ładniejsze niż zwykle.
3. Pierwszym punktem programu, jaki mnie interesował, był dyżur autografowy Aleksandry Janusz-Kamińskiej, który zaczynał się o 11.00. Miałyśmy więc godzinkę na zwiedzanie strefy targowej i wystawowej. Powiem szczerze, że targowa wypadła bardzo przyzwoicie, jak na początkujący konwent. Oczywiście na ogromnej hali zmieściłoby się jeszcze znacznie więcej stoisk, ale i tak było lepiej niż oczekiwałam. Część wystawowa natomiast wypadła trochę ubogo. Za to był czołg (którego nie sfotografowałam, bo fotoreporter ze mnie jak z koziej rzyci waltornia. Fajnych fotek spodziewajcie się dopiero, jak zabiorę ze sobą Lubego).

Autorka dyżuruje...
4. Sam program natomiast wypadł nieco... ascetycznie. Plusem tego było, że na panele dyskusyjne przewidziano po dwie godziny (bo czasem naprawdę godzina to za mało), ale wolałabym mieś trochę większy wybór. A już zupełnie subiektywnie ubolewam, że najwięcej ciekawych punktów było w piątek, kiedy nie było mnie), ale... wolałabym mieć większy wybór. Jednak ponieważ to pierwszy raz, wybaczam.

...i takie autografy daje.:)
5. Aleksandra Janosz to bardzo fajna osoba i trochę szkoda, że nie było do niej najmniejszej kolejki po autograf (serio, zasłużyła na nią). Choć może pomogłoby, gdyby stanowisko dyżurów było jakkolwiek oznakowane. Bo poza ścianką z logo imprezy (i sponsorów), stolikiem i krzesłem nie było tam nic - nawet kartki z nazwiskiem autora mającego akurat dyżur. Co obrotniejsi pożyczali własne ksiązki z mieszczącego się naprzeciwko stoiska MadBooks, żeby się jakoś oznakować, no ale chyba nie o to chodzi...

6. Problematyczne było też, że program nie zawierał informacji o wszystkich atrakcjach. Na przykład nie było w nim nic o turniejach gier planszowych...

Cosplay też był.
7. Pierwszym panelem, na który poszłam, było "Czy fantastyka ma przyszłość, czy pozostają tylko odgrzewane kotlety?". Sam panel była bardzo ciekawy, niestety, skończył się przedwcześnie. Cierpiał jednak na pewną przypadłość, wspólną z innymi panelami, na których na tym konwencie byłam. Mianowicie - dyskutanci na podobny temat rozmawiali w piątek entuzjazm do dyskusji w nich opadł. Poza tym wszyscy się ze sobą zgadzali. To nudne.;P

8. Drugim panelem, było "Nauka a science fiction" i przyznam, że był znacznie ciekawszy (głownie dlatego, że wśród dyskutantów nie panowała aż taka jednomyślność). Co prawda dyskutanci poszli zdecydowanie w kierunku nauki i kiksów fabularnych, niż science fiction jako takiej, ale w sumie to chyba wyszło całej dyskusji na dobre. Najlepiej mi się słuchało Aleksandry Janusz (może to wygląda trochę na psychofaństwo, ale nic nie poradzę, że lubię słuchać praktykujących naukowców z doświadczeniem w narracji). Artur Olchowy też fajnie wypadł, poczułam się zachęcona do przeczytania jego ksiązki.;)

Autorzy zagraniczni też dyżurowali.;)
9. Potem zostało mi już tylko spotkanie z Adrianem Tchaikovskym. Trochę smutne jest to, że Rebis nie skorzystał z okazji i nie wypuściła na Fantasmazurię przedpremierowo nowej powieści autora (która ma premierę za dwa tygodnie), fani byliby wniebowzięci (w tym niżej podpisana, zwłaszcza, że po wysłuchaniu wypowiedzi autora jestem zaintrygowana jeszcze bardziej). Za to zapowiedź turnieju w "Rosyjską Ruletkę" (ogłaszana przez radiowęzeł, bo w programie imprezy jej nie było...) wywołała u Tchaikovsky'ego ogromną wesołość. Ach, no i autor puścił farbę, że "Dzieci czasu" będą miały kontynuację.

Nawet modliszkę mi narysował ^^
10. Zdobyłam autograf! Pierwotnie chciałam wziąć wszystkie dziesięć tomów, ale kiedy okazało się, że mój Nadworny Tragarz nie pojedzie ze mną, musiałam ograniczyć się do jednej...

A na koniec, tradycyjnie, łupy konwentowe.
Co w podsumowaniu? Cóż, Fantasmazuria ma z pewnością potencjał, żeby stać się konwentem może nie tak wielkim jak Pyrkon cy Polcon, ale co najmniej średnim. Miejsce jest, baza hotelowa też pewnie się znajdzie (w końcu to, było nie było, miejscowość turystyczna). A i organizatorzy muszą być obrotni, skoro na pierwszy konwent udało im się sprowadzić kilku zagranicznych gości - to też dobrze wróży. Na chwile obecną trzymam kciuki i kibicuję. W przyszłym roku też pojadę.

niedziela, 28 maja 2017

Na Warszawskich Targach Ksiązki 2017 byłam

Powiem Wam szczerze, że do samego końca nie byłam przekonana, czy w ogóle będzie jakaś relacja z targów. Forma, którą zwykle nadaję takim notkom nie wydawała mi się odpowiednia, a i zdjęć praktycznie nie mam (taki ze mnie fotoreporter jak z koziej rzyci waltornia). Ale padłam na pomysł - będzie garść impresji w punktach. To odpowiednia forma.

1. Stoiska z tanią książką to zło. Nie dość, że stoją perfidnie przed budynkiem stadionu, a więc też przed wejściem na targi, to mają dużo taniej ksiązki. Tak dużo i tak taniej, że człowiek nawet jak nie planuje, to kupi spontanicznie. I potem musi to targać ze sobą przez cały dzień.

2. Autografowy plan działania to podstawa i niestety, przejrzenie listy gości w wieczór przed wyjazdem w moim przypadku się nie sprawdza. Albowiem jestem życiowym nieogarem. I tak oto przegapiłam możliwość zdobycia autografu na książce o trzmielach, co zepsuło mi humor do końca dnia (do dziś nie mogę przeboleć. Autor nie jest szczególnie popularny i raczej już drugi raz do Polski nie przyjedzie. Chyba, że wydawca wyda przed kolejnymi targami kolejną jego książkę, co też byłoby akceptowalnym obrotem spraw). Mam więc mocne postanowienie kupienia sobie jakiegoś wypasionego super-duper notesu, w którym będę mogła kolekcjonować autografy autorów w razie gdybym zapomniała ksiązki. Na konwenty też się przyda.

3. WTK niestety charakteryzuje ciasnota niemiłosierna - przejścia obstawione stoiskami są wąskie, a kolejki do popularnych autorów nie pomagają (wokół kolejek do Mastertona i Mroza rozgrywały się sceny dantejskie). Tak samo ludzie ciągnący ze sobą pełnowymiarowe walizki, a sporo ich. Planowanie przestrzeni to chyba najsłabsza strona targów.

4. Zakupy fajna rzecz. Ogólnie polecam kupowanie na targach, bo nawet jeśli w internecie da się znaleźć taniej, to tutaj ma się pewność, że wspiera się bezpośrednio wydawcę (a i do autora zostaje mniej pośredników). Mecenat sztuki tak bardzo, wow. 

5. W tym roku (nie wiem, jak w zeszłym) były dwa stoiska, na których można było spotkać i pogadać z fantastycznymi autorami: zajdlowe na górze i polkonowe na dole. Fajna rzecz, bo w przeciwieństwie do dyżurów autografowych przy stoiskach wydawców, na tych autorzy nie byli szczególnie oblegani. Udało nam się uciąć dłuższą pogawędkę z Krzysztofem Piskorskim, w trakcie której nie tylko potwierdził moje przypuszczenia co do inspiracji w "Czterdzieści i cztery", ale też udało mu się sprzedać mi kilka swoich książek, których jeszcze nawet nie napisał. Szkoda tylko, że pomyliłam godziny dyżuru Agnieszki Hałas i z nią sobie nie pogadałam (a specjalnie kupiłam "Olgę i osty" na autograf, eh...)

6. Na koniec chciałabym pozdrowić moją targową ekipę: Serenity, która udzieliła mi schronienia oraz towarzystwa oraz Ćmy, z którą fajnie się rozmawiało o "Historii naturalnej smoków" oraz o kotach. Fajnie czasem spotkać ludzi z internetów, nawet jeśli jest się taką introwertyczką jak ja.:)

I to tyle w tym roku. W przyszłym może będzie więcej i porządniej.;)

wtorek, 20 września 2016

Na Coperniconie 2016 byłam!

To, że pojawiam się na Coptniconie jest powoli staje się taka małą, świecką tradycją. W ogóle konwent toruński ewoluuje do rangi mojego ulubionego - nie za duży, nie za mały, w sam raz taki. No i znajomi bywają.


Skład ekipy konwentowej ten sam, co zawsze, tylko niestety Luby tym razem nie mógł z nami jechać. Jak nigdy do Torunia dotarłam dość wcześnie, bo już w okolicach południa. Poczekaliśmy więc grzecznie na Serenity i Turela (i Salantora), w międzyczasie kwaterując się w hostelu. Jak już wszyscy dotarli, poszliśmy się zaakredytować.

I tu pierwszy zonk, bo akredytacje znaleźć było dość trudno. Co prawda na stronie była informacja, że rejestracja uczestników odbywa się gdzie indziej niż w zeszłym roku, ale namiot akredytacji był bardzo słabo oznakowany. Wyglądało to tak, jakby organizatorzy zapomnieli o tak drobnym fakcie i na chybcika przykleili do namiotu odpowiednia karteczkę, jak zobaczyli kręcących się bez ładu i składu przyszłych konwentowiczów. Kiedy namiot wreszcie udało się znaleźć, sama akredytacja poszła nam bardzo szybko, ale później były spore kolejki.

Kolejka z piątkowego wieczoru.
Dla mnie osobiście dodatkową przykrością był fakt, że skrócony program był dla mnie kompletnie nieczytelny. Litery były tak małe, że nawet zsuwając okulary (do czytania, bo do chodzenia mam zupełnie inne) na czubek nosa nie bardzo byłam w stanie je przeczytać. Stanęło na tym, że żeby w ogóle korzystać ze skróconego programu, musiałam mieć człowieka do czytania. Dzięki, Turel.:)

Konwentowy starter.
Dodam jeszcze na marginesie, że w tym roku konwent odbywał się na większej powierzchni - do Colegium Maius i Minus doszedł jeszcze budynek wydziału matematyki. Co było dobrym posunięciem, bo w zeszłym roku w dwóch budynkach było zdecydowanie za ciasno, ale z drugiej strony musiałam się więcej nachodzić.

Najpierw z Turelem (Serenity prowadziła akurat konkurs tolkienowski) poszliśmy na prelekcję "Dlaczego tak rzadko zapraszamy logikę do fantastycznych światów?". Był dość fajny, ale niestety mocno powierzchowny - autor skupiał się głównie na tym, że w zasadzie fantatsyczne miasta handlowe nie wiadomo czym handlują (bo z ich położenia nie wynika, aby miały do zaoferowania cokolwiek) a ich mieszkańcy nie wiadomo co jedzą, bo wiadomo, ze w typowym fantasylandzie są wyłącznie duże miasta i małe, pojedyncze farmy. No i miał rację, ale towarzyszyło mi wrażenie, że zdecydowanie zabrakło czasu na pogłębienie tematu, że o banalnym poruszeniu przez prelegenta wszystkich przygotowanych aspektów nie wspomnę.
Prelegent wyszedł z siebie i stanął obok.
Zaraz potem poszliśmy na spotkanie autorskie z Robertem M. Wegnerem. Niestety, autografu nie dostałam, bo zwyczajnie nie mam już na czym - wszystkie książki mi podpisał. Ale jak zwykle warto było posłuchać, co autor mówił, bo ma zwyczaj mówić bardzo ciekawie. No i w przyszłym roku ma być kolejny tom Meekhanu. Podobno. Serenity jeszcze tylko złapała brakujący autograf i na tym skończyliśmy pierwszy dzień konwentwych atrakcji.
Spotkanie z Robertem Wegnerem.
Moim pierwszym punktem sobotniego programu były zakupy, ale niestety, o tej porze (rano było) nie dało się jeszcze za wiele zobaczyć (pomijając fakt, że targowisko było czynne dopiero od 10.00). Nieco spóźnione poszłyśmy więc z Serenity na panel "Po co mi nauka, skoro mogę to wymyślić". Szkoda, że nie byłyśmy na nim od początku. Dyskutantów było wielu (z prowadzącym sześcioro), ale i czasu było sporo (bo dwie godziny) więc dyskusja naprawdę ciekawie się rozwijała i można się z niej było dowiedzieć na przykład, dlaczego wielka bitwa w "Niebie ze stali" Wegnera rozegrała się we właśnie tym, a nie jakimś innym miejscu. Ogólnie mam wrażenie, ze większość polskich autorów podchodzi raczej zdroworozsądkowo do kwestii logiki i naukowości (rozumianej jako zgodność z obecnym stanem nauki) swoich dzieł. Że luźno zacytuję Roberta Wegnera: jeśli chcesz być przemaglowany pod względem naukowości i realistyczności swoich dzieł, pisz fantasy. Nikt cie nie zapyta, jak dokładnie działają karabiny plazmowe w twoim opowiadaniu SF, ale wszelkie aspekty twojej powieści fantasy zostaną skrupulatnie sprawdzone.


Po panelu złapałam jeszcze Aleksandrę Janusz, żeby zdobyć autograf, bo niestety dyżuru autografowego autorki w programie imprezy nie było (być może był w erracie, ale ją dość szybko zgubiłam. W ogóle co to za pomysł, żeby mapki budynków dawać na jednej broszurce, skrócony program na drugiej, a erratę na kolejnej?). Dopiero dużo później (i za późno) okazało się, że dyżur był, o godzinie 18.00. Szkoda, że dowiedziałam się po niewczasie, bo przyszłabym pogadać z autorką - bardzo miła z niej osoba.:)

Moreni po lewe,j Aleksandra Janusz po prawej.:)
Później zostaliśmy na panel "W Polsce to się nie sprzeda" i... szczerze mówiąc, dość mocno mnie rozczarował. Spodziewałam się raczej dyskusji na temat "jakie gatunki nie mają w Polsce powodzenia, dlaczego i jak można zmienić ten stan rzeczy", a dostałam coś, co można zamknąć w pytaniu do dyskutantów "jak to się stało, że w Polsce udało wam się sprzedać cokolwiek, co zrobiliście". Poza tym Aneta Jadowska bardzo zdominowała całą dyskusję - co ostatecznie wyszło w sumie na dobre, bo przynajmniej częściowo jej wypowiedzi pokrywały się z deklarowanym tematem panelu.

Po przerwie obiadowej, jaką sobie zorganizowaliśmy poszliśmy na prelekcję Pawła Opydo o Złych Książkach (głównie dlatego, że Serenity chciała, bo ja osobiście względem prelegenta mam uczucia cokolwiek mieszane). Musze jednak przyznać, ze cokolwiek by o nim nie mówić, to gadane ma i prowadzenie prelekcji wychodzi mu bardzo dobrze.

Po tym Serenity poszła prowadzić swój konkurs o kadrach filmowych, a ja zostałam na panelu "Fantastyczne lektury obowiązkowe". Mówiąc wprost: rozczarował mnie. Pomijając fakt, że z dwóch panelistów stawił się tylko jeden, w związku z czym całość przypominała bardziej wywiad-rzekę, to pomysł organizowania takiego panelu jedynie z dwoma dyskutantami IMO mija się trochę z celem. I, jak mam wiele sympatii do Domoniki Oramus jako prelegentki (jej coperniconowa prelekcja sprzed dwóch lat należała do najlepszych, na jakich wtedy byłam), to... no cóż, powiem tylko, że po zareklamowaniu przez nią "Non stop" Aldissa mam ujemną chęć przeczytania powieści. W końcu wszystko mi o niej już opowiedziano.

Następny był panel o życiu freelancera, który cztery prelegentki bardzo sprawnie poprowadziły sobie same. I przyznam, ze jeśli by oceniać motoryczność wypowiedzi, zgodność z tematem i karność dyskutantów, to byłby to najlepszy panel konwentu. A wniosek z niego taki, że freelans nie jest drogą dla każdego.

Dzień (po dłuższej przerwie na szoping) zakończyliśmy prelekcją o sztuce płatnej miłości w średniowieczu, którą przygotowała Serenity. Prelekcja cieszyła się sporym powodzeniem, sala praktyczni pełna, a prelegentka świetnie sobie poradziła (i akurat zmieściła się w przeznaczonym czasie). Miejmy nadzieję, że wrzuci notkę z prelekcji na swojego bloga, to sobie poczytacie, co was ominęło (może przy okazji wrzuci też notkę z zeszłorocznej prelekcji...).

Serenity na tle listy bardzo wymownych nazw ulic.;)
A potem to już odbywała się integracja.;) W niedzielę jeszcze tylko kupiłam sobie torbę w kształcie głowy kota (choć trochę żałuję, że nie wybrałam jednak buldożka francuskiego. Świnek morskich nie mieli). I pożałowałam, że nie będę mogła być na konkursie wiedzy o smokach, ale musiałam w miarę wcześnie wrócić do domu, żeby spakować siebie i świnie na poniedziałkowy wyjazd.

To bardzo fajny konwent był. Polecam. A tu macie jeszcze fotki zdobyczy i inne takie.:)

Zakupowe zdobycze. Liczyłam, ze będzie stoisko Solarisu (choć zdaje się, że Sedeńko pisał kiedyś, że się nie wybierają), bo chciałam kupić jedną konkretną pozycję, która jest dostępna tylko u nich. No cóż, będę musiała zamówić. No i pluszowy eevee, zgodnie z planem. Głęboko wierzę, że z następnego konwentu uda mi się przywieźć samiczkę nidorana.;)
Autograf Aleksandry Janusz
...i Kate Griffin
Trochę cospalyu raz
i dwa :)

wtorek, 7 czerwca 2016

Na Olsztyńskich Dniach Fantastyki i Nauki 2016 byłam

Jak dotąd Moreni bywała raczej na większych konwentach. To znaczy, do tej pory myślała, że Copernicon był z tych mniejszych, ale w tym roku przekonała się, że była w błędzie. Copernicon był duży. Te mniejsze konwenty mają zwykle mniej niż pół tysiąca uczestników. I właśnie takim konwentem są Olsztyńskie Dni Fantastyki i Nauki. Na które postanowiłam pojechać, bo miałam stosunkowo blisko (ale połączenie niestety nie tak dobre, jak bym chciała, dlatego wpadłam właściwie tylko na jeden dzień).

ODFiNy w obecnej formie były organizowane dopiero drugi raz (a w zeszły roku Moreni na nich nie była, bo o imprezie dowiedziała się trzy tygodnie po czasie) i widać, że są dopiero w powijakach. Program dość ubogi, choć całkiem sympatyczny i mam wrażenie, tworzony głównie przez osoby, które miały blisko. Ale może zacznijmy od początku. 

Strefa gier (niestety, wszystkie zdjęcia robione kartoflem, więc kiepskie ponad miarę i wyobrażenie. Ale już niedługo...)
Impreza odbywała się w budynku Wydziału Nauk Humanistycznych Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. I tu na wstępie pierwszy zonk. Widzicie, sam budynek odnaleźć dość łatwo (dla mnie w szczególności, to moja alma mater, chociaż nie mój wydział) bo jest nowy, duży i właściwie bezpośrednio nie sąsiaduje z niczym. Gorzej z odnalezieniem konwentu. Budynek ma bowiem kilka wejść i przynajmniej część z nich była otwarta (na pewno dwa). Niestety, nigdzie, ani na zewnątrz, ani w środku, nie było żadnej informacji, że jakaś impreza tam się w ogóle odbywa. W związku z czym pod drzwiami krążyły sfrustrowane osoby szukające akredytacji (punkt akredytacyjny nie był widoczny od strony głównego wejścia, a żeby go odnaleźć, trzeba było przeciąć cały budynek). Gżdaczy też było bardzo niewielu i ledwo ich starczyło do obstawienia gości i ogólnej organizacji, o obstawianiu wejść nie było mowy. Mam wrażenie, że organizatorzy nie wzięli pod uwagę, że może się na konwencie pojawić ktoś spoza uczelni, więc oznaczenia nie wydały im się konieczne. Rzecz zdecydowanie do poprawienia w przyszłości.

Za to kiedy już odnaleźliśmy (ja i Luby) akredytację, nie było żadnych problemów. Zgubić się też nie było możliwości, bo główny teren konwentu zajmował kawałek parteru i dało się wszystko objąć wzrokiem. Kiedy przyjechaliśmy, strefa zakupowa dopiero się rozkładała, ale już można było korzystać z wypożyczalni gier planszowych i sobie zaszaleć (albo coś zjeść w konwentowej kafejce).;) Ostatecznie wypuściliśmy się też na drobne zakupy, głownie książkowe na stoisku Solarisu.

Zdobycze, czyli głownie ksiązki. Choć też ten hogwardzki medalion od Bizuterii Fandomowej wreszcie kupiłam. Jeszcze taki z herbem Targaryernów by mi się przydał. No i książkę Soboty kupiłam, choć zarzekałam się, że tę serię będę nabywać wyłącznie w ebookach...
Tak się niefortunnie złożyło, że niestety na większości interesujących prelekcji nie mogliśmy być, bo odbywały się albo zanim przyjechaliśmy, albo kiedy już musieliśmy wyjeżdżać (na przykład Luby nie zdobył autografu Michała Gołkowskiego. I szkoda mi prelekcji Jacka Soboty o fenomenie obcości w fantastyce, ale mieliśmy do wyboru albo na nią pójść, albo złapać ostatni pociąg do domu…). Udało się jednak być na prelekcji Wojciecha Sadeńki. Właściwie okazję do porozmawiania z nim mieliśmy już kilkukrotnie wcześniej, bo zawsze przy okazji konwentów coś tam na stoisku Solarisu kupujemy, ale nigdy nie mam śmiałości otworzyć paszczy. Sama prelekcja była o tym, co warto czytać z fantastyki naukowej i w sumie trochę żałuję, że nie robiłam notatek (na szczęście większość tego, co polecano, mam na półkach, więc przepadło tylko kilka tytułów). Świetnie się prelekcji słuchało, choć przyznam, że zachwytu szanownego prelegenta nad cyklem „Umierająca Ziemia” głęboko nie podzielam.

Szanowny prelegent.
A potem niestety musieliśmy już się zbierać i wracać do dom. W przyszłym roku mam zamiar wrócić na dłużej. Fajnie będzie obserwować, jak impreza się rozwija. Może będzie więcej atrakcji.:)

wtorek, 24 maja 2016

Na Warszawskich Targach Książki byłam

Nadszedł więc ten dzień, kiedy Moreni pojechała na swoje pierwsze targi książki. Mogła wreszcie na własne oczy zobaczyć to, o czym do tej pory tylko czytała. I wróciła pełna wątpliwości, czy wszelakie targi książki na pewno są rozrywką dla niej.

Widok na stadion.
Ale może po kolei. Na targi wybrałam się w piątek (z pewnym takim żalem, bo jedyna dyskusja na której wysłuchaniu naprawdę mi zależało - ta o promowaniu ksiązki w internecie - odbyła się w czwartek. Że o wystawie prac Siódmaka nie wspomnę). I taka prosto z autobusu potuptałam na stadion. Targi generalnie tym się różnią od konwentów, że większość punktów programu odbywa się na ulicy (o ile za ulice umownie przyjmiemy alejkę w galerii, w której rozstawione były stoika poszczególnych wydawców), a nie w zamkniętych salach. I tu dla mnie osobiście wygrywają jednak konwenty.

Na płycie stadionu też sporo się działo. Tutaj na przykład ogonek oczekujących na książkową wymianę. A obok odbywał się turniej gier planszowych.
Czym wygrywają targi? Możliwością bezpośredniego kontaktu z wydawcami i pisarzami. Bo na targach można do tych ludzi podejść i chwilę porozmawiać (może z wyjątkiem poczytnych autorów. Tutaj po prostu trzeba zachować płynność przesuwania się kolejki i nie robimy przestojów). I jest to, przyznam z rezygnacją, atrakcja, z której nie byłam w stanie skorzystać. Należę do tych osób, dla których zaczepienie obcej osoby to wyzwanie przekraczające ich możliwości.


Ogólnie uważam, że targi to jednak mimo wszystko impreza na jeden dzień - tyle zupełnie wystarczy, żeby obskoczyć wszystkie stanowiska, zapoznać się z ofertą i wydać jakąś zupełnie kosmiczną ilość pieniędzy (no chyba, że ktoś poluje na konkretne autografy albo wyjątkowo interesuje się tematem przewodnim targów - wtedy może potrzebować więcej czasu). A oferta jest ogromna. W tym roku (nie wiem, jak w poprzednich) na poziomie wejścia mieliśmy wystawców komiksowych oraz planszówkowych, a także kilku sprzedawców gadżetów oraz antykwariaty. I było to fascynujące bogactwo - zwłaszcza w zbiorach antykwarycznych można było wybierać i przebierać. Wydawnictwa ulokowano piętro wyżej i powiem wam, że samo obejście szybkim krokiem całego korytarza wystawowego zajmowało pół godziny. A ulokowali się nie tylko popularni wydawcy, ale też bardzo niszowi. Nie wiedziałam nawet, że w Polsce funkcjonuje tyle wydawnictw zajmujących się literaturą dziecięcą. Oraz że niektóre parki narodowe mają własne wydawnictwa. Było też kilka stanowisk z notesami i piórami. Ciekawe doświadczenie.

Focia z autorem zawsze na propsie. Autograf Michała Golachowskiego też mam.:)
Paradoksalnie, najfajniejsze w całych targach było spotkanie ludzi, których dotąd znałam tylko z internetu. Nie udało się co prawda złapać Misiaela, ale Oceansoul i Ćmę już owszem (no i była Serenity, ale z nią znamy się od dawna, więc to żadna dewirtualizacja;)). Poza tym w sobotę odbyło się spotkanie blogerów książkowych, na którym spotkałam mnóstwo osób (oraz przekonałam się, że moje świnki są najwyraźniej bardziej rozpoznawalne, niż ja). Przyznam, że pozostał mi po nim pewien niedosyt, bo miałam nadzieję na bardziej zorganizowaną dyskusję, a odbyła się głównie loteria blogowa (nawet wygrałam w niej książkę). Niemniej, była to wspaniała okazja do spotkania wielu osób, a najfajniej rozmawiało mi się z Agnieszką i Jankiem.:) Szkoda tylko, że tak krótko.

Autografowe zdobycze.:)
Czy pojechałabym na targi jeszcze raz? Pewnie tak, bo to całkiem fajna impreza. Teraz już wiem, czego po niej oczekiwać.

wtorek, 22 września 2015

Na Coperniconie 2015 byłam:)

Konwent, konwent i po konwencie, jak to mówią. A szkoda, bo magia konwentów zaiste jest potężna - od trzech lat odwiedzam tylko dwa rocznie (odwiedzałabym więcej, ale akurat na każdy mam daleko, na większość z kiepskim dojazdem a ilość wolnych piątków, jaką mogę sobie zagwarantować, nie pokryłaby zapotrzebowania), a najchętniej bywałabym na takich imprezach cały czas. No ale dość płakania nad skończonym konwentem, przejdźmy do opisu tego, co się działo.;)

Tematem przewodnim tegorocznego Coperniconu mieli być piraci. Chyba ludzie nie za bardzo wzięli to sobie do serca, ale i tak Novik mocno.^^
Na konwent wybrałam się z Lubym, oraz koleżankami G. i A. (czyli skład ten sam, co w zeszłym roku, ale poszerzony o Lubego). Przygarnęli nas oczywiście Serenity i Turel, za co wam serdecznie dziekuję, kochani.:* Do akredytacji doturlaliśmy się jakoś przed dziewiętnastą, akurat, żeby zdążyć na prelekcję Serenity. Z samą akredytacja nie było problemu, wszystko poszło szybko i sprawnie, kilka minut i mieliśmy takie oto zestawy startowe:

Po zeszłorocznych doświadczeniach z prowadzeniem punktów programu stwierdziłam, że bycie zwykłym uczestnikiem w zupełności mi wystarczy.
Może zanim przystąpię do relacjonowania punktów programu, napiszę kilka słów o organizacji. No więc... słaba była. Powiem szczerze, że ze wszystkich konwentów, na których dotąd byłam, tegoroczny Copernicon wypada najsłabiej pod tym względem. Błędy w tabeli programowej skróconego programu (szczególnie zawiedzeni byli ci, którzy przyszli na sobotnią prelekcję Pawła Opydo - wchodzą na salę, a tam Novik) trochę dezorientowały konwentowiczów. O przesunięciach niektórych punktów informowano tylko na fejsiku (serio, nikomu nie przyszło do głowy nawet wywieszenie kartki na drzwiach sali), co doprowadzało do sytuacji, że nawet gżdacze nie byli na bieżąco. To wszystko tworzyło ogólne wrażenie chaosu.

No ale przejdźmy do rzeczy, czyli do prelekcji Serenity, czyli do seksu w średniowieczu. Tych którzy nie byli pocieszę, że pewnie pojawi się coś w temacie na blogu prelegentki (bo się pojawi, prawda?;)). Sam temat budził zainteresowanie, widownia dopisała. Przyznam, że bardzo mi się podobało - kreatywności średniowiecznym kochankom (czy też ludziom szukającym przygód na jedną noc, bo i tacy nie należeli do rzadkości) można pozazdrościć. Zaraz po prelce obie pognałyśmy na spotkanie autorskie z Robertem Wegnerem, niestety, dość słabo było go słychać z miejsca, w którym siedziałyśmy. Niemniej, jego opowieść o tym, jak to zawsze pragnął, żeby Zagłoba okazał się cwanym chłopem udającym szlachcica, urzekła mnie dokumentnie.;)

Serenity się produkuje. W tle zdjęcie ryciny średniowiecznej łaźni - przyznam, że jedno z mniej interesujących w prezentacji. Jak ją ładnie poprosicie, to w notce na blogu może pokaże te bardziej interesujące.;)
Na koniec dnia wybrałam się jeszcze (tym razem w towarzystwie Lubego i Turela) na prelekcję dotyczącą historii fantasy jako gatunku, prowadzoną przez Simona Zacka. Bardzo fajnie ją prowadził, choć z niektórymi stawianymi tezami kompletnie się nie zgadzam (na przykład z taką, że Świat Dysku to hight fantasy. Owszem, niektóre tomy tak, ale daleko nie wszystkie. A tak po dwudziestym to już chyba żaden). Za to jak najbardziej zgadzam się z tym, że Jim Butcher jest w Polsce haniebnie niedoceniany. Ogólnie szkoda, że prelekcja trwała tylko godzinę, materiału spokojnie starczyłoby na dwie.

Tutaj zakończyliśmy konwentowe wojaże (w tym roku większość punktów programu kończyła się o 22.00) i poszliśmy na szamę, gdzie Serenity zapoznała nas z Tirą. A potem wróciliśmy świętować urodziny Serenity, bo już była prawie północ, więc właściwie jutro.;) Koleżanki G. i A. sprezentowały jej taki oto tort:

To chyba jedyna sytuacja, w której jestem skłonna zgodzić się z Serenity, że z Lokiego jest niezłe ciacho.;)
Sobotę zaczęliśmy od zakupów (i bardzo dobrze, bo potem ze względu na Star Force - towarzyszącą Coperniconowi imprezę fanów Star Wars - dostanie się do sali handlowej graniczyło z cudem. Zainteresowanie zdecydowanie przerosło możliwości budynku), a potem od próby wzięcia udziału w książkowej wymianie, która okazała się być przeniesiona na niedzielę. Potem z Lubym próbowaliśmy wziąć udział w pokazach alchemicznych, jednak próba zakończyła się fiaskiem. Prowadząca miała co prawda bardzo ciekawe rzeczy do zaprezentowania, jednak jako tako widziały ją tylko dwa pierwsze rzędy. I po pół godziny mniej więcej tyle osób zostało z prawie pełnej sali. Osobiście uważam, że prowadzenie pokazów (al)chemicznych w sali, która nie ma konstrukcji amfiteatru, bez mikrofonu, kamerki i rzutnika, jest skazane na porażkę. Szkoda.

W związku z powyższym udaliśmy się na zwiedzanie Starówki, mając w planach powrót na prelekcję Marka Huberatha o życiu pozaziemskim. Okazało się, że prelegent nie dotarł na imprezę (co już powoli staje się nową, świecka tradycją) więc posłuchaliśmy o kolonizacji planet. Nie powiem, prelekcja całkiem sympatyczna. Przydatna zwłaszcza autorom i Mistrzom Gry, ale mnie na przykład urzekł generator powierzchni planety.

Jak widać, prelegentka żywo gestykulowała.;)
Potem zrobiliśmy sobie przerwę techniczną na zażycie paliwa dla organizmów. W tym czasie odbywał się panel dyskusyjny o silnych kobietach w blockbusterach i wiem, że kilku osobom, jak to się ładnie kalkuje z angielskiego, dał raka. Głownie wypowiedziami jednego z dyskutantów że mamy przecież w tym roku pięć fajnych postaci kobiecych, więc nie ma o czym dyskutować. Nas na nim (niestety? na szczęście?) nie było, pojawiliśmy się dopiero na prelekcji Turela dotyczącej miecza w popkulturze. Dowiedziałam się wreszcie, że ten fikuśny, zagięty do dołu mieczyk ma swoją nazwę i jakie wrażenie wywoływali na Arabach pierwsi krzyżowcy.

Następne punkty programu to te, na które czekałam i dla których właściwie przybyłam na imprezę - spotkanie autorskie z Naomi Novik (fangirlizm mode on). Specjalnie wyszłyśmy z Serenity dziesięć minut wcześniej z prelekcji Turela (co było nie lada wyzwaniem, zważywszy, że podłoga była szczelnie wyłożona słuchaczami), żeby zająć miejsce w kolejce do wejścia na spotkanie. Okazało się, że niepotrzebnie. Szczerze mówiąc, miałam cichą nadzieję, że Copernicon udowodni mi, że niepotrzebnie wciskam ludziom Novik nawet do lodówek, bo tak naprawdę wszyscy ją znają. Okazało się, że moja krucjata pronovikowa jest potrzebna (strzeżcie się, od teraz czuję się zobligowana do polecania jej jeszcze mocniej i częściej). Sala co prawda była całkiem pełna, ale jeszcze sporo słuchaczy by się zmieściło. Sama Naomi okazała się przeuroczą osobą, starała się komunikować po polsku i nawet nieźle jej to wychodziło. Na spotkaniu mówiło się głównie o "Wybranej" (a część tego, co było mówione pewnie wspomnę w recenzji) a głupia ja się spłoszyłam i nie zadałam autorce żadnego pytania. Ale miło było słuchać.:)

Naomi po lewej:)
Po spotkaniu udałam się na dyżur autografowy, gdzie w kolejce po podpis udało mi się porozmawiać z Ewą Białołęcką. Oraz zobaczyć czytelnika mojego bloga na żywo. Pierwszy raz w życiu O.o Mam teraz dowód, że nie jesteście botami, kotami ani sztuczną inteligencją.^^

Jeśli ktoś zobaczył głupio zacieszającą blondynę ze stosem książek w kolejce po autograf od NN, to prawdopodobnie byłam ja (nie podskakiwałam z radości tylko dlatego, że wtedy stos książek by mi się rozsypał). A za mną Ewa Białołęcka.;)
Naomi trochę się chyba przeraziła liczbą zakładek w moich egzemplarzach jej powieści. Mogłam jej w sumie powiedzieć, że te opisy smoków to zaznaczam z myślą o fanartach...

Tę fotkę sobie chyba w ramkę oprawię.^^
Kolejka po autografy nie była szczególnie długa (co z jednej strony cieszy, bo nie trzeba było w niej zbyt długo stać, z drugiej smuci nieco), więc zdążyliśmy jeszcze na drugą prelekcję Turela, tym razem o katanie (trochę poszerzona wersja prelekcji z zeszłego roku). No i potem miałam iść na konkurs wiedzy o stworach mitologicznych, ale o nim zapomniałam. Serenity nie zapomniała i drużynowo wygrała. Ja tymczasem słuchałam o rożnych mitach związanych ze średniowieczem, choć w praktyce tematyka okazała się jednak nieco szersza. Na przykład dowiedzieliśmy się, jak wygląda rekonstrukcja historyczna według Amerykanów, a także jak wyglądała damska zbroja (zjawisko wcale nie takie rzadkie). Ogólne propsy za prelkę, świetnie się na niej bawiłam.

Takie tam, z prelki. W tle na rzutniku coś, co Amerykanie nazywają zbroją historyczną. O tym, co jest z nią nie tak, było na prelekcji.;)
W niedzielę wpadłam jeszcze tylko na wymianę książek, a dziewczyny skoczyły wygrać konkurs tolkienowski. I wróciliśmy do domu...

Nadszedł więc czas na pokazania coperniconowych zdobyczy:)

Zakupy moje i Lubego. Mamy teraz tyle dużo kart do Munchkina, że aż nie ma komu tego ogarniać...
Mama już cały starter, trolololo.
Wszystkie moje autografy.:)

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Na Pyrkonie 2015 byłam:)

Tak oto minął już drugi Pyrkon, na który się pofatygowałam (pierwszy był w zeszłym roku, a relacja z niego jest tutaj). Na kolejny też mam zamiar się wybrać - jeżdżenie na konwenty daje mi coraz więcej radości. Może nawet pofatyguję się gdzieś, gdzie mnie jeszcze nie było?


Ale przejdźmy do rzeczy. Tym razem postanowiliśmy pojechać prosto do Poznania (my, czyli ja, Luby, koleżanka G. i koleżanka A.), bo, nie oszukujmy się, tak po prostu wyszło taniej. Nic straconego, i tak bujaliśmy się po konwencie z Serenity i Turelem (oraz resztą ekipy, nieco większej niż w zeszłym roku). Niestety, z kilku zgłoszonych pozycji przyjęto im tylko konkurs warhammeowy, na którym z oczywistych względów mnie nie było. Szkoda, bo na przykład temat o średniowiecznych obyczajach miłosnych zapowiadał się bardzo ciekawie.

Do rzeczy jednak. Mimo, że w Poznaniu byliśmy później niż w zeszłym roku, odpuściliśmy sobie dziką galopadę do akredytacji i po prostu poszliśmy się zameldować w hostelu (tym razem rezerwowanym jakoś na początku stycznia, więc i bliżej terenów konwentu), zwłaszcza, że część ekipy przybyła wcześniej i akredytację miała za sobą. Okazało się, że mądrze uczyniliśmy, bo gdy przyszliśmy jakoś po piętnastej, kolejki już nie było. Niestety, nie było też zestawów konwentowych, więc otrzymaliśmy tylko identyfikatory i skrócony plan imprezy (no i mam mieszane uczucia, bo z jednej strony pełny informator i różne ulotki zwykle nie są mi do szczęścia potrzebne, z drugiej bardzo do nich przywykłam i konwent bez otrzymania na wstępie grubej książeczki ze szczegółowym opisem atrakcji wydaje mi się jakoś tak niewłaściwie rozpoczęty). Organizatorzy chyba źle oszacowali liczbę uczestników, bo zestawów zabrakło nawet dla tych, którzy rezerwowali bilety przez internet, ale akredytowali się późno. Za to wynajęli na potrzeby konwentu większą niż w zeszłym roku powierzchnię, dzięki czemu nie było tak nieziemskiego tłoku.

Taki nietypowy pyrstarter, należący akurat do Serenity. Na zdjęciu brakuje identyfikatora i kości, o których zapomniałam, za to jest starwarsowy komiks, który dostawali tylko twórcy programu. Zwróćcie uwagę na brak ulotek promocyjnych, które jak dotąd dostawałam do każdego konwentowego startera.
W tym momencie mieliśmy trochę czasu wolnego, bo nic interesującego w programie nie znaleźliśmy. Tu mała dygresja - w zeszłym roku narzekałam na to, że ciekawe tematy, mimo że nieliczne, to jeszcze często się na siebie nakładają. Teraz się nie nakładały, ale też było ich zdecydowanie mniej. Organizatorzy chyba postanowili okroić ogólną liczbę godzin przeznaczonych na prelekcje. Nie wiem, czy to był najszczęśliwszy pomysł. Wiecie, z jednej strony rozumiem zamysł - mniej punktów to mniej nakładających się w czasie prezentacji, mniej problemów z zagospodarowaniem sal i teoretycznie ułatwienie konwentowiczom wyboru. Ale uświadomiłam sobie, że jako konwentowiczka zdecydowanie wolę klęskę urodzaju niż niedobór. Wolę mieć problem z wyborem, niż nie mieć alternatywy, jeśli na daną prelekcję nie uda mi się wepchnąć (o problemach z wpychaniem się jeszcze wspomnę). A okienko wykorzystaliśmy na zwiad w hali handlowej (przytomnie większej niż w zeszłym roku).

Po zwiadzie wybraliśmy się na panel "Czy fantastyka naukowa musi być naukowa?", w którym udział brali Maciej Parowski, Antoni Smuszkiewicz i Andrzej Zimniak. Dyskusja była bardzo stonowana - w pewnym momencie stanęło na tym, że najpierw wypadałoby zweryfikować, cóż takiego w fantastyce naukowej jest nauką, później dyskusja podryfowała w kierunku rozgrupowania fantastyki naukowej od fantastyki logicznej. Bardzo podobała mi się definicja fantasy jako baśni logicznie uporządkowanej (czyli miejsca, gdzie spotyka się baśń z science fiction) - wierzcie mi, że profesorowi Smuszkiewiczowi wyszła jakoś zgrabniej. W ogóle panowie rozmawiali dość twórczo i mieli różnorodne poglądy na sprawę, choć w gruncie rzeczy wychodzili z podobnych założeń. Takie panele lubię.

Później mieliśmy w planach jeszcze iść na prelekcję "Erotyka i fantastyka", ale nie udało nam się dopchać nawet w pobliże drzwi (swoją drogą, ciekawe kto wpadł na pomysł, żeby prelekcję nawiązującą do seksu zrobić w mniejszej z dostępnych sal...).  W związku z czym doszliśmy do wniosku, że mamy dość na dziś i wróciliśmy do hostelu.

Oto właśnie prelegentka - Karolina Bąkowska - i jej gwiezdna prelekcja. I bardzo ładny obrazek:)
Sobotę zaczęliśmy wcześnie, albowiem Luby chciał iść na prelekcję "O gwiazdach kataklizmicznych, co w "Star Treku" nawet występowały" o 9.00. Poszłam z nim, bo czemu nie.:) Samego "Star Treka" były co prawda ze dwa slajdy, bo prelegentka skupiła się na naukowej stronie zagadnienia, ale dla mnie to nawet lepiej. Całość prowadzona była bardzo przyjemnie, z interesującą i kolorową prezentacją w tle, było nieco o czarnych dziurach i wybuchających gwiazdach. Przyznam, że wyszłam z sali mądrzejsza, niż weszłam, a tego nie mogę powiedzieć, o wszystkich prelekcjach.

Prosto z sali poszliśmy na dyżur autografowy Teda Chianga, i zdobyłam sobie śliczny autograf (pokażę go niżej. Spotkanie autorskie z tym panem sobie odpuściłam, bo ani jednego z jego opowiadań jeszcze nie czytałam, więc i tak niewiele bym z takiego spotkania wyniosła, a może niepotrzebnie zajmowałabym komuś miejsce (w tym roku pogróżki, że na sale będzie wpuszczane tylko tyle osób, ile jest miejsc siedzących, były egzekwowane dość konsekwentnie). Po zdobyciu autografu poszliśmy polować z aparatem na pyrkonowe cuda i dziwy.

Tak Moreni zdobyła autograf Teda Chianga.:)
Przyznam, że w tym roku miałam mało łowny nastrój, to i zdjęć jest mniej. Część cosplayów była taka sama jak w zeszłym roku, a w zeszłym roku zrobiłam zdjęcia. Dlatego pstryknęliśmy sobie obowiązkowe fotki na Żelaznym Tronie, trochę poszaleliśmy wśród starwarsowych modeli (tu szczególne podziękowania dla Adama Kuleszy:)). I tak się kręciliśmy to tu, to tam (przy okazji czekania w kolejce do tronu popatrzyliśmy sobie trochę na mecz Jaggera, bo akurat się odbywał). Aż do 14.30.

Moreni i jej Luby ze starwarsowymi flintami. Niestety, jeszcze nie dostałam zdjęcia, na którym mizdrzę sie do Yody.;)
O 14.30 miał się bowiem odbyć konkurs wiedzy o smokach, na który ostrzyłam sobie ząbki (i nawet zaciągnęłam Serenity i Lubego). Niestety, konkurs się nie odbył, albowiem prowadzący się nie stawił. I chyba nawet gżdacze nie wiedzieli, co się z nim stało, bo najpierw miał się tylko spóźnić, a ostatecznie nie przyszedł wcale. Do tej pory jestem zawiedziona.

Moreni jako róziowa królowa Westeros.
Prosto z nieudanego konkursu pobiegliśmy na "ABC węglowego szowinizmu" (wiecie, prelekcja tego blogera). Ale też nie udało nam się wepchnąć do sali (choć trzeba przyznać, był postęp. Przynajmniej doszliśmy do drzwi). Za to postanowiłam wziąć udział w konkursie ogólnoliterackim.

Zeszłoroczna pidgeyotto ewoluowała w articuno.
To był mój pierwszy konkurs konwentowy i nawet się odbył.;) Ostatecznie naszą czteroosobową drużyną (w której znajdował się też Luby i wniósł wkład. Każdy z nas wniósł wkład) zajęliśmy drugie miejsce, z czego jestem bardzo zadowolona jak na pierwszy raz (drużyna zwycięska była już na tyle otrzaskana z konkursami, że niektóre pytania pamiętała z poprzednich edycji. A my przegraliśmy o łyżkę i widelec). Rywalizacja w finałowych etapach była zażarta.:) Swoją drogą, gdybyśmy się nie znaleźli na podium, byłoby mi wstyd jako blogerce książkowej.;) Po podziale łupów zostało nam 20 pyrfuntów:


...które z Lubym postanowiliśmy przepuścić na książki (wychodząc z założenia, że kiedy wygraną zdobytą dzięki książkom przeznaczymy na książki, krąg życia zostanie zamknięty).

Takie nagrody sobie wybraliśmy. Ocia, to "Science Fiction" to przez Ciebie.
Po konkursie, trochę spóźnieni, pobiegliśmy na spotkanie z Robertem Wegnerem (w "Pamięć wszystkich słów" przytomnie zaopatrzyłam się już w piątek. To był mój pierwszy zakup. A ci, co się nie zaopatrzyli, będą musieli czekać do maja). Właściwie wpadliśmy na nie w połowie, więc niewiele z niego wyniosłam poza ogólnymi ciekawostkami z procesu twórczego. Za to po spotkaniu Serenity mnie przedstawiła i podobno nawet podobały mu się moje fanarty (mnie osobiście z tego, co narysowałam, podoba się tylko koń). A potem dostałam ten fajny autograf, który pokażę wam pod koniec notki.;)

Moreni głupio zaciesza, bo właśnie dostaje autograf od jednego z ulubionych autorów.
A Luby złapał obiektywem cały oddział Krwawych Szóstek:

Właściwie to bardzo chętnie współpracowali, ale łapanie brzmi bardziej dramatycznie.;)
Po autografach postanowiliśmy pójść na "Małe trolle i wielkie bum, czyli Muminki jako opowieść postapokaliptyczną". Luby przytomnie zajął strategiczna pozycję przy drzwiach już pół godziny przed prelekcją, bo w przeciwnym razie na tę też byśmy nie weszli. Prelegent mówił o tym, co w tytule - jak dla mnie to kolejna interesująca fanowska "teoria spiskowa" (coś jak ta o postwojennych Pokemonach), o tyle ciekawa, ze ukazała się w poważnej pracy naukowej, całkowicie na poważnie (znaczy, ja jednak mam wrażenie, że to był trolling ze strony analizującego cykl amerykańskiego uczonego, obliczony na uzyskanie kolejnego stopnia naukowego. Postmodernizm mocno). Ogólnie prelekcja wypadła bardzo fajnie, aczkolwiek nie aż tak, żeby usprawiedliwiać te dzikie tłumy szturmujące wejście do sali. I opowieściami z Doliny Muminków zakończyliśmy sobotę.

W niedzielę wpadliśmy już tylko na jeden punkt programu, bo trzeba było ruszać do domu. G. i A. poszły oglądać pokazy kendo (Luby w sumie też, tyle że stanowisko zajął piętro wyżej), a ja postanowiłam skorzystać z wymiany książek organizowanej przez portal Lubimy Czytać. Powiem wam, że szału nie było (tzn. nie jest tak, że nie było żadnych fajnych pozycji, problem w tym, że wszystkie je już miałam), ale coś tam udało mi się upolować.

Wymiankowe zdobycze. "Star Carrier" z myślą o Lubym, który bardzo lubi ten cykl, ale jak na razie na własność ma tylko piąty tom (teraz ma jeszcze trzeci), A Crowleya wzięłam trochę na chybił-trafił, bo duży, ładny i były dwa tomy (a ja mogłam zabrać jeszcze akurat dwie książki).
Potem jeszcze tylko postrzelałam sobie tylko kulkami z ASG na konwentowej strzelnicy (fajna zabawa, nawet raz trafiłam. I tak sukces, bo do tej pory nie umiem obsługiwać muszki i szczerbinki) i musieliśmy lecieć na pociąg. Mimo, że Pyrkon nie dał mi takiej dzikiej radości, jak w zeszłym roku, to i tak było fajnie (Wegner! *mniejszeodtrzy* ). Następny przystanek - najprawdopodobniej Copernicon.

Teraz czas na pokaz pyrzdobyczy. Na początek oczywiście autografy:

Autograf Teda Chianga, jak widać.
Autograf Wegnera. I nawet smok jest:D (dostałam go w odpowiedzi na pytanie, czy w Meekhanie będą smoki. I w sumie nie wiem, czy powinnam się cieszyć, bo odczytuję tu sugestię, że to będzie jedyny smok, jakiego powinnam się w tym cyklu spodziewać).
Książkowe pyrzakupy moje i Lubego (jego tylko "Eve" i "Błoto"). Udało mi się zdobyć "Wiosnę Helikonii" i mam już całą trylogię, yay! No i jest Wegner.^^ Małecki był w gratisie, a "Dzikie stwory" za dychę.
Zaczątek kolekcji karcianek. "Serce smoka" kupiłam tylko dlatego, że było ładne i miało smoka w tytule.
Zakupowa drobnica. Victini to tradycyjny konwentowy pokemon (z każdego konwentu sobie jakiegoś przywożę). Kolczyków miałam dwie pary, ale te, które były kompletem do bransoletki, pogubiłam jeszcze na Pyrkonie.;( No i nieśmiertelniki z "Mass Effect" dla Lubego, a dla mnie kubek ze Szczerbatkiem.
Wszystkie pyrzdobycze razem.
A na koniec smok. Bo tak.
PS. Większość zdjęć wykonał Luby.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...