„Córka żelaznego smoka” wraz ze „Smokami Babel” to były powieści dziwne i w dziwnym świecie osadzone. Ale bardzo odświeżające w tej dziwności, zwłaszcza w zestawieniu z zalewającymi rynek książkami powielającymi wciąż te same klisze w różniących się tylko kosmetycznie uniwersach. Dlatego też nie mogłam się doczekać lektury kolejnej powieści Swanwicka z tej samej rodziny, czyli wydanej niedawno przez Maga „Matki żelaznego smoka” (przeczytanej dzięki uprzejmości księgarni TaniaKsiazka.pl).
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uczta Wyobraźni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uczta Wyobraźni. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 4 marca 2021
piątek, 17 lipca 2015
"Ciemny Eden" Chris Beckett
Czego oczekiwałam, kiedy zaczynałam czytać „Ciemny Eden”? Szczerze mówiąc, sama nie wiedziałam. Znałam blurb, mniej więcej wiedziałam, jakiej treści mogę się spodziewać i że chyba będzie dobra, bo powieść była nagradzana dość hojnie. I w sumie dostałam to, czego mogłabym oczekiwać, gdybym czegokolwiek oczekiwała. Ale dostałam też coś innego. I nie do końca wiem, co.
Eden to planetar, czyli planeta bez gwiazdy (choć jego mieszkańcy z pewnością nie użyliby tego określenia). Mieszka na niej pięćset trzydziestu dwóch ludzi. Wiedzą, że nie należą do tego ciemnego świata – wiele lat temu ich przodkowie przybyli z jasnej Ziemi i kiedyś z pewnością Ziemia po nich przyleci. Dlatego ciągle zamieszkują tę samą dolinę. Niestety, coraz trudniej się w niej wyżywić. Młody John Czerwoniuch widzi to i z zapalczywością oraz zadufaniem właściwym młodzieży, postanawia działać. Jego działania odmienią oblicze Edenu.
Zanim przejdę do rzeczy istotniejszych, pozachwycam się trochę ekosystemem odmalowanym przez Becketta. Widzicie, może jestem trochę skrzywiona, ale we wszystkich fantastycznych opowieściach najbardziej fascynujący jest dla mnie świat przedstawiony – a konkretnie flora i fauna (ta rozumna też), która go zamieszkuje. Fantasy niestety w tym względzie pozostaje bardzo zachowawcza – daje nam tylko to, co już znamy, dorzucając od czasu do czasu smoka czy trolla. Z science fiction jest trochę lepiej, ale też trudno trafić na naprawdę porywającą wizję. Ale Eden… Eden to kwintesencja fascynującego świata.
| Wełniaka niektórzy z was już widzieli na fanpejdżu bloga.:) |
Planetar to z założenia miejsce zupełnie różne od Ziemi. Na Edenie nie ma słońca, wszelkie ciepło pochodzi z jego wnętrza, tajemniczych Podziemi. Tak samo jest z życiem, które mimo że wychynęło na powierzchnię, jest z Podziemiem w niejasny sposób powiązane. Fakt, że nie ma gwiazdy, nie oznacza jednak, że na Edenie nie ma świateł – właściwości bioluminescencyjne ma tam chyba każda roślina i większość zwierząt. Z rozkoszą wyobrażałam sobie świecące lasy, przemierzane przez niesamowite, różnorodne zwierzęta. Niewielu autorom udało się stworzyć tak dopracowane ekosystemy – widać, że Beckett bardzo chciał pokazać nie tylko wydarzenia i osoby dramatu, ale też misternie splecioną scenografię. Bo scenografia jest tu równie ważnym aktorem, jak ludzie.
Oczywiście już po samym tytule książki widać, że autor do czegoś nawiązuje. Do Biblii na przykład, a konkretnie do Księgi Rodzaju (tak, to jest ten akapit, w którym stwierdzam oczywistości). Już sama nazwa planety budzi skojarzenia – w kontekście późniejszych wydarzeń zastanawiam się, czy to założyciele kolonii byli tak ironiczni (tudzież optymistycznie naiwni), czy też ktoś wymyślił tę nazwę już wcześniej. Ale to nieistotne. Poza miejscem nawiązują też osoby, albowiem cała populacja Edenu wywodzi się od jednej pary założycielskiej. Tyle że tu autor poszedł jednak inną ścieżką niż Księga Rodzaju – dużo bardziej konkretną i naturalistyczną, bo w pełnej krasie pokazał czytelnikom, czym może się kończyć chów krewniaczy.
| Nocarze są zasadniczo czarne, ale nie chciało mi się kombinować na prostym szkicu.;) |
Naturalistyczny sposób prezentowania rzeczywistości jest zresztą fundamentem budowania spójności świata przedstawionego. Bohaterowie Becketta żyją jak ludy pierwotne. Mają oczywiście swoje tabu, ale są one nieco inne niż te, do których jesteśmy przyzwyczajeni. I tak seks jest dla nich równie naturalny jak jedzenie, więc mniej więcej z takim samym zaangażowaniem o nim rozmawiają (a sporo tam tego seksu – ostrzegam, w razie gdyby ktoś nie lubił. Tyle że, jak starałam się powiedzieć, kompletnie oderotycznionego). Mówią też specyficznym językiem i tu brawa należą się zarówno autorowi, jak i tłumaczowi. Autorowi za to, że postarał się odtworzyć (stworzyć?) język… bo ja wiem, grup pierwotnych chyba (a żeby zaprezentować go w pełnej krasie, mamy narrację pierwszoosobową, choć z różnych punktów widzenia). Słownictwo bohaterów jest ubogie (znają bardzo niewiele przymiotników, więc intensywność danego zjawiska podkreślają powtórzeniami), ale zarazem kreatywne (jak w przypadku zajęczej wargi – ziemska nazwa się nie przyjęła, bo na Edenie nie ma zajęcy. Za to są nietoperze o rozszczepionych pyszczkach, dlatego tę wadę nazwano nietopyskiem), inne od tego, którego spodziewamy się w powieściach. Dla tłumacza osobne barwa za to, że te wszystkie neologizmy tak zgrabnie przełożył. Nie wiem, czy tłumaczenie „Ciemnego Edenu” zalicza się do tych pięknych, czy do tych wiernych, ale na pewno do tych trudnych. Jako czytelniczka jestem zadowolona z efektu.
| I na koniec lampart leśny. |
Może trochę o bohaterach, bo krążę i krążę wokół nich, a nic konkretnego nie napisałam. Ponieważ autor pokazuje nam świat oczami różnych postaci, to i każdego bohatera widzimy z różnych perspektyw. Taki John Czerwoniuch na przykład. Siebie uważa za przywódcę i wizjonera – kogoś, kto poprowadzi nową grupę w nieznane, kto lubi podejmować decyzje i w głębi duszy uważa się za stworzonego do rzeczy wielkich. Ale już w oczach innych wygląda nieco inaczej. Owszem, szanują jego upór i osiągnięcia, ale irytuje ich wieczne dążenie do zmian i egoizm Johna, którego sam zainteresowany zdaje się nie dostrzegać. Obok Johna główną postacią jest Tina Kolczak. I tu podziwiam autora (znowu), bo w pierwotnej społeczności łowiecko-zbierackiej potrafił zbudować wiarygodna i interesującą postać kobiecą, która dodatkowo nie jest w wieku podeszłym (nie żebym miała coś do starszych kobiet w literaturze, ale wiecie, zwykle jedyna wypowiadająca się w plemieniu kobieta to szamanka/wiedźma. Reszta jest neutralnym, niemym tłem). Poza tym jest jeszcze Gerry, który pragnie, żeby wszyscy go lubili oraz lekko nawiedzony Jeff. Czyli przywódca-paladyn, wspierająca postać żeńska, dobry przyjaciel i kapłan nowych idei. Drużyna nowoczesnego fantasy questa, wełniak ich mać.
Poruszyłam tu tylko kilka zagadnień, o których można wspomnieć w kontekście „Ciemnego Edenu” (bo można jeszcze o dynamice zamkniętych grup, o konfliktach, rozwoju idei i wynalazków, zmian w makro i mikroskali, pewnej ramie fabularnej, której nie chcę zdradzać, bo spoilery, niedopowiedzianej historii początków…), ale pora robi się późna, a notka i tak zbyt długa, więc może w tym miejscu zakończę. Jeśli poszukujecie powiewu świeżości i niezapomnianych widoków, czytajcie „Ciemny Eden”. Wtedy sami odkryjecie wszystkie jego warstwy.
Tytuł: Ciemny Eden
Autor: Chris Beckett
Tytuł oryginalny: Dark Eden
Tłumacz: Wojciech M. Próchniewicz
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2014
Stron: 336
czwartek, 29 sierpnia 2013
Magia, Londyn i legenda - "Jonathan Strange i pan Norrell" Susanna Clarke
„Jonathan Strange i pan Norrell” to powieść wręcz obsypana nagrodami – zgarnęła wszystkie liczące się w branży wyróżnienia. Wydaje się, że całkiem słusznie, co skwapliwie potwierdzą rzesze wiernych fanów. Jednak całkiem liczna jest też grupa osób, które nie rozumieją tego rabanu, a nad książką Clarke zasnęły z nudów. Cóż, jestem w stanie zrozumieć postawę obu stron.
Gilbert Norrell to człowiek, któremu zawdzięczamy ożywienia angielskiej magii, od stuleci będącej tylko martwą teorią. Dzięki swej mrówczej pracy udowodnił, że nawet w dziewiętnastym wieku możliwe jest rzucanie zaklęć. Niestety, nigdy nie należał do osób szczególnie towarzyskich. Nie potrafił prowadzić zajmujących rozmów ani tez odpowiednio prezentować się na balach londyńskiej socjety. Swym samotniczym trybem życia zdecydowanie różnił się od Jonathana Strange’a, drugiego spośród wybitnych, dziewiętnastowiecznych magów. Pan Strange, mimo chimerycznego usposobienia, potrafił być duszą towarzystwa, a do własnej magii miał podejście zdecydowanie lżejsze i mniej zasadnicze niż pan Norrell. Wzajemne relacje tej dwójki są fascynujące, a to, co z nich wynikło, składa się na przejmującą, wielowątkową opowieść.
Zacznijmy może od tych czytelników, którzy zasypiają na lekturą. Rozumiem ich. „Jonathan Strange i pan Norrell” to książka stylizowana na powieść wiktoriańską, z rozbudowanymi opisami, mnóstwem dygresji i wielostronicowymi przypisami. Dodatkowo fabuła jest raczej z tych mało spektakularnych (zaryzykuję stwierdzenie, ze pierwszy tom powieści w ogóle jej nie ma). Nic więc dziwnego, że czytelnik przyzwyczajony do współczesnego, wartkiego stylu narracji i bogatej fabuły może się od powieści pani Clarke odbić, zwłaszcza jeśli nie został poinformowany, co właściwie mu się serwuje. Niemniej, „Jonathan Strange i pan Norrell” posiada wiele niezaprzeczalnych zalet, o ile się jednak przy niej nie zaśnie.
Pierwszą jest kreacja bohaterów, będąca jednocześnie najmocniejsza stroną książki. Postacie licznie zaludniające karty powieści zawsze są dopracowane i kompletne, posiadają zestaw cech charakterystycznych i własną osobowość. Dotyczy to zarówno postaci pierwszoplanowych, jak i epizodycznych. Weźmy na przykład bohaterów tytułowych, czyli Strange’a i Norrella. Opisując tego drugiego, autorka najwyraźniej postawiła sobie za zadanie stworzenie postaci antypatycznej, z którą czytelnik nie będzie się chciał identyfikować, ale której poczynania będzie z zainteresowaniem śledził. Spójrzmy na niego (na Norrella, nie na czytelnika): oto niski, przysadzisty dżentelmen w średnim wieku, gburowaty, zamknięty w sobie i z lekką paranoją. Któż chciałby kibicować komuś takiemu? Z drugiej strony pan Strange to stosunkowo młody człowiek, sympatyczny, otwarty wygadany. Pani Clarke zadbała jednak, żeby nie był bez skazy – ma porywczy temperament i często najpierw coś robi, a dopiero później zastanawia się nad konsekwencjami. Im lepiej go poznajemy, tym intensywniej zastanawiamy się, czy aby na pewno chcielibyśmy mieć kogoś takiego za przyjaciela. Do czego zmierzam? Otóż chcę pokazać, że w świecie pani Clarke nie ma ludzi idealnych. Każdy z bohaterów jest jedynie człowiekiem i jako taki posiada nie tylko same zalety czy wady, ale pełny zestaw jednych i drugich. Nadaje to postaciom trójwymiarowości, głębi i niejednoznaczności, które rzadko w takim natężeniu goszczą na kartach fantastyki. Już choćby dlatego warto przeczytać.
Ale, ale, bohaterowie to nie wszystko. Jest jeszcze tło wydarzeń, czyli świat przedstawiony. A ponieważ chodzi o Anglię w latach 1806-1816, czytelnik od razu wie, czego może się spodziewać. Nie, nie będzie tu rzucania we wraże napoleońskie armie kulami ognia. Będzie za to doskonały obraz londyńskiego społeczeństwa, a zwłaszcza jego wyższych warstw, odmalowany wiernie i z dbałością o szczegóły (dbałość o szczegóły to, śmiem twierdzić, znak rozpoznawczy pani Clarke). Będzie też mnóstwo postaci historycznych, takich jak król Jerzy. A wszystko to spięte klamrą subtelnej, prawie niezauważalnej magii.
„Jonathan Strange i pan Norrell” to jedna z tych książek, których autor wiele od siebie wymaga. Ale nie są to wymagania nastawione na ułatwianie czytelnikowi życia – wręcz przeciwnie, wymagania są tu równie wielkie, jak wobec pisarza. Nie jest to opowiadanie bajki dzieciom, a raczej dyskusja, gra wyobraźni podjęta na równych prawach z inteligentnym rozmówcą/współgraczem. Jeśli się za takiego uważasz, a letni żar nie wysuszył jeszcze mózgu (między innymi z tego powodu polecam czytanie „Jonathana Strange’a…” jesienią), bierz się za książkę. I nie bój się trudnego języka, bo ten jest piękny i przystępny. Raczej trenuj wyobraźnię.
Recenzja dla portalu Insimilion.
Tytuł: Jonathan Strange i pan Norrell
Autor: Susanna Clarke
Tytuł oryginalny: Jonathan Strange & Mr Norrell
Tłumacz: Małgorzata Hesko-Kołodzińska
Wydawnictwo: MAG
Rok: 2013
Stron: 810
Autor: Susanna Clarke
Tytuł oryginalny: Jonathan Strange & Mr Norrell
Tłumacz: Małgorzata Hesko-Kołodzińska
Wydawnictwo: MAG
Rok: 2013
Stron: 810
środa, 8 maja 2013
Szaleństwo tworzenia i inne opowiadania - "Portret pani Charbuque. Asystentka pisarza fantasy" Jeffrey Ford
Jeffreya Forda znamy w Polsce głównie z trylogii zaczynającej się od „Fizjonomiki”. Poza tym jego opowiadania drukowano w różnych antologiach (np. „Kroki w nieznane”). Nie jest to może autor przesadnie płodny, ale napisał kilka książek nieznanych u nas. Wydawnictwo Mag w ramach serii „Uczta Wyobraźni” postanowiło przypomnieć o pisarzu, wydając w jednym tomie nagradzany zbiór opowiadań oraz powieść. I bardzo dobrze, że postanowiło, bo jest to ktoś, o kim warto pamiętać.
Przypominanie zacznijmy może od kilku ogólnych uwag do zbioru opowiadań (zanim przejdziemy do poszczególnych tekstów). Ci, którzy czytali „Fizjonomikę”, z pewnością odnajdą w nim charakterystyczny styl Forda, choć oczywiście w różnym natężeniu, zależnie od tekstu. Autor operuje językiem, tworząc surrealistyczne wizje z normalnych na pierwszy rzut oka elementów, przekształconych niczym w sennym majaku. Wkłada też sporo wysiłku, aby zatrzeć granicę między obiektywną rzeczywistością a subiektywnym postrzeganiem świata przez bohaterów – stąd czasem opowiadania chwieją się na granicy fantastyki, zaś wszystkim bardzo blisko do realizmu magicznego. Czasem są tak zagmatwane, że bez posłowia (które zdaje się być regułą w amerykańskich, autorskich zbiorach opowiadań) czytelnik nie ma możliwości domyślenia się, o co chodzi.
Ford często tematem swoich opowiadań czyni różne aspekty pisarstwa. „Asystentka pisarza fantasy” to historia dziwnych wydarzeń, które doprowadziły do rozkwitu talentu tytułowej asystentki. Trochę w tym magii, trochę pytań na temat związku autora z jego dziełem, a trochę tradycyjnej relacji mistrz-uczeń. Jest to jednocześnie najmniej „fordowy” tekst w zbiorze – takie klasyczne opowiadanie, bez oniryzmu i surrealizmu. Zupełnie inaczej rzecz ma się ze „Słodkim węzłem”, będącym przepuszczoną przez ten dziwaczny, senny filtr próbą rozliczenia się ze wszystkich kursów kreatywnego pisarstwa, które autor prowadził. Również do twórczości jako takiej odnosi się przewrotny „Jasny poranek” – przepełniona specyficznym humorem i zakończona zaskakującą woltą opowieść o związku pewnego pisarza fantastyki z Kafką.
Mamy też opowiadania badające granice wyobraźni. W nagradzanym „Stworzeniu” na przykład widzimy obraz świata postrzeganego przez małego chłopca wychowywanego w dość religijnej rodzinie (przynajmniej mającego wymagającą i staromodną katechetkę). Oglądamy, w jaki sposób dziecięca wyobraźnia nakłada na rzeczywistość prawdy znalezione w katechizmie i do końca nie wiemy, czy tytułowe stworzenie było prawdziwe, czy narodziło się tylko w umyśle dziecka. Podobnie w tekście „Coś nad morzem”, w którym sny małej dziewczynki przenikają się z opowieściami jej wujka, rzeczywistością i magią.
Ford lubi w swoich tekstach eksperymentować i właśnie takich eksperymentów jest w zbiorze najwięcej. „Kobieta, która liczy swoje oddechy” to wzorowany na psychoanalizach Freuda tekst o pewnej teściowej. Na tle innych opowiadań wypada dość blado, więc chyba można go nazwać nieudanym eksperymentem. „Pansolapia” jest jednym z tych utworów, których nie da się zrozumieć bez podpowiedzi autora – tutaj akurat mamy do czynienia z typową, conanopodobną historią barbarzyńcy, w której brak ciągu przyczynowo-skutkowego, a wszystko dzieje się jednocześnie. Przez to opowieść przypomina rozsypane puzzle, ale są czytelnicy, którym ich układanie może sprawić sporo frajdy. „Delikatny” był zaś wprawką przed pisaniem wyżej wspominanej trylogii – znajdziemy w nim wszystkie motywy, które później autor rozwinął w powieści, jak również charakterystyczny, niepokojący klimat.
Czasem Ford stawia na humor, a czasem na grozę (choć elementy zwłaszcza tej ostatniej da się wyczuć we wszystkich utworach). „W drodze do Nowego Egiptu” to mająca znamiona szalonego snu historia o tym, co się dzieje, kiedy zgodzisz się podrzucić gdzieś Jezusa Chrystusa. Dzieje się mianowicie wiele zabawnych, choć czasem strasznych rzeczy. „Podwieczorek z Juliuszem Verne’em” jest, na swój sposób zabawnym, wyimaginowanym wywiadem, jaki autor chętnie by przeprowadził z tym sławnym pisarzem (a przynajmniej z własnym wyobrażeniem tegoż pisarza). „Z głębi kanionu” zaś ma być horrorem, operującym zużytym już nieco motywem klątwy.
Zostały jeszcze teksty, które mają bardziej klasyczne fabuły. „Miasto Egzo-Szkieletów” i „Pływanie w Lindrethool” łączy klimat czarnobiałych filmów noir, choć ich fabuły (poza pobrzmiewająca tęsknotą za prawdziwym uczuciem) bardzo się różnią. Pierwsze pod tym względem przypomina typowe science fiction, oczywiście odpowiednio wykoślawione na fordowską modłę. Z jednej strony mamy obcą planetę, robakokształtnych kosmitów i kwestię interakcji, z drugiej zaś handel wymienny: stare filmy za robaczą kupę (będącą niesamowitym afrodyzjakiem; widzę w tym przytyk do ludzkości, która jest w stanie znacznie więcej płacić za zbytek wzmagający żądze, niż za artykuły mogące przysłużyć się nauce czy medycynie). A całość służy raczej napiętnowaniu hipokryzji i pokusy życia iluzjami. „Pływanie w Lindrethool” również zahacza o tematykę typową dla SF, ale czerpie z niej tylko rekwizyty. Oto mamy bowiem historię akwizytora sprzedającego komputery napędzane żywymi, ludzkimi mózgami. I znowu problematyka moralna takiego rozwiązania przesuwa się na dalszy plan, na pierwszym zaś pozostaje nieszczęście jednostki wykorzystywanej przez korporację i zdradzonej przez ludzi, którym ufała. Pozostając w klimatach fantastyki naukowej, mamy jeszcze „Daleką oazę” - na poły humorystyczną (humorem raczej wisielczym) opowieść o zabawie człowieka w boga ewolucji, oraz „Zombie Maltusiana”. Opowiadanie to korzenie fabularne ma w czasach zimnej wojny, a osią zdarzeń jest pewien sympatyczny staruszek z mrocznym sekretem. Autor trochę się tu bawi mitem doktora Frankensteina, by potem pointą skonfundować czytelnika. Kompletnie od poetyki science fiction odżegnuje się „Reparata”, która miesza motywy znane z baśni z typowym dla Forda onirycznym klimatem.
Jeśli ktoś była na tyle wytrwały, żeby przebrnąć przez wszystkie wywody dotyczące opowiadań, będzie miał teraz okazję poczytać o powieści. Przejdźmy więc może do „Portretu pani Charbuque”. Na początku fabuła może wydawać się prosta: oto bowiem Piambo, wzięty nowojorski malarz-portrecista, dostaje zlecenie od tajemniczej damy. Podobno ma być ono niezwykłe, a że dama płaci ekstra, artysta postanawia przynajmniej wypytać o szczegóły. Okazuje się, że pani Charbuque obmyśliła dla niego prawdziwe wyzwanie – ma namalować portret, nie patrząc na nią. Może tylko słuchać jej opowieści i ewentualnie zadawać pytania pomocnicze. Piambo jest tym podekscytowany, czuje, że to przełom w jego karierze. Już wkrótce ma się okazać, że nie tylko.
O stylu Forda nie będę już wspominać, bo zrobiłam to przy okazji opowiadań. Niemniej, w porównaniu z „Fizjonomiką”, „Portret…” jest powieścią zdecydowanie bardziej wyważoną, staranniejszą, obliczoną na spowijanie czytelnika opiumowymi oparami opisów, a nie szokowanie dziwnością wizji. Choć, trzeba autorowi przyznać, że i bez udziwnień opowieść pozostaje niepokojąca. W zasadzie jest to też powieść niefantastyczna – nawet przy ogromnej dozie dobrej woli nie można tam znaleźć niczego bardziej niecodziennego, niż to, co pojawia się w dowolny kryminale czy thrillerze (i oczywiście nie przechodzi badania brzytwą Lema). „Portretowi…” najbliżej chyba do kryminału noir, choć oczywiście nie spełnia wszystkich kryteriów.
Odejdźmy jednak od klasyfikacji i zajmijmy się na chwilę bohaterami. Na narratora opowieści pisarz wyznaczył Piambo, więc to z jego perspektywy (i w pierwszej osobie liczby pojedynczej) poznajemy fabułę. Wbrew pozorom, malarz nie jest najciekawszą postacią – czasem miałam wręcz wrażenie, że to najmniej interesująca postać. No bo z czym tu porównać portrecistę, który jak na artystę prowadzi całkiem stabilny styl życia? Z niezwykle tajemniczą zleceniodawczynią? Z jej niewidomym, ale podejrzanie sprawnym służącym? Z kolegą po fachu, opiumistą niepozbawionym obsesji? Z Samantą, aktorką i wieloletnia partnerką, która prawdziwie kocha, ale i charakteru, żeby zastawić pułapkę na niewiernego mężczyznę, jej nie brak? Sami przyznajcie – na tle tej barwnej galerii główny bohater wypada blado, zwłaszcza że jest jeszcze kilka niesamowitych postaci epizodycznych. Niemniej, trzeba przyznać, że Ford ma niezwykły talent do tworzenia postaci żywych, nieprzestylizowanych i naturalnych – to, oraz wyrazisty styl są zdecydowanie najmocniejszą stroną autora.
Wady? Cóż, chyba miejsce sztuki i procesu tworzenia w tym wszystkim. Osobiście, mając w pamięci tytuł i tekst z okładki, liczyłam, że w tej dziedzinie będzie więcej i bardziej obrazowo. Cieszy mnie, że Ford bardzo zgrabnie i niezwykle sugestywnie opisał obrazy, ale pozostał pewien niedosyt. Choć może po prostu miałam zbyt duże wymagania.
Jeśli ktoś po przeczytaniu tych wywodów (lub, co bardzie prawdopodobne, po ich szybkim przewinięciu, bo za długie) potrzebuje zachęty w krótkich, żołnierskich słowach, to proszę bardzo: warto przeczytać. Nawet bardzo. I nawet dla tych, którzy wolą kryminały od fantastyki – choć oni raczej powinni ominąć zbiór opowiadań. Polecam.
Przypominanie zacznijmy może od kilku ogólnych uwag do zbioru opowiadań (zanim przejdziemy do poszczególnych tekstów). Ci, którzy czytali „Fizjonomikę”, z pewnością odnajdą w nim charakterystyczny styl Forda, choć oczywiście w różnym natężeniu, zależnie od tekstu. Autor operuje językiem, tworząc surrealistyczne wizje z normalnych na pierwszy rzut oka elementów, przekształconych niczym w sennym majaku. Wkłada też sporo wysiłku, aby zatrzeć granicę między obiektywną rzeczywistością a subiektywnym postrzeganiem świata przez bohaterów – stąd czasem opowiadania chwieją się na granicy fantastyki, zaś wszystkim bardzo blisko do realizmu magicznego. Czasem są tak zagmatwane, że bez posłowia (które zdaje się być regułą w amerykańskich, autorskich zbiorach opowiadań) czytelnik nie ma możliwości domyślenia się, o co chodzi.
Ford często tematem swoich opowiadań czyni różne aspekty pisarstwa. „Asystentka pisarza fantasy” to historia dziwnych wydarzeń, które doprowadziły do rozkwitu talentu tytułowej asystentki. Trochę w tym magii, trochę pytań na temat związku autora z jego dziełem, a trochę tradycyjnej relacji mistrz-uczeń. Jest to jednocześnie najmniej „fordowy” tekst w zbiorze – takie klasyczne opowiadanie, bez oniryzmu i surrealizmu. Zupełnie inaczej rzecz ma się ze „Słodkim węzłem”, będącym przepuszczoną przez ten dziwaczny, senny filtr próbą rozliczenia się ze wszystkich kursów kreatywnego pisarstwa, które autor prowadził. Również do twórczości jako takiej odnosi się przewrotny „Jasny poranek” – przepełniona specyficznym humorem i zakończona zaskakującą woltą opowieść o związku pewnego pisarza fantastyki z Kafką.
Mamy też opowiadania badające granice wyobraźni. W nagradzanym „Stworzeniu” na przykład widzimy obraz świata postrzeganego przez małego chłopca wychowywanego w dość religijnej rodzinie (przynajmniej mającego wymagającą i staromodną katechetkę). Oglądamy, w jaki sposób dziecięca wyobraźnia nakłada na rzeczywistość prawdy znalezione w katechizmie i do końca nie wiemy, czy tytułowe stworzenie było prawdziwe, czy narodziło się tylko w umyśle dziecka. Podobnie w tekście „Coś nad morzem”, w którym sny małej dziewczynki przenikają się z opowieściami jej wujka, rzeczywistością i magią.
Ford lubi w swoich tekstach eksperymentować i właśnie takich eksperymentów jest w zbiorze najwięcej. „Kobieta, która liczy swoje oddechy” to wzorowany na psychoanalizach Freuda tekst o pewnej teściowej. Na tle innych opowiadań wypada dość blado, więc chyba można go nazwać nieudanym eksperymentem. „Pansolapia” jest jednym z tych utworów, których nie da się zrozumieć bez podpowiedzi autora – tutaj akurat mamy do czynienia z typową, conanopodobną historią barbarzyńcy, w której brak ciągu przyczynowo-skutkowego, a wszystko dzieje się jednocześnie. Przez to opowieść przypomina rozsypane puzzle, ale są czytelnicy, którym ich układanie może sprawić sporo frajdy. „Delikatny” był zaś wprawką przed pisaniem wyżej wspominanej trylogii – znajdziemy w nim wszystkie motywy, które później autor rozwinął w powieści, jak również charakterystyczny, niepokojący klimat.
Czasem Ford stawia na humor, a czasem na grozę (choć elementy zwłaszcza tej ostatniej da się wyczuć we wszystkich utworach). „W drodze do Nowego Egiptu” to mająca znamiona szalonego snu historia o tym, co się dzieje, kiedy zgodzisz się podrzucić gdzieś Jezusa Chrystusa. Dzieje się mianowicie wiele zabawnych, choć czasem strasznych rzeczy. „Podwieczorek z Juliuszem Verne’em” jest, na swój sposób zabawnym, wyimaginowanym wywiadem, jaki autor chętnie by przeprowadził z tym sławnym pisarzem (a przynajmniej z własnym wyobrażeniem tegoż pisarza). „Z głębi kanionu” zaś ma być horrorem, operującym zużytym już nieco motywem klątwy.
Zostały jeszcze teksty, które mają bardziej klasyczne fabuły. „Miasto Egzo-Szkieletów” i „Pływanie w Lindrethool” łączy klimat czarnobiałych filmów noir, choć ich fabuły (poza pobrzmiewająca tęsknotą za prawdziwym uczuciem) bardzo się różnią. Pierwsze pod tym względem przypomina typowe science fiction, oczywiście odpowiednio wykoślawione na fordowską modłę. Z jednej strony mamy obcą planetę, robakokształtnych kosmitów i kwestię interakcji, z drugiej zaś handel wymienny: stare filmy za robaczą kupę (będącą niesamowitym afrodyzjakiem; widzę w tym przytyk do ludzkości, która jest w stanie znacznie więcej płacić za zbytek wzmagający żądze, niż za artykuły mogące przysłużyć się nauce czy medycynie). A całość służy raczej napiętnowaniu hipokryzji i pokusy życia iluzjami. „Pływanie w Lindrethool” również zahacza o tematykę typową dla SF, ale czerpie z niej tylko rekwizyty. Oto mamy bowiem historię akwizytora sprzedającego komputery napędzane żywymi, ludzkimi mózgami. I znowu problematyka moralna takiego rozwiązania przesuwa się na dalszy plan, na pierwszym zaś pozostaje nieszczęście jednostki wykorzystywanej przez korporację i zdradzonej przez ludzi, którym ufała. Pozostając w klimatach fantastyki naukowej, mamy jeszcze „Daleką oazę” - na poły humorystyczną (humorem raczej wisielczym) opowieść o zabawie człowieka w boga ewolucji, oraz „Zombie Maltusiana”. Opowiadanie to korzenie fabularne ma w czasach zimnej wojny, a osią zdarzeń jest pewien sympatyczny staruszek z mrocznym sekretem. Autor trochę się tu bawi mitem doktora Frankensteina, by potem pointą skonfundować czytelnika. Kompletnie od poetyki science fiction odżegnuje się „Reparata”, która miesza motywy znane z baśni z typowym dla Forda onirycznym klimatem.
Jeśli ktoś była na tyle wytrwały, żeby przebrnąć przez wszystkie wywody dotyczące opowiadań, będzie miał teraz okazję poczytać o powieści. Przejdźmy więc może do „Portretu pani Charbuque”. Na początku fabuła może wydawać się prosta: oto bowiem Piambo, wzięty nowojorski malarz-portrecista, dostaje zlecenie od tajemniczej damy. Podobno ma być ono niezwykłe, a że dama płaci ekstra, artysta postanawia przynajmniej wypytać o szczegóły. Okazuje się, że pani Charbuque obmyśliła dla niego prawdziwe wyzwanie – ma namalować portret, nie patrząc na nią. Może tylko słuchać jej opowieści i ewentualnie zadawać pytania pomocnicze. Piambo jest tym podekscytowany, czuje, że to przełom w jego karierze. Już wkrótce ma się okazać, że nie tylko.
O stylu Forda nie będę już wspominać, bo zrobiłam to przy okazji opowiadań. Niemniej, w porównaniu z „Fizjonomiką”, „Portret…” jest powieścią zdecydowanie bardziej wyważoną, staranniejszą, obliczoną na spowijanie czytelnika opiumowymi oparami opisów, a nie szokowanie dziwnością wizji. Choć, trzeba autorowi przyznać, że i bez udziwnień opowieść pozostaje niepokojąca. W zasadzie jest to też powieść niefantastyczna – nawet przy ogromnej dozie dobrej woli nie można tam znaleźć niczego bardziej niecodziennego, niż to, co pojawia się w dowolny kryminale czy thrillerze (i oczywiście nie przechodzi badania brzytwą Lema). „Portretowi…” najbliżej chyba do kryminału noir, choć oczywiście nie spełnia wszystkich kryteriów.
Odejdźmy jednak od klasyfikacji i zajmijmy się na chwilę bohaterami. Na narratora opowieści pisarz wyznaczył Piambo, więc to z jego perspektywy (i w pierwszej osobie liczby pojedynczej) poznajemy fabułę. Wbrew pozorom, malarz nie jest najciekawszą postacią – czasem miałam wręcz wrażenie, że to najmniej interesująca postać. No bo z czym tu porównać portrecistę, który jak na artystę prowadzi całkiem stabilny styl życia? Z niezwykle tajemniczą zleceniodawczynią? Z jej niewidomym, ale podejrzanie sprawnym służącym? Z kolegą po fachu, opiumistą niepozbawionym obsesji? Z Samantą, aktorką i wieloletnia partnerką, która prawdziwie kocha, ale i charakteru, żeby zastawić pułapkę na niewiernego mężczyznę, jej nie brak? Sami przyznajcie – na tle tej barwnej galerii główny bohater wypada blado, zwłaszcza że jest jeszcze kilka niesamowitych postaci epizodycznych. Niemniej, trzeba przyznać, że Ford ma niezwykły talent do tworzenia postaci żywych, nieprzestylizowanych i naturalnych – to, oraz wyrazisty styl są zdecydowanie najmocniejszą stroną autora.
Wady? Cóż, chyba miejsce sztuki i procesu tworzenia w tym wszystkim. Osobiście, mając w pamięci tytuł i tekst z okładki, liczyłam, że w tej dziedzinie będzie więcej i bardziej obrazowo. Cieszy mnie, że Ford bardzo zgrabnie i niezwykle sugestywnie opisał obrazy, ale pozostał pewien niedosyt. Choć może po prostu miałam zbyt duże wymagania.
Jeśli ktoś po przeczytaniu tych wywodów (lub, co bardzie prawdopodobne, po ich szybkim przewinięciu, bo za długie) potrzebuje zachęty w krótkich, żołnierskich słowach, to proszę bardzo: warto przeczytać. Nawet bardzo. I nawet dla tych, którzy wolą kryminały od fantastyki – choć oni raczej powinni ominąć zbiór opowiadań. Polecam.
Recenzja dla portalu Insimilion.
Tytuł: Portret pani Charbuque. Asystentka pisarza fantasy
Autor: Jeffrey Ford
Tytuł oryginalny: The Portrait of Mrs. Charbuque. The Fantasy Writer's Assistant
Tłumacz: Robert Waliś
Wydawnictwo: MAG
Rok: 2013
Stron: 524czwartek, 14 lutego 2013
Mroczna strona dorastania - "Córka żelaznego smoka. Smoki Babel" Michael Swanwick
„Córkę żelaznego smoka” Andrzej Sapkowski uznał za tak dobrą, że aż
wartą umieszczenia w jego kanonie fantasy. Coś w tym musiało być, bo
wydawnictwo MAG po kilkunastu latach zdecydowało się wznowić powieść w
prestiżowej „Uczcie Wyobraźni”, dodając kolejny utwór Swanwicka z tego
samego uniwersum. I tak oto w ręce czytelników trafiła „Córka żelaznego
smoka. Smoki Babel”. A ponieważ dostajemy dwie pełnowartościowe
opowieści, będzie to recenzja trochę typu dwa w jednym.
Zacznijmy od „Córki żelaznego smoka”. Jest to jedna z tych powieści, które urzekają już od pierwszego zdania. Najwyraźniej oczarowało ono również wydawcę, gdyż umieścił je w tekście z czwartej strony okładki: „W dniu, gdy dzieci spotkały się, by uknuć śmierć nadzorcy, w głowie dziewczynki-podmieńca zrodziła się decyzja, by ukraść smoka i uciec”. Czytelnik dopiero później dowiaduje się, skąd dziewczynka chciała uciec, dlaczego tam przebywała i że kradzież smoka to bardzo poważne przedsięwzięcie, którego konsekwencje będą się za nią ciągnąć latami.
Z kolei „Smoki Babel”, po lekturze wcześniejszej powieści, nie zaskakują pierwszym zdaniem. W zasadzie można je czytać nawet bez znajomości „Córki…” – straci się co prawda pewne smaczki, ale nie ma to znaczenia dla fabuły. Zamiast dziewczynki-podmieńca mamy tu chłopca-sierotę z zapadłej wioski, a autor w pokrętny sposób wykorzystuje jeden z motywów najbardziej charakterystycznych dla fantasy (nie zdradzę który, bo powiedziałabym zbyt dużo; obeznanym z tematem sporo powinna powiedzieć pierwsza część tego zdania).
Wnioskując z obu powieści, motywem szczególnie cenionym przez autora jest motyw dorastania jako procesu stopniowej utraty niewinności. I nie takie samo, jakie prezentują nam powieści młodzieżowe. Tam mamy ukazany proces, w którym bohater będący jeszcze dzieckiem stopniowo zmienia się w osobę dorosłą, co jest dobre i pożądane. Swanwick pokazuje, jaka jest cena tej przemiany i w jak bardzo plugawy sposób trzeba ją niekiedy płacić. Zdaje się też sugerować, że niektórzy najwyższą cenę płacą zupełnie niepotrzebnie i niejako na własne życzenie. Co jest prawdą o tyle gorzką, że nie mają świadomości przepłacania. Tak dzieje się w przypadku Jane, dziewczynki-podmieńca, która swoje życie ukradła wraz ze smokiem. I jednocześnie wplątała się w sieci przemożnego fatum, pełne nieszczęść i powtarzających się tragedii, nie wiedząc, że może być zupełnie inaczej i lepiej. I nie wiedząc, co zrobić, żeby tak było.
Właśnie – fatum, nieuchronność pewnych rzeczy, również zdaje się fascynować autora. Jak w przypadku Jane, bohaterki „Córki żelaznego smoka”, mamy do czynienia z losem-pajęczą siecią, w którym im więcej się szarpiemy, tym bardziej jesteśmy zaplątani, tak w przypadku Willa ze „Smoków Babel” nieuchronność pewnych zdarzeń to niezbędny element kształtujący osobowość. A może największa różnica polega na tym, że pomimo tego, iż oboje padli ofiarami manipulacji, Willem manipulowały osoby mu życzliwe?
Teraz może przejdziemy od tego, co autor miał na myśli, do tego, co powypisywał. A powypisywał sporo ciekawych rzeczy. Stworzył bowiem świat połączony z naszym (a może będący jedynie jakąś alegorią naszego, występują w nim przecież bardzo znajome marki – zippo, motocykle kawasaki, miasto zwane Wielkim Jabłkiem i posiadające swoją Piątą Aleję; ten trop wydaje się słuszny zwłaszcza w „Smokach Babel”, bo „Córka żelaznego smoka” jest uboga w nawiązania), ale bogaty w tysiące ras mitycznych duszków: driady, nimfy, fauny, krasnoludy i arystokratyczne elfy to tylko najczęściej spotykane z nich. To bogactwo ras jest niemal przytłaczające, a jeśli dodać do tego umiejętne splecenie nowoczesnych technologii z wysoką magią i prostymi urokami, powstaje coś, co albo zachwyca, albo odrzuca (mnie zachwyca).
Swanwick ma bardzo sprawne pióro – potrafi tworzyć niezwykle klimatyczne i przemawiające do wyobraźni scenerie, nie siląc się na udziwnienia czy wygibasy. Pisanie prostym, ale powabnym językiem o rzeczach niezwykłych to rzadka umiejętność – tym bardziej należy ją cenić. Powieści pełne są też erotyki w wydaniu mocno naturalistycznym, dlatego nie polecam ich osobom, którym mogłoby to przeszkadzać.
Komu w takim razie polecam? Osobom, które lubią mocną, ale nie przekombinowana fantastykę. Także tym, które cenią sobie utknięcie mnóstwa „wartości dodanych” w interesującą fabułę i lubią w owych wartościach grzebać. A także wszystkim, którzy tęsknią za czymś wyraźnie odstającym od średniej.
Zacznijmy od „Córki żelaznego smoka”. Jest to jedna z tych powieści, które urzekają już od pierwszego zdania. Najwyraźniej oczarowało ono również wydawcę, gdyż umieścił je w tekście z czwartej strony okładki: „W dniu, gdy dzieci spotkały się, by uknuć śmierć nadzorcy, w głowie dziewczynki-podmieńca zrodziła się decyzja, by ukraść smoka i uciec”. Czytelnik dopiero później dowiaduje się, skąd dziewczynka chciała uciec, dlaczego tam przebywała i że kradzież smoka to bardzo poważne przedsięwzięcie, którego konsekwencje będą się za nią ciągnąć latami.
Z kolei „Smoki Babel”, po lekturze wcześniejszej powieści, nie zaskakują pierwszym zdaniem. W zasadzie można je czytać nawet bez znajomości „Córki…” – straci się co prawda pewne smaczki, ale nie ma to znaczenia dla fabuły. Zamiast dziewczynki-podmieńca mamy tu chłopca-sierotę z zapadłej wioski, a autor w pokrętny sposób wykorzystuje jeden z motywów najbardziej charakterystycznych dla fantasy (nie zdradzę który, bo powiedziałabym zbyt dużo; obeznanym z tematem sporo powinna powiedzieć pierwsza część tego zdania).
Wnioskując z obu powieści, motywem szczególnie cenionym przez autora jest motyw dorastania jako procesu stopniowej utraty niewinności. I nie takie samo, jakie prezentują nam powieści młodzieżowe. Tam mamy ukazany proces, w którym bohater będący jeszcze dzieckiem stopniowo zmienia się w osobę dorosłą, co jest dobre i pożądane. Swanwick pokazuje, jaka jest cena tej przemiany i w jak bardzo plugawy sposób trzeba ją niekiedy płacić. Zdaje się też sugerować, że niektórzy najwyższą cenę płacą zupełnie niepotrzebnie i niejako na własne życzenie. Co jest prawdą o tyle gorzką, że nie mają świadomości przepłacania. Tak dzieje się w przypadku Jane, dziewczynki-podmieńca, która swoje życie ukradła wraz ze smokiem. I jednocześnie wplątała się w sieci przemożnego fatum, pełne nieszczęść i powtarzających się tragedii, nie wiedząc, że może być zupełnie inaczej i lepiej. I nie wiedząc, co zrobić, żeby tak było.
Właśnie – fatum, nieuchronność pewnych rzeczy, również zdaje się fascynować autora. Jak w przypadku Jane, bohaterki „Córki żelaznego smoka”, mamy do czynienia z losem-pajęczą siecią, w którym im więcej się szarpiemy, tym bardziej jesteśmy zaplątani, tak w przypadku Willa ze „Smoków Babel” nieuchronność pewnych zdarzeń to niezbędny element kształtujący osobowość. A może największa różnica polega na tym, że pomimo tego, iż oboje padli ofiarami manipulacji, Willem manipulowały osoby mu życzliwe?
Teraz może przejdziemy od tego, co autor miał na myśli, do tego, co powypisywał. A powypisywał sporo ciekawych rzeczy. Stworzył bowiem świat połączony z naszym (a może będący jedynie jakąś alegorią naszego, występują w nim przecież bardzo znajome marki – zippo, motocykle kawasaki, miasto zwane Wielkim Jabłkiem i posiadające swoją Piątą Aleję; ten trop wydaje się słuszny zwłaszcza w „Smokach Babel”, bo „Córka żelaznego smoka” jest uboga w nawiązania), ale bogaty w tysiące ras mitycznych duszków: driady, nimfy, fauny, krasnoludy i arystokratyczne elfy to tylko najczęściej spotykane z nich. To bogactwo ras jest niemal przytłaczające, a jeśli dodać do tego umiejętne splecenie nowoczesnych technologii z wysoką magią i prostymi urokami, powstaje coś, co albo zachwyca, albo odrzuca (mnie zachwyca).
Swanwick ma bardzo sprawne pióro – potrafi tworzyć niezwykle klimatyczne i przemawiające do wyobraźni scenerie, nie siląc się na udziwnienia czy wygibasy. Pisanie prostym, ale powabnym językiem o rzeczach niezwykłych to rzadka umiejętność – tym bardziej należy ją cenić. Powieści pełne są też erotyki w wydaniu mocno naturalistycznym, dlatego nie polecam ich osobom, którym mogłoby to przeszkadzać.
Komu w takim razie polecam? Osobom, które lubią mocną, ale nie przekombinowana fantastykę. Także tym, które cenią sobie utknięcie mnóstwa „wartości dodanych” w interesującą fabułę i lubią w owych wartościach grzebać. A także wszystkim, którzy tęsknią za czymś wyraźnie odstającym od średniej.
Recenzja dla portalu Insimilion.
Tytuł: Córka żelaznego smoka. Smoki Babel
Autor: Michael Swanwick
Tytuł oryginalny: The Iron Dragon's Daughter. The Dragons of Babel
Tłumacz: Wojciech M. Próchniewicz
Wydawnictwo: MAG
Rok: 2012
Stron: 720
wtorek, 17 kwietnia 2012
Wielki prawie Przedwieczny - "Smok Griaule" Lucius Shepard
Recenzja dla portalu Insimilion.
Smoki to stworzenia chyba najczęściej wykorzystywane w fantasy. Teoretycznie więc kolejna książka o nich nie powinna wzbudzać sensacji. Może i tak by było, gdyby nie kilka drobnych faktów. Po pierwsze, „Smok Griaule” opatrzony jest znaczkiem Uczty Wyobraźni, a to samo w sobie jest gwarancją jakości. Po drugie, autorem jest Lucius Shepard – pisarz może niezbyt znany w Polsce, za to bardzo ceniony na świecie (całkiem słusznie z resztą). I po trzecie: nie często spotyka się smoka długiego na sześć tysięcy stóp i uśpionego zaklęciem od tysiącleci.
„Smok Griaule” to zbiór sześciu opowiadań, z których część była już w Polsce wydana w różnych czasopismach branżowych. Niemniej, było to lata temu i bardzo dobrze, że teksty zebrano w jednej książce. Pierwszym jest „Piękna córka poszukiwacza łusek”, opowiadanie w konwencji fantasy, gdzie wraz z tytułową córką poznajemy bogate wnętrze Griaule’a i zadanie, jakie jej zlecił. Następny to „Ojciec Kamieni” – bardziej thriller prawniczy, niż fantasy. „Człowiek, który pomalował smoka Griaule’a” trzon fabuły zawiera już w tytule. Dodam jedynie, że celem malowania było zadanie gadowi podstępnej śmierci. „Dom Kłamcy” opowiada o zadaniu, jakie jaszczur wyznaczył pewnemu mężczyźnie i smoczycy, zaś „Łuska Taborina” przestrzega, aby nie pocierać znalezionych przypadkowo łusek. Zaś „Czaszka” jest (cytując niezwykle trafny opis z okładki) „zupełnie nowym opowiadaniem, stanowiącym nieoczekiwaną kontynuację znanych wątków, w którym Shepard wplata sagę o prastarym baśniowym potworze w polityczne realia współczesnej Ameryki Środkowej”.
„Smok Griaule” to zbiór sześciu opowiadań, z których część była już w Polsce wydana w różnych czasopismach branżowych. Niemniej, było to lata temu i bardzo dobrze, że teksty zebrano w jednej książce. Pierwszym jest „Piękna córka poszukiwacza łusek”, opowiadanie w konwencji fantasy, gdzie wraz z tytułową córką poznajemy bogate wnętrze Griaule’a i zadanie, jakie jej zlecił. Następny to „Ojciec Kamieni” – bardziej thriller prawniczy, niż fantasy. „Człowiek, który pomalował smoka Griaule’a” trzon fabuły zawiera już w tytule. Dodam jedynie, że celem malowania było zadanie gadowi podstępnej śmierci. „Dom Kłamcy” opowiada o zadaniu, jakie jaszczur wyznaczył pewnemu mężczyźnie i smoczycy, zaś „Łuska Taborina” przestrzega, aby nie pocierać znalezionych przypadkowo łusek. Zaś „Czaszka” jest (cytując niezwykle trafny opis z okładki) „zupełnie nowym opowiadaniem, stanowiącym nieoczekiwaną kontynuację znanych wątków, w którym Shepard wplata sagę o prastarym baśniowym potworze w polityczne realia współczesnej Ameryki Środkowej”.
Tytuł: Smok Griaule
Autor: Lucius Shepard
Tytuł oryginalny: The Dragon Griaule
Tłumacz: Wojciech Szypuła
Wydawnictwo: MAG
Rok: 2012
Stron: 432
czwartek, 22 marca 2012
Podróże z pieśnią na... skrzypcach - "Pieśń Czasu. Podróże" Ian R. MacLeod

W serii „Uczta Wyobraźni” często pojawiają się powieści i zbiory opowiadań wydawane w jednym tomie. Myślę, że można by to uznać za swego rodzaju cechę charakterystyczną. Inną cechą charakterystyczną, bardziej „statutową”, jest fakt, że w tej serii ukazuje się fantastyka ambitna, bez względu na podgatunek, do jakiego należy. Może to odstraszać niektórych czytelników, zwłaszcza tych młodszych i mniej doświadczonych. Czy jednak nie na tym polega rozwój, że próbujemy się mierzyć z rzeczami trudniejszymi niż dotychczas?
Jeśli ktoś chciałby zacząć znajomość z „Ucztą Wyobraźni”, a boi się utonięcia w odmętach trudnego i abstrakcyjnego słownictwa science fiction, powinien zacząć od Iana R. MacLeoda. Jego dzieła co prawda nie posiadają wartkiej akcji i są nastawione bardziej na refleksję i piękny język, ale zawsze prezentują coś ciekawego. O ile tej prozy nie da się traktować jako niezobowiązującej, czysto rozrywkowej lektury na jeden wieczór, o tyle jako w miarę łatwo przyswajalną bazę do refleksji już tak. Zwłaszcza że trudno rozgraniczyć, kiedy pisana jest fantastyka naukowa, a kiedy fantasy. Szczególnie w opowiadaniach.
Jak już wyżej wspominałam, „Pieśń Czasu. Podróże” to tak naprawdę dwa w jednym: powieść oraz zbiór opowiadań. Zajmijmy się najpierw „Podróżami”, czyli zbiorem właśnie.
Patrząc na teksty zebrane w „Podróżach”, można dojść do wniosku, że MacLeod najbardziej ceni sobie wszelkiego rodzaju historie alternatywne, podszyte magią lub nie. Wdzięk i subtelność, z jakimi tworzy wydarzenia, które nigdy nie mogły mieć miejsca (albo właśnie mogły, wedle teorii, że każdy wariant historii miał już miejsce gdzie indziej), jest wręcz zadziwiający. Pisarz nie dąży, niczym większość autorów, do jak najbardziej spektakularnego opisania różnic czy momentu zwrotnego, kiedy historia „oddzieliła się” od naszej własnej. Woli po kawałeczku, z wyczuciem, odsłaniać przed nami świat zmieniony, widziany najczęściej oczyma jednostki, która z jednej strony nie jest postacią najważniejszą dla ogółu, a z drugiej w pewnym sensie kluczową. Tak jest w „Buncie Anglików”, gdzie mamy możliwość obejrzenia powstania narodowowyzwoleńczego w Anglii wchłoniętej przez Imperium Mongołów. Tak jest też w „Dywanie z hobów” – najlepszym, moim zdaniem, opowiadaniu ze zbioru – choć tu historia zmieniła się już u zarania ludzkości i w króciutkim „Zwieńczeniu”. Zaś w „Drugiej podróży króla” mamy niesamowitą wariację na temat tego, co by się stało, gdyby Chrystus nie umarł i nastało nam Królestwo Niebieskie. „Opowieść młynarza” to czysty steampunk, którego tytuł doskonale opisuje treść. Jednocześnie jest to niby-realistyczna baśń o przemijaniu. „Żywioły” są historią nietypowego odkrycia, które mści się na odkrywcy, zaś „Wainwrightowie na wakacjach” to jedyne w zbiorze opowiadanie niefantastyczne. Na koniec warto wspomnieć o dwóch króciutkich tekstach: „Dbaj o siebie” odebrałam jako miniaturową humoreskę, natomiast „O spotkaniu z innymi wyspami” sprawiło mi ogromne trudności. Niemniej, wszystkie opowiadania trzymają bardzo wysoki poziom i stanowią świetną rozgrzewkę przed przejściem do powieści.
„Pieśń czasu” również dotyczy historii poniekąd alternatywnej. Poniekąd, bo dotyczy stosunkowo niedalekiej przyszłości. Rozpoczyna się w momencie, kiedy stojąca już nad grobem sławna skrzypaczka znajduje na plaży poranionego, młodego mężczyznę. Nie pamięta on, kim jest, skąd pochodzi, ani nawet jak się nazywa – więc dostaje imię Adam. Kobieta zatrzymuje go w domu, w tym czasie opowiadając historię swojego życia, nie wiadomo, czy bardziej Adamowi, sobie, czy czytelnikom.
„Pieśń czasu” jest niesamowitą opowieścią o muzyce, o trudzie bycia geniuszem, trudzie życia z geniuszem i strachu przed umieraniem. Mimo iż w trakcie stuletniego życia Roushany miało miejsce wiele katastrof o światowej skali, nie uświadczymy tu nieoczekiwanych zwrotów akcji rodem z opowieści o Jamesie Bondzie. Przecież wspomnienia zawsze koncentrują się na osobie wspominającej, a nie na sytuacji światowej gospodarki czy polityki, prawda? Jednak jeśli szukamy czegoś więcej, to na pewno to znajdziemy, opisane językiem niezwykle poetycznym, miejscami wręcz lirycznie. Zwłaszcza jeśli chodzi o muzykę – jej miłośnicy powinni być zachwyceni.
Trudno mi podsumować tę książkę. Nie jest przeznaczona z pewnością dla tych czytelników, którzy gonią tylko za wartką akcją, scenami walk czy innymi tego typu fajerwerkami. Nie jest to też książka do odmóżdżania. Poleciłabym ją osobom, które szukają na fantastycznym poletku czegoś ambitniejszego, a jednocześnie niestanowiącego problemu w odbiorze. Ale najbardziej powinna przypaść do gustu czytelnikom chcącym po prostu poszerzyć horyzonty, niezależnie od tego, czy są fanami fantastyki, czy nie.
Recenzja dla portalu Insimilion.
Tytuł: Pieśń Czasu. Podróże
Autor: Ian R. MacLeod
Tytuł oryginalny: Song of Time; Journeys
Tłumacz: Grzegorz Komerski
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2011
Stron: 482
Subskrybuj:
Posty (Atom)






