Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 12 książek na 2015. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 12 książek na 2015. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 lipca 2015

"Ciemny Eden" Chris Beckett

Czego oczekiwałam, kiedy zaczynałam czytać „Ciemny Eden”? Szczerze mówiąc, sama nie wiedziałam. Znałam blurb, mniej więcej wiedziałam, jakiej treści mogę się spodziewać i że chyba będzie dobra, bo powieść była nagradzana dość hojnie. I w sumie dostałam to, czego mogłabym oczekiwać, gdybym czegokolwiek oczekiwała. Ale dostałam też coś innego. I nie do końca wiem, co.

Eden to planetar, czyli planeta bez gwiazdy (choć jego mieszkańcy z pewnością nie użyliby tego określenia). Mieszka na niej pięćset trzydziestu dwóch ludzi. Wiedzą, że nie należą do tego ciemnego świata – wiele lat temu ich przodkowie przybyli z jasnej Ziemi i kiedyś z pewnością Ziemia po nich przyleci. Dlatego ciągle zamieszkują tę samą dolinę. Niestety, coraz trudniej się w niej wyżywić. Młody John Czerwoniuch widzi to i z zapalczywością oraz zadufaniem właściwym młodzieży, postanawia działać. Jego działania odmienią oblicze Edenu.

Zanim przejdę do rzeczy istotniejszych, pozachwycam się trochę ekosystemem odmalowanym przez Becketta. Widzicie, może jestem trochę skrzywiona, ale we wszystkich fantastycznych opowieściach najbardziej fascynujący jest dla mnie świat przedstawiony – a konkretnie flora i fauna (ta rozumna też), która go zamieszkuje. Fantasy niestety w tym względzie pozostaje bardzo zachowawcza – daje nam tylko to, co już znamy, dorzucając od czasu do czasu smoka czy trolla. Z science fiction jest trochę lepiej, ale też trudno trafić na naprawdę porywającą wizję. Ale Eden… Eden to kwintesencja fascynującego świata.

Wełniaka niektórzy z was już widzieli na fanpejdżu bloga.:)
Planetar to z założenia miejsce zupełnie różne od Ziemi. Na Edenie nie ma słońca, wszelkie ciepło pochodzi z jego wnętrza, tajemniczych Podziemi. Tak samo jest z życiem, które mimo że wychynęło na powierzchnię, jest z Podziemiem w niejasny sposób powiązane. Fakt, że nie ma gwiazdy, nie oznacza jednak, że na Edenie nie ma świateł – właściwości bioluminescencyjne ma tam chyba każda roślina i większość zwierząt. Z rozkoszą wyobrażałam sobie świecące lasy, przemierzane przez niesamowite, różnorodne zwierzęta. Niewielu autorom udało się stworzyć tak dopracowane ekosystemy – widać, że Beckett bardzo chciał pokazać nie tylko wydarzenia i osoby dramatu, ale też misternie splecioną scenografię. Bo scenografia jest tu równie ważnym aktorem, jak ludzie.

Oczywiście już po samym tytule książki widać, że autor do czegoś nawiązuje. Do Biblii na przykład, a konkretnie do Księgi Rodzaju (tak, to jest ten akapit, w którym stwierdzam oczywistości). Już sama nazwa planety budzi skojarzenia – w kontekście późniejszych wydarzeń zastanawiam się, czy to założyciele kolonii byli tak ironiczni (tudzież optymistycznie naiwni), czy też ktoś wymyślił tę nazwę już wcześniej. Ale to nieistotne. Poza miejscem nawiązują też osoby, albowiem cała populacja Edenu wywodzi się od jednej pary założycielskiej. Tyle że tu autor poszedł jednak inną ścieżką niż Księga Rodzaju – dużo bardziej konkretną i naturalistyczną, bo w pełnej krasie pokazał czytelnikom, czym może się kończyć chów krewniaczy.

Nocarze są zasadniczo czarne, ale nie chciało
mi się kombinować na prostym szkicu.;)
Naturalistyczny sposób prezentowania rzeczywistości jest zresztą fundamentem budowania spójności świata przedstawionego. Bohaterowie Becketta żyją jak ludy pierwotne. Mają oczywiście swoje tabu, ale są one nieco inne niż te, do których jesteśmy przyzwyczajeni. I tak seks jest dla nich równie naturalny jak jedzenie, więc mniej więcej z takim samym zaangażowaniem o nim rozmawiają (a sporo tam tego seksu – ostrzegam, w razie gdyby ktoś nie lubił. Tyle że, jak starałam się powiedzieć, kompletnie oderotycznionego). Mówią też specyficznym językiem i tu brawa należą się zarówno autorowi, jak i tłumaczowi. Autorowi za to, że postarał się odtworzyć (stworzyć?) język… bo ja wiem, grup pierwotnych chyba (a żeby zaprezentować go w pełnej krasie, mamy narrację pierwszoosobową, choć z różnych punktów widzenia). Słownictwo bohaterów jest ubogie (znają bardzo niewiele przymiotników, więc intensywność danego zjawiska podkreślają powtórzeniami), ale zarazem kreatywne (jak w przypadku zajęczej wargi – ziemska nazwa się nie przyjęła, bo na Edenie nie ma zajęcy. Za to są nietoperze o rozszczepionych pyszczkach, dlatego tę wadę nazwano nietopyskiem), inne od tego, którego spodziewamy się w powieściach. Dla tłumacza osobne barwa za to, że te wszystkie neologizmy tak zgrabnie przełożył. Nie wiem, czy tłumaczenie „Ciemnego Edenu” zalicza się do tych pięknych, czy do tych wiernych, ale na pewno do tych trudnych. Jako czytelniczka jestem zadowolona z efektu.

I na koniec lampart leśny.
Może trochę o bohaterach, bo krążę i krążę wokół nich, a nic konkretnego nie napisałam. Ponieważ autor pokazuje nam świat oczami różnych postaci, to i każdego bohatera widzimy z różnych perspektyw. Taki John Czerwoniuch na przykład. Siebie uważa za przywódcę i wizjonera – kogoś, kto poprowadzi nową grupę w nieznane, kto lubi podejmować decyzje i w głębi duszy uważa się za stworzonego do rzeczy wielkich. Ale już w oczach innych wygląda nieco inaczej. Owszem, szanują jego upór i osiągnięcia, ale irytuje ich wieczne dążenie do zmian i egoizm Johna, którego sam zainteresowany zdaje się nie dostrzegać. Obok Johna główną postacią jest Tina Kolczak. I tu podziwiam autora (znowu), bo w pierwotnej społeczności łowiecko-zbierackiej potrafił zbudować wiarygodna i interesującą postać kobiecą, która dodatkowo nie jest w wieku podeszłym (nie żebym miała coś do starszych kobiet w literaturze, ale wiecie, zwykle jedyna wypowiadająca się w plemieniu kobieta to szamanka/wiedźma. Reszta jest neutralnym, niemym tłem). Poza tym jest jeszcze Gerry, który pragnie, żeby wszyscy go lubili oraz lekko nawiedzony Jeff. Czyli przywódca-paladyn, wspierająca postać żeńska, dobry przyjaciel i kapłan nowych idei. Drużyna nowoczesnego fantasy questa, wełniak ich mać. 


Poruszyłam tu tylko kilka zagadnień, o których można wspomnieć w kontekście „Ciemnego Edenu” (bo można jeszcze o dynamice zamkniętych grup, o konfliktach, rozwoju idei i wynalazków, zmian w makro i mikroskali, pewnej ramie fabularnej, której nie chcę zdradzać, bo spoilery, niedopowiedzianej historii początków…), ale pora robi się późna, a notka i tak zbyt długa, więc może w tym miejscu zakończę. Jeśli poszukujecie powiewu świeżości i niezapomnianych widoków, czytajcie „Ciemny Eden”. Wtedy sami odkryjecie wszystkie jego warstwy.

Tytuł: Ciemny Eden
Autor: Chris Beckett
Tytuł oryginalny: Dark Eden
Tłumacz: Wojciech M. Próchniewicz
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2014
Stron: 336

środa, 29 kwietnia 2015

"Afrykańska Love Story. Miłość, życie i słonie" - Daphne Sheldrick

Sami wiecie najlepiej, że każdy gatunek czytany bez przerwy od dłuższego czasu potrafi się znudzić. Takoż i mnie trochę nużyć zaczęła fantastyka i postanowiłam zastosować mały płodozmian – zwróciłam się ku powieści zwierzęcej. Czym ona jest? Ano na własny użytek nazywam tak wszelkie książki, których nieodzownym elementem są zwierzęta. Jak dotąd moją absolutnie ulubioną serią w tej kategorii pozostaje Biosfera od WABu, a kilka tomów do przeczytania mi jeszcze zostało. Teraz już o jeden mniej.

„Afrykańska Love Story” to przede wszystkim autobiografia Daphne Sheldrick. O tyle interesująca, że ukazująca czasy przemian (było tych dużych przemian kilka) oczami najpierw dziewczynki, a później kobiety będącej blisko zdarzeń, ale nigdy w środku. Możemy więc zobaczyć dekolonizację, a przedtem powstanie Mau Mau i zaopatrywanie arami brytyjskiej w prowiant w czasie wojen. Widzimy też, jak po zniesieniu rządów brytyjskich pleni się kłusownictwo na przemysłową wręcz skalę. A na tle tego wszystkiego autorka opisuje swoje życie rodzinne i opowiada o zwierzętach, którymi się opiekowała – od tego właśnie zaczęło się coś, co teraz znane jest jako słoniowe żłobki. Tam pod profesjonalną opiekę pracowników trafiają słoniątka, których matki padły ofiarą kłusowników.

Powiem wam szczerze, że „Afrykańska Love Story” nie jest książką wybitną pod względem formy. Napisana jest co prawda sprawnie i przejrzyście, czyta się to przyjemnie, język jest prosty, ale nie prostacki (tak, wiem, banał) i ogólnie raczej nie ma się do czego przyczepić, ale nie ma się też czym zachwycić. Autorka nie jest niestety Esther Woolfson, która potrafiła mnie zachwycić językiem czy niezwykle celnymi spostrzeżeniami. Niemniej, czepiam się. Bo przecież wybitność literacka (której nie ma) nie jest i nie będzie stanowić o sile tej książki. Stanowi o niej fabuła – zdarzenia, które napisało życie.

Po prawdzie, nawet gdyby ta historia była li tylko fikcją literacką, nic by jej nie ubyło. Opisy życia dziadków autorki na nieznanych, dzikich terenach (byli oni bowiem pierwszymi osadnikami w rejonie, gdzie później dorastała autorka) czy dorastania w czasach powojennych w sercu Afryki są fascynujące. Sheldrick może i brakuje gawędziarskiego zacięcia, ale potrafi zwięźle relacjonować i wiernie opisywać zdarzenia, które chce przekazać czytelnikowi. Kiedy ma się do opowiedzenia taką historię jak ona, to w zupełności wystarczy.

Są oczywiście jeszcze zwierzęta – najpierw te, które osierocone trafiały na farmę ojca, potem te, którymi opiekowała się jako żona dyrektora parku narodowego. A wreszcie słonie. Od kiedy na kartach powieści pojawiają się słonie, ludzcy aktorzy zdają się usuwać w cień. Autorka oczywiście nie popada w tani sentymentalizm, ale opisy bezowocnych prób ratowania kolejnych słoniątek (bezowocnych dlatego, że skład słoniowego mleka bardzo długo pozostawał tajemnicą i maluchy całkiem zależne od matek a pozbawione ich, nie miały szans) i tak chwytają za serce. Równie ciekawa jest relacja, jak łączy panią Sheldrick z jedną ze słonic, która mimo całkowitego powrotu do natury, ciągle chętnie spotyka dawną opiekunkę. Oraz ogólne opisy wzajemnych relacji osieroconych słoni.

Już zupełnie na marginesie dodam jedną rzecz, która rzuciła mi się w oczy – jest to kolejna książka (po „Żyjącym z wilkami”), w której naukowcy nie są przedstawiani w najlepszym świetle (choć przyznajmy, że trafiają się i sympatyczni). Nie chcą słuchać ludzi, którzy znają obiekty ich badań z codziennych obserwacji, są zaślepieni udowadnianiem swoich teorii, a jeśli fakty przeczą teoriom, tym gorzej dla faktów. W „Afrykańskiej Love Story” mamy delikwenta, który w celu przeprowadzenia badań naukowych zażądał odstrzału trzystu słoni (właściwie zażądał odstrzału trzech tysięcy, ale dostał pozwolenie na trzysta). Wychodzi na to, że akademiccy naukowcy to banda zaślepionych arogantów, dla których liczy się tylko własna habilitacja. Mam nadzieję, że znajdą się też książki, które przeczą tej tezie.

Powiem wam, że mimo braku czytelniczej ekstazy, powieść Daphne Sheldrick znajduję bardzo przyjemną i pouczającą lekturą. Jeśli kogoś interesują słonie, życie w Afryce w początkach XX wieku albo lekko podana historia kenijskich parków narodowych, to jest to książka dla niego. Jeśli lubi silne kobiety, to też. Podobno ma być ekranizacja – mam nadzieję, że niczego nie zepsują, bo chętnie bym ją obejrzała.

Tytuł: Afrykańska Love Story. Miłość, życie i słonie
Autor: Daphne Sheldrick
Tytuł oryginalny: An African Love Story. Love, Life and Elephants
Tłumacz: Dorota Kozińska
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok: 2013
Stron: 444

sobota, 28 lutego 2015

"Gdzie dawniej śpiewał ptak" Kate Wilhelm

Solaris ma dryg do wydawania serii, które stają się kultowe. A to „Kroki w nieznane”, a to „Rakietowe szlaki”… ale najbardziej chyba znaną wśród miłośników fantastyki, największą i najbardziej kultową jest, zakończona już, „Klasyka Science Fiction”. Uważam, że zapoznanie się z pozycjami z tych serii (niekoniecznie wszystkimi, bądźmy rozsądni) jest obowiązkiem każdego, kto uważa się za miłośnika fantastyki. Szczerze mówiąc, nigdy nie byłam na tyle ambitna, żeby chcieć przeczytać wszystkie tytuły, które się w niej ukazały (sądzę, że niektóre z nich mogłyby się okazać całkowicie niestrawne), ale co bardziej interesujące sobie nabyłam (w czym pomogła mi pewna olsztyńska tania księgarnia. No i pozostaję nieutulona w żalu po konfrontacji z faktem, że „Wiosna Helikonii” jest już kompletnie nie do zdobycia). Pierwsze na liście było „Gdzie dawniej śpiewał ptak” Kate Wilhelm.

Powieść mimo czterdziestki na karku całkiem zgrabnie wpasowuje się w obecne wydawnicze klimaty (choć rok temu wpasowałaby się jeszcze zgrabniej). Nie wiem, czy bardziej świadczy to o ponadczasowości tematyki, czy o powtarzalności trendów, ale my nie o tym. Otóż powieść Wilhelm traktuje o końcu świata (który sam w sobie nie jest najważniejszy) i to z takich, w których działano wedle zasady dla każdego coś miłego. Mamy więc jednocześnie i zmiany klimatyczne (z bonusem w postaci światowego głodu), i wyczerpywanie paliw kopalnych, i epidemie wyniszczające zarówno ludzi, jak i zwierzęta czy rośliny, i punktowo nawet zagładę nuklearną. A jako ta wisienka na torcie – zanik płodności u wszystkich kręgowców bardziej złożonych od ryb. Brakuje tylko zombie. Niemniej, akcja nie skupia się na szarych Kowalskich (czy Smithach, boć to przeca w Ameryce) rozpaczliwie próbujących przetrwać w ekstremalnych warunkach. Skupia się na grupie naukowców, którzy postanowili zadbać o to, żeby jeśli nie konkretni ludzie, to chociaż ludzkość przetrwała. Jako że należą do zamożnej (i bardzo licznej) rodziny, wybudowali w górach ośrodek, umeblowali sobie laboratorium stosunkowo tanim sprzętem z demobilu i walczą. A nawet w pewnym sensie udaje im się zwyciężyć. O konsekwencjach tego zwycięstwa właśnie najwięcej w powieści napisano.

„Gdzie dawniej śpiewał ptak” nie zdezaktualizowało się ani trochę pod względem czysto technicznym. Wilhelm posługuje się piórem z charakterystycznym dla lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych (i sześćdziesiątych troszkę też, jak pokazuje przykład Le Guin) precyzyjnym minimalizmem. Nie rozdrabnia się na opisywanie pomniejszych konfliktów i intryg, portrety psychologiczne buduje tylko najważniejszym bohaterom, pozostałych załatwiając niezbędnymi szkicami z kilku kresek. I to się sprawdza. Z drugiej strony, człowiek od razu wie, że ma do czynienia z powieścią idei, a nie bohaterów. Bohaterowie najwyżej mogą być narzędziami wprawiającymi w ruch idee. I tak mimo śledzenia poczynań istot, które mają imię, nazwisko i osobowość wiemy, że tak naprawdę czytamy o ścieraniu się dwóch modeli społeczeństw, z których "być" jednego oznacza "nie być" drugiego. I z których jedno, moim skromnym zdaniem jest skazane na porażkę nawet jeśli wyeliminuje konkurencję.

Tutaj chciałabym napisać słów kilka o tych dwóch ideach społecznych. Wilhelm bowiem nie poszła na łatwiznę i nie dokonała podziału na ideę słuszną i niesłuszną, coby czytelnik się nie przemęczał, od razu wiedząc, komu ma kibicować. Jak wygląda nasza organizacja społeczna w swojej najlepszej odsłonie (czyli niewielkiej, zgranej społeczności, w której każdy robi co w jego mocy, żeby wszystkim żyło się lepiej) mniej więcej wiemy, więc autorka tylko sygnalizuje, że właśnie z czymś takim mamy do czynienia, nie siląc się na zbędne opisy, za to dorzucając kilka konfliktów, aby obraz nie okazał się nazbyt sielankowy. Natomiast budując obraz społeczności klonów, znacznie bardziej się przyłożyła, zależało jej bowiem na tym, aby był obcy, ale trójwymiarowy i również nie pozbawiony zalet. W moim przypadku ten zabieg zadziałał perfekcyjnie. Bo oto otrzymaliśmy obraz społeczności połączonej paratelepatyczną siecią, pozwalającą reagować w razie gdyby jednemu jej członkowi działa się krzywda. Grupy również całkowicie odrzucającej przemoc fizyczną, podejmującej wszelkie decyzje demokratycznie i pozbawionej irracjonalnych ograniczeń obyczajowych. To niezaprzeczalne zalety. Jednocześnie ma i ta społeczność, tak jak i nasza, swoje mroczne strony i ułomności (do największych należy traktowanie reproduktorek, czyli płodnych kobiet, które z niewyjaśnionych przyczyn były izolowane od społeczności. Co jest dziwne, bo na dobrą sprawę autorka nie podała żadnych po temu powodów, a do pragmatyki klonów nie pasują proste uprzedzenia czy zabobon. Skoro i tak nie wychowywały dzieci, równie dobrze mogły być izolowane na czas ciąży lub porodu, a później wracać do swoich klonowych rodzin). Umysłowa więź ma ograniczony zasięg, a odłączenie od niej jest doznaniem bardzo nieprzyjemnym, dlatego też ludzie klony bardzo źle znoszą samotność i przebywanie w małych grupach, co skutecznie utrudnia badanie nowych terenów. Przeraża ich też dzika przyroda, choć właściwie nie wiadomo, dlaczego. Z pokolenia na pokolenie coraz bardziej brakuje im kreatywności, a w warunkach niedoboru nieumiejętność rozwiązywania nagłych i nowych problemów to praktycznie wyrok. Czytając o nich miałam wrażenie, że idealnie pasują do zaawansowanej cywilizacji – takiej, jaką mamy teraz, gdzie większość zajęć nie wymaga kreatywności, znoszenie dużego zagęszczenia jest koniecznością a wyeliminowanie przemocy byłoby zbawienne. (Oraz, prawdopodobnie całkiem niezamierzenie, autorka z psychologią późnych pokoleń klonów bardzo ładnie trafiła w to, co obecnie nauka mówi o psychologii neandertalczyków. Tak sobie myślę, że gdyby odjąć te telepatyczne wstawki, mniej więcej tak mogłaby wyglądać ich wysoko rozwinięta cywilizacja - pragmatyczna, pozbawiona wyobraźni i sztuki) Za to kompletnie nie pasowali do warunków postapokaliptycznej rekolonizacji.

Mamy też bohaterów jednostkowych. W każdej części (bo książka dzieli się na trzy) jest nim wizjoner-rewolucjonista: naukowiec, którego przełomowe prace zapewniają nowych członków kolonii nawet wtedy, kiedy wszyscy ludzie stają się bezpłodni. Kobieta, która dzięki dalekiej wyprawie zaczyna znowu doceniać wartość indywidualności. Młodzieniec, pierwszy od wielu pokoleń taki, jak jego przedapokaliptyczni przodkowie. Każde z nich jest na swój sposób tragiczne, każde w końcu odchodzi, bo ostatecznie nie jest w stanie dalej żyć w tym otoczeniu. Pierwszy przegrywa. Drugi ucieka. Ale trzeci zwyciężą.

I jest tak, że w jakimś stopniu mnie ta powieść rozczarowała, bo renoma serii sprawiła, że spodziewałam się nie wiadomo jakich specjałów, a dostałam „tylko” świetną powieść (chyba liczyłam na fenomenalną i zjawiskową w jednym). Ale z drugiej strony – to jednak jest coś, co wykracza poza ramy literatury czysto rozrywkowej. Coś, co daje do myślenia i pobudza do intelektualnego wysiłku. Coś, co powinno być wspominane i czytane częściej, bo jakoś niepokojąco pasuje do współczesności. Więc przypominam. I czytam.

Tytuł: Gdzie dawniej śpiewał ptak
Autor: Kate Wilhelm
Tytuł oryginalny: Where Late The Sweet Bird Sang
Tłumacz: Jolanta Kozak
Wydawnictwo: Solaris
Seria: Klasyka Science Fiction
Rok: 2007
Stron: 282

sobota, 31 stycznia 2015

Komedia geriatryczna, czyli w sto lat dookoła świata - "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął" Jonas Jonasson

Są powieści, które maja ogromną promocję w blogosferze. W okolicach premiery trudno się opędzić od notek o nich, w pewnym momencie człowiek zaczyna się bać zaglądać do lodówki. „Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął” właśnie do nich należał, ale szczerze mówiąc w czasie tej kampanii promocyjnej nie zapałałam chęcią przeczytania (choć zapamiętałam okładkę – strasznie mi się podoba). Więc jak rzucili edycję biedronkową w śmiesznych cenach, to się skusiłam. I nie żałuję.

Allan Karlsson kończy dziś sto lat, ale czuje się jeszcze całkiem dobrze. Nie za bardzo odpowiada mu spędzenie reszty życia w tym okropnym domu opieki, gdzie nawet kieliszka wychylić nie można. Toteż postanawia spontanicznie wyskoczyć przez okno (na parterze było). Na dalszy rozwój wydarzeń planu nie ma, ale dworzec wydaje mu się nienajgorszą opcją. To co potem się dzieje, przechodzi ludzkie pojęcie, a na pewno oczekiwania Allana.

Czytając powieść Jonassona, miałam skojarzenia z prozą Chmielewskiej i to z najlepszych lat jej pisarstwa. Ta sama szalona akcja, nieprawdopodobne teorie i wątek śledztwa. Niemniej, sama konstrukcja powieści dość znacznie się rożni od tego, co królowa polskiego kryminału zwykła nam serwować. U Chmielewskiej to grupa przyjaciół próbuje rozwiązać zagadkę, często tworząc przy tym całkiem fantastyczne teorie. Tutaj poznajemy niejako grupę ściganych, którzy chcą przed stróżami prawa umknąć, za przyjaciół mając najbardziej nieprawdopodobne zbiegi okoliczności. To tak, jakby jedna z szalonych teorii bohaterów Chmielewskiej nagle okazała się prawdziwa.

Ale brawurowa ucieczka stulatka to tylko połowa fabuły powieści. Druga połowa to biografia Allana. Okazuje się, że stulatek, który zaczynał jako nieletni posłaniec w fabryce materiałów wybuchowych, stał się człowiekiem niezwykle bywałym i światowym. Dwudziesty wiek obfitował w zdarzenia brzemienne historycznie i najwyraźniej Alan w większość z nich był zamieszany. A kulisy tego zamieszania zdradzają dość osobliwe szczegóły.

Sam Allan niezwykle przypomina mi archetypowego wręcz Jasia z baśni. To taki chłopek-roztropek: szkół nie kończył, za przewodnika w życiu najczęściej miał chłopski rozum, ale z drugiej strony sprytu mu nie brakowało i w ciemię bity nie był. A że szczęście mu sprzyjało, to potrafił każdego zrobić w konia i jeszcze się ustawić. W dodatku Allan jest postacią ogromnie sympatyczną, więc czytelnik przyklaskuje mu, gdy kolejne pościgi wyprowadza w pole, a wrogów spotyka mniej lub bardziej zasłużona kara. To klasyczna baśń napisana we współczesnym języku.

Dodatkowe punkty ma u mnie autor za uczynienie bohaterami ludzi starych. Oczywiście, rodzi to dodatkowy potencjał komiczny (dziadek wodzący za nos policjantów zawsze będzie bardziej zabawny niż robiący to samo młodzik. Tylko z fanserwisem gorzej), ale mimo wszystko miło, gdy w plejadzie bohaterów młodych i w średnim wieku pojawi się osoba 70+ pełna werwy i pomysłów, a nie rozpamiętująca ze zgorzknieniem własne życie.

„Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął” tryska humorem (to naprawdę szalenie zabawna powieść, często dość absurdalna), ale autor komentuje w nim również sprawy poważne – jak choćby zimna wojna, afera Watergate czy masowe sterylizacje „niedostosowanych” w Szwecji (pisałam niedawno o książce, w której o tym ostatnim można poczytać na poważnie), sprowadzając je do absurdu i obnażając ich głupotę. Dzieje się to co prawda kosztem pewnych uproszczeń, ale zadaniem satyry nie jest przecież zabawa w niuanse.


Czy polecam „Stulatka...”? Owszem, to idealna powieść na poprawę humoru, świetnie napisana i z galerią barwnych, często historycznych postaci (o których nie wspominałam, bo spoiery – nie chcę wam psuć zabawy). Teraz z czystym sumieniem będę się mogła zabrać za ekranizację. Ciekawe, czy dorówna pierwowzorowi.

Tytuł: Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął
Autor: Jonas Jonasson
Tytuł oryginalny: Den hundredårige der kravlede ud ad vinduet og forsvandt
Tłumacz: Joanna Myszkowska-Mangold
Wydawnictwo: Świat Ksiązki
Rok: 2013
Stron: 416

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Wyzwanie: 12 książek na 2015 rok

Kliknięcie przenosi na stronę wyzwania:)

Miałam nigdy więcej nie brać udziału w żadnych wyzwaniach, bo i tak nic z tego nie wychodzi - większość z nich wymaga czytania przynajmniej kilku książek miesięcznie, w dodatku wybranych według z góry ustalonego klucza. Dodatkowo są nastawione na rywalizację, w której z góry skazana jestem na porażkę, a to mnie bynajmniej nie motywuje. Ale...

...ale KassWarz z Achów Ochów z Książką wymyśliła coś, czego może uda mi się nie skopać. Wystarczy wybrać 12 książek ze swojej półki i czytać po jednej na miesiąc. Jako że i tak miałam zabrać się za własne zbiory, to postanowiłam wykorzystać to wyzwanie w roli motywatora. Co prawda kolejność czytania będzie raczej przypadkowa, ale może się uda przeczytać wszystko.

Może sobie pozwolę omówić krótko stosik (wiem, że i tak nikt tego nie przeczyta, ale przynajmniej nabiję objętości notce). "Stulatka..." chcę przeczytać, bo bardzo chce obejrzeć film, a hołduję zasadzie, że najpierw książka. Zwłaszcza, jeśli już od dłuższego czasu zalega na półce. "Kroki w nieznane" i "Rakietowe szlaki" musiały się tu znaleźć, bo to dwie serie, do których zabieram się od niepamiętnych czasów. A poza tym każdy szanujący się miłośnik fantastyki powinien chociaż liznąć. "Uczeń skrytobójcy" na półce zalega wyjątkowo krótko, ale mój zamiar sięgnięcia po Hobb jest duuużo starszy, więc trzeba skorzystać z okazji. Seria klasyki SF Solarisu jest też jakby kultowa, więc może wreszcie coś z niej przeczytam. Na "Gdzie dawniej śpiewał ptak" i "Non Stop" mam największą chrapkę spośród tego, co zalega mi na półce. "Afrykańska love story" wylądowała tu dlatego, że mam chytry plan przeczytania w tym roku całej nieprzeczytanej jeszcze Biosfery. A na chwilę, w której przeczytam "Szaleństwo aniołów" ktoś już czeka.;) "Ścieżka skarabeusza" to jedna z pozycji na mojej liście wstydu. Piąty tom cyklu, którego cztery już przeczytałam, a kolejne cztery zalegają na półce. Tak więc czas najwyższy zacząć doczytywać, zawłaszcza, że już się trochę stęskniłam za bohaterami. "Imajica" ciekawi mnie od dawna i pozwoli zmniejszyć ilość nieprzeczytanej UW. "Ciemny Eden" powinien być z tej trójki książką najbardziej "fabularną" i chyba najmniej wymagającą, więc pewnie pójdzie na pierwszy ogień z UW. A "Cesarz wszech chorób" już od tak dawna jest monumentalnym wyrzutem sumienia, że najwyższa pora coś z tym zrobić.

Tak że ten, ambitnie trochę - tylko trzy książki mają mniej niż 400 stron. Życzcie mi powodzenia.:)

Styczeń: "Stulatek,  który wyskoczył przez okno i zniknął" Jonas Jonasson
Luty: "Gdzie dawniej śpiewał ptak" Kate Wilhelm
Marzec: "Afrykańska love story" 
Kwiecień: "Ciemny Eden" Chris Backett
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...