Kiedy wychodzi nowa książka ulubionej autorki, to oczywiście koniecznie trzeba ją jak najszybciej przeczytać. Tak więc dzięki współpracy z księgarnią TaniaKsiazka.pl, trafił do mnie „Ostatni absolwent” Naomi Novik, drugi tom cyklu „Scholomance”. Nie spodziewałam się po nim zbyt wiele, bo już tom pierwszy, delikatnie mówiąc, nie był najlepszym, co spod pióra Novik wyszło. W dodatku to środkowy tom trylogii, a one zawsze mają swoje braki.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Naomi Novik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Naomi Novik. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 24 maja 2022
sobota, 12 czerwca 2021
"Scholomance. Mroczna wiedza" Naomi Novik
Kiedy jedna z twoich ulubionych autorek wydaje nową książkę to oczywiste, że musisz ją przeczytać. Nawet jeśli tematyka niezbyt do ciebie przemawia i towarzyszy ci lęk, ze tym razem jednak możesz się zawieść. Dlatego też kiedy „Scholomance: Mroczna wiedza” Naomi Novik zamówiłam w księgarni TaniaKsiazka.pl kiedy tylko nadarzyła się okazja.
wtorek, 12 czerwca 2018
"Liga smoków" Naomi Novik
Zdaję sobie sprawę, że notka o ostatnim (czyli dziewiątym) tomie średnio popularnego fantastycznego cyklu nie wzbudzi raczej niczyjego zainteresowania (może poza kilkoma fanatykami takimi jak ja), ale ponieważ to zwieńczenie mojej absolutnie ulubionej opowieści o smokach, nie mogę jej nie napisać. Tak więc słów kilka o „Lidze smoków” Naomi Novik. Wybaczcie, będą drobne spoilery.
Ostatnio zostawiliśmy naszych bohaterów w Rosji, gdzie byli świadkami załamania się ofensywy Napoleona. Teraz wracamy do nich, kiedy gonią uciekające w kierunku Berezyny resztki Wielkiej Armii. Tym razem Napoleonowi udaje się uciec, ale wszyscy wiedzą, że jak tylko wróci do Paryża zacznie zbierać nową armię. Lawrence, wraz z towarzyszącym mu angielskim dyplomatą, dokładają więc wszelkich starać, żeby zawiązywać sojusze – trzeba wyprowadzić uderzenie wyprzedzające...
Tym razem Naomi Novik również ciska naszymi ulubieńcami z miejsca na miejsce, ale ogranicza się do Europy. Mamy satysfakcjonująca ilość scen batalistycznych, ale mnie osobiście najwięcej radochy sprawiały porównywania między początkiem a końcem.
Widzicie, w tym tomie możemy w pełnej krasie podziwiać, jak reformy Napoleona i Lien zmieniły życie francuskich smoków na lepsze. Wcześniej oczywiście widzieliśmy migawki i zapowiedzi, ale dopiero teraz autorka pokazała, jak to wygląda i jak świetnie chińskie standardy (czyli traktowanie smoków, było nie było istot inteligentnych, jak pełnoprawnych członków społeczeństwa a nie jak troszkę większą i droższą wersję konia kawaleryjskiego) sprawdzają się na bardziej konserwatywnym i zacofanym w tym względzie europejskim gruncie.
W Anglii też zachodzą pewne zmiany społeczne, ale niestety nie docierają do skostniałego parlamentu. Większość smoków ciągle zadowala się zarabianiem na usługach kuriersko-przewozowych, ale do niektórych dociera, że teraz jest ostatnia szansa, aby coś dla siebie wywalczyć. Jeszcze ciągle coś znaczą – póki trwa wojna, rząd będzie skory do ustępstw, licząc na pozyskanie wsparcia niewojskowej części populacji. Osobliwie poruszająca w tym kontekście wydała mi się scena rozmowy Temeraire'a z Perscitią (jedyną chyba brytyjską smoczycą aktywnie udzielającą się politycznie), w której smoczyca mówi naszemu bohaterowi, że zostało już niewiele czasu – ludzie niedługo wynajdą taką broń, która odeśle smoki do lamusa. Do Temeraire'a dociera wtedy, co ludzie są zdolni zrobić ze smokami, jeśli uznają je za niepotrzebne – napatrzył się na to w Rosji. To taka scena przebudzenia się świadomości, że nie można poprzestać na budowaniu pozycji społecznej jakiejś grupy na tylko jednym filarze, że stabilizacja jakiejkolwiek mniejszości musi mieć solidniejsze podstawy, bo inaczej nie jest prawdziwą stabilizacją i kiedyś mogą nadejść dni płonących pułapek, jeśli odpowiednio wcześniej nie zabezpieczymy swoich praw...
W zasadzie jedynym rozczarowaniem (w pewnym sensie) była tytułowa Liga Smoków. Wiecie, spodziewałam się mocnego uderzenia fabularnego, czegoś, co wyrwie mnie z butów. Tymczasem... cóż, zamiast rewolucji dostałam początek ewolucji. Co jest zdecydowanie bardziej prawdopodobne i tym bardziej irytujące, ze nie będzie nam dane podziwiać przebiegu tego procesu. To mogłoby być nawet ciekawsze niż powietrzne bitwy.
„Temeraire” to jeden z niewielu cykli, któremu dane było spokojnie dotrzeć do swojego naturalnego końca. Nawet jeśli autorka zechce kiedyś wrócić do tego uniwersum i opowiedzieć inne historie, to rozdział wojen napoleońskich i pewnego Cesarskiego smoka jest już zamknięty. To smutne, że nie spotkam się już z Temeraire'm. Ale ciągle mam jakąś tam nadzieję, że kiedyś wrócę do jego świata (choć raczej nie w najbardziej interesujący mnie okres; chciałabym coś bardziej współczesnego, tymczasem aktorka kiedyś przebąkiwała coś o starożytnym Rzymie).
Ostatnio zostawiliśmy naszych bohaterów w Rosji, gdzie byli świadkami załamania się ofensywy Napoleona. Teraz wracamy do nich, kiedy gonią uciekające w kierunku Berezyny resztki Wielkiej Armii. Tym razem Napoleonowi udaje się uciec, ale wszyscy wiedzą, że jak tylko wróci do Paryża zacznie zbierać nową armię. Lawrence, wraz z towarzyszącym mu angielskim dyplomatą, dokładają więc wszelkich starać, żeby zawiązywać sojusze – trzeba wyprowadzić uderzenie wyprzedzające...
Tym razem Naomi Novik również ciska naszymi ulubieńcami z miejsca na miejsce, ale ogranicza się do Europy. Mamy satysfakcjonująca ilość scen batalistycznych, ale mnie osobiście najwięcej radochy sprawiały porównywania między początkiem a końcem.
Widzicie, w tym tomie możemy w pełnej krasie podziwiać, jak reformy Napoleona i Lien zmieniły życie francuskich smoków na lepsze. Wcześniej oczywiście widzieliśmy migawki i zapowiedzi, ale dopiero teraz autorka pokazała, jak to wygląda i jak świetnie chińskie standardy (czyli traktowanie smoków, było nie było istot inteligentnych, jak pełnoprawnych członków społeczeństwa a nie jak troszkę większą i droższą wersję konia kawaleryjskiego) sprawdzają się na bardziej konserwatywnym i zacofanym w tym względzie europejskim gruncie.
W Anglii też zachodzą pewne zmiany społeczne, ale niestety nie docierają do skostniałego parlamentu. Większość smoków ciągle zadowala się zarabianiem na usługach kuriersko-przewozowych, ale do niektórych dociera, że teraz jest ostatnia szansa, aby coś dla siebie wywalczyć. Jeszcze ciągle coś znaczą – póki trwa wojna, rząd będzie skory do ustępstw, licząc na pozyskanie wsparcia niewojskowej części populacji. Osobliwie poruszająca w tym kontekście wydała mi się scena rozmowy Temeraire'a z Perscitią (jedyną chyba brytyjską smoczycą aktywnie udzielającą się politycznie), w której smoczyca mówi naszemu bohaterowi, że zostało już niewiele czasu – ludzie niedługo wynajdą taką broń, która odeśle smoki do lamusa. Do Temeraire'a dociera wtedy, co ludzie są zdolni zrobić ze smokami, jeśli uznają je za niepotrzebne – napatrzył się na to w Rosji. To taka scena przebudzenia się świadomości, że nie można poprzestać na budowaniu pozycji społecznej jakiejś grupy na tylko jednym filarze, że stabilizacja jakiejkolwiek mniejszości musi mieć solidniejsze podstawy, bo inaczej nie jest prawdziwą stabilizacją i kiedyś mogą nadejść dni płonących pułapek, jeśli odpowiednio wcześniej nie zabezpieczymy swoich praw...
W zasadzie jedynym rozczarowaniem (w pewnym sensie) była tytułowa Liga Smoków. Wiecie, spodziewałam się mocnego uderzenia fabularnego, czegoś, co wyrwie mnie z butów. Tymczasem... cóż, zamiast rewolucji dostałam początek ewolucji. Co jest zdecydowanie bardziej prawdopodobne i tym bardziej irytujące, ze nie będzie nam dane podziwiać przebiegu tego procesu. To mogłoby być nawet ciekawsze niż powietrzne bitwy.
„Temeraire” to jeden z niewielu cykli, któremu dane było spokojnie dotrzeć do swojego naturalnego końca. Nawet jeśli autorka zechce kiedyś wrócić do tego uniwersum i opowiedzieć inne historie, to rozdział wojen napoleońskich i pewnego Cesarskiego smoka jest już zamknięty. To smutne, że nie spotkam się już z Temeraire'm. Ale ciągle mam jakąś tam nadzieję, że kiedyś wrócę do jego świata (choć raczej nie w najbardziej interesujący mnie okres; chciałabym coś bardziej współczesnego, tymczasem aktorka kiedyś przebąkiwała coś o starożytnym Rzymie).
Tytuł: Liga smoków
Autor: Naomi Novik
Tytuł oryginalny: League of Dragons
Tłumacz: Jan Pyka
Cykl: Temeraire
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2018
Stron: 494
wtorek, 6 października 2015
"Wybrana" Naomi Novik
Kiedy tylko trafiłam na informację, że Naomi Novik napisała powieść spoza swojego smoczego cyklu, miałam ogromną nadzieję, że książka wyjdzie po polsku. Ku mej wielkiej radości Rebis stanął na wysokości zadania i można powiedzieć, że „Wybrana” trafiła do rąk polskiego czytelnika prawie na bieżąco (no, trzeba dać czas na tłumaczenie, bądźmy realistami) oczywiście już od chwili pojawienia się w zapowiedziach była na mojej liście must have. Jak tylko wpadła mi w łapki, zaczęłam czytać.
Agnieszka to siedemnastoletnia dziewczyna mieszkająca w małej wiosce gdzieś na dalekiej prowincji Polnii. Zarządcą tych ziem jest Smok – potężny czarnoksiężnik mieszkający w wieży. Jego zadaniem jest odpieranie ataków Boru, złowrogiej puszczy leżącej na granicy Polnii z Rusją i przylegającej do jego ziem. Bór jest złowrogi, straszliwy, podstępny i nigdy nie ustępuje, stanowiąc nieprzerwane zagrożenie dla mieszkających w jego pobliżu ludzi. Co dziesięć lat Smok zabiera z podległych mu wiosek jedną siedemnastoletnią dziewczynę, najczęściej tę najpiękniejszą i najzdolniejszą. W tym roku taka właśnie jest Kasia, najlepsza przyjaciółka Agnieszki, więc wszyscy zakładają, że to właśnie ona pójdzie do wieży maga. Jakież jest ich zaskoczenie, kiedy smok wybiera przeciętną, niezdarną i wiecznie roztrzepaną Agnieszkę…
Na początku może rozprawię się z hasłem, którym bardzo usilnie reklamowano powieść – otóż jej akcja nie rozgrywa się Polsce, świat przedstawiony jest nią najwyżej inspirowany. I to nie Polską historyczną, ale taką, jaką możemy znaleźć w baśniach; taką, w której magowie wznoszą szklane góry a prastare dęby kryją w swym wnętrzu nieprzebrane skarby. Właściwie mogłabym napisać, że Polnia ma tyle wspólnego z Polską, co świat „Tancerzy Burzy” z Japonią, ale nie do końca byłaby to prawda. Kristoff w swojej powieści zbudował świat pokryty naturalistycznym brudem, klimat świata Novik jest lekko baśniowy. Odpowiada za to po części wybrany przez autorkę sposób narracji.
Narratorką bowiem jest Agnieszka, która relacjonuje nam całą historię ze swojej perspektywy. Novik rozwinęła tu jedną ze swoich najcenniejszych umiejętności (nie za bardzo miała okazję pokazać to w pełnej krasie w smoczym cyklu) – mianowicie personalizację opowieści (co pewnie ma jakąś fachową nazwę, której nie znam). Widzicie, Agnieszka jest prostą, wiejską dziewczyną, lubiąca słuchać pieśni bardów i żyjącą między wieżą czarnoksiężnika a złowrogim magicznym Borem. Nic dziwnego, że jej postrzeganie świata jest nieco naiwne, a opowieść bardziej przypomina baśń. Jednak gdy dziewczyna opuszcza dolinę, wraz z doświadczeniem do jej narracji przesiąka coraz więcej zupełnie niemagicznej (choć owszem, magia również jest całkiem realna) rzeczywistości. Oczywiście Agnieszka nie jest głupia – wie, że bitwa opisywana w pieśni barda ma niewiele wspólnego z tą prawdziwą, nie oznacza to jednak, że bycie świadkiem prawdziwej bitwy nie robi na niej wrażenia. Ale dotąd nigdy nie doświadczyła bezsilności, niezrozumienia, ignorancji czy zwyczajnej, bezinteresownej złośliwości. Te doświadczenia burzą jej baśniowy obraz świata, choć nie wypłaszają baśniowości z opowieści.
„Wybrana” (tytuł nie jest do końca trafiony – oryginalna „Uprooted” odnosi się do korzeni, bardzo ważnego motywu w fabule. Ale jest to odniesienie nie do oddania w polskiej wersji językowej) to powieść w ogóle pełna kobiet, w stopniu w którym ich nie ma w żadnej polskiej książce. Bo tak: sama Agnieszka z jednej strony reprezentuje ten aspekt kobiecej literatury, który każe patrzeć w siebie i budować więzi, z drugiej łączy z tym typowo męski element udziału w wielkich wydarzeniach historycznych, nie będąc przy tym Silną Postacią Kobiecą ™. Tą jest czarodziejka Aleksa. Jest też Kasia, która będąc perfekcyjną panią domu, pragnie się z niego wyrwać, a także Królowa, o której nic nie napiszę, bo za dużo spoilerów. Tak więc „Wybrana” to opowieść kobiet.
Dlatego też mężczyźni wypadają w niej trochę… archetypicznie. Smok jest dość jasno pokazany jako pogrobowiec Geda Krogulca. Novik opisała go na zasadzie zestawienia przeciwieństwa względem Agnieszki – jej magia opiera się na intuicji, jego na metodycznych studiach i nauce; ona żyje, aby kochać i zawierać przyjaźnie, on dystansuje się do wszystkich; ona jest młoda i naiwna, on stary i zgorzkniały (ale bez przesady). Widzę tu relację, wypisz, wymaluj, Geda z Tenar. Z tym, że Agnieszka doskonale wie, kim jest i nie musi szukać swojej tożsamości.
Poza Smokiem mamy już tylko dwóch mężczyzn („Wybrana” to mimo wszystko dość kameralna powieść). Książę Marek to chodząca dekonstrukcja mitu Księcia z Bajki, bardzo udana, głównie dlatego, że mniej drastyczna niż ta, której dokonał Martin (za to chyba z jakąś delikatną nutką kompleksu Edypa). No a Solia, czyli drugi mag, to po prostu zaślepiony karierowicz, nie tyle zły, co po prostu głupi i krótkowzroczny.
I tak powiem wam, że „Wybranej” daję ogromny plus – jest to baśń na miarę współczesnej fantasy. Bardzo się różni od „Temeraire’a”, ale to nie jest wada. Myślę, że „Wybrana” to jedna z tych książek, która z każdym czytaniem odsłania nam kolejne oblicze. I z pewnością prędzej czy później to sprawdzę.
Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Rebis.
Autor: Naomi Novik
Tytuł oryginalny: Uprooted
Tłumacz: Zbigniew A. Królicki
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2015
Stron: 510
sobota, 9 sierpnia 2014
Kim jestem? Czyli wojna i pokój i smoki - "Krew tyranów" Naomi Novik
Czas na „Krew tyranów” - ósmą i przedostatnia już odsłonę cyklu Naomi Novik o Temerairze i jego świcie. Przyznam, że już na samym początku autorka zdecydowała się na zabieg, który wywołał u mnie mieszane uczucia. Ale może po kolei.
Czyli od tego kontrowersyjnego zabiegu, bo dostajemy nim po oczach już od pierwszej strony. Otóż Laurence, który w czasie sztormu trafił za burtę, budzi się na japońskim wybrzeżu i... kompletnie nie pamięta ostatnich ośmiu lat życia – wszystkich tych, które spędził z Temeraire'em. Mam problem z tym zabiegiem, a nawet cały szereg problemów. Po pierwsze, utraty pamięci zajęły honorowe miejsce wśród kiepskich rozwiązań fabularnych z wenezuelskiej telenoweli rodem. Najczęściej były stosowane w odcinkach o wysokim numerze, gdzie najwyraźniej scenarzystom brakowało pomysłów. Nic dziwnego więc, że pojawienie się tego rozwiązania w przedostatnim tomie ulubionej serii budzi niepokój. Sama nabrałam pesymistycznego przekonania, że teraz będzie tylko gorzej. Po drugie trochę to wygląda, jakby autorka nie miała już pomysłu na bohatera, względnie jej się znudził i postanowiła go napisać od nowa. To może budzić obawy wśród czytelników, bo oto staja przed widmem sytuacji, w której bohater znany i lubiany, z którym się zżyli i którego rozwój śledzili, nagle stanie się kimś zupełnie innym. Na szczęście do żadnego z tych nieszczęść ostatecznie nie doszło, ale i tak dziwnie mi z tą amnezją.
Mimo tak ryzykownego kroku, Novik udało się udowodnić, że zna się na swoim fachu i wątek poprowadziła bardzo dobrze. Czytelnicy mogą więc obserwować Laurence'a, jak próbuje najpierw odnaleźć się w sytuacji, w której nawet nie wie gdzie się znalazł i jak (w końcu osiem lat temu nawet nie potrafiłby sobie wyobrazić okoliczności, które mogłyby go zagnać do Japonii), a później zrekonstruować czas, który utracił. Ostatecznie powstaje bohater odmieniony, choć nie do końca. Tutaj trzeba pisarce przyklasnąć, bo mimo że zabrała bohaterowi pamięć, to jednak pozostawiła w nim resztki wspomnień – na przykład w pewnym momencie Will zastanawia się, dlaczego ogromne smoki nie budzą w nim niepokoju, choć logicznie rzecz biorąc powinny. Z czasem udaje mu się zrekonstruować utracone wspomnienia i otrzymujemy zapewnienie, że nie jest już tą samą osobą, którą był kiedyś, ale póki co, to tylko zapewnienia, bo osobiście nie dostrzegłam większej różnicy między Willem z „Próby złota” a Willem z „Krwi tyranów”.
O głównym bohaterze już było, zanim przejdziemy do pobocznych (licznych i ciekawych), może trochę o świecie przedstawionym. Wspominałam o Japonii i prawdą jest, że bohaterowie się wokół niej kręcą, ale czytelnikom dane jest poznać jedynie migawki z życia codziennego kraju, na tyle skąpe, że trudno z nich wywnioskować obraz całości. Wiadomo, że stosunki na linii ludzie-smoki są tam podobne do chińskich i że Japończycy dysponują pewną rasą smoków o osobliwym cyklu rozwojowym i darzonych taką czcią, że w zasadzie stoją ponad prawem. Ale to właściwie tyle. Znacznie więcej można się dowiedzieć o sytuacji smoków północnoamerykańskich, ale to też z drugiej ręki – mam wrażenie, że autorka trochę żałowała, że nie zdąży już tam zabrać czytelników, więc postanowiła skorzystać z okazji i wcisnąć trochę pomysłów.
Główną scenerią „Krwi tyranów” są jednak tereny Chin (znowu) i Rosji. W Chinach już byliśmy, jednak oglądaliśmy je z perspektywy turysty-honorowego gościa, a więc już to ogólnie, już to w izolowanych kawałkach. Teraz możemy się przyjrzeć dokładniej strukturom wojskowym czy polityce. Bardzo podoba mi się to przybliżenie – Novik udowodniła, że dokładnie przemyślała swój świat i po prostu pokazuje nam coraz większe kawałki uprzednio namalowanego obrazu, a nie łata dziury naprędce nasmarowanymi szkicami.
Rosja to już zupełnie inny świat. Jak dotąd autorka pokazywała nam zwykle miejsca, w których smoki (czyli, jak by nie patrzeć, drugą rasę rozumną) traktuje się lepiej niż w Anglii – jak ludzi, czyli istoty rozumne właśnie. Teraz postanowiła pokazać mroczniejszą stronę świata. W Rosji smoki traktuje się jako śmiertelne zagrożenie, tych największych boją się nawet ich własne załogi. Oczywiście brutalne metody szkolenia i traktowania mają też swoje złe strony nawet z punktu widzenia ludzi (np. smoki rosyjskie nie są zdolne do walki metodą inną niż „kupą, panowie”), ale najwyraźniej w kraju zdolnym do wystawienia milionowych armii nikomu to nie przeszkadza. Z jednej strony trochę mnie ten obraz Rosji szturchnął (bo nie uderzył przecież) – taki stereotypowy jak za czasów zimnej wojny. Z drugiej jest też właśnie taki, jaki kreśliła rosyjska proza z dziewiętnastego wieku, więc nie mogę mieć pretensji do autorki, że podążyła tą drogą.
Czas na słów kilka o bohaterach. W tym odcinku najbardziej fascynującymi postaciami okazały się smoki: a to towarzyski kupiec z Ameryki (tak! Z własnym statkiem i u progu intratnego biznesu), a to smoczyca z japońskiej świątyni, która usposobieniem i pogardą dla konwenansów przypominała nieco szurniętą starszą panią. Jednak najwięcej czasu antenowego spośród nowicjuszy zabrał generał Chu – wzór żołnierskich cnót wszelakich, wiekowy i doświadczony. Świetnie udowadnia, że ludzie i smoki wcale tak bardzo się od siebie nie różnią (przynajmniej, kiedy młodzieńcza gorąca krew już nieco im ostygnie). Nowych ludzi poznajemy niewielu, a tylko jeden z nich ma jakieś znaczenie fabularne. Niestety, nie jest nam dane spędzić z nim zbyt wiele czasu – a szkoda, bo ukazanie jego życia wewnętrznego mogłoby tylko wyjść powieści na dobre.
![]() |
| To mogła być polska okładka... |
Nie byłabym sobą, gdybym nie powiedziała kilku słów o okładce. Nie jest co prawda tak żenująca, jak w poprzednim tomie, ale ciągle brzydka jak grzech. Śmiertelny. Co boli zwłaszcza gdy zdajemy sobie sprawę, że pierwsze przymiarki były robione do angielskiej wersji okładki. Cóż przynajmniej korekta jest przyzwoita jak na ten cykl – tylko sporadycznie przepuszcza babole. Za to redakcja angielska przepuściła pewną nieścisłość, mianowicie pozwoliła, żeby smoki Nefrytowe na przestrzeni sześciu tomów dość znacznie urosły: w drugim tomie były określane jako znacznie mniejsze od człowieka, zaś teraz nagle są wielkości konia pociągowego (co jest o tyle znaczące, że poprzednim razem autorka poświęciła trochę uwagi opisowi zdumienia bohaterów, którzy nigdy nie spodziewali się zobaczyć tak małej rasy, wielkości pociągowego konia zaś bywały popularne europejskie rasy kurierskie).
Podsumowując: na duży plus. Świat się rozwija, akcja też. Zastanawiam się, czy autorka postanowi podążyć zgodnie z naszą ogólną linią historyczną, czy też zdecyduje się na coś przeciwnego. Tymczasem czekam na ostateczne starcie. To może być już w przyszłym roku.
Ksiązke otrzymałam od wydawnictwa Rebis.
Autor: Naomi Novik
Tytuł oryginalny: Temeraire: Blood of Tyrants
Tłumacz: Jan Pyka
Cykl: Temeraire
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2014
Stron: 564
środa, 9 lipca 2014
Złoto, złoto, złoto, złoto*, czyli smok w swatkę przemieniony - "Próba złota" Naomi Novik
Jak wspominałam wcześniej, „Języki węży” nie były szczególnie udaną powieścią. Były za to najzwyklejszym zapychaczem, czyli tomem, który jest konieczny, aby historia zachowała spójność (i odpowiednią objętość), ale niekoniecznie cokolwiek wnoszącym. Na szczęście to tylko chwilowy kryzys, bo w „Próbie złota” autorka wraca do formy.
Laurence i Temeraire powoli zadomawiają się w Australii i zdają się być całkiem radzi, że świat o nich zapomniał. Jednak to tylko złudzenie – świat ciągle o nich pamięta i już przygotował specjalną misję. W ramach tej misji czeka ich wyprawa do Ameryki Południowej, bo tamtejsze kolonie znalazły się w niebezpieczeństwie, a tak się składa, że nasza dwójka bohaterów jest z tym akurat zagrożeniem najlepiej zaznajomiona. Niestety, podróż nie obejdzie się bez komplikacji…
![]() | ||
| Grafika okładki wydania niemieckiego, autorstwa Kerema Beytia. Na moje oko przedstawia Fleur de Nuita. |
Jakiś czas temu zdałam sobie sprawę, że świat wykreowany przez Novik należy do pewnej specyficznej kategorii – jest tak fascynujący i bogaty, że właściwie te wszystkie wojny i polityka tylko przeszkadza w kontemplacji. Najciekawiej czyta się nie sceny batalistyczne czy dworskie intrygi, ale rozdziały poświęcone codziennemu życiu w smoczych kryjówkach (czy też codziennemu życiu po prostu w krajach, w których smoki są częścią społeczeństwa). Szczerze mówiąc, chętniej poczytałabym, jak też radzą sobie niezaprzężone smoki w Anglii od kiedy opuściły tereny rozpłodowe i zaczęły same zarabiać na swoje utrzymanie niż jak wygląda sytuacja na froncie. Tym lepiej czytało mi się „Próbę złota”, której główna część poświęcona jest przedstawieniu kultury inkaskiej.
Mieliśmy już społeczności traktujące smoki jak cenne zwierzęta, mieliśmy równouprawnienie smoków i ludzi (to nawet w dwóch wariantach, w tym jednym z domieszką religii). Czas więc na model, w którym to ludzie są cennym skarbem. W państwie Inków (które ciągle istnieje, bo jako iż konkwistadorzy przypłynęli na kontynent bez smoków, zaś tubylcy mieli ich całkiem sporo, do konkwisty znanej z historii nigdy nie doszło) w wyniku epidemii ludność została znacznie przetrzebiona, więc smoki zazdrośnie strzegą rodzin, które uważają za swoje. Zdarzają się też kradzieże. Co ciekawe, autorka pokazała nam, że nie zawsze tak było, a zwyczaje znacznie zmieniły się na przestrzeni jednego - dwóch smoczych pokoleń. To pokazuje, że jej świat jest przemyślany i dynamiczny (także to, jak fajnie smoki z poszczególnych rejonów geograficznych korespondują z wierzeniami tamtejszych ludów znanymi z naszej rzeczywistości – smoki europejskie są dość masywne, zębate i grzebieniaste, często kolczaste i opancerzone. Rasy chińskie są smuklejsze, zaś smoki południowoamerykańskie… pierzaste. A przynajmniej mają łuski wydłużone na tyle, żeby uchodziły za pióra). Uwielbiam takie światy.
![]() |
| Okładka francuska. Szalenie mi się podoba. |
W „Próbie złota” autorka poświęciła też więcej niż zwykle miejsca bohaterom. Emily Roland zawsze była kreowana na odpowiedzialną i mądrą dziewczynę. Teraz jest nastolatką i przeżywa pierwszą miłość (co prawda wszystko to jest opisane raczej zdawkowo z perspektywy Laurence’a, który nie bardzo wie, jak też podejść do kwestii dorastającej panny w załodze, ale i tak fajnie to wygląda). Ciekawe jest, że Emily nawet w szale młodzieńczych uniesień ciągle ma na uwadze przede wszystkim przyszłość. Wie, co ją czeka za kilka lat i wie też, z kim nie może się związać, a z kim raczej nie powinna. Wyjątkowa dojrzałość jak na nastoletnią bohaterkę powieści rozrywkowej. Poza tym, poznajemy pewne tajemnice Granby’ego, o które nigdy bym go nawet nie podejrzewała. I to chyba dobrze świadczy o autorce, że tworzy postacie, które do tego stopnia nie są definiowane przez jedną cechę, że poznając ją nawet w siódmym tomie, czytelnik może poczuć się zaskoczony (choć muszę przyznać, że przez chwilę towarzyszyło mi poczucie wrzucania pewnych wątków na siłę, ale z drugiej strony nic nie świadczyło ani za, ani przeciw, więc autorce wolno).
Przejdźmy do technikaliów, żebym mogła dać upust swojej złośliwości. Furda kiepska korekta (bo co prawda kiepska była, ale nie aż tak jak w pierwszych tomach), ale ta okładka. TA OKŁADKA. Pomnik smoka (mgliście go kojarzę jako ozdobę dachu tradycyjnego budownictwa dalekowschodniego) z doklejonymi, potraktowanymi filtrami skrzydłami jakiegoś biednego zwierzęcia (które mogli sobie jednak darować) i makabrycznie powykręcanymi łapami (zauważyliście, że łapa, która miała „trzymać” zdobiący okładkę medalion jest po prostu odwrócona o 180 stopni, a nie zaciśnięta jak szpony?). Niniejszym jest to najgorsza okładka nie tylko w serii, ale, podejrzewam, ze wszystkich książek, jakie przeczytałam bądź przeczytam w tym roku. Bardzo wielka szkoda.
Mimo tak odpychającej powierzchowności, „Próba złota” to kawał przedniej rozrywki, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Polecam i lecę czytać kolejny tom.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Rebis.
Tytuł: Próba złota
Autor: Naomi Novik
Tytuł oryginalny: Temeraire: Crucible of Gold
Tłumacz: Jan Pyka
Cykl: Temeraire
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2012
Stron: 400
*Kto zgadnie, do czego nawiązuję w tytule, dostanie order z ziemniaka.;)
poniedziałek, 30 czerwca 2014
Idą, idą, jeden z jajem, drugi z dzidą, czyli smokiem i pieszo przez Antypody - "Języki węży" Naomi Novik
„Języki węży” to już siódmy tom cyklu. Od niego zaczyna się koszmarek okładkowy, bo teraz każda kolejna okładka będzie gorsza od poprzedniej, a już obecna jest tragiczna. Dodatkowo jest to w sumie najsłabszy z jak dotąd czytanych przeze mnie tomów (i ostatni, jaki poddaję relekturze, kolejne będą już czytane po raz pierwszy). Powody tego są dość konkretne.
Po bohaterskich czynach ze „Zwycięstwa orłów” Laurence zostaje ułaskawiony, a jego kara z powieszenia zamieniona na wygnanie. Ze względu na swoje wywrotowe wpływy, Temeraire dostaje ten sam wilczy bilet i tak obaj nasi bohaterowie lądują w Australii z trzema jajami i uciążliwym pasażerem na gapę w postaci Iskierki. W Sydney sytuacja jest akurat bardzo niestabilna, więc gdy pada propozycja zorganizowania wyprawy badawczej, awiatorzy są wniebowzięci. Niestety, zostaje skradzione jedno z jaj, a więc wyprawa w pobliskie góry zamienia się w dziki rajd przez kontynent w pogoni za złodziejami…
Musze przyznać, że przy drugim czytaniu „Języki węży” nie były już tak nużące, jak za pierwszym razem. Głównie dlatego, że wiedziałam, że nie powinnam się spodziewać czegoś szczególnie interesującego, toteż nie frustrował mnie brak akcji. Myślę też, że dla osób interesujących się historią Australii książka może zawierać sporo ciekawych aluzji, ale sama się do tych osób nie zaliczam, więc większość mnie zapewne ominęła.
![]() |
| Dla porównania - okładka amerykańska. |
Głównym problemem tej odsłony cyklu jest brak w fabule tego, co dotąd było jej najmocniejszą stroną – scen batalistycznych i starć kulturowych. Co prawda na pocieszenie dostaliśmy pewien osobliwy gatunek miejscowej fauny, niemniej nie wchodzi on w relacje (poza konsumpcyjnymi) z tubylcami, więc niewiele z niego można wycisnąć. Bohaterowie zajmują się przez cały czas przemieszczaniem w monotonnym krajobrazie i zwykle nie mogą liczyć nawet na pożywkę dla swoich przemyśleń, prowadzonych ku uciesze czytelnika. W dodatku autorka zagrała fanom cyklu na nosie, podążając w pewnej kwestii inną drogą niż ta, na którą liczyli (chociaż ja tym faktem jestem raczej niespecjalnie przygnębiona).
Krótko mówiąc, „Języki węży” noszą wszelkie znamiona tomu przejściowego, czyli zapychacza – autorka rozprawiła się już ze Starym Światem i, zapewne nie mając lepszego pomysłu na logiczne przerzucenie bohaterów do Nowego, postanowiła zagrać na zwłokę. Oczywiście, spokojniejsze tomy czasem się przydają – można dzięki nim pogłębić relację i psychologiczną stronę bohaterów czy objaśnić więcej świata przedstawionego. Niestety, Novik postanowiła i z tego zrezygnować, w związku z tym po „Językach węży” część fanów pożegnała się z cyklem.
Na usprawiedliwienie dodam tylko, że wątek psychologiczny czasem się przebija i wedle zapewnień Laurence wyleczył się z większości swojego niedorzecznego posłuszeństwa Anglii – zaczyna podchodzić do sprawy bardzie pragmatycznie. Muszę przyznać, że zaczęłam go widzieć jako postać o trochę zmarnowanym potencjale, bo Novik zdecydowanie za mało wycisnęła z tego wątku. Ale nie od dziś wiem, że smoki wychodzą jej zdecydowanie lepiej niż ludzie, więc na co właściwie narzekam?
Ja nie. Właśnie trzymam w rękach „Przysięgę złota” i nie zawaham się jej użyć tak, jak się powinno używać książki (nie, nie do podparcia chwiejnego stolika). Zwłaszcza, że znowu można będzie liczyć na to, co autorce wychodzi najlepiej, czyli zderzenie kultur. Już nie mogę się doczekać.
Tytuł: Języki węży
Autor: Naomi Novik
Tytuł oryginalny: Temeraire: Tongues of Serpents
Tłumacz: Jan Pyka
Cykl: Temeraire
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2010
Stron: 392
Tytuł oryginalny: Temeraire: Tongues of Serpents
Tłumacz: Jan Pyka
Cykl: Temeraire
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2010
Stron: 392
poniedziałek, 23 czerwca 2014
Będąc młodym dowódcą, przyszedł raz do mnie wróg, czyli smoki na barykady - "Zwycięstwo orłów" Naomi Novik
Kontynuując smoczą tematykę, jestem po relekturze piątego tomu mojego absolutnie ulubionego cyklu. I jest to już ten moment, kiedy nie da się unikać spoilerów do absolutnie każdego poprzedniego tomu, bo wtedy można by było ograniczyć notkę do zdania „Równie faje, jak cztery poprzednie”. Tak więc lojalnie uprzedzam, że będą spoilery do poprzednich tomów.
Po zdradzie Laurence’a (moralnie co prawda usprawiedliwionej, ale cóż, zdrada stanu to zdrada stanu) on sam zostaje zamknięty w pływającym więzieniu, zaś Temeraire ląduje na terenach rozpłodowych, gdzie prowadzi strasznie nudny żywot. Tymczasem Napoleon, stosując się do wskazówek Lien, zdołał przeprowadzić desant na Anglię. Temeraire, dowiedziawszy się o tym nie może siedzieć bezczynnie i postanawia poderwać swoich niezaprzężonych przyjaciół do boju.
„Zwycięstwo orłów” jest o tyle wyjątkowe, że spora część narracji prowadzona jest z perspektywy Temeraire’a, pozbawionego głosu kapitana, który powstrzymywałby jego co bardziej zuchwałe pomysły. Cała powieść bardzo na tym zyskuje, bo pobudki smoka są znacznie bliższe współczesnemu czytelnikowi niż pobudki Laurence’a. I nagle okazuje się, że pewne rzeczy wcale nie są takie niemożliwe, a w obliczu wojennego zamieszania ich lordowskie moście nie mają kiedy prezentować swojego sprzeciwu i świętego oburzenia, których tak bardzo bał się Laurence. Nie, żeby smoki w ogóle obchodziło zdanie lordów. Bardzo zabawnie wypadają też momenty, w których ludzie myślący o smokach jak o tępych zwierzętach mają pierwszą w życiu okazję do zweryfikowania swoich osądów.
W „Zwycięstwie orłów” autorka znowu sięgnęła po motyw, który najlepiej jej wychodzi – czyli po zderzenie kultur. Z tym, że tym razem zastana angielska kultura zderza się z czymś, co dopiero się tworzy, przynajmniej w części, bo przecież „wolne” smoki już sobie jakieś tam standardy społeczne na terenach rozpłodowych wypracowały. Standardy te są bardzo bliskie ludzkim i znacznie odbiegają od wyobrażeń Laurenca na temat tego, co się wśród smoków pozbawionych kapitańskiej kurateli dzieje. Jednocześnie autorka pokazała, że smoki są znacznie bliższe ludziom, niż brytyjska opinia publiczna byłaby skłonna przyznać. Pada nawet wprost stwierdzenie, że skoro Chińczykom i Afrykanom udało się nauczyć gady walki za ojczyznę bez szantażu emocjonalnego ze strony kapitana/towarzysza, a Anglikom nie, to nie ze smokami, ale z ludźmi jest coś nie tak. Czyli znowu wracamy do kwestii możliwości, jakie jednostce oferuje środowisko, w którym dorasta.
Śledzenia smoczych relacji i poczynań na tle wojny jest najciekawsze, takoż śledzenia powolnych zmian w społecznym postrzeganiu smoków. Niestety, poza tym fabuła nie jest zbyt porywająca – jak to u Novik, nie biegnie liniowo i niespecjalnie tworzy jakiś spójny wątek. Składa się raczej ze splecionych ze sobą migawek z bitew, nocy w obozach i odpraw oficerskich. Patchwork, a nie sznurek. Z drugiej strony nie jest to proza eksperymentalna i związek przyczynowo-skutkowy zostaje zachowany, wszystkie wydarzenia razem tworzą w miarę spójną mapę jakiegoś wycinka wojny. Mam wrażenie, że Novik udało się po prostu stworzyć tak fajny świat przedstawiony, że wojna jest już zupełnie niepotrzebna – czytelnikowi w zupełności wystarczałoby poznawanie życia codziennego. Może to po części tłumaczyć, dlaczego najlepiej wypadają tomy „wyjazdowe”, gdzie wojnie nie poświęca się zbyt wiele uwagi.
Oczywiście, nieodmiennie polecam, zwłaszcza lubiącym smoki. Gdyby jeszcze korekta była dokładniejsza, mielibyśmy do czynienia z książka idealną.
Tytuł: Zwycięstwo orłów
Autor: Naomi Novik
Tytuł oryginalny: Temeraire: Victory of Eagles
Tłumacz: Jan Pyka
Cykl: Temeraire
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2009
Stron: 400
Autor: Naomi Novik
Tytuł oryginalny: Temeraire: Victory of Eagles
Tłumacz: Jan Pyka
Cykl: Temeraire
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2009
Stron: 400
środa, 26 marca 2014
Afryka mniej dzika - "Imperium Kości Słoniowej" Naomi Novik
Ostatnio pisałam, ze ciężko powiedzieć coś nowego o czwartym tomie cyklu, kiedy poziom pozostaje bardzo stabilny. Nie będę się więc rozwodzić nad warsztatem, bo jest jaki był, czyli bardzo dobry. Poświęćmy uwagę czemuś ciekawszemu – otóż pani Novik w tomie czwartym znowu wróciła do tego, co jej najlepiej wychodzi, czyli do opisu starcia kultur. Tym razem będzie jeszcze ciekawiej, bo nasi dzielni bohaterowie udają się do Afryki.
Anglia znajduje się na krawędzi katastrofy – przywleczona z Ameryki choroba dziesiątkuje smoki i tylko kwestią (krótkiego) czasu pozostaje, kiedy wróg się o tym dowie. Zdrowy Temeraire, który nie tylko sam powrócił, ale jeszcze ściągnął niespodziewane posiłki, jest teraz na wagę złota. A bezcenny się staje, gdy okazuje się, że w czasie podróży najwyraźniej przypadkowo odkrył lekarstwo na zarazę. Niestety, nikt nie wie, który ze składników jego diety miał tak zbawienne działanie. Nie pozostaje nic innego, jak wysłać poszukiwawczą wyprawę na południowe wybrzeże Afryki. Która okazuje się wcale nie być kontynentem tak zacofanym i bezbronnym, jak do tej pory zdawało się Europejczykom.
Jak wspomniałam na wstępie, Novik wraca do tego, co jej najlepiej wychodzi. Tym razem jest jeszcze ciekawiej, bo dochodzi element zaskoczenia. Kiedy Temeraire z Laurencem podróżowali do Chin, może i lekceważyli obcą kulturę, ale spodziewali się przynajmniej cywilizacji. Tymczasem interior afrykański powszechnie kojarzony z nieprzebytą dżunglą pełną dzikich zwierząt i jeszcze dzikszych tubylców okazuje się kolebką państwa nie tylko silnego, ale wręcz groźnego dla europejczyków.
O ile chińskie smoki były niebezpieczne, ponieważ posiadały lata doświadczenia w snuciu intryg, tym afrykańskim znacznie bliżej do młodego, porywczego Temraire’a. I znowu autorka podkreśla, jak ważne są warunki, w jakich jednostka się wychowuje dla jej ogólnej kondycji. Tak jak Chińczycy w wychowaniu stawiają na rozwój indywidualności smoków jako jednostek, tak Afrykanie wpajają gadom, że są ludźmi – kolejnym wcieleniem zmarłych przodków. Jest to posunięcie o krok dalej niż w Azji (a o całe kilometry w stosunku do Europy), smok bowiem nie tylko jest uważany za istotę rozumną, nie tylko towarzyszy władcy i sam za siebie odpowiada, ale może też niepodzielnie władzę sprawować (najczęściej co prawda, ze względu na porywczy charakter i często młody wiek, jest to władza czysto formalna). Cóż za pstryczek w dumny nochal Europy, która uważając się za tak postępową i cywilizowaną - w pewnych kwestiach pozostaje zatrważająco zaściankowa. To samo z resztą dotyczy ludzi – czarnoskórzy obywatele mają niewielkie szanse na karierę i o ile mężczyzna jeszcze może rozpocząć karierę duchownego i zdobyć ciepłą posadkę pastora, kobieta zostanie najwyżej służącą.
Ciekawe jest, ze Laurence dostrzega te dysproporcje i sprawiają mu one wyraźny dyskomfort – jednocześnie jednak jest zagubiony i niebardzo wie, co z tym fantem zrobić. Znowu poznajemy go jako dobrego człowieka, choć także dziecko swoich czasów. Napędza go poczucie, że wobec smoków brytyjskie władze postępują niehonorowo, a ponieważ dla mężczyzny najgorszym, co może go spotkać jest skaza na honorze, postanawia z tym walczyć, przynajmniej na miarę swoich ograniczonych możliwości.
„Imperium Kości Słoniowej” to wstęp do zmian – już w nim widać, jak bardzo różni się pozycja smoków od tej, którą zastał Temeraire. Dalej będzie jeszcze ciekawiej. Mam nadzieję, że do końca.
Tytuł: Imperium Kości Słoniowej
Autor: Naomi Novik
Tytuł oryginalny: Temeraire: Empire of Ivory
Tłumacz: Jan Pyka
Cykl: Temeraire
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2008
Stron: 436
Książka bierze udział w wyzwaniu Klucznik.
piątek, 10 stycznia 2014
A droga wiedzie wprzód i wprzód... - "Wojna prochowa" Naomi Novik
Kiedy pisze się o jakimś cyklu, kolejne teksty są coraz trudniejsze do napisania – a już szczególnie wtedy, gdy pisarz trzyma w miarę równy poziom. Tak więc po przeczytaniu trzeciego tomu cyklu „Temeraire” Naomi Novik mam nie lada problem, co tu powiedzieć, żeby się nie powtarzać. Spróbuję.
Misja w Chinach dobiegła końca, nasi bohaterowie mogą więc spokojnie wracać do domu. A podróż to długa, zwłaszcza, że w wyniku pożaru na statku są zmuszeni ją na kilka miesięcy przerwać. Tymczasem z Anglii docierają enigmatyczne rozkazy dotyczące odebrania trzech jaj, jakie Królestwo Brytyjskie zakupiło od Turków. Ton listu od admiralicji jest bardzo ponaglający, statek wciąż zieje potężną dziurą w pokładzie, kapitan Laurence decyduje się więc na ryzykowną podróż lądem. Trasa prowadzi przez góry i pustynie Azji, Turcję oraz Prusy i tereny dawnej Polski, obecnie pod zaborami. Zapowiada się mnóstwo atrakcji.
Zacznijmy może od tego, że „Wojna prochowa” nie odbiega poziomem od poprzednich tomów cyklu. Jednak najbardziej z nich jest zbliżona do powieści drogi. Co prawda w „Nefrytowym tronie” bohaterowie również się przemieszczali, jednak tam autorka położyła nacisk na ukazanie kultury Dalekiego Wschodu, zaś w „Wojnie…” zależało jej bardziej na pokazaniu przygód bohaterów na tle zmieniającego się krajobrazu. Można powiedzieć, że powieść jest w dużej mierze łącznikiem, mającym zapewnić ciągłość między wcześniejszymi i późniejszymi tomami. Sama opowiada bardzo ciekawą historię, ale pozostaje bez większych konsekwencji dla dalszej fabuły. Co nie znaczy, że można ją sobie odpuścić.
Bohaterowie, jak zwykle z resztą, są nakreśleni krótkimi, celnymi i precyzyjnymi liniami. Oprócz Temeraire’a wraz z załogą, poznajemy nową, intrygującą postać. Tharkay, bo o nim mowa, jest tajemniczy, skryty i zgorzkniały. Autorka traktuje go trochę instrumentalnie, używając jako przykładu czystego rasizmu panującego w przedwiktoriańskiej Anglii, ale i tak facet wzbudza sympatię i intryguje. Pani Novik przedstawia nam też młodziutką smoczycę o wdzięcznym imieniu Iskierka (ciekawostka: imię smoczych brzmi tak samo w polskim przekładzie i w angielskim oryginale). Jako że głównie śpi, czytelnik niewiele może się o niej dowiedzieć, ale z tych małych fragmentów widać, że pisklak ma charakterek i wiele się będzie działo, jak już urośnie. Czekam z niecierpliwością.
Słów kilka o wydaniu. Jak w poprzednim tomie, piękna okładka skrywa nieco mniej piękne wnętrze. Pulpowy papier szybko żółknie, ale przynajmniej klejenie jest tym razem solidne. Niestety, korekta już nie: zgubione spójniki, mylenie podmiotów w zdaniu, literówki i tym podobne atrakcje skutecznie zmniejszają przyjemność z lektury. A szkoda.
Na koniec powiem krótko: polecam. Bo warto czasem przeczytać porządny, rozrywkowy cykl z ciekawymi pomysłami. A to dopiero jedna trzecia, więc sporo zabawy przed nami.
Autor: Naomi Novik
Tytuł oryginalny: Temeraire: Black Powder War
Tłumacz: Paweł Kruk
Cykl: Temeraire
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2008
Stron: 360
poniedziałek, 9 grudnia 2013
Na wschód, na wschód, na Daleki Wschód - "Nefrytowy tron" Naomi Novik
Jedną z często stosowanych zasad w fantastyce jest ta, która mówi, że po pierwszym tomie prawie zawsze następuje drugi. Czy to dobrze, zależy już od konkretnych przypadków. Cykl „Temeraire” Naomi Novik niewątpliwie udowadnia, że czasem im więcej tomów, tym lepiej.
Do Londynu przybywa delegacja wysłana przez chińskiego cesarza. Przyczyną jej przybycia jest oczywiście Temeraire – Chińczycy nie pozwolą przecież, aby przedstawiciela jednej z najrzadszych i najznamienitszych ras orientu dosiadał jakiś barbarzyńca i co gorsza zmuszał go do walki i noszenia uprzęży. Problem w tym, że Lung Tien Xiang bardzo się do swojego barbarzyńcy przywiązał i nie chce słyszeć o porzuceniu go. Nie pozostaje więc nic innego, jak zabrać do Chin obu. W końcu jest jeszcze nadzieja, że gdy smok zobaczy, jak istoty jego gatunku traktuje się w Chinach, porzuci uwłaczające angielskie warunki i tak nieodpowiedniego towarzysza. Laurence i Temeraire wsiadają więc na statek i udają się w wielomiesięczną i pełną przygód podróż. Problem polega na tym, że jest ktoś, kto nie ma zamiaru zdać się na smocze wybory i chce wyeliminować Laurence’a z rozgrywki…
Może od razu zaznaczę, że poziom pisarstwa pani Novik ani trochę nie spadł, tak samo nie ubyło jej pisarskich przymiotów. Pozwolę więc sobie tym razem o nich nie wspominać, a zainteresowanych odeślę do recenzji pierwszego tomu. Tymczasem zwrócę uwagę na to, co nowego się pojawiło.
Przede wszystkim pani Novik udało się zaprezentować talent do tworzenia urozmaiconego pejzażu kulturowego. W „Nefrytowym tronie” ukazuje jego dalekowschodni fragment. Autorka świetnie nakreśla różnice pomiędzy Chinami a Anglią, zwłaszcza w zakresie traktowania smoków – w końcu drugiej, po ludziach, rozumnej rasy. Już porównując legendy dalekowschodnie z europejskimi można się domyślić, co nam autorka zaserwuje. Od razu ostrzegam, że nie należy oczekiwać głębokiej analizy różnic i zmian – cykl „Temeraire” jest przecież w założeniu lekką literatura przygodową. Dlatego zamiast drobiazgowo rozpatrywać pewne zagadnienia, Novik tylko ogólnie je nakreśla, resztę umysłowej pracy pozostawiając czytelnikowi.
Częścią przedstawionej różnorodności jest szok kulturowy, jaki przeżywają Anglicy, a w szczególności Laurence i Temeraire. Jeśli dodam, że autorka tworząc cykl miała na celu między innymi poruszenie problemu niewolnictwa (w nietypowym układzie, gdzie „niewolnik” jest zbyt silny i zbyt cenny, aby się nad nim pastwić i właściwie siedzi w niewoli, bo nikt go nie uświadomił, że nie musi), tworzy się nam dość ciekawy układ. Ponieważ w Anglii smoki zawsze były traktowane jak cenne zwierzęta, Laurence jest mocno zaskoczony, kiedy okazuje się, że równie dobrze radzą sobie jako pełnoprawni obywatele. Jednocześnie ma na tyle otwarty umysł, żeby nie wyśmiewać egzotycznych fanaberii, ale przeanalizować sytuację pod kontem ogólnego dobra wszystkich zainteresowanych. Pięknie się czyta o tym, jak upadają stereotypy. Autorka zdaje się też sugerować, jak wielka wagę dla naszych (nie tylko smoczych) możliwości rozwoju i postrzegania świata ma kultura, w jakiej się wychowujemy i mnogość determinowanych przez nią czynników na jakie, jako jednostki, nie mamy wpływu. Temat ten pogłębia jeszcze w kolejnych tomach.
Niemniej jednak, Novik nie pławi się jedynie w filozoficzno-społecznych rozważaniach. Swoją prozę szpikuje spektakularnymi wydarzeniami niczym dobrą kaszę skwarkami, że zacytuję klasyka. Czasem przez to można odnieść wrażenie, że kolejne potyczki, intrygi czy spotkania są nanizane jak koraliki na sznureczek ogólnej fabuły, ale w zasadzie nie można uznać takiej konstrukcji za wadę.
Jeszcze słów kilka o wydaniu. „Nefrytowy tron”, podobnie jak „Smok Jego Królewskiej Mości” ma przepiękną i klimatyczną okładkę. Niestety, temu co się w okładce znajduje, przydałaby się korekta (oraz solidniejszy papier i klejenie). Poprzestawiany szyk zdań, podwójne słowa czy zagubiona interpunkcja nie są co prawda nagminne, ale zauważalne – i to bardziej, niż w poprzednim tomie. Szkoda.
Mimo technicznych niedostatków, „Nefrytowy tron” pozostaje godną kontynuacją „Smoka Jego Królewskiej Mości”. To wciąż intrygująca powieść przygodowa, z której można wynieść więcej, niż tylko prostą rozrywkę. Polecam.
Tytuł: Nefrytowy tron
Autor: Naomi NovikTytuł oryginalny: Temeraire: Throne of Jade
Tłumacz: Paweł Kruk
Cykl: Temeraire
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2007
Stron: 412
czwartek, 15 sierpnia 2013
HMD Temeraire - "Smok Jego Królewskiej Mości" Naomi Novik
Ze wszystkich fantastycznych stworzeń smok jest chyba najczęściej wykorzystywany, a kiczowatością tego wykorzystania ustępuje jedynie jednorożcowi. Jeśli akurat nie jest wrednym jaszczurem strzegącym skarbu (tudzież dziewicy), najczęściej przyjmuje zaszczytną posadę zwierzęcego przyjaciela głównego bohatera. Właśnie tym drugim motywem postanowiła się zabawić Naomi Novik, pisząc "Smoka Jego Królewskiej Mości" i otwierając tym samym cykl Temeraire.
Napoleon Bonaparte, po licznych zwycięstwach odniesionych na kontynencie, spogląda teraz łakomie na Wyspy Brytyjskie. Angielska flota często potyka sięwięc z okrętami francuskimi. Podczas jednej z takich potyczek HMS Reliant przechwytuje cenny ładunek – jajo smoka rzadkiej rasy, niestety gotowe do wyklucia. Korona nie może sobie pozwolić na utratę tak drogocennego ładunku, a smok zdziczałby, gdyby nie został zaprzężony. W skutek splotu niefortunnych zdarzeń uprząż zakłada mu – a tym samym przejmuje wyczerpujący obowiązek opieki i, w przyszłości, dowodzenia – kapitan Relianta Will Laurence. To wydarzenie wywróci jego życie, zarówno prywatne, jak i zawodowe, do góry nogami. Czy oficer marynarki będzie w stanie pogodzić się z tą utratą i docenić towarzystwo smoka Temeraire’a?
Zacznijmy od tego, że powieść zdecydowanie zawiedzie czytelników, którzy na brytyjskich smokach oczekują magików ciskających fireballami we Francuzów. Poza samymi smokami nie ma tu bowiem nic, co mogłoby być kojarzone z fantasy, a i same smoki są zdecydowanie bardziej naukowe, niż magiczne. Autorka bowiem zadałasobiewiele trudu, żeby olbrzymie latające gady dopasować do europejskich realiów i śmiem twierdzić, że udało się to jej znakomicie. Taka drobiazgowość w opracowywaniu świata przedstawionego jest niestety rzadkością i należy ją nagradzać zawsze, kiedy się pojawia – zwłaszcza gdy ma to miejsce w powieści w zasadzie lekkiej, od której w gruncie rzeczy nikt tego nie wymagał. Dodatkowo autorka tak sprytnie wykreowała świat Anglii czasów wojen napoleońskich, że znalazło się w nim miejsce dla naturalnie i ciekawie napisanych bohaterów, a to już jest coś.
Novik wplotła w swą powieść jeszcze jedną urzekającą cechę, mianowicie subtelną grę ze schematami. Bawi się głównie wszystkimi ogranymi motywami zwierzęcego kompana człowieka (wyraźniej będzie to widoczne dopiero w kolejnych tomach). Często mamy do czynienia z kompanami inteligentnymi, ale całkowicie uległymi – pomimo, że najczęściej są silniejsi i bystrzejsi od ludzkiego czynnika w tym równaniu i mogliby powstrzymywać go przed popełnieniem co większych głupot. Nie robią tego, a swą podrzędną rolę przyjmują bez szemrania, nawet się nad tym nie zastanawiając. Tymczasem Temeraire bez przerwy nęka Laurence’a pytaniami o naturę ich służby i powody, dla których muszą walczyć – a to jedynie część dylematów młodego smoka. Poza tym jednym schematem autorka wyłamuje się też z wielu pomniejszych, ale nie chciałabym tu zdradzać zbyt wiele.
Kolejnym plusem jest humor. Momenty, gdy nieco formalistyczny sposób bycia Larence’a, charakterystyczny dla marynarki wojennej, spotyka się ze zwyczajami awiatorów – z uzasadnionej konieczności bardzo podobnymi do współczesnych – bywają wręcz przekomiczne. Sam Temeraire również potrafi swojego kapitana zastrzelić celnym, acz kłopotliwym pytaniem, dostarczając czytelnikowi wiele radości. Ten niewymuszony humor, tak charakterystyczny dla powieści typowo przygodowych, do jakich niewątpliwie zalicza się "Smok Jego Królewskiej Mości", sprawia, że czytanie staje się nad wyraz przyjemne.
Umiejętność tworzenia ciekawych bohaterów to również jedna z pisarskich cnót, których autorce nie brakuje. Co prawda większość bohaterów drugoplanowych zostanie rozwinięta dopiero później, ale Novik dysponuje rzadką umiejętnością naszkicowania charakteru kilkoma słowami – i bardzo często z niej korzysta. A charaktery smocze szkicuje równie celnie, jak ludzkie, nadając im indywidualne rysy. Z pewnością każdy czytelnik znajdzie swojego ulubieńca.
Podsumowując, "Smok Jego Królewskiej Mości" to świetna lektura dla tych, którzy szukają czegoś interesującego i jednocześnie relaksującego. A gdyby mieli ochotę nieco tekst poanalizować i w nim podłubać, mogą się doszukać bardzo ciekawych rzeczy. Wielbiciele smoków będą zaś zachwyceni.
Recenzja dla portalu Unreal Fantasy.
Tytuł: "Smok Jego Królewskiej Mości"
Autor: Naomi NovikTytuł oryginalny: Temeraire: His Majesty's Dragon
Tłumacz: Paweł Kruk
Cykl: Temeraire
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2007
Stron: 352
Subskrybuj:
Posty (Atom)















