Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 maja 2024

"Nie jesteś sama, Meredith" Clarie Alexander


Jestem w mojej fazie cozy obyczajówek. A ponieważ dotąd były to obyczajówki głównie azjatyckie, postanowiłam, dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak, poszerzyć repertuar o Szkocję. Bo "Nie jesteś sama Meredith" wygląda na taką właśnie lekką cozy obyczajówkę: prosta, wektorowa grafika na okładce, przyjazne, ciepłe kolory no i opis, który sugeruje, że przyjaźni rozwiąże wszystkie nasze problemy. Och, jakież to było sprytne oszustwo. 

piątek, 11 listopada 2022

"Neurochirurdzy" Marianna Fijewska


Czasem człowiek jest zaskakiwany faktem istnienia książki. Zaskoczenie tym większe, im lepiej owa książka wpasowuje się w tematykę, którą czytelnika stara się na rynku śledzić. I taka właśnie sytuacja mi się przytrafiła. Jedną z propozycji zaproponowanych mi przez księgarnię TaniaKsiazka.pl okazali się „Neurochirurdzy” Marianny Fijewskiej. Reportaż, o którym nigdy nie słyszałam i którego nigdy nie widziałam na żadnych książkowych socjalmediach. A ponieważ dotyczy tematyki medycznej, o której lubię czytać i raczej staram się wiedzieć, co w trawie piszczy, poczułam się zaintrygowana. 

czwartek, 27 października 2022

"Reguły na czas chaosu" Tomasz Stawiszyński


Rzadko czytuję szeroko rozumianą literaturę poradnikową. A jeszcze rzadziej tę z kategorii „jak żyć”. Po „Reguły na czas chaosu” sięgnęłam głównie dlatego, że wysłuchałam kilku podcastów, w których autor (Tomasz Stawiszyński) był rozmówcą i spodobały mi się one na tyle, że skorzystałam z okazji sprawdzenia, co też pisze w książkach. I cóż… raczej fanką literatury poradnikowej nigdy nie zostanę. Choć uczciwie przyznam, ze autor odżegnuje się od nazywania swojej książki poradnikiem. 
 

środa, 13 lipca 2022

"Lincoln Highway" Amor Towles


Odkąd przeczytałam „Dżentelmena w Moskwie” stałam się wierną fanką pisarstwa Amora Towlesa. Nic więc dziwnego, że kiedy wydawnictwo Znak zapowiedziało najnowsza powieść autora, od razu wiedziałam, że koniecznie muszę ja przeczytać. Spodziewałam się wrażeń porównywalnych z „Dżentelmenem...”, więc poprzeczka była wysoko zawieszona. Ostatecznie „Lincoln Highway” okazało się powieścią bardzo odmienną od poprzedniej, ale to przecież nie znaczy, że gorszą. 

wtorek, 20 lipca 2021

"Państwo Gucwińscy" Marek Górlikowski


Małżeństwo Gucwińskich pamiętam z telewizji. Kiedy byłam mała, bardzo chętnie oglądałam „Z kamerą wśród zwierząt”, choć musiało być to dość wczesne dzieciństwo, bo niewiele z programu pamiętam. A ponieważ mieszkam daleko od Wrocławia, to razem z programem zniknęli z mojego życia, więc najnowszych związanych z nimi kontrowersji nie byłam świadoma. Kiedy w zapowiedziach pojawiła się ich biografia autorstwa Marka Górlikowskiego, umiarkowanie się nią zainteresowałam. Dopiero po wybadaniu za pomocą cudzych recenzji, jak wiele tam jest o wrocławskim zoo, postanowiłam przeczytać. A księgarnia TaniaKsiazka.pl mi umożliwiła lekturę „Państwa Gucwińskich”.

poniedziałek, 15 lutego 2021

"Początek końca?" Julita Mańczak, Jakub Małecki


Z roku na rok temat zmian klimatu staje się coraz bardziej chodliwy w dziale literatury faktu i popularnonaukowej. A już lodowce to swoiste gwiazdy tego alarmistycznego nurtu. Najwyraźniej ludzie chcą o nich czytać, bo temat bardzo na czasie a problem coraz bardziej palący. Dlatego książki takie jak „Początek końca?” szybko trafiaj do działu bestsellerów (choćby w księgarni TaniaKsiazka.pl): ludzie to kupują, ludzie się interesują. No dobra, ale z faktu, że coś się sprzedaje, nie wynika jeszcze że jest dobre (tu wstawcie sobie przysłowie o milionie much). A więc: czy książka Julity Mańczak i Jakuba Małeckiego jest dobra?

sobota, 28 września 2019

"Strażnik kruków. Moje życie wśród kruków w Tower" Christopher Skaife


Ostatnio najwyraźniej mam fazę (drobną, ale zawsze) na książki o tym, jak żyją inni ludzie. Przy czym nie chodzi o jakichś zdobywców/odkrywców czegośtamu czy wybitne jednostki. Chodzi po prostu o ludzi żyjących inaczej niż ja, czasem wykonujących ciekawy zawód, a czasem niekoniecznie. Był już pamiętnik antykwariusza, na recenzję czeka opowieść o angielskim hodowcy owiec, a w tej notce pomówimy o mężczyźnie opiekującym się krukami w Tower. 

piątek, 8 lutego 2019

"Dżentelmen w Moskwie" Amor Towles


Przyznam, że takiej zwykłej powieści głównonurtowej (czyli bez elementów fantastycznych, zagadki kryminalnej czy sensacji) nie czytałam już ponad rok. I to nawet niekoniecznie z jakiejś wielkiej niechęci. Ot, po prostu większość tego, co reklamowane czy co znajomi zachwalają to zwykle literatura problemowa albo przynajmniej ponura i pełna beznadziei. A ja nie lubię ponuractwa, zaś problemy społeczne moim skromnym zdaniem znaczniej bardziej poruszająco może opisać fantastyka (a znacznie bardziej realistycznie literatura faktu). Reszta zaś okazywała się mniej lub bardziej zawoalowanymi romansami. Nawet trochę tęskno mi było za gatunkiem (konwencją), bo ileż można się rozbijać po neverlandach czy stacjach kosmicznych. 

poniedziałek, 17 grudnia 2018

"Era dinozaurów" Steve Brusatte


W pewnym wieku znaczna większość z nas uważa dinozaury za fascynujące, najczęściej mamy wtedy około 10 lat. Dla takiego odbiorcy istnieje całe mnóstwo bogato ilustrowanych leksykonów o dinozaurach, które niestety bardzo często niezbyt przystają do obecnego stanu nauki (sprawdziłam specjalnie na okoliczność tej notki). Niemniej, jeśli z wiekiem nie chce się porzucić tematu, to tak naprawdę rynek wydawniczy nie oferuje niczego poza tymi właśnie leksykonami – wtedy pozostaje nam tylko przerzucić się na internet i liczyć, że poza tonami wątpliwej jakości artykułów w popularnych serwisach trafimy na te kilka stron z sensownymi danymi. Sama niestety w momencie kiedy dziecięce leksykony przestały mi wystarczać nie miałam jeszcze internetu, więc moja fascynacja dinozaurami przygasła na lata. „Era dinozaurów” Steve'a Brusatte okazała się świetnym bodźcem, żeby ją odpalić.  

piątek, 24 czerwca 2016

"Zakazane ciało" Diane Ducret

Nie mam bladego pojęcia jak zacząć tę notkę. W ogóle nie bardzo mam pojęcie, jak ją napisać, bo w sumie nie pisałam tutaj jeszcze nic o literaturze feministycznej (rozumianej jako literatura bardziej przedmiotu niż podmiotu. Bo taka Le Guin to jednak w większości przypadków też jest literatura feministyczna, tylko tak jakby bardziej podmiotu – feminizm na fantastycznym przykładzie, nie jako rzeczywiste dane). Co za tym idzie, nie bardzo jestem w stanie przewidzieć, co mi z tego tekstu wyjdzie. Ale będę się starać, żeby wyszedł zrozumiały wywód.

„Zakazane ciało” Ducret to zbiór krótkich tekstów o tym, jak też opisywano, przedstawiano a także odbierano kobiece narządy płciowe na przestrzeni wieków – od starożytności aż po współczesność. Czasem wagina jest tu tylko pretekstem – mamy bowiem przy okazji sporo informacji o pracy położnych albo o tym, jak też na wyzwolenie seksualne wpłynęła pornografia. Tak więc mimo dość konkretnego motywu przewodniego, przekrój tematyczny jest dość szeroki.

Na początku byłam nieco rozczarowana lekturą. Przy opisach rytuałów Starożytnego Egiptu i innych cywilizacji trochę brakowało mi szerszego kontekstu. Wiecie, sam opis rytuału niewiele mówi. Jednak im dalej w epoki, tym kontekstu pojawiało się więcej (jak sądzę, proporcjonalnie do ilości dostępnych tekstów źródłowych) i czasem rozwijały się nawet w historie konkretnych kobiet. A te czytało się bardzo dobrze i niczego im nie brakowało.

Ducret stara się przedstawić pewną drogę, jaką kobieca seksualność przeszła w ciągu tych kilku tysiącleci cywilizacji. A że cywilizacje miewały do tego podejście różne, to i jest o czym pisać. Właściwie zaskakujące jest, jak często waginie przypisywano żarłoczność i nienasycenie, przed którym należy chronić mężczyzn, tak bezbronnych przecież. Ciekawa lektura i jakże pouczająca.

Napisane jest to wszystko bardzo przystępnie i w sposób łagodny, choć wdać, że autorka dobierała argumenty i opowieści pod konkretną tezę (a jaka to teza, to już ustalcie sami). Co nie jest wadą, bo, szczerze mówiąc, w tej dziedzinie bardzo trudno jest stworzyć dokument prezentujący w równym stopniu stanowiska obu stron (choćby z tej przyczyny, ze kobietom bardzo długo odmawiano prawa do edukacji i pracy w niektórych zawodach, a w konsekwencji i tworzenia pism, na których współcześni badacze mogliby opierać zdanie drugiej strony). Z jeszcze innej strony, autorka przecież nie obiecuje obiektywizmu, a jedynie prezentację pewnej drogi, jaką kobiecość przeszła na przestrzeni stuleci.

Książkę polecam. Nie powiem, że jest to literatura wybitna czy cokolwiek, co zrewolucjonizuje czyjekolwiek poglądy, z powodu swoich gabarytów jest też nieco ograniczona (jak sądzę, aby przedstawić wszystkie zagadnienia odpowiednio dokładnie, trzebaby kilkunastu tomów). Jest to raczej coś dobrego na początek. Autorka nawiązuje do wielu ciekawych zagadnień czy postaci, które czytelnik może sobie potem zgłębiać na własna rękę, jeśli chce. A jeśli nie chce, to i tak ukończy lekturę bogatszy o pewną wiedzę.

Tytuł: Zakazane ciało. Historia męskiej obsesji
Autor: Diane Ducret
Tłumacz: Anna Maria Nowak
Tytuł oryginalny: La Chair interdite

Wydawnictwo: Znak
Rok: 2016
Stron: 382

poniedziałek, 18 maja 2015

"Historia kotów" Madeline Swan

Koty są najwyraźniej zwierzętami na tyle popularnymi wśród moli książkowych, że dość regularnie pojawiają się książki o nich (kotach znaczy), bynajmniej nie będące poradnikami dla stroskanych właścicieli. Z jednej strony album z artystycznie upozowanymi mruczkami co szlachetniejszych ras (sama podczas ostatniej wizyty w księgarni widziałam chyba trzy różne), z drugiej wywiady ze sławnymi właścicielami kotów, wreszcie opowieści o historii tych zwierząt. O tym ostatnim jest „Historia kotów” Madeline Swan, jak zresztą wskazuje tytuł.

Kiedyś widziałam książkę polskiej autorki o tym samym tytule, niestety, nigdy nie było mi dane jej przeczytać. Toteż, kiedy wpadła mi w oko niby taka sama, tyle że brytyjskiej(?) autorki, pomyślałam, że może warto brać, kiedy jest okazja – od razu porównam sobie z odpowiednim rozdziałem „Zrozumieć kota” Bradshawa. Pewne różnice widać od razu – Bradshaw skupił się raczej na historii udomowienia kota, Swan woli badać jego relacje z ludźmi w czasach zdecydowanie bliższych. Co prawda wspomina o kotach w starożytnym Egipcie (i po prawdzie, Bradshaw zrobił to znacznie bardziej szczegółowo), ale skupia się bardziej na czasach od epoki gregoriańskiej do współczesności.

I tutaj mam mały problem. Biorąc do ręki książki takie jak „Historia kotów” (czy nawet „Życie prywatne i erotyczne w starożytnej Grecji i Rzymie”, z którym miałam podobny problem) spodziewam się raczej ogólnych relacji na temat tego, jak postrzegano te zwierzęta na przestrzeni wieków, jak się nimi opiekowano, jakie miejsce zajmowało przy człowieku. Do rozdziału o epoce gregoriańskiej nawet tak to z grubsza wyglądało (podejrzewam, że dlatego, że nie było kogo cytować). Później jednak autorka skupiła się na cytowaniu zapisków sławnych ludzi i przedstawiała głównie ich relacje z pupilami. Samo w sobie nie jest to złe, ale bardzo chętnie poczytałabym szersze spojrzenie na problem. Trochę szkoda również, że cała historia kończy się w latach osiemdziesiątych – być może autorka uznała, że internetowych i telewizyjnych bardziej współczesnych kocich celebrytów zna każdy, ale uważam, że jakiś chociaż niewielki rozdział z kronikarskiego obowiązku im się należy.

Nie jest tak, że uważam czas spędzony z „Historią kotów” za zmarnowany. Fakt, spodziewałam się więcej, ale czytało mi się całkiem przyjemnie. Więc jeśli będziecie kiedyś mieli okazję przeczytać, to skorzystajcie (adnotacja dla czytaczy elektronicznych – ilustracje w książce są czarnobiałe, więc kupując ebooka i czytając na czytniku nic nie stracicie). Czy warto zapłacić pełną cenę okładkową, to już zupełnie inna kwestia.

Tytuł: Historia kotów
Autor: Madeline Swan
Tytuł oryginalny: A Curious History of Cats
Tłumacz: Miłosz Wojtyna, Marta Aleksandrowicz-Wojtyna
Wydawnictwo: Znak
Rok: 2015
Stron: 284

piątek, 16 listopada 2012

Intensywna praca na intensywnej terapii - "Oznaki życia" Ken Hillman

„Oznaki życia” to kolejny dowód na to, że od jakiegoś czasu mam fazę na książki o lekarzach i medycynie. Na szczęście Znak wychodzi naprzeciw moim potrzebom i od kilku lat wydaje książki pisane przez lekarzy. Tym razem w moje parszywe łapki wpadły przemyślenia lekarza z wieloletnim doświadczeniem wyniesionym z oddziałów intensywnej terapii.

Ken Hillman ukończył specjalizację w zakresie intensywnej opieki medycznej. Zaczynał pracę w latach siedemdziesiątych, kiedy OIOMy były jeszcze w powijakach, a techniczna i administracyjna strona pracy szpitalnej wyglądała zupełnie inaczej, niż dziś. Jego przemyślenia, uwagi i tematy, jakie porusza, dostarczają materiału do długich i licznych refleksji.

W „Oznakach życia”, które są w zasadzie zbiorem krótkich, acz ciekawych i treściwych felietonów, często przewija się kwestia roli, jaką obecnie pełnią oddziały intensywnej terapii. W założeniu wszystko było jasne – na tego typu oddziałach leżeli przez kilka dni pacjenci w ciężkim stanie, potem ich stan się poprawiał (lub umierali) i przenoszono ich gdzie indziej. Teraz OIOMy z różnych przyczyn często pełnią rolę umieralni dla starszych osób z przewlekłymi chorobami wielu narządów. Hillman zastanawia się, w którym miejscu leży granica pomiędzy leczeniem, podtrzymywaniem życia, a uporczywą terapią. Czy należy narażać starszych ludzi na kilkudniową agonię w męczarniach (OIOMy, jak powiedziano, nie są przystosowane do wielotygodniowej terapii, w związku z tym już po kilku dniach pojawiają się powikłania) w momencie, gdy doskonale wiadomo, że nie da się im już pomóc? Czy należy w tym wypadku poddawać się presji bliskich pacjenta? Czy nie lepszy byłby w takich sytuacjach powrót do zwyczajów sprzed pięćdziesięciu lat, kiedy to ludzie umierali w domu „ze starości”, otoczeni rodziną? Autor dzieli się z czytelnikami swoimi wątpliwościami, przemyśleniami i zawodowymi rozterkami, nie podaje jednak prostych rozwiązań.

Kolejną ciekawą kwestią jest zagadnienie reanimacji. Na OIOMach jej skuteczność jest zaskakująco niska, na poziomie jedynie kilkunastu procent (skrócony rozdział o resuscytacji był kiedyś drukowany w „Focusie”, może ktoś czytał?). Tak niskie wyniki przestają dziwić, gdy uświadomimy sobie, że medycyna dysponuje szeregiem medykamentów mogących wspomagać pracę serca i sprzętem, który potrafi wykryć zaburzenia w tym względzie z wyprzedzeniem. Jeśli mimo użycia tych leków i sprzętu serce pacjenta staje, musi się dziać coś gwałtownego i bardzo złego, czego osłabiony terapią organizm już nie wytrzyma. Hillman przedstawia też w bardzo zajmujący sposób krótka historię resuscytacji i w tym wypadku formułuje pewne wnioski.

To tylko wierzchołek góry lodowej, ale nie mam zamiaru streszczać całej książki. Przeczytajcie, a sami będziecie mogli docenić szeroki wachlarz tematów, poruszanych przez autora. Dodatkowa pochwała należy się też za styl, który jest przystępny i ciekawy, niemal porywający (jeśli można takiego określenia użyć w przypadku historii chorób). Podejrzewam, że teksty zebrane w „Oznakach życia” były drukowane wcześniej w jakimś czasopiśmie – świadczyłyby tym powtórzenia pewnych fraz w różnych rozdziałach. Nie są one jednak na tyle częste, żeby zakłócać przyjemność obcowania z lekturą.

Podsumowując, polecam wszystkim, których interesuje zawód lekarza. Także tym, którzy chcieliby wiedzieć więcej o tajnikach działania współczesnej medycyny. Ale głównie polecam miłośnikom sprawnie napisanych i poruszających relacji. Wszyscy znajdziecie tu coś dla siebie.

Tytuł: Oznaki życia. Przypadki z intensywnej terapii
Autor: Ken Hillman
Tłumacz:
Urszula Jachimczak
Tytuł oryginalny:
Vital Signs. Stories from Intensive Care
Wydawnictwo: Znak
Rok: 2011
Stron: 240

środa, 17 października 2012

Współczesna Odyseja - "Ulisses z Bagdadu" Eric-Emmanuel Schmitt

Eric-Emmanuel Schmitt to jeden z bardziej lubianych przeze mnie pisarzy. Zazwyczaj porusza tematy filozoficzno emocjonalne, związane bardziej z człowiekiem jako takim, niż z aktualnymi (czy też ponadczasowymi) problemami świata. Dlatego też spodziewałam się, że w „Ulissesie z Bagdadu” będzie podobnie: autor wykorzysta postać emigranta w celu poruszenia zagadnienia bardziej ogólnego. Jednak tak się nie stało.

Saad Saad jest Irakijczykiem. Przetrwał z rodziną czasy władzy Saddama Huseina (prawdę mówiąc, był wtedy jeszcze bardzo młody), chociaż starty były dotkliwe. Jednak dopiero chaos panujący po wyzwoleniu Iraku i tragedie, jakie to za sobą pociągnęło przelały czarę goryczy – Saad, jak współczesny Odyseusz, wyruszył na tułaczkę w poszukiwaniu szczęścia w niemal mitycznym, wyidealizowanym Londynie.

Autor nieprzypadkowo posłużył się w tytule imieniem Ulissesa. Podróż Saada ma pewien wymiar mityczny. Spotyka on bowiem te same przeszkody, co homerycki bohater, przycięte jednak na miarę naszych czasów. Rolę mitologicznych potworów często pełnią ludzie, nieczuli na krzywdę kogoś na tyle zdesperowanego, żeby w nieludzkich warunkach uciekać z własnego kraju.

Poza wymiarem ściśle fabularnym, jest to opowieść o humanizmie, a właściwie jego braku w europejskiej cywilizacji. Schmitt pragnie ukazać hipokryzję Europejczyków, którzy mimo unii i szczytnych idei egalitaryzmu ciągle wolą postrzegać ludzi jako równych i równiejszych. Najprostszym kryterium podziału jest miejsce urodzenia, zupełnie przecież przypadkowe. Autor stara się też uzmysłowić swego rodzaju bezsilność krajów zachodu wobec zbrodni i krzywd dziejących się w innych rejonach świata – często bowiem interwencja kończy się w momencie, kiedy interweniujący orientują się, że jest gorzej, niż było przed ich przybyciem. Masakry i niepokoje nie ustają, a granice się uszczelnia, żeby nękany nimi lud nie mógł szukać szczęścia gdzie indziej. Trudno znaleźć wyjście z tej sytuacji.

Tym razem Schmitt nie daje czytelnikowi po homerycku szczęśliwego zakończenia. Bagdadzki Ulisses nie jest bowiem żadnym bohaterem – jest tylko zwykłym człowiekiem. Niczym się nie różni od setek imigrantów, którzy każdego roku przekraczają zieloną granicę albo cały swój majątek oddają przemytnikom. Dlatego też autor do końca trzyma się tej nici realizmu. Zapewne liczy na to, że zwróci uwagę na problemy ludzi podobnych do Saada Saada.

„Ulisses z Bagdadu” to książka inna od tych powieści Schmitta, które znam. Bliższa ponuremu realizmowi, prawie wyprana z optymizmu i bardzo przejmująca, tchnąca jednocześnie poczuciem beznadziei i najczystszą, głupią nadzieją. Raczej nie nadaje się na plażę, ale gdyby ktoś miał ochotę na odrobinę refleksji, polecam.

Tytuł: Ulisses z Bagdadu
Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Tłumacz:
Jan Maria Kłoczowski
Tytuł oryginalny: Ulysse from Bagdad
Wydawnictwo: Znak
Rok: 2010
Stron: 320

poniedziałek, 15 października 2012

Prawdziwy ostry dyżur - "Komplikacje" Atul Gawande

Recenzję sponsoruje JoannazKociewia, która pożyczyła mi książeczkę. Dziękuję:)

Tematy medyczne stały się jakiś czas temu modne – można to poznać po ogromnej ilości seriali z lekarzami w roli głównej, jakie emitują różne stacje (chyba tylko seriali o policjantach jest więcej). Z pewnym opóźnieniem popularność zdobyły także książki pisane przez lekarzy i opowiadające o ich zawodowej praktyce. Nas, jako pacjentów, powinno to chyba cieszyć – ktoś wreszcie podjął trud wytłumaczenia wszystkiego w jakimś ludzkim języku. Atul Gawande w swoich „Komplikacjach” posunął się jeszcze nieco dalej. Zamiast ograniczyć się do wyjaśnienia fachowych terminów czy zawodowego żargonu, postanowił przybliżyć czytelnikom warunki pracy i specyficzne środowisko lekarzy.

Autor podzielił swoją książkę na trzy części. Pierwszą przeznaczył na przybliżenie czytelnikom często przemilczanych zjawisk w świecie medycznym (o których w jakiś sposób zawsze wiemy, tylko nie w smak nam dopuszczanie tej wiedzy do świadomej części umysłu), takich jak proces kształcenia nowego lekarza – który, siłą rzeczy, musi odbywać się na żywych pacjentach – czy natura i sposób powstawania błędów lekarskich. Dwie kolejne części traktują już o bardziej konkretnych przypadkach medycznych – jedna o tajemniczych przypadłościach, druga zaś o roli „niewiadomej” w procesie leczenia.

Muszę przyznać, że po przeczytaniu notki na tyle okładki byłam przekonana, że czeka mnie coś w rodzaju wnikliwego przeglądu ciekawostek medycznych. Jednak dostałam znacznie więcej. Gawande pragnie, aby czytelnik porzucił wyidealizowany wizerunek lekarza, jaki niejednokrotnie hoduje we własnym umyśle. Chce przede wszystkim pokazać, że lekarze są tylko ludźmi, pracującymi w bardzo specyficznym środowisku. Że aby móc szkolić swoich następców, często uciekają się do drobnych manipulacji (jeśli kogoś to oburza, niech przyzna się przed samym sobą, czy na bezpośrednie pytanie „Jestem rezydentem, czy mogę na panu przećwiczyć zabieg X?” odpowiedziałby twierdząco) i że ich zawód również jest związany z różnymi problemami, ale często brak zadowalających metod rozwiązywania ich.

„Komplikacje” jest bardzo wartościową pozycją – chyba jedną z niewielu na rynku, która pokazuje cienie codziennie towarzyszące lekarzom (o blaskach, jak i o spektakularnych porażkach często się słyszy w telewizji). Chciałabym wierzyć, że jej przeczytanie może się przyczynić do większej świadomości pacjentów w zakresie ich leczenia – jeśli nie konkretnej terapii, to przynajmniej ogólnych prawideł rządzących tym procesem. Zastanawia mnie tylko, w jakim stopniu rozważania o pracy amerykańskich lekarzy można przełożyć na polskie realia – i dochodzę do wniosku, że całkiem łatwo. Przecież wątpliwości dotyczące tego, czy uszanować autonomię pacjenta, czy też pchnąć go lekko w stronę lepszej terapii, albo na ile można zawierzyć intuicji, dotykają lekarzy niezależnie od kraju.

Polecam wszystkim, bo każdemu może się zdarzyć bycie pacjentem. A w tej sytuacji odrobina zrozumienia może znacznie ułatwić pracę obu stronom.

Tytuł: Komplikacje. Zapiski chirurga o niedoskonałej nauce
Autor: Atul Gawande
Tytuł oryginalny: Complications. A Surgeon`s Notes on an Inperfect Science
Tłumacz: Adriana Sokołowska
Wydawnictwo: Znak
Rok: 2009
Stron: 288

wtorek, 22 maja 2012

Pól Schmitta poproszę. - "Kiki van Beethoven" Eric-Emmanuel Schmitt

Lubię Erica-Emmanuela Schmitta. Pewnie dlatego, że jestem urodzoną pesymistką, a on chociaż chwilowo potrafi wzbudzić we mnie optymizm. Jak sam pisze, nie rozumie, dlaczego współcześnie za godne uwagi i wyniosłe uważa się jedynie negatywne uczucia. Sam woli zajmować się tymi pozytywnymi. Nie oznacza to bynajmniej, że jego utwory poruszają wyłącznie tematy błahe. Można powiedzieć, że mówią o tych najprostszych i jednocześnie najgłębszych.

„Kiki van Beethoven” to niewielka książeczka, na którą składają się dwa utwory. Pierwszym z nich jest opowiadanie o tym właśnie tytule, drugi to esej Schmitta „Kiedy pomyślę, że Beethoven umarł, a tylu kretynów żyje…”.

Opowiadanie nie odbiega jakością od najbardziej udanych tekstów tego autora. Oto pewna starsza pani, tytułowa Kiki, kupuje w sklepie ze starociami maskę Beethovena i zaczyna się zastanawiać, dlaczego maska w pewien sposób nie ożyła, jak zwykła to czynić, gdy staruszka była jeszcze młodym dziewczęciem. Sprawę tę postanowiła rozwiązać razem z trzema przyjaciółkami. Dzięki muzyce tego kompozytora każda z nich powoli na nowo odkrywa to, co głęboko pogrzebała z upływem lat. Esej zaś przedstawia krótki rys historyczny dziejów powyższego opowiadania oraz opis tego, czego autor się od Beethovena nauczył.

Do opowiadania nie mam zastrzeżeń. Zawiera wszystko, co u Schmitta lubię: emocje, magię rzeczy zwyczajnych, odkrycie czegoś, co – z pozoru nieistotne – ma wielkie znaczenie. Opowieść toczy się gładko i mimo niewielkich rozmiarów pozwala czytelnikowi wsiąknąć. Moim problemem jest esej.

Lubię dowiadywać się, jak powstaje dany utwór, dlatego z ufnością zagłębiłam się w „Kiedy pomyślę, że Beethoven umarł, a tylu kretynów żyje…”. Zazwyczaj też jestem ciekawa przemyśleń autora, z Schmitt sporo tutaj pisze o własnym pojęciu humanizmu i o tym, jak wiele składowych tego pojęcia wyniósł z muzyki i życiorysu Beethovena. Gorzej, kiedy autor łopatologicznie wykłada, jak na niego działają poszczególne utwory kompozytora, co należy z nich wynosić i jak sam ja odbiera. Czułam się troszkę jak na lekcji polskiego, kiedy to drobiazgowo, słowo po słowie omawia się dany utwór, mordując nie tylko wolność interpretacji, ale i urodę dzieła. Ale pal licho muzykę, przecież nikt pisarzowi nie zabroni dzielić się własnymi interpretacjami z czytelnikiem. Niestety, cały ten wywód narzuca (podejrzewam, że mimowolnie, bo autor raczej nie miał takiego zamiaru) jedynie słuszną interpretację poprzedzającego opowiadania. To chyba najgorsze, co może zrobić autor swojemu dziełu: całkowicie zepsuć radość z przeczytania.

„Kiki van Beethoven” to książka, którą polecam w połowie. W tej połowie, która jest opowiadaniem. Resztę czytajcie na własną odpowiedzialność.

Tytuł: Kiki van Beethoven
Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Tłumacz:
Agata Sylwestrzak-Wszelaki
Tytuł oryginalny: Quand je pense que Beethoven est mort alors que tant de cretins vivent suivi de Kiki van Beethoven
Wydawnictwo: Znak literanova
Rok: 2011
Stron: 152

środa, 23 listopada 2011

Młodzieńcze uczucia - "Biała jak mleko, czerwona jak krew" Alessandro D'Avenia

Książki młodzieżowe czasem miewają pewien problem: bywają infantylne. Jeśli chodzi o powieści przygodowe czy fantastyczne, przypadłość ta zwykle nie jest zbyt widoczna. Gorzej, jeśli mamy do czynienia z literaturą obyczajową: często autorzy chcąc poruszyć sprawy ważne dla dorastającego człowieka, upraszczają i zmniejszają ich wartość, myśląc naiwnie, że w ten sposób przybliżą je młodzieży. Alessandro D’Avenia jako nauczyciel został pozbawiony takich złudzeń i dlatego Biała jak mleko, czerwona jak krew jest zupełnie inna.

Głównym bohaterem jest Leo, szesnastoletni uczeń jednego z włoskich liceów. Ma wszystko, co standardowy szesnastolatek posiada w „ekwipunku”: najlepszego przyjaciela Nico, jedyną w swoim rodzaju przyjaciółkę Silvię, wieczne utrapienie w szkole z nauczycielem-idealistą, rodziców, których najchętniej trzymałby z daleka od swoich tajemnic, kilka pasji i zainteresowań oraz… Beatrice. Niezwykłą dziewczynę o włosach czerwonych jak krew. Niesamowite zjawisko, które zawładnęło jego sercem i wypełniło jego białe życie czerwienią miłości. Niedługo okazuje się, że czerwień Beatrice jest pożerana przez biel choroby…

Wszystkie wydarzenia poznajemy z perspektywy Leo. Niby zwykły szesnastolatek, ze wszystkimi charakterystycznymi dla tego wieku szaleństwami, humorami i problemami, a jednocześnie wrażliwy chłopak, jak każdy młody człowiek łatwy do zranienia. Wszystko porównuje do kolorów: biel jest pustką, czerwień to miłość i pasja, zaś przyjaźń jest niebieska. Ale czy kiedy okaże się, że trzeba przewartościować przyporządkowane już barwy, Leo wykaże się odpowiednią dojrzałością?

Autor książki jest nauczycielem, widać w jego prozie, że potrafi porozumiewać się z młodzieżą. Język, jakiego używa, a także sposób, w jaki konstruuje wypowiedzi swojego bohatera (krótkie rozdziały, czasem nieco chaotyczne, ale zawsze kipiące uczuciami) wskazuje na obeznania z omawianym środowiskiem. Jednocześnie udowadnia, że aby przemówić do młodego czytelnika, nie trzeba posługiwać się slangiem. Język literacki również jest zrozumiały, jeśli określi się nim świat znany nastolatkom. Jego elementy, takie jak telefony komórkowe, Wikipedia czy ikony popkultury wydają się swojskie, nawet jeśli nie mówi się o nich w sposób potoczny.

D’Avenia w bardzo mądry, a jednocześnie przystępny sposób pisze o rzeczach kluczowych dla każdego, ale dla młodego człowieka w szczególności. Co ważniejsze, robi to ciekawie, nie popadając w dydaktyczny ton. Idealnie odmalowuje wszystkie emocje Leo oraz sposób myślenia szesnastolatka, a także proces, jaki w nim zachodzi pod wpływem dramatycznych wydarzeń. Obrazy przekazywane przez słowa są tak żywe i pełne wrażeń, że nie sposób przejść obok nich obojętnie, nie utożsamiać się z bohaterem (nawet, jeśli już dawno przestało się być nastolatkiem). Dzięki temu treści ważne są pobierane drogą osmozy, beż wysiłku, który może zniechęcać. A kto wie, czy wtedy nie oddziałują silniej?

Niektórzy pewnie zarzucą pisarzowi, że jego powieść to w zasadzie zbiór truizmów o pierwszej miłości, zauroczeniu, dojrzewaniu i tragedii. Ale w pewnym wieku człowiek potrzebuje truizmów, bo w czasie kształtowania własnej hierarchii wartości nic nie jest oczywiste. Poza tym ilość wzruszeń, jakich dostarcza ta książka (a które prezentują poziom dużo wyższy, niż harlequiny) i materiału do przemyśleń wystarcza, aby uznać ją za świetną mimo wszystko. Martwi mnie jedynie okładka: sama w sobie jest świetna, problem polega na tym, że dziewczę na okładce może zniechęcić do lektury chłopców (tak samo jak porównanie do „Love story”), co byłoby dla nich ogromną stratą. Książkę warto przeczytać bez względu na wiek, płeć czy stan umysłu. Polecam.

 Recenzja dla portalu Unreal Fantasy.

Tytuł: Biała jak mleko, czerwona jak krew
Autor: Alessandro D'Avenia
Tłumacz: Alina Pawłowska
Tytuł oryginalny:
Bianca come il latte, rossa come il sangue
Wydawnictwo: Znak literanova
Rok: 2011
Stron: 309
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...