Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Studio Emka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Studio Emka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 września 2015

"Sowa Wesley" Stacey O'Brien

Recenzję sponsoruje wykaraska, która pożyczyła mi książkę. Dzięki!:)

Kiedy dobrzy ludzie wspomnieli, że mają książkę o sowie, co to ją autorka wychowała i do śmierci trzymała w domu (do śmierci sowy, nie autorki, bo znajomość obu zaczęła się dość wcześnie, a sowy jednak żyją krócej niż ludzie przeważnie), no to musiałam przeczytać. Zwłaszcza, że inkryminowaną sową była płomykówka – ptak, na temat którego pisałam pracę licencjacką. A poza tym lubię książki o zwierzętach, zwłaszcza te mniej lub bardziej autobiograficzne, więc dobrzy ludzie mi „Sowę Wesleya” pożyczyli.

Powieść jest zapisem dziewiętnastu lat życia Stacey O’Brien z samcem płomykówki Wesleyem. Wesley trafił do niej w wieku czterech dni, kiedy okazało się, że uszkodzony nerw skrzydła nie pozwoli mu nigdy zostać lotnikiem na tyle wytrzymałym, żeby samemu wyżywić się na wolności. Od tej pory Stacey zastępowała mu matkę, bawiła się z nim i zapewniała towarzystwo przez wszystkie te lata.

Może najpierw pochylę się nad stroną językowo-merytoryczną książki. Jeśli chodzi o książki o zwierzętach, nawet te autobiograficzne, bardzo niedobrze jest, jeśli w stopce redakcyjnej nie wyszczególniono stanowiska „konsultant naukowy”. W przypadku „Sowy Wesley” nie wyszczególniono i konsekwencje widać w tekście (choć trudno mi powiedzieć, do jakiego stopnia zauważy to przeciętny czytelnik. Prawdopodobnie nie zauważy). Przede wszystkim irytowało mnie, że Wesley zawsze jest nazywany sową płomykową. Przeczytałam sporo opracowań naukowych o płomykówkach, ale w żadnym nie spotkałam się z tą nazwą, zawsze była to płomykówka właśnie. Być może jest to jakieś dawniejsze nazewnictwo, ale przynajmniej od pięćdziesięciu lat nieużywane. Zdarza się też pomylić gatunek podgatunkiem, ale trudno określić, komu to zawdzięczamy. Poza tym była jeszcze jedna malutka rzecz, która mnie tym przekładzie irytowała. Mianowicie konsekwentne nazywanie pewnej szkoły magii i czarodziejstwa „Hogwarts”. Ja rozumiem, że to być może nie jest błąd, ale osobiście przyzwyczaiłam się do rozpowszechnionej spolszczonej formy (czyli znanego wszystkim Hogwartu) i kiedy trafiałam w tekście na wersję angielską, zgrzytałam zębami.

Poza tymi irytującymi detalami raczej nie ma się czego czepiać. Styl O’Brien może nie jest szczególnie lotny, ale autorka czytelnie potrafi wyrażać soje myśli, a i czyta się to całkiem miło. Z korektą już gorzej, bo zdarzają się nadprogramowe znaki czy litery. Ale tez nie na tyle często, żeby przeszkadzało to jakoś w lekturze.

Sama opowieść jest bardzo przejmująca. Autorka starała się z jednej strony przybliżyć nam zwyczaje dzikich sów, z drugiej pokazać, jak instynktowne zachowania wyglądają w zupełnie nienaturalnym środowisku. Trzymając płomykówkę w pokoju musisz bowiem pamiętać, żeby nie wprowadzać do niego gości (to bardzo terytorialne sowy i mogą atakować obcych), mieć w lodówce zapas martwych myszy na kilka dni (czyli około dwudziestu sztuk) a także przygotować się na to, że zostaniesz uznany za sowiego małżonka. I nie będzie żadnych kompromisów.

Tak na marginesie wspomnę jeszcze o pewnej rzeczy, która trochę mną wstrząsnęła. Autorka wspomina o szczególnie intensywnie działających pod koniec lat osiemdziesiątych grupach wyzwolicieli zwierząt, których bardzo się bała w związku z Wesleyem. Były to grupy, które po prostu wypuszczały na wolność trzymane w ośrodkach badawczych i domach zwierzęta. Nie jestem w stanie pojąć, jak ci ludzie mogli uznawać takie postępowanie za wysoce etyczne. Pomijając już fakt, że wypuszczając zwierzęta laboratoryjne zaprzepaszczali lata badań nad lekami np. na białaczkę, to właściwie równie dobrze mogli je zabijać – przynajmniej zwierzaki nie cierpiałyby głodu, bólu i chorób, a efekt ten sam. Nie ma szans, żeby laboratoryjna mysz przeżyła na wolności. Tak samo szans przeżycia nie mają ptaki czy jakiekolwiek urodzone w niewoli zwierzęta, które nie przeszły specjalnych „kursów przygotowawczych”. Nie mówiąc już o psach i kotach… Mam nadzieję, że ta moda już dawno przeminęła.

Pochylę się jeszcze na chwilę nad wydaniem. Jest kiepskie. Książka jest sklejona z jednej strony tak, że nie można jej swobodnie otworzyć, z drugiej zaś tak, że wylatują z niej kartki. Przynajmniej czcionka jest wygodna w czytaniu. I trochę nie rozumiem wyboru zdjęcia na okładkę. Płomykówki to piękne ptaki i bez problemu można znaleźć przykuwającą uwagę grafikę, tymczasem wybrano zdjęcie pisklęcia (które przypominają kiepsko wyrenderowane upiory) i dziwacznie wycięto je w Photoshopie. Przez to książka zamiast przykuwać uwagę, odstrasza…

Powiem wam na koniec, że mimo irytujących elementów tłumaczenia i redakcji, to dobra książka i świetnie się przy niej bawiłam. Polecam ją każdemu, kto chce zobaczyć, jak to jest mieć kawałek dzikiej przyrody pod dachem. I przekona, żeby nie robić tego w domu.;)

Tytuł: Sowa Wesley
Autor: Stacey O'Brien
Tytuł oryginalny: Wesley the Owl
Tłumacz: Anna Kaliszewska
Wydawnictwo: Studio Emka (Fontanna)
Rok: 2010
Stron: 240

sobota, 7 maja 2011

A upiór nieco trąci myszką... - "Upiór w Operze" Gaston Leroux

Recenzja sponsorowana przez Arię, która mi wspaniałomyślnie książeczkę pożyczyła. Dzięki!:)

Moim pierwszym kontaktem z „Upiorem w Operze” był utwór pod tym samym tytułem wykonywany przez zespołu Nightwish – i muszę przyznać, że to wykonanie podoba mi się dużo bardziej, niż wykonanie filmowe (swoją drogą bardzo bym chciała usłyszeć, jak by to brzmiało, gdyby w filmie partię damską wykonywała Tarja Turunen). Film takoż widziałam, a teraz przyszedł czas na książkę. I muszę przyznać, że chyba jednak wolę film…

Fabułę z grubsza chyba wszyscy znają, ale dla tych, którzy nie znają, albo zapomnieli, nakreślę w kilku zdaniach. Chrystine Daae to młoda, świetnie zapowiadająca się śpiewaczka, której triumf na deskach Opery Paryskiej wszystkich zaskoczył. Szczególnie zaś wicehrabiego Raula de Chagny, który znał ją jeszcze z czasów dzieciństwa i właśnie poczuł, że jest w młodej damie szaleńczo zakochany. Natychmiast pobiegł jej to oświadczyć, ale dziwne zachowanie damy serca podziałało jak kubeł zimnej wody. Tymczasem w budynku opery grasuje upiór. Nie dość, że płata niesmaczne figle, że terroryzuje pracowników, którym zdarzają się czasem śmiertelne wypadki czy tajemnicze zaginięcia, to jeszcze wysuwa bezczelne roszczenia w stosunku do dyrekcji. Jest też na zabój zakochany w Chrystine. I w tym przypadku stwierdzenie „na zabój” może okazać się totalnie dosłowne.

Książka pierwszy raz została wydana równo 100 lat temu i to niestety widać. Niektóre ówczesne prawidła konstrukcji powieści nijak nie przystają do tego, czego oczekuje współczesny czytelnik. Chodzi głównie o rozkład ciężaru poruszanych zagadnień, który momentami dla czytelnika jest zupełnie nieatrakcyjny, chociaż nie mam wątpliwości, że przed wiekiem tego właśnie pożeracze słowa pisanego oczekiwali. Inne cechy to rozbudowane opisy (chociaż dla mnie to dodatkowa atrakcja) oraz specyficzny sposób zaznaczania emocji w tekście (o tym później). Krótko mówiąc, powieść trąci myszką. Na szczęście nie tak bardzo, żeby obecnie nie można było jej z przyjemnością czytać. 

Na początek zajmijmy się warstwą  językową. Pan Leroux charakteryzuje się talentem do budowania wspaniałych opisów, zwłaszcza, jeśli chodzi o śpiew. Nie mam pojęcia, jak on to robi, ale pieśni artystów operowych, jak i samego upiora zdawały mi się tak niesamowicie realne, jakbym je słyszała, a nie tylko o nich czytała. Jeszcze nigdy nie miałam okazji zetknąć się z takim mistrzostwem w opisie dźwięku. Trochę gorzej ma się sprawa z opisami rzeczy bardziej namacalnych, jak choćby pomieszczenia. Tutaj autor potrafi przytłoczyć ilością szczegółów, co w połączeniu z manierą wplatania ich w akcję w sposób często nużący dla czytelnika sprawia, że momentami książka staje się nudna. Najbardziej irytujące wydało mi się jednak nadużywanie wielokropków i wykrzykników, głównie w dialogach, ale również w tekście narracyjnym. Często-gęsto konstrukcje typu wykrzyknik+wielokropek (!...) kończą każde zdanie w półstronicowym (lub dłuższym) akapicie. Może kiedyś było przyjęte taki wyrażanie silnych emocji bohaterów, ale teraz czyta się to jak wynurzenia rozchwianej emocjonalnie dwunastolatki.

Jeśli już przy bohaterach jesteśmy to muszę przyznać, że dwoje z nich mnie szczególnie irytowało. Palmę pierwszeństwa dzierży tu nasza mała Chrystine, o której zawsze się mówi, że to słodkie, niewinne i naiwne dziewczątko. Poza tym cięgle mdleje, tudzież płacze błagając i zaklinając (nie mylić z przeklinając!) – generalnie zachowuje się jak skrzyżowanie Danuśki Jurandówny z zestresowanym królikiem. Wiem, że prawidła powieści podonczas wymagały, aby tragiczno-romantyczna heroina taka właśnie była, ale osobiście nie trawię takich wiotkich dziewczątek. Drugie miejsce zaś zajmuje jej ukochany, wicehrabia Raul – głównie za to, że zachowuje się na zmianę jak rozpuszczony pięciolatek i napalony czternastolatek (tylko proszę się tu nie dopatrywać żadnych podtekstów – autor co drugą stronę raczy nas zapewnieniami, że ich miłość była słodka i niewinna aż do obrzydliwości). Za to tytułowy Upiór udał się świetnie. Autor bardzo przekonująco, chociaż jak na mój gust zbyt oszczędnie odmalował tu psychikę człowieka genialnego, ale odrzuconego przez społeczeństwo ze względu na fizyczną ułomność. Najwięcej mojej sympatii budzi najczarniejszy charakter powieści.

Dwa słowa o wydaniu. O ile papier i klejenie jest świetnej jakości i wydawcy wyraźnie zależało na tym, aby wypuści w świat produkt solidny, to niestety literówek nie udało się ustrzec . Jest ich sporo, co bardziej czepliwy czytelnik może poczuć dyskomfort podczas lektury. Poza tym, oprócz paskudnej grafiki okładkowej, wad brak. Ach, zapomniałabym dodać, że jest to najlepsze z obecnie dostępnych polskich tłumaczeń.

Podsumowując, polecam raczej czytelnikom wytrwałym, zaprawionym w bojach nie tylko z literaturą współczesną, ale też i starszą (jeśli kogoś odstrasza język „Lalki” czy powieści Sienkiewicza, „Upiora w Operze” raczej nie strawi). Inni mogliby się poczuć rozczarowani.

P.S. Czy ktoś mi może powiedzieć, dlaczego w filmach „ten zuy” zawsze jest przystojniejszy i bardziej temperamentny od „tego dobrego”? Przez ten fakt zawsze wychodzi na to, że główna bohaterka jest jakaś mało rozgarnięta, bo wybiera tego brzydszego i bardziej ciapowatego (albo też jest wyrachowana, bo ten ciapowaty zawsze dziwnym trafem jest bogatszy i lepiej sytuowany…).

Tytuł: Upiór w Operze
Autor: Gaston Leroux
Tłumacz: Andrzej Wiśniewski
Tytuł oryginalny:
Fantôme de l'Opéra
Wydawnictwo: Studio Emka
Rok: 2005
Stron: 351
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...