Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Garth Nix. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Garth Nix. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 lutego 2016

"Zagubieni Książęta" Garth Nix

Garth Nix jest w u nas znany głownie z cyklu o Starym Królestwie. Niedawno Wydawnictwo Literackie go wznowiło, dorzucając całkiem nowy prequel. Poza tym wznowiło (i wydało do końca) jeszcze jeden cykl fantasy, przeznaczony dla młodszych czytelników. Idąc za ciosem, wydali „Zagubionych Książąt” – całkiem świeżą jeszcze powieść, jak na razie pozbawioną kontynuacji. Biorąc pod uwagę, że kilka powieści autora jeszcze nie zostało przetłumaczonych, czekam na rozwój sytuacji. Tymczasem pochylmy się nad „Zagubionymi Książętami”.

Kemri urodził się jako zwykły człowiek, ale teraz jest Księciem Imperium, jednym z milionów sobie podobnych, co nie znaczy, że pospolitych. Ma udoskonalone ciało oraz odpowiednio uwarunkowany umysł, a zwykli ludzie mają obowiązek spełniać każdą jego zachciankę. Mało tego, jeśli Kemri umrze może się odrodzić – niektórzy Książęta dokonali tej sztuki już kilkadziesiąt razy. Wydawałoby się, że jest panem samego siebie, a cały wszechświat tylko czeka, żeby wykonywać jego zachcianki. Kemri jednak dość szybko przekonuje się, że ten lukrowany obrazek jest tylko iluzją, a wartości wdrukowane mu podczas imperialnego szkolenia nie koniecznie są jedynym istniejącym systemem życia w społeczeństwie…

Zacznę może od tego, że bardzo podoba mi się wykreowany przez autora świat Imperium galaktycznego. Składa się ono z miliardów planet („Prawie tyle, co Stara Republika” – zakrzyknął z offu Luby), ale Nix nie skupia się na prezentowaniu nam jego uroków i różnorodności. A to dlatego, że jego bohater i narrator jednocześnie jest Księciem. A to oznacza, że co prawda urodził się zwyczajnie, ale od maleńkości był poddawany licznym zabiegom, mającym przekształcić go w nadczłowieka oraz, że wychowywany był w przekonaniu, że reszta świata istnieje tylko po to, by spełnić jego zachcianki (poza innymi Książętami, bo oni mogą stanowić zagrożenie). Świat Książąt jest izolowany od zwykłych ludzi (nawet służba jest odpowiednio programowana), a Książęta izolują się od siebie, bo każdy stanowi zagrożenie dla reszty.

Tak więc relacje Książąt są skrajnie makiaweliczne, żeby nie powiedzieć patologiczne. Od początku uczy się ich skrajnego egocentryzmu i postrzegania innych przez pryzmat tego, jak bardzo użytecznymi narzędziami mogą być, zaś wszelkie uczucia altruistyczne są w miarę możliwości rugowane, gdyż jedynym pragnieniem Księcia powinno być zostanie Imperatorem. W dodatku wpaja się im przekonanie o wyjątkowości. Niestety, jak dość szybko przekonuje się Kemri, wyjątkowość ta jest tylko iluzją. Tak samo, jak książęca wolność. Co prawda oczywiście młody Książę może postąpić jak chce, ale raczej prędzej niż później źle to się dla niego skończy, więc lepiej się nie sprzeciwiać. To uczucie prowadzania na złotej smyczy oraz rozczarowanie Kemriego, kiedy dociera do niego, że nigdy tak naprawdę nie będzie wolny, stanowią o sile powieści.

Ale właściwie miałam napisać kilka słów o świecie przedstawionym. Spodobało mi się, z jaką łatwością autor opisuje wysoce stechnicyzowane jakby nie patrzeć, środowisko imperium. Mamy tu mnóstwo technologii (dość sztampowej na tle innych utworów gatunku, ale to nie przeszkadza), która nie dość, że przy opisie nie atakuje niezrozumiałym techobełkotem, to jeszcze wplata się idealnie w opowieść i buduje doskonały świat biotechowych statków, zdolnych porozumiewać się telepatycznie z pilotami i tym podobnych zjawisk. Być może, kiedy opisuję to teraz, wygląda na kicz nad kicze, ale Nix jest lepszym pisarzem ode mnie i kiczowatości u niego nie widać. Tylko przemyślnie skonstruowany świat.

Właśnie, a propos języka i pisania. Nie wiem, czy to kwestia przekładu czy zmiany gatunku (raczej nie rozwoju autora, „Clariel” pisana całkiem niedawno nie rożni się pod tym względem od znacznie starszych książek), ale wydaje mi się, że język Nixa w „Zagubionych Książętach” nabrał lekkości i bezpośredniości, której w „Starym Królestwie” nie było. Dla mnie jest to zmiana bardzo na plus.

Podsumowując, „Zagubieni Książęta” to bardzo udana powieść młodzieżowa, o której nie bardzo wiem co napisać (co mówię po wyprodukowaniu ponad pół tysiąca słów tej notki). Dodatkowym plusem jest fakt, że na razie nic nie wiadomo o kontynuacji, a więc jeśli ktoś poszukuje jednotomowej lektury, ta będzie jak znalazł. Mam tylko nadzieję, że paskudna okładka nie zrobi jej niedźwiedziej przysługi. 

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Literackiego.

Tytuł: Zagubieni Książęta
Autor: Garth Nix
Tytuł oryginalny: A Confusion of Princes
Tłumacz: Natalia Wiśniewska
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok: 2016
Stron: 360

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

"Clariel" Garth Nix

Cykl o Starym Królestwie przez długi czas pozostawał trylogią, nie licząc oczywiście pojawiających się okazjonalnie opowiadań. Po latach jednak autor postanowił wrócić do tego świata, najwyraźniej zatęskniwszy za nim tak, jak i stosunkowo liczni fani. Z jednej strony podążył szlakiem dobrze znanym – postanowił ukazać młodą dziewczynę (znowu) na rozdrożu, poddaną działaniu sił znacznie potężniejszych niż ona. Z drugiej, obrał dla Clariel zupełnie inną ścieżkę rozwoju.

Clariel jest córką najbardziej utalentowanej złotniczki w kraju i jednocześnie wnuczką Abhorsena (choć ten ostatni fakt raczej nie odgrywa roli w jej życiu). Wcześniej mieszkała na głębokiej prowincji, w pobliżu ukochanego Wielkiego Lasu, lecz rozwój kariery matki wymusił na całej rodzinie przeprowadzkę do stolicy. Niepokorna dziewczyna o naturze samotnika bardzo męczy się wśród murów i konwenansów oplatających wyższe sfery. Z każdym kolejnym dniem zaczyna coraz poważniej myśleć o ucieczce, choćby i wbrew woli rodziców. Jednak sprawy ulegają poważnej komplikacji.

Nix postanowił pokazać czytelnikom obraz innego Starego Królestwa, niż znane im do tej pory i w tym celu cofnął się o sześćset lat. Nie patrzymy już na resztki po dawnej potędze, rozkładającej się na oczach bohaterów. Widzimy królestwo silne i dostatnie, nie nękane przez Zmarłych, nekromantów i istoty Wolnej Magii. Król co prawda jest stary i niedołężny, dawno odmówił sprawowania obowiązków, pogrążony w oczekiwaniu na powrót dawno zaginionej wnuczki, ale szeregowy obywatel nie odczuwa braku władzy. Abhorsenowie od trzech pokoleń nie mieli ani jednego Zmarłego czy istoty Wolnej Magii do zwalczenia, toteż zgnuśnieli całkowicie i zajęli się organizowaniem imprez terenowych (czyli wielkich polowań). To właściwie tyle zmian, bo jeśli chodzi o rozwój technologiczny czy społeczny to sześćset lat nic w tej materii nie zmieniło (choć przyznam autorowi, że do czasu akcji „Sabriel” zaginęło sporo wiedzy magicznej). Z drugiej strony, całkowicie brak tu wzmianek o Ancestriell. Trochę szkoda, mogłyby ubarwić świat przedstawiony (ale niestety, w opowieści, którą otrzymaliśmy, nie ma nawet miejsca, żeby je dodać). Za to mamy kilka elementów, które wzbogacają wiedzę o świecie, a o których nie było mowy wcześniej (i szczerze mówiąc, ataki berserku, które podobno często zdarzają się u ludzi z królewskiego rodu, wyglądają mi na wymyślone specjalnie na potrzeby Clariel. Z drugiej strony, można je ładnie wpasować w przypadek Kerrigora z trylogii…).

Ale przejdźmy może do samej bohaterki, bo nieco się różni od dotychczasowych dziewczyn Nixa. I Sabriel, i Lirael pokornie przyjmowały swój los, postawione przed jego nieuchronnością, wykazując się przy tym niezłomnością i siłą charakteru, a także łamiąc własne ograniczenia. Clariel jest inna. Buntuje się przeciw rzeczywistości i pragnie zrealizować swoje marzenia bez względu na okoliczności (trzeba dodać, że nad jej głową nie wisi żadne przeznaczenie, buntuje się więc nie przeciw siłom wyższym, ale przeciw woli ludzi, chcących nią manipulować i wykorzystać do własnych celów). Zdecydowanie więcej w niej egoizmu niż w znanych dotąd bohaterkach, ale Nix podkreśla, że w dążeniu do tego, co czyni nas szczęśliwymi nie ma nic złego (kluczowe za to są metody i nieuleganie pokusom łatwej drogi). Trochę zanadto upraszcza, szczerze mówiąc. O ile ciekawiej by było, gdyby Aronzo, z którym rodzice chcą wyswatać Clariel, nie był skończonym, zarozumiałym dupkiem, tylko sympatycznym chłopakiem (choć z drugiej strony, nastoletnim odbiorcom mogłoby byś trudno sympatyzować z Clariel, jeśli ta mimo wszystko odrzuciłaby jego zaloty. Względnie odezwałyby się głosy starszych czytelników, że znowu powieść dla młodzieży, gdzie aranżowane małżeństwo jest kreowane na najźlejsze zło bez żadnego powodu. I tak źle, i tak niedobrze).

Szczerze mówiąc, po „Clariel” pozostał mi spory niedosyt – równie chętnie jak jej historię, przeczytałabym opowieść o Belu (chłopaku, koniec końców okazującym się pierwszym od trzech pokoleń Abhorsenem z prawdziwego zdarzenia) czy zaginionej księżniczce. Ale jeśli opowieść otwiera więcej szlaków niż zamyka i jeszcze sprawia, że chciałoby się nimi podążyć, to jest to raczej zaleta, prawda?

PS. Odnośnie smoka na okładce – rzeczywiście pojawia się w książce. I jakkolwiek bestia wygląda całkiem ciekawie, tak jej wątek mnie rozczarował. Wolę chyba, gdy autor pozostaje przy zwierzętach futerkowych.

PS.2. Nix w posłowiu zapowiada kolejną książkę, tym razem kontynuację trylogii (mam nadzieję, że jak już ją wreszcie napisze i dostaniemy polskie wydanie, będzie ono wzbogacone o opowiadanie, którego wątki rozwija). Czekam niecierpliwie.

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Literackiego.
Tytuł: Clariell
Autor: Garth Nix
Tytuł oryginalny: Clariel. The Lost Abhorsen
Tłumacz: Agnieszka Kuc
Cykl: Stare Królestwo
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok: 2015
Stron: 496

środa, 4 lutego 2015

Druga część drugiej części, czyli podróż spadkobiercy Budowniczych Mostu - "Abhorsen" Garth Nix

I tak dotarłam do kresu tej historii. Nie powiem, że poczułam się rozczarowana – wręcz przeciwnie, to kawałek solidnej historii z rodzaju takich, które lubię. Ale pewien niedosyt pozostał. Nie spodziewałam się zaskoczenia, ale jakaś mała, uparta część mojej podświadomości ciągle miała nadzieję. Więc nie rozczarowałam się, choć ciągle szkoda, że mała część podświadomości się myliła.

W „Lirael” zakończyliśmy przygotowania do wielkiego starcia. Teraz zmierzamy już tylko do nieuchronnego końca, czyli decydującej bitwy z wielkim złem. Tajemnice zostaną odkryte, przeciwnicy staną naprzeciw siebie, a przeznaczenie się dokona. Dlatego też dajmy już spokój fabule, nie będę przecież spolerować.

Prawda jest taka, że trudno mi coś napisać o „Abhorsenie”. Jest bezpośrednią kontynuacją „Lirael” i tworzy z nią spójną całość – są właściwie jedną powieścią. Dlatego dam sobie z tym spokój i odpłynę w dygresje.

Powiem wam, że ta powieść w dwóch częściach nie bawiła mnie tak, jak „Sabriel”. Nie pomyślcie po tym, co napiszę dalej, że nie jest to książka dobra, bo jest i można się przy niej fajnie bawić. Ale… wszystko to już było – w „Sabriel” właśnie. Autor przedstawił nam bardziej rozbudowaną wersję schematu, który poznaliśmy wcześniej. Owszem, ma to swoje dobre strony – możemy znacznie lepiej poznać Stare Królestwo, dotrzemy wreszcie do dziewiątej strefy Śmierci i poznamy genezę tego i owego zjawiska. Można więc powiedzieć, że walor krajoznawczy jest wielki.

Niemniej, pozostaje niedosyt. Co prawda uwielbiam rozbudowywanie uniwersów, nawet kosztem fabuły, ale niech ona będzie rachityczna czy pretekstowa. Tylko nie powtarzalna. To samo dotyczy bohaterów, którzy co prawda są przesympatyczni, ale jakby skądś ich znam. Lirael, choć zaczynała inaczej, teraz jest już drugą Sabriel, a tę historię już czytałam. To samo dotyczy Sametha, który krok za krokiem podąża ścieżką swojego ojca. I tylko powracająca wojna podjazdowa Moggeta z Podłym Psiskiem jest pewnym novum.

Nie chcę, żebyście odnieśli wrażenie, że „Abhorsena” nie warto czytać. Warto. To naprawdę ciekawa powieść. Tylko mało odkrywcza i dość powtarzalna. W sumie nie przeszkadza mi to. Nawet jeśli kolejna książka Nixa z tego uniwersum będzie równie powtarzalna, to i tak ją przeczytam. Bo najbardziej lubimy piosenki, które znamy. Zwłaszcza, jeśli to całkiem niezłe covery.

Książkę otrzymam od Wydawnictwa Literackiego.
Tytuł: Abhorsen
Autor: Garth Nix
Tytuł oryginalny: Abhorsen
Tłumacz: Agnieszka Kuc
Cykl: Stare Królestwo
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok: 2014
Stron: 424

środa, 14 stycznia 2015

Razem ze mną kundel bury, czyli Książę Sameth - "Lirael" Garth Nix

Zaczynając „Lirael” myślałam, że mam do czynienia z podręcznikową trylogią (czyli taką, gdzie każdy tom jest o czymś innym, ale rozgrywają się w tym samym świecie i bohaterowie poprzednich pojawiają się na drugim i dalszych planach kolejnych). „Sabriel” miała ładnie zamkniętą historię, „Lirael” zaczęła się jakieś czternaście lat później, wszystko się zgadzało. Jednak zakończenia opowieści rozpoczętej w „Lirael” najwyraźniej doczekamy się dopiero w „Abhorsenie”. Jakie to szczęście, ze dostałam od razu trzy tomy.

Stare Królestwo znowu ma swojego Króla, któremu Clayry, Widzące przyszłość, mogą służyć radą. Niestety, czternastoletnia Lirael nie otrzymała jeszcze daru widzenia. Co oznacza, ze ciągle jest uważana za dziecko i odszczepieńca, podczas gdy już o kilka lat młodsze kuzynki mogą wdziać „dorosłą” biel. Na szczęście, udaje jej się zdobyć pracę w Bibliotece. Dzięki temu udaje jej się z pewna pomocą magii uzyskać wiernego przyjaciela – Podłe Psisko. Jeszcze nie wie, ze za kilka lat przyjdzie jej wyruszyć na samotna wyprawę.

Pewnie trochę się czepiam, ale widzę u Nixa pewne schematy – nie walą po oczach (dlatego też może mi się tylko wydaje i jestem przewrażliwiona), ale chyba są. Znowu osią fabuły staje się nastoletnia bohaterka, jednak w przeciwieństwie do tych z nowszych powieści, Lirael dostaje swoje zadanie do wypełnienia, gdy jest już pełnoletnia. Znowu też towarzyszy jej magiczne zwierzę i spotkany po drodze chłopak w zbliżonym wieku, z problemami egzystencjalnymi i wyrzutami sumienia (choć tym razem autor męskiego protagonistę rozwija i przed spotkaniem, nie tak jak w „Sabriel”). Wbrew pozorom, nie widzę tego jako wady, raczej jako powracający leitmotiv. Choć momentami bywa irytujący.

Sami bohaterowie, mimo że oparci na podobnym jak wcześniej schemacie, jednak nie są klonami Sabriel i Touchstone'a. Gdy Lirael staje przed swoim pierwszym wyzwaniem, nie ma za sobą ani chwili treningu czy nauki (za to ma dość specyficznego nauczyciela, który najwyraźniej uważa, że uczyć się należy przez praktykę). Niemniej, jest dzielną dziewczyną i kiedy pięć lat później musi stanąć przed swoim przeznaczeniem, jest gotowa, choć przerażona i pełna wątpliwości. Trochę inaczej wygląda sytuacja z księciem Samethem. Ten kompletnie nie widzi się w roli, jaką najwyraźniej mu przeznaczono, a sytuację pogarszają jeszcze traumatyczne przeżycia w Śmierci. Co ciekawe, zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka na nim ciąży. Na szczęście dla czytelnika, nie pogrąża się w odmętach nastoletniego angstu i nie użala nad faktem, że nie jest wolny jako ta ptaszyna, tylko musi wykonywać obowiązki ciążące na nim z racji urodzenia. Nie potrafi sobie jednak z nimi poradzić i nie widzi możliwości zmiany tego stanu rzeczy (co gorsza wie, że kiedyś wszyscy będą mogli liczyć na niego i tylko na niego), więc popada w coraz głębszą depresję i wyrzuty sumienia. To ciekawy pomysł na bohatera, ale trochę niecodziennie wypada w tym cyklu drugi już tandem z silną kobiecą i znacznie słabszą męską połową.

Przejdźmy teraz do kwestii, na której kompletnie się nie znam, czyli do tłumaczenia. Jak wspominałam poprzednio, każdy tom trylogii tłumaczył ktoś inny i to widać. Przyznam, że styl Rafała Śmietany (tłumacza „Lirael”) odpowiada mi dużo bardziej niż Elżbiety Nowakowskiej (tłumaczki „Sabriel”). Jest dużo bardziej swobodny, nie tak sztywny i tę różnicę dałoby się wyczuć nawet bez wiedzy, że przekłady wykonywały dwie rożne osoby. Niestety, wydawnictwo nie ujednoliciło terminologii. Nie jest to może szczególnie irytujące – większość nazw nie różni się w obu tomach – ale trochę zgrzyta. Teraz nastąpią laickie dywagacje od czapy, więc jeśli zajrzy tu jakiś tłumacz i zobaczy, że plotę dyrdymały, to niech da znać. Zmiana dotyczy głównie dwóch terminów: Krwawych Wron/Kruków i Zjaw/posłańców Kodeksu. Przy tym pierwszym przyznam, że bardziej odpowiada mi wersja pana Śmietany. Angielskie crows tłumaczy się przeważnie jako wrony, ale gugiel twierdzi, że użycie go w stosunku do kruka też jest dopuszczalne. No i większość zagranicznych wron jest jednak całkowicie czarna, w przeciwieństwie do polskich, które są szare z czarnymi skrzydłami. Kruki są czarne wszędzie, więc polski czytelnik, czytając o kruku zobaczy coś bliższego zamysłowi autora, czyli czarnego ptaka. Last not least, to kruki są kojarzone z magią, często czarną, więc jakby bardziej trzymają się klimatu. Co do Zjaw Kodeksu, to szczerze przyznam, że nie wiem, który przekład bym wybrała. Posłańcy pana Śmietany są co prawda wierniejsi oryginałowi (właściwie dosłownie go tłumaczą), ale z kolei zjawy pani Nowakowskiej lepiej oddają wygląd tych istot. Z drugiej strony, niezbyt oddają ich naturę.

Nix nie należy do tych autorów, którzy lubują się w cliffhangerach, więc jeśli nie macie pod ręką „Abhorsena”, to będziecie mogli spokojnie go zdobyć, wiedząc, gdzie bohaterowie na was zaczekają. Niemniej zalecam kompleksowy zakup. To historia, którą chce się poznać do końca. 
Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Literackiego.
Tytuł: Lirael. Córka Clayrów
Autor: Garth Nix
Tytuł oryginalny: Lirael. The Daughter of Clayr
Tłumacz: Rafał Śmietana
Cykl: Stare Królestwo
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok: 2014
Stron: 488


PS. W tworzeniu odczapistego akapitu o przekładzie pomogła mi Gauleiter Sida, służąc swym oryginalnym Nixem.

sobota, 27 grudnia 2014

Ze śmiercią jej do twarzy, czyli kot, czarownica i stary galion - "Sabriel" Garth Nix

Cykl o Starym Królestwie Gartha Nixa był mi polecany już kilkukrotnie, niestety, zazwyczaj w momencie, kiedy nie można już było go kupić (a w bibliotekach też nie mieli). Co dziwniejsze, jak dotąd niezbyt interesowałam się tym, o czym właściwie ta trylogia opowiada. Na szczęście pod koniec roku Wydawnictwo Literackie postanowiło przypomnieć czytelnikom o tej pozycji i wypuściło nowe wydanie. Już trzecie, co w polskich realiach świadczy o sporej popularności.

Sabriel jest córką Abhorsena – maga, który zajmuje się odsyłaniem opornych Zmarłych raz na zawsze do Śmierci. Ojciec postanowił, że będzie się wychowywać w Ancelstierre, kraju pozbawionym magii, oddzielonym Murem od Starego Królestwa. Często ją tam jednak odwiedzał. Pewnego razu nie pojawił się o umówionej porze, udało mu się tylko przesłać córce atrybuty Abhorsena – miecz i dzwonki. Teraz to Sabriel będzie musiała walczyć ze Zmarłymi. I przede wszystkim odnaleźć zaginionego ojca.

„Sbariel” to dobra powieść młodzieżowa. Nie ma wszystkoumiejącej i och jak bardzo wyemancypowanej bohaterki (od razu powiem, że lubię wyemancypowane bohaterki. Nie lubię takich, które gardzą mniej wyemancypowanymi koleżankami, a to się często zdarza w młodzieżowej fantastyce), zajmującej się głównie udowadnianiem, jak wyjątkowa na tle rówieśniczek jest. Sabriel jest zrównoważona, silna i dojrzała jak na swój wiek, a tego wszystkiego nie wykłada prosto z mostu narrator – widać to po jej czynach. Jednocześnie, mimo całej siły i magicznych umiejętności, wrzucona do świata, którego praktycznie nie zna i wykonując zadanie, której ją przerasta, czuje się zagubiona. To zagubienie i niepewność sprawiają, że tym bardziej jest ludzka i można ja polubić. To też jedna z nielicznych książek w tym gatunku, kiedy nie możemy być pewni, czy główni bohaterowie wyjdą cało z przygód.

Poza tytułową bohaterką, mamy kilka ciekawych postaci drugoplanowych. Jest więc Mogget, niezidentyfikowana, potężna istota, chwilowo pod postacią białego kota. Ma idealnie koci charakter i bardzo go polubiłam, bo mam słabość do zgryźliwych, szorstkich i lekko egoistycznych kotów. Touchstone z kolei miał być tajemniczym młodzieńcem, ale po prawdzie to od razu wiadomo, kim tak naprawdę jest (choć sam tego nie pamięta). Trochę też brak mu charakteru, a fakt, że definiuje go głównie poczucie winy, w pewnym momencie staje się męczący. Jednak i tak można go lubić. I w tym momencie trzeba uświadomić sobie, że „Sabriel” to jednak powieść bardzo kameralna – poza czarnym charakterem i gościnnie występującym Abhorsenem nie ma już znaczących postaci, choć bohaterów epizodycznych poznajemy jeszcze sporo.

Nowe wydanie jest bardzo ładne - tłoczone nazwisko autora,
lakieorwane znaki kodeksu na okładce i skrzydełka, a w środku
śliczna mapa. No i taka fajna, magnetyczna zakładka.:)
Świat powieści i system magiczny w nim obowiązujący również oparto na ciekawym pomyśle. Akcja rozgrywa się w Starym Królestwie i Ancelstierre. Pierwsze to typowa, chyląca się ku upadkowi pseudośredniowieczna kraina fantasy z magią, żywymi trupami i zaginionymi rodami. Oddzielone Murem Ancelstierre przypomina raczej angielska prowincje z początku dwudziestego wieku i poza strefą graniczną sąsiadującą bezpośrednio z Królestwem jest magii pozbawione. Gdybym miała zgadywać, powiedziałabym, że to sztuczny podział, wprowadzony być może przez tajemniczych Budowniczych Muru – być może oczyścili oni Ancelstrierre z magii i postawili Mur, aby ten stan rzeczy utrzymać. Ale to tylko moje insynuacje, choć wysnute z tego, co napisał Nix.

Magia Starego Królestwa oparta jest na dźwięku. Do walki ze Zmarłymi służą dzwony, siedem magicznych dzwonków to podstawowe wyposażenie każdego nekromanty. Znaki magicznego Kodeksu, który przesyca wszystko w Starym Królestwie (a przynajmniej tak było, gdy królestwo kwitło), można wygwizdać, a pewnie i wyśpiewać też by się udało. Przyznam, że ten system to swego rodzaju powiew świeżości w gatunku opanowanym przez rożne przejawy Prawdziwej Mowy i siły Woli.

Sama fabuła może nie jest szczególnie odkrywcza czy nowatorska – ot, quest w celu uratowania ojca. Ale autor poprowadził ją wartko, przy okazji umiejętnie odsłaniając nam tajniki stworzonego przez siebie świata. Co prawda język jest dość sztywny, ale trudno powiedzieć, czy to wina tłumacza, czy autora. Okaże się, kiedy przeczytam drugi tom, tłumaczony przez kogoś innego (to niepokojące, że każdy tom trylogii miał innego tłumacza, ale mam nadzieję, że przynajmniej redakcja odrobiła pracę domową).

Gdybym teraz robiła swoja listę ekranizacji, które chciałabym zobaczyć, „Sabriel” z pewnością by się na niej znalazła. Jest idealna do przeniesienia na ekran. Chwilowo pozostaje mi jednak zachwyt nad słowem pisanym, wracam więc do lektury. Przede mną jeszcze dwa tomy, a na horyzoncie majaczy prequel. Nie mogę się doczekać.

Ksiązke otrzymałam od Wydawnictwa Literackiego.

Tytuł: Sabriel
Autor: Garth Nix
Tytuł oryginalny: Sabriel
Tłumacz: Ewa Elżbieta Nowakowska
Cykl: Stare Królestwo
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok: 2014
Stron: 358
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...