Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 12 książek na 2016. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 12 książek na 2016. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 maja 2016

"Keller" Marcin Jamiołkowski

„Keller” wydano jako drugą powieść Jamiołkowskiego (pierwszą był „Okup krwi”). I właściwie już na etapie założeń fabularnych sprawiał mi problem, bo z tego typu pomysłami mam kiepskie doświadczenia. Niemniej, pomyślałam, skoro autor mnie nie zawiódł wcześniej, to może i teraz mu się uda.

Keller jest kosmicznym przemytnikiem. Ale nie takim zwyczajnym, tylko jednym z najlepszych (Han Solo enybody?) i przy tym uchodzi za względnie uczciwego w swoim fachu. Nic więc dziwnego, że zainteresowali się nim ważni ludzie. Czasem bowiem ważni ludzie mają do zrobienia ważne rzeczy w sposób niekoniecznie legalny, a przecież rąk brudzić sobie nie będą. Na przykład taki wywiad Układu Polonusa w porozumieniu z Watykanem ma do odzyskania pewne relikwie, znajdujące się obecnie w pieczy nowego (no, względnie nowego) Kościoła Pontifexańskiego. Zgadnijcie, kogo „poproszą” o przysługę?

Jeśli polski autor miesza do fabuły realnie istniejącą religię, to w przytłaczającej większości przypadków wychodzi z tego gniot. Mniejszy lub większy, ale zawsze gniot. Bo niestety autorzy, mam wrażenie, czują wewnętrzną potrzebę pokazania czytelnikowi, jak bardzo kontrowersyjni są. Wielokrotnego i subtelnego jak muśnięcie walcem drogowym, żeby czytelnik na pewno zauważył, często ze szkodą dla innych elementów powieści. Dlatego do „Kellera” podchodziłam z niepokojem – byłoby przykro, gdyby autor, którego lubię, popełnił błąd kolegów po piórze. I tu nastąpiło miłe zaskoczenie – Jamiołkowski po prostu wykorzystał waśnie religijne jako kolejny z motywów powieści. Trochę sobie z nich podworował, trochę popuszczał oczko do czytelnika, ale nie było żadnego epatowania kontrowersyjnością. Ot, po prostu dobry motyw dla przygotówki – a przynajmniej równie dobry, jak każdy inny.

„Keller” to typowa spaceopera w sensie rozrywkowym. Autor na żadną głębię czy drugie dno się nie silił. Chciał tylko dostarczyć odbiorcy kilku godzin skoncentrowanej rozrywki. Nie znaczy to jednak, że się nie przyłożył do zadania. „Keller” ma szczegółowo zaplanowaną intrygę (choć może nie tak zaskakującą, jak bym chciała. Chyba po prostu już za dużo książek przeczytałam), interesujące pomysły, zarówno klasyczne, jak i nietuzinkowe rozwiązania fabularne, a także dobrze zaprojektowanych bohaterów. Wszystko to, co do dobrej rozrywki potrzebne.

Skoro już wspomniałam bohaterów, to może tu wstawię akapicik o postaci, która wydaje mi się abominacją w tej powieści (a to dlatego, że zaniża poziom). Nie jest ważna, epizodyczna raczej, ale tak mnie zadziwia i irytuje, że aż zasłużyła na osobny akapit. Chodzi o Mykeya (którego imię(?) jest konsekwentnie w książce odmieniane z apostrofem, choć chyba nie powinno), pokładowego lekarza, ćpuna i seksoholika, mającego chyba w założeniu być elementem komicznym. Otóż nie jest. I nawet nie dlatego, że żarty o ćpaniu, chlaniu, sprowadzaniu panienek i niesubordynacji mnie nie bawią (choć nie bawią), ale dlatego, że nie potrafię w niego uwierzyć. Widzicie, mam wrażenie, że Mykey w zamyśle miał być kimś w rodzaju Jaskra – w końcu sporo problemów zarówno wiedźmina, jak i poety była spowodowana jego pociągiem do płci przeciwnej. Ale Jaskier był przystojny, zabawny, inteligentny, potrafił pięknie mówić (w końcu poeta) i być bardzo czarujący, kiedy chciał. Nie było problemu z uwierzeniem, że dowolną dziewczynę potrafi sobie w ciągu godziny owinąć wokół palca (no, powiedzmy, że palca). Tymczasem Mykey… Chyba nawet jest opisywany jako zabójczo przystojny, ale jego zdolności flirtu najwyraźniej kończą się na tekście „Ruchasz się, czy trzeba z tobą chodzić?” przy czym jest zwyczajnie obleśny. I ja mam uwierzyć, że w dowolnym mieście na dowolnej planecie jest w stanie w ciągu pół godziny znaleźć atrakcyjną dziewczynę, z którą nie trzeba chodzić? Wolne żarty, panie autor.

Pozostali bohaterowie na szczęście wypadają znacznie lepiej. Głównych mamy czwórkę, bardzo sprawiedliwie, bo dwóch panów i dwoi panie. Tytułowy Keller to taki słodki awanturnik – najbliżej mu chyba do Hana Solo, tylko tajemniczą przeszłość ma barwniejszą (pomysł na mroczny sekret z przeszłości naprawdę autorowi wyszedł). Jest nieco bezczelny, ma trochę z trikstera, ale od razu wiadomo, że w gruncie rzeczy jest dobrym człowiekiem. Krótko mówiąc, jeden z tych typów bohaterów, do którego Moreni ma słabość. Jego najlepszym przyjacielem jest Craftsheek. On z kolei jest kwintesencją tropu wiernego towarzysza, ale akurat to posunięcie ze strony autora ma solidne uzasadnienie w tekście. W sumie porządny z niego gość, nieco melancholijny, spokojny i zrównoważony. Stanowi przeciwwagę dla temperamentu Kellera. Lubię go.

Panie mamy również dwie (to znaczy, ogólnie jest ich więcej, ale dwie mają kluczowe znaczenie dla fabuły). Val jest agentką przysłaną do pomocy i nadzorowania działań Kellera. Właściwie ją wyhodowano, a nie wychowano, zmieniając w dobrze wytresowaną maszynę do zadań specjalnych. Jednak dziewczyna potrafi myśleć samodzielnie, a traumatyczna przeszłość nie pozostała jej obojętna. To dodaje zaskakującej głębi tej postaci (u zagranicznego autora by mnie to nie zdziwiło, ale wiedząc, co polscy potrafią robić z bohaterkami tego typu, jestem pozytywnie zaskoczona). Drugą jest Beatrix. Nie mogę o niej zbyt wiele napisać, bo nie chcę wam psuć zabawy. Powiem tylko, że Beatrix jest osobą publiczną, wbrew własnej woli żyjącą w złotej klatce. Widać, że się w niej dusi, ale ucieczka nie jest prosta (o ile w ogóle możliwa). A autor ciekawie i wiarygodnie jej wewnętrzne życie opisuje.

Właściwie mam tylko jedno zastrzeżenie. Bo widzicie, kreując swój świat, Jamiołkowski nakreślił tło historyczne, dodał tu i ówdzie trochę kolorytu lokalnego i zadbał, żeby poszczególne, odwiedzane przez bohaterów układy nie były swoimi kopiami. Niemniej, kiedy zaczniemy się przyglądać z bliska miastom, które odwiedzamy wraz z bohaterami, zauważymy, że brakuje im detali. Już przy „Okupie krwi” narzekałam na skąpe opisy, ale w „Kellerze” jest ich jeszcze mniej. Biorąc pod uwagę fakt, ze Warszawę z „Okupu” każdy jest sobie w stanie jakoś tam wyobrazić nawet bez opisów, natomiast miasta przyszłości już trudniej, mamy pewien problem.

Czasu poświęconego na przeczytanie „Kellera” z pewnością nie mogę nazwać straconym. To bardzo sympatyczna powieść, może nie idealna, ale raczej z górnej połowy stawki. Coś dla ludzi, którzy chętnie wybraliby się w kosmos, ale niekoniecznie po to, żeby toczyć wojnę z kosmitami. Na lato będzie jak znalazł.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Czwarta Strona



Tytuł: Keller
Autor: Marcin Jamiołkowski
Wydawnictwo: Czwarta strona
Rok: 2015
Stron: 416

wtorek, 19 stycznia 2016

"Tak kochają lemury" Violetta Nowakowska

Oprócz fantastyki Moreni czasami czytuje literaturę faktu, reportaże i różne takie. A jeśli ta literatura faktu dotyczy zwierząt, to jest to absolutny must read. Zwłaszcza, jeśli należy do serii Biosfera. „Tak kochają lemury” spełnia wszystkie trzy kryteria (a jako ciekawostkę dodam, że roboczym tytułem tej książki była „Anakonda w klozecie”. Oryginalnie, ale chyba w końcu ktoś słusznie zauważył, że mało medialnie).

Jest to zbiór trzynastu historii o ludziach, w których życiu zwierzęta odegrały bardzo ważna rolę: od bardzo emocjonalnie podchodzących do kwestii prozwierzęcych wolontariuszy po naukowców badających nietoperze z chłodnym profesjonalizmem. Niezależnie od podejścia i wyznawanych zasad, łączy ich jedno – szacunek do braci mniejszych.

Kiedyś czytałam inna książkę z tej serii, „Biuro kotów znalezionych”. Tamtejsza narrację wyróżniało bardzo chłodne podejście do tematyki bezdomnych kotów. Autorka-narratorka dystansowała się do tego co robi i w sumie w pewnym momencie zastanawiałam się, dlaczego właściwie pomaga tym kotom, skoro tak bardzo brak tym jakichkolwiek emocji. Violetta Novakowska wybrała na bohaterów swoich reportaży ludzi o zupełnie odwrotnym podejściu. Nie mamy tu co prawda do czynienia ze stereotypowymi szalonymi „ekologami”, ale z ludźmi, którzy całe serce i wolny czas poświęcają na rzeczywistą pomoc potrzebującym zwierzakom.

Narracja Nowakowskiej nie jest przy tym przesłodzona czy egzaltowana (choć czasem bywa dość naiwna), raczej po prostu ludzka. Autorka nie sili się na sztuczny obiektywizm, opowiada historie swoich bohaterów po prostu po ludzku. A są to historie czasem dość zwyczajne. Ot, chłopak hoduje sobie żółwie, od czasu do czasu nawet je rozmnaża z sukcesem. Albo dziewczyna prowadzi dom tymczasowy dla chomików, które szukają nowych opiekunów (akurat w tym reportażu odnalazłam osoby, które znam z gryzoniowych forów. Dziwne uczucie;)). Dyrektorka schroniska opowiada o codziennych dylematach towarzyszących prowadzeniu takiej organizacji. Szkoda tylko, że o kotach jest eden reportaż. Ale autorka przynajmniej od razu przyznaje, że była stronnicza w doborze materiałów, bo o kotów woli psy.

Czyta się to świetnie, napisane jest gładko i słowa same wlewają się do czytelniczej głowy. Przyznam szczerze, że to jedna z lepiej napisanych książek w serii (trzecia konkretnie, według mojej klasyfikacji. Lepsze są tylko „Corvus” i „Żyjący z wilkami”). Dla tych, co lubią obrazki, jest sporo zdjęć, a dla tych, co lubią opisywanym ludziom zaglądać o domu, znajdzie się kilka smaczków z życia prywatnego zarówno autorki, jak i jej bohaterów. Polecam, w szczególności miłośnikom zwierząt. Zwłaszcza tym, którym brakuje dobrej literatury w tym temacie, rozgrywającej się w naszym kraju. Czytajcie, bo warto. 

Tytuł: Tak kochają lemury
Autor: Violetta Nowakowska
Seria: Biosfera
Wydawnictwo: WAB
Rok: 2014
Stron: 510

wtorek, 12 stycznia 2016

12 książek na 2016 rok

W zeszłym roku brałam udział w wyzwaniu "12 książek na 2015 rok" i, nie oszukujmy się, poległam. Przeczytałam tylko cztery ksiązki z założonych dwunastu. Niemniej, w tym roku mam zamiar spróbować szczęścia jeszcze raz, głównie dlatego, że dzięki wyzwaniu przeczytałam cztery książki, które w innym wypadku najprawdopodobniej dalej leżałyby na półce i czekały na swoją kolej (czyli mimo wszystko jakiś profit z tego był). Nie wiem, czy zeszłoroczna organizatorka wyzwania będzie je organizować również w tym roku, ale nawet jeśli nie, to ja sobie zorganizuję na własne potrzeby.

Tak więc oto moje 12 książek na ten rok. Kolejność na stosie jest oczywiście przypadkowa - mam zamiar je czytać wedle ochoty. Jak będzie ochota na więcej niż jedną miesięcznie, to tak też zrobię. Teraz może krótki opis, kto i dlaczego się tu znalazł.

"Na glinianych nogach" jest tu w ramach dalszego czytania "Świata Dysku", który już od zbyt dawna leży odłogiem (a to cykl o Straży, jeden z moich ulubionych, więc czemu nie. Poza tym, większość z posiadanych przeze mnie tomów już czytałam, to jest jeden z trzech mi nieznanych). "Rozmowy ze zwierzętami" to jedna ze "zwierzęcych" książek, które zdecydowanie zbyt długo czekają, aż je przeczytam, a jednocześnie jedna z obowiązkowych pozycji dla każdego miłośnika przyrody. "Keller" to pozycja do recenzji, no i jednego z moich ostatnio ulubionych polskich autorów. "Tak kochają lemury" to przedostatnia pozycja z serii Biosfera i jedna z dwóch, których jeszcze nie czytałam. Mam zamiar to zmienić. "Trawę" pragnę przeczytać, odkąd tylko zobaczyłam okładkę. Właściwie jest to ta pozycja z serii Artefakty, którą chcę przeczytać najbardziej. Kolejna trójka tytułów - "Szaleństwo aniołów", "Ścieżka Skarabeusza" i "Uczeń skrytobójcy" - to spadkowicze z zeszłorocznego wyzwania i tam też należy szukać wyjaśnienia dal ich obecności tutaj (poza tym oczywistym, że nie przeczytałam ich w zeszłym roku, więc spróbuję w tym). "Długą wojnę" wymógł na mnie Luby, który już przeczytał cały cykl i bardzo chce ze mną o nim porozmawiać, ale nie może, bo ja jestem dopiero po pierwszym tomie. "Wiosna Helikonii" jest tu w ramach poznawania klasyki a "Kiksy klawiatury" - bo miałam taki kaprys. "Sześć światów Hain" to zmyłka. Tak naprawdę mam zamiar odwiedzić tylko trzy z nich, bo w trzech już kiedyś byłam.

Życzcie mi powodzenia (a jak chcecie, to swoje 12 książek też możecie wyznaczyć).:)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...