Czasem lubię czytać książki popularnonaukowe o niszowych tematach, nawet odbiegających od głównego nurtu moich zainteresowań. Zwłaszcza, jeśli mają szansę opisywać jakieś kwestie społeczne. Dlatego „Spermagedon” Nielsa Christiana Geelmuydena przykuł moje spojrzenie na wirtualnych półkach księgarni TaniaKsiazka.pl. W końcu niepłodność mężczyzn to temat stosunkowo rzadko poruszany, a że wciąż wielu panów odmawia badań w razie problemów z zajściem w ciążę partnerki, przydałoby się go poruszać częściej. Choćby po to, żeby się opatrzył i zaczął kojarzyć jak każde inne problemy zdrowotne. To mógłby być dobry początek. Niestety, wyszło jak zwykle.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarna Owca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarna Owca. Pokaż wszystkie posty
sobota, 29 stycznia 2022
wtorek, 30 stycznia 2018
"Sekretne życie krów" Rosamund Young
Kiedy słyszy się tytuł „Sekretne życie krów”, to aż trudno nie zakpić. Bo, wicie, rozumicie, teraz wszystko ma sekretne życie: łąki, lasy, owoce, grzyby, to czemu by nie krowy? Na fali mody na przyrodnicze sekrety wszystko można wypromować, toteż trudno byłoby tą malutką (choć bardzo porządnie wydaną) książeczkę brać na poważnie. Dlatego też do lektury podeszłam (bo od początku wiadomo było, że podejdę, w końcu wychowywałam się w pewnym sensie z krowami, a poza tym uwielbiam eksplorować przeróżne wykwity literatury „eko”) właściwie bez oczekiwań. I może to ostatecznie sprawiło, że książeczka okazała się bardzo przyjemna.
Poza rozbudowanym wstępem (nienapisanym przez autorkę zresztą), „Sekretne życie krów” nie ma ambicji bycia książka popularnonaukową. Young chciała po prostu opowiedzieć o zwierzętach, które są dla niej całym życiem, a które powszechnie (i błędnie) uważa się za głupie i prostackie. Przytacza więc proste historie krów, które cechowały się tak silnie zarysowanymi charakterami, że niekiedy nawet po upływie dziesięcioleci wspomnienie o nich nie blaknie. Gościnnie występują też kury, owce i świnie.
Mam wrażenie, że jest to książka z misją. Misją uświadomienia przeciętnemu mieszczuchowi, który wszelkie produkty odzwierzęce bierze z bezdusznego supermarketu, skąd tak naprawdę powinno się to jedzenie brać. Że chyba czas najwyższy, aby społeczeństwo przestało postrzegać zwierzęta gospodarskie jako anonimową pulpę, którą przemienia się magicznie w pysznego schabowego, a zaczęło w nich dostrzegać organizmy o indywidualnych, złożonych potrzebach. Przy czym autorka daleka jest od nawoływania do masowego przejścia na weganizm – wręcz przeciwnie. Próbuje przekazać po prostu, że wszystkiemu, co złożyło swoje życie na naszym talerzu, jesteśmy winni szacunek. Wyrażany w tym, że zanim się na talerzu znajdzie, powinniśmy mu zapewnić możliwość realizowania wszystkich potrzeb i instynktów, zapewnić jak najlepszą stymulację umysłową i środowisko zbliżone jak najbardziej do naturalnego. Co w intensywnym (czy wręcz przemysłowym) modelu rolnictwa jest niemożliwe – bo jakież możliwości umysłowe może mieć istota wychowywana od urodzenia w tym samym, pustym boksie i karmiona codziennie tą sama paszą?
Podoba mi się to, w jaki sposób Young pisze o swoich krowach. Może momentami nieco sentymentalnie (który właściciel zwierzęcia potrafiłby się tego ustrzec?), ale nigdy czułostkowo. Zdarza jej się użyć frazy na mój gust nieco zbyt mocno nacechowanej uczłowieczeniem, ale nie widać, żeby stało za tym egzaltowanie – ot, ująć jakoś trzeba, ale jeśli nie chce się popadać w bezduszny, naukowy żargon, to właściwie nic innego nam czasem nie pozostaje. Język tych opowieści jest prosty i przejrzysty, może bez pretensji literackich, ale przyjemny w odbiorze. I tylko taką uwagę mam do tłumaczy – krowy stanowiące produkcyjny zasób stada (czyli dające mleko i/lub cielęta) to mamki. Nie karmicielki, nie żywicielki, czy jaki jeszcze synonim wam przyjdzie do głowy (tutaj akurat tłumacz postawił na karmicielki, ale w swoim namiętnym oglądaniu dokumentalnych seriali o weterynarzach natknęłam się już na wiele wariantów, nigdy prawidłowych), tylko mamki właśnie. Może ktoś się zastosuje...
Przyjemna to była książeczka. Poza tym ładna – w twardej oprawie, z uroczymi ilustracjami. Jeśli znajdę ją w jakiejś atrakcyjnej przecenie, to pewnie sobie kupię. Nie zajmie wiele miejsca. A kto wie, może następnym razem doczekamy się bardziej kompleksowego opracowania.
Tytuł: Sekretne życie krów
Autor: Rosamund Young
Tytuł oryginalny: The Secret Life of Cows
Tłumacz: Piotr Kaliński
Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok: 2017
Stron: 128
poniedziałek, 16 lutego 2015
Kocie spojrzenie, czyli dlaczego Whiskas nie zawsze rozwiąże problem - "Zrozumieć kota" John Bradshaw
Książkę Johna Bradshawa przeczytałam już jakiś czas temu, więc notka będzie nieco krótka i bardziej ogólna. Z drugiej strony, jest to książka popularnonaukowa, więc ani fabuły, ani bohaterów do analizowania nie ma, a co za tym idzie recenzja będzie pewnie standardowej długości notki o książce popularnonaukowej.
Sam tytuł „Zrozumieć kota” może być trochę mylący. Spodziewałam się raczej, że większość miejsca w publikacji będzie poświęcona zachowaniom kotów i poradom, jak te naturalne zachowania wykorzystać, aby możliwie bezkolizyjnie z kotem żyć. Częściowo moje oczekiwania się spełniły – jest na przykład kilka stron poświęconych metodzie tresury kota za pomocą klikera (co może się przydać, jeśli zechcemy naszego Mruczka oduczyć jakichś zachowań) czy rozdział poświęcony temu, jak koty postrzegają świat i jakie zachowania zwierzęcia mogą sugerować problem. Większości informacji jednak nie zastosujemy w życiu codziennym.
Sporo miejsca autor poświęcił historii udomowienia kota. Fajnie się to czyta, bo Bradshaw pisze przystępnie i klarownie, okraszając swoje wywody licznymi ciekawostkami i smakowitymi badaniami naukowymi. Tak samo interesujący jest rozdział poświęcony wpływowi kotów na środowisko naturalne. Na zakończenie autor próbuje przewidzieć, jaki powinien być kot przyszłości i sugeruje, w jakim kierunku powinno się prowadzić, hm… hodowlę. Z tym mam największy problem, bo Bradshaw przez wszystkie rozdziały odcina się od kotów rasowych i w tej kwestii również tak jest. A przecież cechą niemalże statutową kotów nierasowych jest to, że ich rozmnażania nie przeprowadza się w żadnym określonym celu czy kierunku – od tego są właśnie hodowle kotów rasowych. Widzę tu więc pewną sprzeczność.
Autor prezentuje też trzy cechy, do których jego zdaniem koty w XXI wieku winny dążyć (oczywiście nie same). I z tym też mam problem, bo postulaty sprowadzają się właściwie do stworzenia mruczącej wersji psa. Może się mylę, ale chyba nie o to chodzi w posiadaniu kota. Owszem, większa tolerancja przedstawicieli własnego gatunku by się przydała (choć autor wcześniej sugeruje też, że wystarczyłoby po prostu później oddawać kocięta, żeby to osiągnąć), ale mam wrażenie, że koty przygarniają ludzie, którzy potrzebują zwierzęcia niezależnego. Takiego, które zajmie się sobą, jeśli właściciela nie będzie cały dzień i nie potrzebuje czasochłonnej tresury. Więc upodabnianie kota do psa mija się z celem.
Ja tu sobie szukam dziury w całym, ale „Zrozumieć kota” to naprawdę ciekawa i przydatna książka dla każdego miłośnika kotów. Brakuje mi może kolorowych ilustracji, ale te czarno-białe są bardzo ładne. I choć z autorem nie we wszystkim się zgadzam, to mimo wszystko polecam.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Czarna Owca
Tytuł: Zrozumieć kota. Na tropie miauczącej zagadki
Autor: John Bradshaw
Tytuł oryginalny: Cat Sense. How the New Feline Science Can Make You a Better Friend to Your Pet
Tłumacz: Paweł Luboński
Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok: 2014
Stron: 376
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
Life over. Pleas restart - "Jej wszystkie życia" Kate Atkinson
Kiedy przeczytałam, o czym też może być powieść „Jej wszystkie życia” Kate Atkinson, pierwszym skojarzeniem był trwający nie jeden dzień, ale całe lata „Dzień Świstaka”. Drugim była gra komputerowa – jakakolwiek, w której po nieudanym przejściu poziomu można wrócić do ostatniego save’a i zacząć od nowa. Myślę, że bohater takiej gry mógłby się czuć jak Ursula, której historie przedstawia nam pani Atkinson.
Dziesiątego lutego 1910 roku rodzi się dziewczynka i niestety umiera. Ale rodzi się drugi raz i już przeżywa. Narodzi się jeszcze wiele razy, bo życie codzienne jest pełne niebezpieczeństw: morskie fale, epidemia grypy, otwarte okna. Którą historię uda się doprowadzić do końca? I czy możliwe jest uniknięcie błędów?
Taka przywodząca na myśl grę konstrukcja bardzo mi się podoba, choć nastręcza pewne trudności – trzeba czytać uważnie i baczyć na nagłówki, żebyśmy nie byli zdziwieni, kiedy znowu cofniemy się do któregoś z poprzednich kluczowych momentów w życiu Ursuli Todd. Poza tymi niedogodnościami, styl Atkinson jest bardzo przystępny: prosty, ale nie prostacki, rzeczowy i konkretny, ale nie suchy. W zasadzie zawiera wszystko, co zawsze kojarzyło mi się z dobrym, współczesnym, brytyjskim pisarstwem. Poza tym autorka może się popisać nielichą elokwencją, a łowcy cytatów powinni być zadowoleni. A wszystko to jest niezwykle naturalnie skomponowane.
Jednak nie styl, będący ewidentną zaletą, jest najmocniejszym punktem powieści. Są nią fabuła i bohaterowie. Sama fabuła nie jest może szczególnie porywająca, choć momentami trup ściele się gęsto (bohaterka w końcu przeżyła dwie wojny). Z pewnością spodobałaby się jednak wielbicielom powieści obyczajowych. Dla mnie najciekawsze były nawet nie próby odtworzenia czasów przedwojennych, ale pokazanie, że drobne decyzje mogą zaważyć na całym życiu. I często nie są to nawet decyzje samych zainteresowanych, tylko splot zachowań ludzi z ich otoczenia. Truizm, ale jakże porywająco opisany. Atkinson zdecydowanie pokazała, ze każdemu banałowi można nadać niebanalną formę i znaczenie.
Pomówmy jeszcze chwilę o bohaterach. Ursula przyszła na świat w typowej angielskiej rodzinie z klasy średniej pierwszej dekady dwudziestego wieku. Ojciec – bankier, matka – gospodyni domowa (oczywiście tylko w takim stopniu, w jakim gospodynią mogła być panienka z dobrego domu, bo państwo Todd posiadali gosposię i pokojówkę) i czwórka rodzeństwa, w tym dwoje starszego. Autorce każdego udało się obdarzyć własnym charakterem, a dodatkowo naznaczyć tenże charakter stosunkiem Ursuli (z której perspektywy przez większość czasu) poznajemy świat powieści i wydarzenia) do danego członka rodziny. W miarę, jak dziewczyna dorasta i opuszcza dom, poznajemy też innych jej znajomych współlokatorów i kochanków.
W życiu Ursuli szczególną rolę zdają się odgrywać dwie osoby – młodszy brat i ciotka. Z ciotką Izzie problem jest o tyle ciekawy, ze jest ona osobą ledwie tolerowana w domu Toddów, synonimem chaosu i braku odpowiedzialności, doprowadzającą do szału panią domu. Rzeczywiście, Izzie taka jest, w przeciwieństwie do poukładanej i pruderyjnej pani Todd, przywiązanej do moralnych standardów obowiązujących za czasów jej młodości. Jednak kiedy Ursula wpada w poważne tarapaty, to właśnie ciotka okazuje się osobą, która udzieli jej pomocy. Młodszy brat, Teddy, jest dla odmiany maskotką całej rodziny, przez wszystkich uwielbianą i rozpieszczaną, a mimo to zachowującą miły charakter. Te dwie postacie równoważą się w życiu Ursuli.
„Jej wszystkie życia” to jedna z tych książek, które należy przeczytać samemu. A Kate Atkinson jest jedną z tych pisarek, które nie zapomniały, że powieść powinna przede wszystkim opowiadać jakąś ciekawą historię. Ta opowiada wiele. Wybierzcie sobie ulubioną.
Książke otrzymałam od wydawnictwa Czarna Owca.
Autor: Kate Atkinson
Tytuł oryginalny: Life after Life
Tłumacz: Aleksandra Wolnicka
Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok: 2014
Stron: 564
Książka bierze udział w wyzwaniu Klucznik.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




