Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jaguar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jaguar. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 października 2021

"Vice versa" Milena Wójtowicz


„Post scriptum” zostawiło u mnie wrażenie fluffości, ciepełka i dobrego humoru, więc kiedy tylko rozniosła się fama, że będzie kontynuacja, nie posiadałam się z radości. Takoż od razu po premierze kupiłam i… przeleżała na półce dłuższy czas, bo jakoś czekałam na odpowiedni nastrój i układ gwiazd no i się nie doczekałam. Ale ostatnio mam ssanie na tytuły łatwe lekkie i przyjemne, więc uznałam, że chrzanić układ gwiazd i czas najwyższy zdjąć z półki.

środa, 21 kwietnia 2021

"Post scriptum" Milena Wójtowicz

Mam słabość do urban fantasy. Niemniej jednak, bywają one zwykle dość powtarzalne: najczęściej rozgrywają się w dużym mieście (zwykle traktowanym pretekstowo), fabuła kręci się wokół wątku kryminalnego, a sami bohaterowie są policjantami albo chociaż detektywami. W „Post scriptum” również mamy zagadkę kryminalną (w pewnym sensie), ale autorka postanowiła umieścić akcję w małym miasteczku bohaterami zaś uczyniła… behapowców.

środa, 5 marca 2014

Horror, kryminał, fantasy i XIX wiek - "Badacz potworów" Rick Yancey

Przyznam się wam do mojego małego sekretu: nie umiem czytać horrorów. Ten gatunek tak bardzo na mnie nie działa, że często trzeba mi palcem pokazać, że czytam horror, bo sama nie zauważę. Przeróżne obrzydlistwa ani potwory ze strychu są mi niestraszne, jeśli tylko przedstawione za pomocą druku. Dlatego po ten gatunek sięgam niechętnie, bo albo się wynudzę, albo zniesmaczę, albo i jedno, i drugie. Ostatnio jednak literatura młodzieżowa zawędrowała nawet w rejony książek strasznych, porzucając krwawe slashery (że użyję terminologii filmowej) w których celowała za zamierzchłych czasów mej młodości, na rzecz pogranicza z mroczniejszym fantasy. Rick Yancey poszedł jeszcze krok dalej i postanowił do tej mieszanki dodać elementy rodem z seriali „CSI” i XIX wiek. O dziwo, wyszło mu bardzo dobrze.

Rick Yancey postanowił trochę pobawić się z czytelnikami – do tego stopnia, ze na stronie tytułowej powieści jako autor widnieje William James Henry. To rzekomo na podstawie jego zapisków, lekko tylko zredagowanych, powstała powieść, mająca być pierwszą częścią niezwykłej autobiografii. Niezwyklej, bo Will Henry miał być niezwykłym człowiekiem – asystentem badacza potworów. Była to już prawie rodzinna tradycja – jego ojciec również pracował na tym stanowisku, a osierocony, dwunastoletni William nie miał większego wyboru. „Badacz potworów” to relacja z jego pierwszej sprawy – wykrycia antropofagów w pobliżu New Jerusalem.

W jednym z wywiadów Rick Yancey wspominał, że wybrał antropofagi (gatunek w dużej mierze przez siebie stworzony, choć obficie czerpiący z mitów i przesądów powszechnie znanych), ponieważ popkultura zbytnio oswoiła znane potwory: wampir stał się pożądanym kochankiem, a wilkołak... w sumie też. On, Yancey, potrzebował prawdziwego monstrum, czegoś, co wzbudzi dreszcz i będzie mu można przypisać najbardziej krwiożercze instynkty – zebrał więc do kupy opowieści o ludziach bez głów i kanibalach i ulepił z nich własne straszydło.

Pozwólcie, że dam na chwilę ponieść się zboczeniu zawodowemu i przyjrzę się bliżej antropofagom. Autor bowiem postanowił pobawić się w podejście naukowe do potworów. Wiadomo, że jeśli głównym bohaterem ma być naukowiec, to i obiekt jego badań trzeba rzetelnie opisać. Dlatego Yancey postanowił pozbyć się otoczki mistycyzmu czy tajemniczości: Antropophagus w rzeczywistości „Badacza potworów” jest stworzeniem dość dobrze znanym i opisanym, ma jakąś tam swoją systematykę, istnieje sporo materiałów o jego biologii, anatomii i zwyczajach (dostępnych, oczywiście, tylko dla wybranych). To podejście bardzo mi przypadło do gustu – mamy bowiem do czynienia z czymś namacalnym, niemetafizycznym, ale jednocześnie siejącym grozę. Autor jeszcze bardziej odziera swoją grozę z wszelkiego mistycyzmu, wkładając w usta bohaterów wypowiedzi podkreślające, że nie mamy do czynienia z jakimiś potworami mordującymi dla przyjemności, tylko ze zwykłymi zwierzętami o dość paskudnych zwyczajach żywieniowych, więc nie ma sensu przypisywanie im nadnaturalnych cech. Podoba mi się to podejście, jednak ma pewna wadę: większość grozy w powieści oparta jest na epatowaniu obrzydliwością – takie młodzieżowe gore. I jakkolwiek bardzo zgrabnie autorowi wychodzi budowanie klimatu na tej podstawie, tak same sceny sprawiają, ze co wrażliwszym czytelnikom powieść może być nie w smak. Z drugiej strony, wrażliwe nastolatki raczej po horrory nie sięgają, więc to chyba nie jest szczególny problem.

Wspominam tu dość często o horrorze, ktoś mógłby odnieść wrażenie, ze „Badacz potworów” to jakaś szczególnie nastawiona na straszenie powieść. Cóż, nie powiedziałabym. Owszem, autor chce trochę czytelnika postraszyć, trochę zaszokować opisami obrzydliwości, ale horrorem nazwałam tę powieść głównie dlatego, że wydawca tak o niej mówił (oraz w kilku miejscach w internecie inne osoby również). Gdybym sama miała ją klasyfikować, powiedziałabym, ze to raczej thriller zmieszany z dark fantasy, oczywiście wszystko w konwencji młodzieżowej. Thriller, bo mamy i sekcję zwłok, i mroczną zagadkę, i wreszcie atmosferę wiecznego zagrożenia (choć nie przez bezwzględną korporację/służby rządowe/terrorystów, a przez niesamowicie niebezpieczne zwierzę) i konfrontację. W każdym razie straszenia dla samego straszenia jest najmniej.

Ale ja tu sobie o klimacie i stworkach, a nie napisałam o tym, co w książce wydało mi się najciekawsze: o bohaterach. Jeśli chodzi o Willa Henry'ego, mam z nim problem. Wydarzenia, o których pisze rozegrały się, kiedy miał dwanaście lat, natomiast opisane zostały dużo później. Widać, że autor trochę nie mógł się zdecydować, jak sprawić, żeby czytelnik jednocześnie współczuł zagubionemu chłopcu i zaufał autorytetowi mężczyzny (oczywiście, jeśli czytelnik nie wychodzi z założenia, że narrator pierwszoosobowy zawsze łże). Powstał więc patchwork: większość Willa jest w wieku dwunastu lat, ale miejscami wrzuca swoje trzy grosze ktoś zdecydowanie starszy i bardziej zgorzkniały, co nie służy opowiadanej historii. Trzeba jednak przyznać Yanceyowi, że w miejscach, gdzie jego bohater-narrator jest dzieckiem, stworzył bardzo wiarygodną sylwetkę zagubionego, samotnego chłopca i obraz jego relacji z niedostępnym przełożonym.

Właśnie tytułowy badacz potworów jest najciekawsza postacią książki. Pellinore Warthrop to osobnik bardzo zamknięty w sobie, mocno egoistyczny i z ewidentnymi zaburzeniami psychicznymi. Ma problemy z wyrażaniem emocji, nie dostrzega potrzeb innych, jego poziom empatii pełza gdzieś w okolicach podłogi i liczy się dla niego głównie praca. Potrafi też całkiem zgrabnie manipulować ludźmi. Przez sporą część powieści myślałam, że jest socjopatą, ale ostatecznie okazało się, że to trochę bardziej skomplikowane. Natomiast na pewno dałoby się Warthropowi przyporządkować jakąś chorobę psychiczną – najbardziej pasuje mi choroba afektywna dwubiegunowa, ale ja się nie znam, więc nie wiem, na ile to trafne przypuszczenie. Mimo tych wad i ewidentnie odpychającego charakteru, można mu jeżeli nie współczuć, to przynajmniej zrozumieć, dlaczego jest, jaki jest – zwłaszcza, ze potrafi pokazać bardzo ludzkie oblicze, a jako porównanie autor zaprezentował nam podręcznikowego psychopatę, więc przynajmniej wiemy, że mogło być gorzej.

Czy polecam? Owszem. Pomysł może nie jest zbyt oryginalny, ale bardzo solidnie wykonany. Bohaterowie starannie skonstruowani, a jeśli chodzi o styl, to wybaczcie, ale osobiście uważam, że technicznie Yancey pisze dużo lepiej niż taki na przykład Masterton (cóż, o tym ostatnim nie mam zbyt wysokiego mniemania – jak ktoś ma ochotę może zacząć się oburzać i mnie nienawidzić). Odradzam jedynie wrażliwym czytelnikom, ale tacy raczej i tak nie czytują horrorów, prawda?

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Jaguar.



Tytuł: Badacz potworów
Autor: Rick Yancey
Tłumacz: Stanisław Kroszczyński
Tytuł oryginalny: The Monstrumologist
Cykl: Monstrumolog
Wydawnictwo: Jaguar
Rok: 2014
Stron: 464

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Gargulec w Paryżu - "Grim. Pieczęć ognia" Gesa Schwartz

„Grim. Pieczęć ognia” to jedna z tych książek, do których przyciągnęła mnie okładka. To zazwyczaj dobry omen – mam szczęście zakochiwać się w okładkach ciekawych książek. „Grim” nie był wyjątkiem, ale nie był też tak rewelacyjny, jak oczekiwałam. Opowiem wam, dlaczego.

Środowiskiem magicznych istot Paryża wstrząsa seria brutalnych morderstw. Wykonujący rutynowy patrol na ulicach miasta gargulec Grim jest wściekły, że z powodu osobistych uprzedzeń głównodowodzący Najwyższej Policji Gargulców odsunął go od sprawy. Tymczasem włócząc się po mieście przypadkiem widzi, jak jego przyjaciółka Moira spotyka się z człowiekiem, a niedługo później popełnia samobójstwo. Czy chłopaka, z którym się spotkała i jego siostrę coś łączy z makabrycznymi zbrodniami? Grim niedługo się przekona. I odkryje znacznie więcej, niż kiedykolwiek chciałby wiedzieć.

Pierwszym, co rzuca się w oczy podczas lektury powieści pani Schwartz, jest ogromne bogactwo świata przedstawionego. Już sama różnorodność magicznych istot może przyprawić o zawrót głowy (po lekturze nielicznych pozycji niemieckiej fantastyki mam nieodparte wrażenie, że mnogość magicznych gatunków jest cecha rozpoznawczą niemieckiej fantastyki – ani w anglosaskiej, ani w rodzimej nie spotkałam się jeszcze z tym zjawiskiem na tak wielką skalę). Bo czego tam nie ma – gnomy, trolle, niezliczone odmiany skrzatów (w tym jedna w radosnej, smerfowej stylizacji), wróżki, elfy i klasyczne wampiry. Nawet smok się znalazł, choć jego status ontologiczny jest dość nieokreślony. No i gargulce, na których autorka się skupiłam a które popkultura traktuje zazwyczaj po macoszemu. Jest to jeden z powodów, dla których nie polecałabym „Grima” początkującym czytaczom fantastyki, ale starym wyjadaczom ta barwna różnorodność powinna przypaść do gustu. Zwłaszcza, ze nie kończy się tylko na stworzeniach. Autorka nie ograniczyła się bowiem do zaprezentowania jednego świata, podzielonego ewentualnie na część widoczna i „ukrytą”. Co to, to nie, tutaj mamy wiele wymiarów. Zazwyczaj ten motyw mnie irytuje – często okazuje się, ze autor mający tyle pomysłów na świat przedstawiony, nie ma umiejętności lub chęci, aby każdy wymiar przybliżyć czytelnikowi. Skutkuje to rozgrywaniem się utworu w szaroburych, nieokreślonych, ale według autora różniących się od siebie realiach. Tutaj jednak widać, ze pani Schwartz miała pomysł i bardzo sugestywnie opisała to, co wymyśliła. Czytelnik jest więc zadowolony, bo ileż można się włóczyć po terenach zurbanizowanych.
Moja wizja Karfira - smoka o nieokreślonym statusie ontologicznym.
Wiemy o jego wyglądzie tyle, że nosił okulary i miał skrzydła.
A że był klasycznym comic reliefem, to mi się zwizualizował nieco
disneyowsko. Szkic.

Fajnie też wypadają bohaterowie, choć z tytułowym mam mały problem. Grim na moje oko niebezpiecznie zbliża się do bycia Garym Stu: jest niezależny, inny od wszystkich, nienawidzi się podporządkowywać, siłą magiczną przewyższa wielu (autorka co prawda podkreśla, ze są silniejsze od niego gargulce, ale raz, że wypada to mało wiarygodnie, a dwa, na końcu i tak okazuje się, że to ściema), przystojny jest, ma seksowną bliznę na oku i mroczny sekret w przeszłości. Ratuje go w zasadzie to, że czasoprzestrzeń świata przedstawionego nie zagina się wokół niego, aby podkreślić walory i że jest zwyczajnie sympatyczny. Mia, dziewczyna z magicznymi zdolnościami, z którą gargulec występuje w duecie, wypada nieco bezbarwnie i schematycznie – ot, zbuntowana nastolatka odkrywająca swoje przeznaczenie. Naprawdę warte uwagi są postacie drugoplanowe i poboczne. Taki na przykład brat Mii, Jakub. Autorka świetnie oddała jego zaszczucie i desperację, tworząc przedtem niezwykle sympatyczną postać (bardzo żałuje, ze to jego siostra została główna bohaterką – chłopak na tym stanowisku wypadłby dużo ciekawiej). Albo mocno na początku przerysowany przełożony Grima – mimo iż początkowo wyraźnie pełnił rolę elementu komicznego, autorka potrafiła pokazać, jak zmienia się jego miejsce w opowiadanej historii. Właściwie to jedna z lepszych przemian postaci (i mam tu też na myśli zmianę stosunku Grima do przełożonego), na jakie ostatnio się natknęłam. Tylko główny czarny charakter mnie zawiódł.

Spoiler!

Serafin z Aten na początku został opisany jako standardowy czarny charakter nr 240, czyli maniak ogarnięty żądzą przejęcia władzy nad światem w celu zrealizowania swego planu, co prawda nikomu nieznanego, ale na pewno mrocznego i szalonego. W trakcie akcji autorka zasugerowała, że zamiary Serafina niekoniecznie są tak mordercze, jak można by sądzić. Zrodziła się bardzo ciekawa niejednoznaczność. Osobiście mam słabość do antagonistów, którzy są tacy sami główni bohaterowie, to znaczy nie przejawiają objawów psychopatii, szaleństwa, ogólnej mroczności, czy opętania złem. Po prostu nie mieli tyle szczęścia, żeby stanąć po stronie wskazanej przez autora jako „dobra”. Jak dotąd z takim zabiegiem spotkałam się tylko raz i przez chwilę miałam nadzieję, że „Pieczęć ognia” będzie drugim razem. Niestety, autorka wróciła do ogranego schematu. To było chyba moje największe rozczarowanie w całej powieści, bo o ileż ciekawiej byłoby, gdyby Mia musiała wybrać między lojalnością wobec przyjaciół, a równie słusznym rozwiązaniem drugiej strony...

Koniec spoilera.

Fabułę powieści zdecydowanie należy zaliczyć na plus. Pędzi na złamanie karku i mam wrażenie, że wydarzeń zawartych w „Grimie” wystarczyłoby na kilka tomów. Mimo to nie czułam się nimi jakoś przytłoczona, tempo akcji nie powodowało zadyszki tylko miłe uczucie, ze cały czas coś się dzieje. Trudne do osiągnięcia przy takim natłoku pościgów, ucieczek, walk i poszukiwań zaginionych artefaktów.

Jeszcze słów kilka o technikaliach. Tłumaczenie jednej powieści przez dwóch tłumaczy nie jest dobrym pomysłem i nie innym okazało się w przypadku „Grima”. Żeby jeszcze ktoś się porządnie zajął redakcją i nierówności wygładził, niestety tak się nie stało. I mamy na przykład nazwy klanów gargulców w pierwszej połowie książki przełożone na polski, a w drugiej pozostawione w wywodzącym się z łaciny oryginale (z resztą, trochę szerzej pisała o tym Agnieszka). Korekta też nie stoi na najwyższym poziomie. Interpunkcja często szaleje, składnia też (im bliżej końca powieści, tym bardziej), zdarzają się zagubione wyrazy. Szkoda. Na szczęście drugi tom ma już przekładać jedna osoba, więc połowa problemów powinna się rozwiązać.

Mimo drobnych wad, „Grima” uważam za powieść udaną. Poza zgrzytającym momentami tłumaczeniem i nienajwnikliwszą redakcją niewiele jest rzeczy, do których można się przyczepić, a nawet jeśli, równoważą je zalety książki. Czekam więc na drugi tom, bo interesuje mnie na przykład, czy autorka zdecyduje się wprowadzić sugerowany wątek miłosny, czy jednak z niego zrezygnuje.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Jaguar

Tytuł:
Grim. Pieczęć ognia
Autor: Gesa Schwartz
Tytuł oryginalny: Grim: Das Siegel des Feuers
Tłumacz: Ryszard Turczyn, K. Żak
Seria: Grim
Wydawnictwo: Jaguar
Rok: 2013
Stron: 632
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...