Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bukowy Las. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bukowy Las. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 lipca 2013

Miasto grzechu w neverlandzie - "Strażnik podłego miasta" Daniel Polansky

Kojarzycie kryminały w klimacie noir? Takie stare, najczęściej czarnobiałe i amerykańskie filmy, gdzie to sterany życiem detektyw w swoim obskurnym biurze chla whisky na potęgę/pali jak smok, użalając się nad swoim marnym losem? No to teraz wyobraźcie sobie, że ktoś spróbował przenieść to w realia fantasy. Osobiście uważam takie posunięcie za ciekawy zabieg, choć często nieudany (najczęściej wtedy, kiedy pomysł na samą kryminalną intrygę jest słaby – dekoracje mają tu rolę drugorzędną, choć fantastyczny świat daje czasem takie możliwości rozwinięcia fabuły, o jakich w realistycznej powieści można tylko pomarzyć).Tymczasem Daniel Polansky oddał w ręce czytelników właśnie taką historię. Czy się obroniła?

Opiekun nie jest detektywem (nie jest też żadnym opiekunem, ale tak go nazywają w światku). Kiedyś nim był, ale to stare czasy. Obecnie zajmuje intratną posadę drobnego handlarza narkotykami, przemierzając zaułki Podłego Miasta w poszukiwaniu klientów. Niemniej, kiedy sprzed własnego domu znika mała dziewczynka, to Opiekun jest osobą, która znajduje jej zmasakrowane ciało. Właściwie powinien tę sprawę przekazać odpowiednim służbom i pójść swoją drogą, ale stare nawyki nie dają się tak łatwo wyplenić. Były detektyw postanawia wykorzystać swoje przestępcze kontakty do znalezienia mordercy. Nawet nie podejrzewa, w jakie szambo się przez to wpakuje…

Przeczytaliście zarys fabuły? No to teraz powiedzcie mi, w jakich realiach będzie się ona rozgrywać. Nie wiecie? Za to właśnie dowiedzieliście się, jaki jest największy problem powieści – niedostatki świata przedstawionego. Z tym, że mamy tu do czynienia z dość osobliwym przypadkiem: widać, że autor dokładnie sobie zaplanował, jak ma wyglądać Podłe Miasto, jak sytuacja polityczna Imperium, jakie grupy etniczne zamieszkują poszczególne dzielnice i co się działo pięć, dziesięć i dwadzieścia pięć lat wcześniej. Krótko mówiąc, skrupulatnie odrobił pracę domową, która jest psim obowiązkiem każdego pisarza-demiurga. Jednak później najwyraźniej zbyt restrykcyjnie swój tekst zredagował. Efektem jest świat z ogromnym potencjałem, o którym czytelnik dowiaduje się zbyt mało, żeby weń wsiąknąć. Opisy są rzadkie i skąpe (im dalej w książkę, tym częstsze i obfitsze, ale to wciąż zbyt mało), nie pozwalają na zbudowanie pełnego obrazu miejsca akcji. A w przypadku „Strażnika Podłego Miasta” jest to błąd podwójny, bo tytułowa metropolia ma być jednym z bohaterów opowieści…

Konsekwencją powyższego jest też fakt, że czytelnik nie bardzo wie, do realiów jakiej epoki ma się odnosić (wiadomo, ze inaczej wyglądałby bohater ubrany w bluzę i płaszcz na modłę średniowieczną, a inaczej na renesansową). Sama obstawiałabym okolice renesansu, na co wskazuje obecność reglamentowanego prochu, ale z drugiej strony mamy tu i elementy dziewiętnastowieczne, i średniowieczne, i pewnie jeszcze kilku epok, których nie zauważyłam. Pomysł z przemieszaniem różnych epok sam w sobie ciekawy i mający ogromny potencjał, ale w połączeniu z minimalizmem opisu wprowadza tylko chaos. Ponieważ jednak mamy do czynienia z debiutem, jestem skłonna wybaczyć autorowi, wierząc, że jeszcze się nauczy.

Dajmy spokój okolicznościom przyrody i przejdźmy do bohaterów. Opiekun, który relacjonuje nam całą historię (w pierwszej osobie liczby pojedynczej), jest typowym antybohaterem. Wielbiciele kryminału pewnie określiliby od razu typ bohatera porównując go do bardziej znanych detektywów. Ja powiem tylko, że należy do postaci, które trudno polubić, ale od początku budzą fascynację. I z pewnością jest dobrze skonstruowany. Muszę przyznać, że Polansky ma całkiem niezłe pióro do opisywania bohaterów odbiegających od stereotypu (jak Opiekun czy jego małoletni, samozwańczy towarzysz, Strzyżyk), ale przy tych bardziej sztampowych już mu gorzej wychodzi. Weźmy takiego Adolphusa. Niby wszystko w porządku: weteran, raniony na polu walki, obecnie typowy karczmarz o złotym sercu. I tyle. Czytelnik dostaje odbitego od sztancy oberżystę, jakich pełno snuje się po grach i który niczym się od swoich gierczanych pobratymców nie różni. Wierzę jednak, że jest to błąd możliwy do przepracowania.

Słów kilka o technikaliach. Okładka książki mnie zauroczyła, choć oryginalny tytuł jest dużo zgrabniejszy. Wnętrzu jednak przydałaby się solidniejsza korekta – nie wiem, czy myślników nadużywał autor, tłumacz czy redaktor, ale występują często w takiej ilości, że trudno zrozumieć dialogi. Poza tym, zdarzają się słowa użyte w niewłaściwym kontekście. Ale ogólnie, czcionkę, marginesy i interlinie dobrano tak, żeby czytało się wygodnie, grzbiet się nie łamie, a druk jest wyraźny, czyli nie ma na co narzekać.

Podsumowując, powieść Polanskyego nie ustrzegła się pewnych mankamentów charakterystycznych dla debiutów, ale jest debiutem niewątpliwie udanym. Autor pokazał, że potrafi zbudować intrygujący świat (choć jeszcze ma problemy z jego przedstawieniem), bohaterowie też mu dobrze wychodzą, a i opowiedzieć ma co. Poza tym, zdradzę jeszcze, że zaskoczenie kompletnie mnie zaskoczyło i było logiczne, co rzadko mogę powiedzieć o kryminałach. Spróbujcie – zwłaszcza, jeśli lubicie i kryminały, i fantastykę.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Bukowy Las.


Tytuł: Strażnik Podłego Miasta
Autor: Daniel Polansky
Tytuł oryginalny: The Straight Razor Cure
Tłumacz: Jarosław Włodarczyk
Cykl: Podłe Miasto
Wydawnictwo: Bukowy Las
Rok: 2013
Stron: 432

niedziela, 21 listopada 2010

Wy nie wiecie, a ja wiem, jak rozmawiać trzeba z psem... to znaczy, z wilkenem - "Wilken: Bracia krwi" Di Toft


Jeśli przyjrzeć się zdjęciom okładki „Wilkena” zamieszczonym w Internecie, można się przestraszyć. Spogląda na nas wyleniały psi pysk, którego nie jeden rodzic bałby się pokazać dziecku. Ale to tylko pozory! Mnie dała odpowiedni pogląd na książkę dopiero recenzja Arii, która (Aria, nie recenzja) też mi wspaniałomyślnie pożyczyła książkę (dzięki wielkie!). I co się okazało po naocznych oględzinach „w realu”? Że równie urzekającej okładki nigdy nie widziałam. Wystarczy lekko ją przechylić, aby na naszych oczach wyleniały wilczek zamienił się w chłopca. I tylko oczy pozostają te same. A i w środku książka zrobiona jest niezwykle przyjaźnie: spora czcionka i interlinie nie męczą wzroku, więc mali czytelnicy mogą sami poznawać przygody pewnego chłopca i jego najlepszego przyjaciela. A teraz…

…a teraz wyobraź sobie… Masz trzynaście lat. Dziadek właśnie obiecał spełnić jedno z twoich największych marzeń: jedziecie obejrzeć szczeniaka owczarka niemieckiego, albinosa, którego chce sprzedać znajomy dziadka. Po przyjeździe okazało się jednak, że pies o którym mowa szczeniakiem był, ale trzy lata temu. W dodatku wygląda, jakby ktoś powyskubywał mu losowo wybrane kępki sierści i śmierdzi krowim łajnem, w którym przed chwilą się wytarzał. Masz absolutne prawo być rozczarowanym prawda? Nat Carver, bohater opowieści, również był. Jednak postanowił przygarnąć Woody’ego. W krótkim czasie okazało się jednak, że zamiłowanie do ekscentrycznych fryzur i nietypowych perfum nie jest jedyną wadą pupila. O wiele bardziej kłopotliwy okazuje się fakt, że podczas pełni pies (a właściwie wilken, bo tym w istocie jest Woody) zmienia się w chłopca, a poza tym jest poszukiwany przez pewnych bardzo niebezpiecznych ludzi… Co ma w tej sytuacji zrobić trzynastoletni chłopiec? Przekonajcie się sami. Najlepiej razem z waszymi pociechami.

Wygląda na to, że pani Di Toft dokonała nie lada ekwilibrystyki. Z jednej strony wpisała się w nurt wampiryczno – wilkołacki, który od czasów „Zmierzchu” panuje niepodzielnie na półkach z literaturą młodzieżową, z drugiej udało jej się napisać powieść, która nie jest typowym romansem dla trzynastolatek. Wręcz przeciwnie: jest to urzekająca powieść przygodowa, w której akcja wartko płynie i nie ogranicza się do wzdychania biednego dziewczęcia do obiektu marzeń. Udało jej się zastosować nawet kilka nowatorskich rozwiązań (między innymi tytułowy wilken, który jest przesympatyczny i nigdzie indziej nie spotykany). I chociaż starszego czytelnika zwroty akcji raczej nie zaskoczą, to młodszy będzie czytał z wypiekami na twarzy, tak jak ja niegdyś pierwszy tom przygód małego czarodzieja (chyba wszyscy wiedzą, o kim mowa, prawda?;)).

Nawet styl pisania pani Toft jest zbliżony do pani Rowling, chociaż akcenty humorystyczne rozkładają się u nich zupełnie inaczej. Powieść napisana jest prosto, lecz żywo, bohaterowie zdają się stać nam przed oczami niczym na filmowym ekranie. Tłumaczowi również należy się uznanie za kawał dobrze wykonanej roboty. Nie mam mu nic do zarzucenia, ale jakiś mały, złośliwy diablik we mnie dziwił się, dlaczego autorka wytłumaczyła, co to jest wyżymaczka, ale nie pisnęła słówka o tym, co to znaczy „oniryczny”… Ale to bardzo małostkowy diablik, więc go zignoruję.

Dla mnie „Wilken” jest godnym następcą „Harrego Pottera”. I wielka szkoda, że nie miał takiej promocji jak mały czarodziej czy choćby „Eragon” (w przeciwieństwie do niego, „Wilken” byłby jej wart). Książka nie tylko bawi, ale jednocześnie, mimochodem, pokazuje, jak wielka jest wartość przyjaźni. Mam tylko nadzieję, że pani Toft ma plan na dalsze części i ta magiczna książeczka nie przeistoczy się w ciągnący się jak stara guma do żucia, chaotyczny cykl.Ostrzegam tylko wszystkich rodziców, którzy zdecydują się sprezentować „Wilkena” swojej progeniturze: przygotujcie dodatkowe fundusze na wyprawkę dla szczeniaka. Ewentualnie dobre argumenty, które uzasadniałyby waszą odmowną odpowiedź na usilne błagania dziecka o „szczeniaczka, najlepiej takiego białego owczarka niemieckiego”.

*Portret Woody'ego wykonałam sama. Na papierze wygląda nieco lepiej, ale nic nie poradzę na ograniczenia sprzętu skanującego.:(

Tytuł: Wilken: Bracia krwi
Autor: Di Toft
Tłumacz: Jarosław Włodarczyk
Tytuł oryginalny: Wolven
Cykl: Wilken
Wydawnictwo: Bukowy Las
Rok: 2010
Stron: 310
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...