Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Terry Pratchett. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Terry Pratchett. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 września 2018

[Rok z Nebulą] "Świat finansjery" Terry Pratchett


Kiedy czytałam „Piekło pocztowe”, byłam nawet zadowolona z lektury, a bohaterowie wydawali mi się całkiem sympatyczni. Niestety, lektura „Świata finansjery” uświadomiła mi, że przynajmniej po części moja sympatia do bohaterów podcyklu o Moiście brała się z ciepłych uczuć żywionych do ekranizacji. Albo też „Świat finansjery” jest co najmniej o klasę gorszy.
 
Zanim przejdziemy do meritum, tradycyjnie może kilka słów o treści. Moist von Lipwig, zrehabilitowany oszust i krętacz zdołał już przywrócić utracona chwałę Urzędowi Pocztowemu i choć sam przed sobą jeszcze nie chce tego przyznać, zaczyna się na ciepłej posadce nudzić. Na szczęście lord Vetinari już szykuje dla niego nowe zadanie – Królewski Bank Ankh-Morpork potrzebuje świeżej krwi.
 
Przez większa część lektury zastanawiałam się, co mnie uwiera. Co jest nie tak, że powieść autora, którego uwielbiam, smakuje raczej jak stara podeszwa niż jak domowe schabowe. I po dłuższym namyśle doszłam do wniosku, że to z powodu braku sympatii do bohaterów. A brak sympatii bierze się po trosze z braku wyzwań dla tychże.
 
Weźmy takiego Moista. Chłopak należy do jednego z moich ulubionych typów bohaterów - `tych uroczych geniuszy manipulacji i oszustwa, dla których zwinięcie pieniędzy nie jest celem samym w sobie a największa satysfakcja to wykiwanie trudnego przeciwnika (pozdrawiam Locke Lamorę). Tego typu bohaterowie prezentują swój potencjał wyłącznie wtedy, gdy fabuła wymaga od nich stoczenia pojedynku na siłę intelektu z godnym przeciwnikiem. To się dobrze sprawdzało w „Piekle pocztowym”, gdzie Moist musiał wałczyć zarówno z oporem materii, jak i z równym sobie antagonistą. Sprawiało, że opowieść trzymała w napięciu. Tym razem przeciwnicy Moista są, no cóż... żałośni. Już na pierwszy rzut oka widać, że nie mają z nim szans i jeśli nasz ulubieniec znajdzie się w tarapatach, to raczej przez splot niefortunnych zdarzeń niż knowania wrogów. Z materią też nie bardzo jest o co walczyć – w przeciwieństwie do Urzędu Pocztowego bank jakoś tam działa i wystarczy tylko sprawić a) żeby nie rozdrapali go spadkobiercy i b) żeby działał lepiej (w czym wykonanie punktu „a” znacząco pomoże). W czasie lektury nie czułam, żeby było to dla bohatera jakiekolwiek realne wyzwanie.
 
Osobnym problemem pozostaje Adora, narzeczona Moista. O ile jako postać drugoplanowa w „Piekle pocztowym” sprawdzała się znakomicie, stanowiąc mroczny kontrast dla lśniącego własnym blaskiem Moista, tak tutaj jest po prostu antypatyczna. Jest tym wszystkim, czym stałaby się babcia Weathetwax, gdyby odebrać jej styl i wyczucie. Idzie przez życie jak buldożer nie przyjmując do wiadomości, że istnieją inne (często skuteczniejsze) rozwiązania niż miażdżąca siła przebicia. Czytając „Świat finansjery” marzyłam o tym, żeby ten jej buldożer rozbił się na jakiejś życiowej skale. Nie doczekałam się, ale przynajmniej odrobinę poprawiła mi humor scena, kiedy mordercze szpilki Adory połamały się na kamiennej stopie funkcjonariusza Detrytusa. Przy czym to nie jest tak, że bohaterka jest tępą, wulgarną dzidą. Ale inteligencja w tym wypadku nie sprawia, że staje się mniej irytująca.
 
Kolejne tomy Świata Dysku maja to do siebie, że często biorą na tapetę jakieś konkretne zjawisko i przedstawiają je w krzywym zwierciadle, aby obnażyć (i często wyśmiać) pewne cechy. Czasem wychodzi to lepiej, czasem gorzej. Tutaj autorowi zdecydowanie wyszło gorzej. Tak jak zwykle jestem pełna podziwu dla przenikliwości Pratchetta i celności jego pióra, tak spostrzeżenia, jakie zawarł w „Świecie finansjery” wydały mi się oczywiste i przetworzone mało finezyjnie. Wszyscy po ukończeniu szkoły średniej chyba wiedzą, że wartość pieniądza nie jest jakąś stała obiektywną tylko efektem skomplikowanej umowy społecznej, a starych, bogatych finansistów nie od parady po ostatnim kryzysie nazywa się banksterami. Spodziewałabym się, że sir Terry sparodiuje te motywy bardziej kreatywnie. A on tylko wali nimi wprost. Ładnie ubranymi w słowa, ale akurat po nim spodziewałabym się więcej.
 
Cóż, moim skromnym zdaniem w „Świecie Dysku” jest wiele tytułów, które o wiele bardziej niż „Świat finansjery” zasługiwałyby na nominację do Nebuli. Może ten akurat wstrzelił się w sprzyjający czas, miał szczęście zainteresować odpowiednich ludzi... Ale ostatecznie nagrody nie zgarnął. I mnie to nie dziwi. Pratchett znacznie lepiej wybrzmiewa, kiedy komentuje ludzka naturę, a nie zjawiska otaczającego świata.

Tytuł: Świat finansjery
Autor: Terry Pratchett
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Tytuł oryginalny: Making Money
Cykl: Świat Dysku
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2017
Stron: 236 i 216

środa, 16 sierpnia 2017

[Rok z Nebulą] "Piekło pocztowe" Terry Pratchett

Jak wiecie (lub nie) bardzo lubię Pratchetta. I to szczególnie tego późnego, bo bardziej niż nieskrępowany humor cenię u niego trafność opisów zjawisk znanych z naszej rzeczywistości, wirtuozerię, z jaką uwypukla rzeczy, których w życiu codziennym nie dostrzegamy, mimo że często na nie patrzymy. Dlatego też pomyślałam, że moje nebulowe wyzwanie będzie świetną okazją, żeby przeczytać sobie kolejny tom „Świata Dysku”. Wybrałam „Piekło pocztowe”, po pierwsze dlatego, że to pierwszy tom podcyklu o Moiście von Lipwigu (no a nie będę zaczynać od drugiego), a po drugie, bo mam słabość do ekranizacji.

Moist von Lipwig to prawdziwy oszust, który prowadzi swą działalność nie tyle dla zysku, ile dla sportu. Niestety, po ostatnim numerze został schwytany i skazany. Oraz powieszony. Ale oto Patrycjusz Ankh-Morpork daje mu drugą szansę – wystarczy, że Moist przyjmie posadę poczmistrza (nikt nie musi wiedzieć, że egzekucja była trochę… niedokładna, prawda? A w razie czego, zawsze można to naprawić) i doprowadzi Urząd Pocztowy do dawnej świetności. Zaiste, do rozruszania instytucji praktycznie martwej od kilkudziesięciu lat trzeba specjalnych talentów. A czas już najwyższy, bo sekary zanadto się panoszą.

Dla dyskowego cyklu Pratchetta charakterystyczne jest, że w każdym tomie autor bierze na tapetę jakieś rzeczywiste zjawisko lub element otoczenia. W „Piekle pocztowym” postanowił pochylić się nad mechanizmami monopolizacji rynku i działania korporacji. I szczerze mówiąc, trudno mi wyobrazić sobie innego pisarza, który potrafiłby tak lekko i jednocześnie interesująco pisać na tematy raczej mało nośne fabularnie (znaczy, ja doskonale wiem, że istnieje cały gatunek science fiction poświęcony opisowi świata po tym, jak korporacje zagarną już wszystko i nazywa się cyberpunk, ale w „Piekle pocztowym” Pratchett próbuje nam raczej pokazać mechanizm, który pomaga tworzyć rzeczywistości cyberpunkowe). Pokazuje, jak łatwo ludzie dają się oszukać (po części też jest to bowiem opowieść o oszustwach na różnych poziomach i ich konsekwencjach).

Ale aby te nośne tematy dało się przekazać, potrzebna jest fabuła i bohaterowie. Moist jest nową postacią w cyklu – to typowy bohater chaotyczny dobry (chyba jedyny taki u Partchetta i aż dziwne, że pojawił się dopiero teraz). Niby oszust, który uważa, że ofiary jego przekrętów zasłużyły na wszystko, co ich spotkało (Moist żywi bowiem głębokie przekonanie, że uczciwego człowieka nie da się oszukać i biorąc pod uwagę fakt, że większość jego numerów polega na kuszeniu ofiar, żeby spróbowały oszukać oszusta, trudno dziwić się takiej postawie), ale z drugiej strony brzydzi się bezpośrednią przemocą i potrafi mieć tak zwany gest, o dziwo posiada też pewne poczucie sprawiedliwości. Przyznam, że do tego typu bohaterów mam słabość. Po drugiej stronie barykady, czyli po stronie seraków, mamy Reachera Gilta, który zdaje się być personifikacją drapieżnego kapitalizmu i polityki korporacyjnej. To facet, który nie cofnie się przed niczym, żeby dostać jeszcze trochę więcej pieniędzy, przy czym jest na tyle inteligentny, żeby nie dać się złapać (i eliminuje każdego, kto mógłby go zdemaskować). Paradoksalnie, Gilt jest tym, czym Moist mógłby się za kilka lat stać. A cała fabuła opiera się na pojedynku między nimi dwoma, pomiędzy polityką seraków w duchu „po co poprawiać jakość, skoro można zadbać o bycie jedyną opcją” a konkurowaniem ceną i jakością pocztowych usług.

Wszystko powyższe jest opisane charakterystycznym językiem Pratchetta, choć zdecydowanie bardziej stonowanym niż w początkowych tomach cyklu. Bark tu szalonych metafor i długich dygresji, ale poczucie humoru i pewna doza absurdu pozostaje. Osobiście wolę to stonowanie.

To jest naprawdę dobra powieść, nie tylko jak na Świat Dysku, ale w ogóle. Nie wiem, czy akurat o tyle lepsza od innych z cyklu, żeby dostać nagrodę (miałabym innych kandydatów; choć tym razem może zaważyła aktualna było nie było tematyka), ale i tak warto przeczytać. Polecam, jak zwykle Pratchetta.

Tytuł: Piekło pocztowe
Autor: Terry Pratchett
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Tytuł oryginalny: Going Postal
Cykl: Świat Dysku
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2016
Stron: 476

wtorek, 31 maja 2016

"Pasterska korona" Terry Pratchett

To nie jest dla mnie ostatnia książka Terry’ego Pratchetta. Zostało mi jeszcze do przeczytania sporo Świata Dysku, cztery tomu „Długiej Ziemi” no i koniecznie „Nacja” (nie mam parcia, żeby czytać absolutnie wszystko, co napisał. Choć może i tak wypaść). Jak więc widzicie, dla mnie to nie koniec. Niestety, koniec dla sir Terry’ego. I trochę to w „Pasterskiej koronie” widać. Nie poprzez spadek kondycji pisarskiej, bynajmniej.

Coś się zmienia. Bariery pomiędzy Dyskiem a Światem Baśni stają się coraz cieńsze, a elfy to wyczuwają i chcą wykorzystać. Tymczasem młoda Tiffany Obolała musi zmagać się z zupełnie nowymi obowiązkami i odpowiedzialnością. Czy będzie dość mądra, żeby sobie poradzić? No i co z młodym człowiekiem, który chce zostać czarownicem? Oraz jego kozłem, jeśli o tym mowa.

Przyznam, że z cyklu o Tiffany Obolałej jak dotąd znałam tylko pierwszą część (dlatego zabieranie się od razu o ostatniej może nie było najrozsądniejsze z mojej strony. Ale przecież nie samym rozsądkiem człowiek żyje) i to w starszym tłumaczeniu Doroty Malinowskiej, więc przesiadka była trochę trudna. Niemniej, co Cholewa, to Cholewa. Fik Mik Figli trochę szkoda, ale przynajmniej mówią gwarą, jak powinni. Trochę kluczowych punktów rozwoju głównej bohaterki też mnie ominęło. Okazało się, że cykl o Tiffany jest tym, który stosunkowo kiepsko znosi czytanie na wyrywki (chyba najgorzej z dotąd mi znanych podcykli dyskowych), ale z drugiej strony nie aż tak, żeby czytelnik nie był w stanie czerpać radości z lektury.

Najmocniejszą stroną jest oczywiście sama Tiffany. Będąc już młodą dziewczyną (a nie dzieckiem, jak wtedy, gdy ją poznaliśmy) musi podjąć zupełnie nowe obowiązki i przyjąć na siebie zupełnie nową odpowiedzialność. Próbuje szukać własnej drogi w tym wszystkim (przecież jest czarownicą, nie może podążyć szlakiem wytyczonym przez kogoś innego, musi przecierać własny) Tiff przeżywa wszystkie wątpliwości młodego człowieka – choć nigdy by się do tego nie przyznała, boi się, że może zawieść pokładane w niej nadzieje, że może wykonywać rzeczy niewłaściwie. Że wybierając swoje miejsce, dokona błędnego wyboru, którego pożałuje nie tylko ona, ale też wszyscy, którym pomaga i chroni. Niemniej, w końcu musi podjąć wszystkie decyzje. Na tym polega dojrzewanie.

Poza Tiffany, ważną postacią jest Geoffrey, wspomniany wyżej chłopak, który chce zostać czarownicem. Jakaż to jest piękna klamra całej opowieści! W „Równoumagicznieniu” mieliśmy dziewczynę, która pragnęła zostać magiem i była jedyną na Dysku właściwą kobietą do tego zadania. Z Geoffreyem jest podobnie. Mam wrażenie, że ten chłopak jest nie tylko przeciwwagą dla kobiety-maga (pamiętamy, że u Pratchetta kobieta-mag to nie to samo, co czarownica). Jest też zwiastunem tego, że świat się zmienia. A stare niekoniecznie musi być zastępowane nowym. Może być przez nowe wzbogacane, aby ostatecznie stać się lepszym. Tak jak ogólna społeczność czarownic Lancre stanie się lepsza, jeśli wzbogaci się o młodego chłopaka (i jego kozła).

Z drugiej strony, dla niektórych starych rzeczy zmiana, dostosowanie i pozwolenie na wzbogacenie nowymi ideami to jedyna szansa na przetrwanie. Tego nie rozumieją elfy. Dysk stał się światem żelaza i stali, w którym na elfie rajdy nie ma już miejsca. Ale chwała dawno minionych dni jest tak nęcąca, że rozsądne argumenty nie docierają do elfów. A kiedy ktoś wyciąga do nich rękę, proponując nowe możliwości (ale zupełnie inne niż stare przyzwyczajenia. Elfy u Pratchetta to jedne z tych, na których oferta, na przykład, nowych możliwości zadawania bólu z pewnością zrobiłaby ogromne wrażenie), odcinają ją. Autor dobitnie pokazuje, że, przynajmniej dla nich, to najgorsze z możliwych rozwiązań.

W posłowiu stoi, że co prawda sir Terry książkę napisać zdążył, ale z ostateczną redakcją już nie. Szkoda, bo niektóre drobne wątki rzeczywiście wydają się niedokończone. Niemniej, „Pasterska korona” to godne zamknięcie bram. Ale w każdej bramie jest furtka, więc każdy, kto chciałby wybrać się na wycieczkę po Świecie Dysku, zawsze będzie miał taką możliwość. Korzystajcie. 

Książkę otrzymałam o wydawnictwa Prószyński i s-ka.

Tytuł: Pasterska korona
Autor: Terry Pratchett
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Tytuł oryginalny: The Shepherd's Crown
Cykl: Świat Dysku
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2016
Stron: 240

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Gdy kot jest, szczury z nim knują, czyli o deratyzacji słów kilka - "Zadziwiający Maurycy i jego edukowane gryzonie" Terry Pratchett

Wszyscy chyba kiedyś mieliście taką sytuację. Jest sobie książka autora, którego lubicie. Często słyszycie, że to jedna z jego najlepszych książek. W końcu trafia się okazja, żeby po nią sięgnąć, więc czytacie. I... czujecie się rozczarowani, bo jednak to nie to.

Tak miałam z Zadziwiającym Maurycym i jego edukowanymi gryzoniami”. Jest to historia stada szczurów i kota (tytułowego Maurycego), którzy w wyniku żerowania na odpadach z Niewidocznego Uniwersytetu nabawili się inteligencji. Jednak wraz z inteligencją przyszły nowe potrzeby, a te wymagają finansowania. Skąd jednak szczury (i kot) mają wziąć pieniądze? Rozwiązania są dwa – cyrk albo ścieżka zbrodni. Jako że żaden szanujący się kot nie zechce występować na arenie, pozostaje oszustwo. Nie ma przecież nic prostszego niż sfingowanie inwazji. Potrzeba jeszcze jakiegoś niezbyt rozgarniętego dzieciaka z fujarką i można ruszać na podbój świata. Wszystko idzie dobrze, dopóki nie docierają do Blintzowych Łaźni. Jest to miasteczko, w którym dzieją się rzeczy straszne.

Nie jest to powieść kiepska, wręcz przeciwnie – jak to u Pratchetta, bardzo mądra, pełna humoru i rzeczy ważnych. Jednak nie mogę podzielić ogólnego zachwytu. Troszkę tu wszystko zbyt proste, troszkę zbyt łopatologiczne. Zdaję sobie sprawę, że jest to pierwsza książka dla dzieci ze Świata Dysku i nie dość że pewne rzeczy trzeba było nieco uprościć, to jeszcze autor nie miał tej konwencji przetrenowanej i mogło wyjść trochę poniżej oczekiwanego poziomu. Nie znaczy to, że nie warto jej jednak poznać.

Bo sama koncepcja jest z pewnością warta uwagi. Zostawmy może chwilowo Maurycego (wrócimy do niego później) i przyjrzyjmy się szczurom. Dzięki nim autor bowiem pokazuje niektóre mechanizmy rządzące świeżo powstałą społecznością (oczywiście lekko i z odpowiednim humorem). Mamy więc Groźną Fasolkę jako wizjonera, Mielonkę jako starego, sprawdzonego przywódcę, który jednak nie potrafi podołać zmianom i Ciemnybrąza, który jest dość elastyczny i inteligentny, żeby poprowadzić swoje szczury w przyszłość. Groźna Fasolka jest też strażnikiem „Przygód Pana Królisia”, które stają się szczurzą Biblią (dla reszty świata są po prostu zbiorem dziecięcych bajek). Najsmutniejsza w książce była chyba chwila, w której szczury (a przynajmniej niektóre z nich) zaczynają rozumieć, że to, co opisano w ich książce jest zdecydowanie zbyt idylliczne w porównaniu z rzeczywistością. To przeżył chyba w którymś momencie życia każdy z nas.

Ogólnie szczury jako bohater zbiorowy sprawują się świetnie, ale jako indywidualności jakoś nie podbiły mojego serca. Inaczej jest z Maurycym. Pratchett potrafi pisać świetne koty i już kilka razy to udowodnił (myślę, że za tą umiejętnością kryje się doskonały zmysł obserwacji i sympatia, jaką autor darzy te zwierzęta). Maurycy jest więc koci, ale wraz ze wzrostem inteligencji (a więc i refleksyjności – w końcu zaczyna coraz więcej myśleć, co przed przemianą nie zdarzało mu się nigdy) traci nieco z kotowatości. I nad tym ubolewa. Bo nie może już bezmyślnie pożreć każdego, kto mu się sprzeciwia. Co gorsza, pojawiają się u niego przejawy bohaterskiego wręcz altruizmu, co przecież nie przystoi prawdziwemu kotu. Z jednej strony to zabawne, ale z drugiej mocno wzruszające.

Jak już pisałam, „Zadziwiający Maurycy...” mnie rozczarował. Nie oznacza to jednak, że jest książką złą – raczej średnią dla autora, czyli i tak całkiem dobrą. I zdecydowanie warta przeczytania. Zwłaszcza jeśli lubicie koty i/lub szczury. 

Tytuł: Zadziwiający Maurycy i jego edukowane gryzonie
Autor: Terry Pratchett
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Tytuł oryginalny: The Amazing Maurice and his Educated Rodents

Cykl: Świat Dysku
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2011
Stron: 212

środa, 3 grudnia 2014

Ukruszmy smokom zęby krat czyli młodociane brewerie - "Smoki na zamku Ukruszon" Terry Pratchett

Pratchett gościł już na łamach tego bloga kilkukrotnie. Najczęściej ze Światem Dysku, ale nie tylko. Gościł w wydaniu dla dorosłych i dla młodszych czytelników. Raz nawet gościł w prasie. I to właśnie wspomnienie tego prasowego występu nakłoniło mnie do przeczytania „Smoków na zamku Ukruszon”. Choć po prawdzie trochę dałam się zwieść własnym rojeniom.

Bo wiecie, jakoś tak byłam przekonana, że opowiadania są jednak bardziej młodzieżowe. „Piekielny interes” pochodzi z tego samego okresu, co teksty ze zbioru (czyli z bardzo, bardzo wczesnej twórczości sir Terry’ego) i jest bardziej uniwersalny. Właśnie czegoś takiego (czyli kierowanego do odbiorców w wieku ok. 12 lat) się spodziewałam. Tymczasem większość tekstów w „Smokach…” jest przeznaczona raczej dla dzieciaków sześcio – dziesięcioletnich. Co nie jest wadą, po prostu rozmija się z moimi oczekiwaniami.

Prywatne oczekiwania może jednak rzućmy w kąt, bo przecież nie autora wina, co sobie czytelnik założył przed lekturą. Jak już wspominałam, opowiadania powstały w czasie nastolęctwa autora i były pisane dla jego rówieśników. I mam z tym mały dylemat, bo nie wiem, czy oceniać je jako twórczość bardzo młodego pisarza (przecież taki je napisał), czy raczej dojrzałego i uznanego (taki je po latach przejrzał i uznał, że nadają się do pokazania szerszej publiczności). Z jednej strony po tych tekstach widać, ze pisała je osoba bardzo młoda (i przybierając perspektywę oceny młodego talentu należałoby uznać, że tak, talent ich autora jest zaiste nieprzeciętny), z drugiej, jeśli ktoś zna późniejszą twórczość Pratchetta, nawet, a może zwłaszcza, młodzieżową, to będzie czuł niedosyt, bo dostanie zaledwie zarodek poziomu, do którego jest przyzwyczajony. A sprawę jeszcze bardziej komplikuje fakt, że te historyjki jako opowiadania dla najmłodszych tak czy siak się bronią.

Mówiłam, że jak jest ciemno, to jest ciemno.;)
Jakie to historyjki? Ano rozrzut tematyczny mamy spory, choć wszystkie są utrzymane w konwencji humorystyczno-przygodowej. Mamy więc i nawiązania do legend arturiańskich, baśni, podróże w czasie i przestrzeni oraz niecodzienne mutacje codzienności. Mam przy tym wrażenia, że opowiadania są ułożone w kolejności powstawania (tytułowe „Smoki na zamku Ukruszon” są pierwsze i jednocześnie najsłabsze w zbiorze, potem jest już systematycznie lepiej, więc albo to, albo się przyzwyczaiłam). Najbardziej podobały mi się dwie „Klechdy o Ludzie Dywanu”, z których potem wyrósł „Dywan”. Obie podobały mi się do tego stopnia, że postanowiłam przeczytać powieść, której dały początek. Bardzo udane w swej absurdalności były też trzy inne teksty: „Autobus linii 59A cofa się w czasie” (mój osobisty faworyt zaraz po „dywanowym” tandemie), „Święty Mikołaj idzie do pracy” i „Paskudny śniegolud”. Reszta jest raczej przeciętna – przyjemna, ale niezostająca w pamięci. Znalazło się tam nawet rozwinięcie do postaci opowiadania pewnego starego żartu.

Trzy słowa o wydaniu, bo jest piękne, co przyzna każdy patrząc na okładkę. A w środku jest tylko ciekawiej, bo ilustracji jest mnóstwo i chociaż za takim stylem akurat nie przepadam, to nie sposób mu odmówić uroku. Do tego liternictwo wyraża emocje i jak jest ciemno, to jest ciemno. Co prawda wydaje mi się, że ilustracje byłyby znacznie bardziej zachwycające, gdyby dodać im kolor, ale to już tylko takie moje luźne uwagi.

Podsumowując, jeśli macie dzieci/kuzynów/sąsiadów w wieku wczesnoszkolnym i chcecie ich zarazić Pratchettem, ta książka będzie idealna. Jeśli chcecie prześledzić ścieżkę rozwoju stylu i warsztatu pisarza takoż. Ale jeśli oczekujecie zachwytów nad znanym i lubianym z Dysku sir Terrym, to może jednak sięgnijcie po coś innego. „Smoki na zamku Ukruszon” to zdecydowanie nie ten kaliber.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Rebis.


Tytuł: Smoki na zamku Ukruszon
Autor: Terry Pratchett
Tytuł oryginalny: Dragons at Crumbling Castle: and other stories
Tłumacz: Maciej Szymański
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2014
Stron: 390

poniedziałek, 7 lipca 2014

Maggus w kręgu przywołania, czyli piekielne reformy - "Eryk" Terry Pratchett

Po dłuższej przerwie postanowiłam znowu uraczyć się Pratchettem. Jako że „Eryk” czekał na swoją kolej już od dłuższego czasu i był mikrej postury, padło na niego. Co prawda podcykl o Rincewindzie to najmniej przeze mnie lubiana część Świata Dysku, ale sir Terry potrafi osłodzić nawet nielubianych bohaterów.

Kiedy ostatni raz widzieliśmy Rincewinda, ten właśnie znikał w portalu prowadzącym do piekielnych wymiarów. Nie jest to okolica, w której człowiek chciałby pozostać na dłużej, to i nie dziwota, że mag chciał się wydostać. I tak oto budzi się w kręgu przywołania młodocianego demonologa – w końcu jeśli coś przybyło z otchłani, to musi być demonem, prawda? Potem standard: trzy życzenia i takie tam. Tylko oczywiście przy wypowiadaniu życzeń trzeba być bardzo, bardzo konkretnym…

W „Eryku” Pratchett trochę parodiował Fausta, ale nie jest to szczególnie widoczne. Fabuła jest oparta raczej na zabawie konwencją trzech życzeń, które, jak wie każdy kto przeczytał odpowiednią ilość powieści fantasy, trzeba wypowiadać bardzo ostrożnie. Jak wiadomo siły zła chętnie spełnią prośby, ale dostaniesz dokładnie to, o co prosisz, a nie to, czego potrzebujesz. Sam motyw do tej pory już się mocno zużył i gdyby nie pratchettowski styl, tę niewielką powieść trzeba by było określić nudną. Ale z tym autorem nudzić się nie można.

Jak to w Świecie Dysku, mamy więc mnóstwo nawiązań do kultury i rzeczywistości, wszystko odbite w krzywym zwierciadle humoru. Fani serii znajdą tu też mnóstwo znajomych postaci, choć nie aż tyle, ilu się spodziewałam. Zdecydowanie jednak nie polecam „Eryka” na początek znajomości z autorem – nie jest co prawda tomem słabym czy zbyt hermetycznym, ale Pratchett pisywał już zdecydowanie lepiej.

Co jest mocną stroną? Obraz piekła. Żaden porządny świat nie może obyć się bez własnej krainy tortur i Dysk nie jest wyjątkiem. Jednak w piekle zmieniło się kierownictwo i od jakiegoś czasu interes funkcjonuje według korporacyjnych zasad. Oczywiście Pratchett nie pisze niczego odkrywczego – wielu przed nim zauważyło już, że rozgrzane obcęgi duszom niestraszne, bo brak ciała uniemożliwia odczuwanie bólu, za to nuda zawsze budzi grozę. Ale Pratchett to Pratchett, żartuje sobie z tego truizmu i ładnie go wyolbrzymia – generalnie podaje w takiej formie, że nie dość iż czytelnik chichocze jak głupi, to jeszcze ma wrażenie, że podano mu pomysł całkiem świeży. Przy czym jest to zdecydowanie Dysk w starym stylu - nastawiony na parodię i groteskę, gdzie śmiech nigdy nie bywa gorzki. Osobiście wolę nowsze powieści, bardziej refleksyjne. Ale "Eryk" i tak daje radę.

Rozpisywać się nie będę, bo książeczka króciutka, jak na możliwości sir Terry’ego raczej przeciętna i nie chcę spoilerować. Fanom autora oczywiście polecam. Tym, którzy go nie znają radzę zacząć od czegoś innego i wrócić do „Eryka”, kiedy już zostaną fanami. Wtedy na pewno bardziej im się spodoba.

Tytuł: Eryk
Autor: Terry Pratchett
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Tytuł oryginalny: Faust Eric
Cykl: Świat Dysku
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 1997
Stron: 116


Ksiązka bierze udział w wyzwaniu Klucznik.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Kariera Dodgera - "Spryciarz z Londynu" Terry Pratchett

Terry Pratchett jest znany głównie ze swojego cyklu „Świat Dysku”. Możnaby pomyśleć, że po trzydziestu paru tomach tak mocno wsiąkł w swój humorystyczno-fantastyczny świat, że nie musi i nie chce z niego wychodzić (zwłaszcza, że czytelnicy się tego nie domagają, a więc i wydawcom niespecjalnie zależy). Niemniej, sir Terry co jakiś czas bierze się za powieść z zupełnie innej beczki. Na początku roku uraczył polskich fanów współpisanym z Baxterem pierwszym tomem nowego cyklu science fiction, a w kwietniu wydawnictwo Rebis wypuściło powieść zupełnie niezwiązaną z fantastyką. Jak sobie pan Pratchett poradził w głównym nurcie?

Dodger to gość, prawdziwa osobistość na miarę takich dzielnic wiktoriańskiego Londynu, do których zwykłe osobistości raczej się nie zapuszczają. Tak naprawdę nie nazywa się „Dodger”, ale nikt nie wie, co mu tam wpisali w metrykę. W każdym razie nasz bohater jest szczupłym młodzieńcem, trudniącym się znajdowaniem w kanałach cennych przedmiotów, zgubionych przez bogatszych obywateli. Pewnej burzowej nocy staje w obronie dziewczyny najwyraźniej napadniętej i porwanej przez jakichś drabów. Okazuje się, że tajemnicza dziewczyna ma mocne i raczej nieprzyjemne powiązania z polityką. Czy nic nieznaczącemu zbieraczowi uda się ją wyciągnąć z trybów dyplomacji?

„Spryciarz z Londynu” miał być hołdem oddanym przede wszystkim Karolowi Dickensowi, ale nie tylko – chodziło o uhonorowanie osób, którym losy biedoty zamieszkującej ówczesne slumsy Londynu nie był obojętny. Toteż część tych postaci zaludnia karty powieści. Przede wszystkim pojawia się sam Dickens, który w wydarzeniach odgrywa sporą rolę. O ile inni dobroczyńcy grają jedynie gdzieś w tle, choć zawsze bardzo barwnie, pisarz został odmalowany dużo staranniej. I powiem szczerze, że nie da się nie lubić tego wnikliwego jegomościa, który nie boi się zapuszczać do podejrzanych spelunek i mrocznych zaułków, pisać o kwestiach niewygodnych dla rządu ale jednocześnie wie, czego lepiej nie opisywać w nowym artykule. Angela Burdett-Cottus również sprawia wrażenie niezwykle interesującej damy i szkoda, że autor nie dał nam jej lepiej poznać. Ale Pratchett ma świetne pióro do pisania postaci kobiecych i poprzednie zadnie mogłoby w zasadnie pasować do każdej bohaterki „Spryciarza…”, a wszystkich rozwinąć się nie da.

Skoro tak mimochodem wspomniałam o postaciach, to może przejdźmy do tych fikcyjnych. Sam tytułowy bohater to chłopak o złotym sercu, choć zdecydowanie nie kryształowym sumieniu. Zapaleni erpegowi gracze określiliby go pewnie mianem „chaotyczny dobry”. Ja ten typ bohatera bardzo lubię – ogólnie jest to dobry człowiek, ale zdający sobie sprawę z tego, że z postawy dobrego samarytanina zazwyczaj nie da się wyżyć i odrobina złośliwości, a nawet okrucieństwa bywa niezbędna. Jednak to nie Dogera polubiłam najbardziej, ale jego starozakonnego opiekuna, Salomona. Pratchett po mistrzowsku napisał tego z pozoru zwykłego, wiekowego Żyda, który w pośpiechu wymuszonym okolicznościami zwiedził całą Europę i okolice. To nieszablonowy typ szarej eminencji, który próbuje wychować nastoletniego chłopaka o tyle, o ile to możliwe w londyńskich slumsach. Przy nim pozostali bohaterowie drugoplanowi i poboczni wypadają dość blado.

A sam Londyn? Znawczynią tematy nie jestem, z resztą sam autor w posłowiu przyznaje się do pewnych przetasowań historycznych i wygładzenia realiów, ale musze przyznać, że opisy (mimo swej zwięzłości bardzo sugestywne) robią wrażenie. Nie wiem, czy celem Pratchetta było zachęcenie młodego pokolenia do sięgnięcia po dickensowską klasykę, ale muszę przyznać, że właśnie taki efekt osiągnął – pokazał akurat tyle, żeby zaciekawić, skłonić do zgłębiania tematu i pokazał to dobrze.

Jeśli chodzi o stronę techniczną, to mogę się przyczepić tylko do jednej rzeczy. Książka jest pięknie wydana – twarda oprawa z obwolutą, biały papier, klimatyczne ilustracje Paula Kidby na początku każdego rozdziału. Tylko niepotrzebnie rozdmuchano ją do czterystu stron za pomocą szerokich marginesów i interlinii. Jestem ostatnią osobą, która czepiałaby się dużej czcionki, ale z pewnością nieco węższe marginesy nie byłyby tak irytujące. Zaś korekcie i tłumaczowi nie mam nic do zarzucenia – zwłaszcza temu ostatniemu, jako rozpieszczona przekładami Cholewy fanka Świata Dysku. Pan Szymański solidnie wykonał swoje zadanie, a z co bardziej kontrowersyjnych decyzji nawet wytłumaczył się w przypisach, co bardzo się chwali (szkoda, że nie wszyscy wydawcy na to pozwalają).

Dodger wg Paula Kirdby żegna czytelników. A może dopiero zaprasza do lektury?
„Spryciarz z Londynu” jest reklamowany jako powieść młodzieżowa i po części tak jest – młodszym czytelnikom na pewno się spodoba. Niemniej, nie każda książka z młodym bohaterem jest dla młodzieży i każdy dorosły czytelnik powinien mieć to na uwadze w trakcie lektury. To na pewno zwiększy doznania, nawet tych, którzy Pratchetta nie lubią. Choć styl autora jest wyczuwalny, to jednak jakby mniej intensywny, stonowany a powieść znacznie odbiega od „Świata Dysku” we wszystkich aspektach. Mogłabym jeszcze napisać wiele: o dających do myślenia drobinkach wydarzeń mimowolnie wplecionych w tekst, o ziarnkach humoru i nawiązań, o podobieństwach i powtarzalnych motywach łączących „Spryciarza…” ze „Światem Dysku”, ale wtedy recenzja zrobiłaby się tak długa, że nikt nie chciałby jej czytać. W każdym razie, polecam. Bo warto.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Rebis.

Tytuł: Spryciarz z Londynu
Autor: Terry Pratchett
Tytuł oryginalny: Dodger
Tłumacz: Maciej Szymański
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2013 
Stron: 412

niedziela, 17 marca 2013

Glina ambasadorem - "Piąty elefant" Terry Pratchett


O „Świecie Dysku” Pratchetta zdarzyło mi się na tym blogu pisać kilka razy, zazwyczaj bardzo pochlebnie. Ci, którzy te wpisy śledzili, mogli łatwo dojść do wniosku, że moim ulubionym bohaterem jest Śmierć, a ulubionym podcyklem ten o nim właśnie. I w sumie nic się nie zmieniło. Tylko im więcej czytam o straży, tym bardziej staje się ona moim ulubionym bohaterem zbiorowym. Ale o tym za chwilę, najpierw o sprawach bieżących.

Po pierwsze, krótki opis na tylnej stronie okładki „Piątego elefanta” to jeden wielki spoiler. Może nie z tych, co mordują najlepszą tajemnicę fabuły (po przeczytaniu kilku pierwszych stron staje się raczej oczywisty), ale z drugiej strony, niewiele o fabule mówi taki zupełnie wyrwany z kontekstu. Otóż bowiem krasnoludy wybierają króla (a w Ankh-Morpork z tej okazji wybuchają zamieszki), wypadałoby więc wysłać jakiegoś oficjalnego ambasadora do Überwaldu, żeby bronił interesów miasta i przy okazji dowiedział się, co się stało z poprzednikiem, bo od jakiegoś czasu nie przysyła wiadomości. Tę funkcję musi pełnić ktoś wysoko postawiony, na przykład diuk Ankh-Morpork… sir Sam Vimes (całym sercem będący oficerem Straży). Zważywszy na kłopoty z lokalizacją pewnego ważnego artefaktu, glina na placówce dyplomatycznej może przynieść nieoczekiwane korzyści.

Sam Vimes to jedna z tych postaci, które najbardziej lubię. Człowiek dobry i na swój sposób honorowy, ale zbyt wiele już w życiu widział, żeby pozostać idealistą. Określiłabym go jako przepuszczony przez dyskowy filtr archetyp dobrego, ale twardego  stróża prawa (takiego z filmów o najciemniejszych zaułkach, który walczy raczej z lokalnymi nożownikami, niż z przestępczością zorganizowaną). Jednocześnie nie brak mu charyzmy i elastyczności, więc w przeciwieństwie do Neda Starka, wie, kiedy trzeba zagrać nieczysto, żeby nie stracić głowy własnej i kogoś bliskiego. W parze z żoną, do szpiku kości arystokratyczną (ale raczej na sposób buzia w ciup i rączki w małdrzyk, niż hajduczkowania z szabelką) Sybil, tworzą ciekawy duet. Pratchett umie rozpisywać ciekawe pary, choć często ciężar opowieści przenosi tylko na jedno z partnerów. A skoro już przy parach jesteśmy…

…to przejdźmy do dwójki bohaterów, którzy urastają ostatnio do rangi jednej z moich ulubionych par (co prawda już przy „Zbrojnych” było im blisko, ale autor bardzo ładnie ten związek rozwija i to przeważyło szalę). Chodzi o kapitana Marchewę i Anguę oczywiście. Jest to związek bardzo zgodny i widać w nim prawdziwe uczucie, ale Pratchett nie poszedł na łatwiznę, kreatywnie rozwijając frazę „żyli długi i szczęśliwie”. Główną przyczyną zakłóceń w szczęśliwości jest fakt, że Angua jest wilkołakiem. W „Piątym elefancie” dowiadujemy się, jak wielki to może być problem i dlaczego. Ale ostatecznie i tak najważniejsze, żeby znalazła się kochająca osoba, która w razie wścieklizny skróci cierpienia, prawda? 

Poza tym, książki o straży mają jeszcze jedną zaletę – jeśli szukacie naprawdę wartkiej akcji i spójnej fabuły w dyskowym uniwersum, to możecie mieć pewność, że właśnie w nich ją znajdziecie. Żadnych przestojów, przynudzania czy dodawania akapitu dla pustego dowcipu. No i miłośnikom kryminałów na pewno się spodoba, w końcu to, było nie było, powieść o detektywach, choć po prawdzie zagadka kryminalna w „Piątym elefancie” wydała mi się najmniej ważnym elementem fabuły.

Nie powiem, że polecam, bo „Świat Dysku” zawsze polecam (może poza tym niebywale nudnym Rincewindem, ale w końcu nawet on ma swoich fanów – ja lubię tylko Bagaż). Te o straży polecam bardziej, ale i tak warto zacząć od początku.

Tytuł: Piąty elefant
Autor: Terry Pratchett
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Tytuł oryginalny:
The Fifth Elephant
Cykl: Świat Dysku
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2006
Stron: 336
Książka  przeczytana w ramach wyzwania "Z literą w tle".

wtorek, 5 lutego 2013

Za krótka - "Długa Ziemia" Terry Pratchett, Stephen Baxter


Terry Pratchett jest jaskrawym przypadkiem pisarza, który został niewolnikiem jednego cyklu – każda jego powieść spoza „Świata Dysku” przechodzi bez większego echa. W sumie i tak ma szczęście, bo „Świat Dysku” ma bardzo elastyczną formę i wiele można do niego włożyć, ale czasem chciałoby się napisać coś innego. Do tego przydaje się inny pisarz, który swoim nazwiskiem zniweluje dyskowe skojarzenia. A jeśli chciałoby się napisać książkę z innej dziedziny, niż dotychczas, to pisarz obeznany z nią staje się oczywistym wyborem. Tak więc współautorem „Długiej Ziemi” stał się Stephen Baxter, sam będący poczytnym, brytyjskim pisarzem SF. (Ale to tylko moje domysły, nikt nie wiem, jak było naprawdę.;))

Pewnego dnia ktoś umieszcza w sieci plan prostego urządzenia. Sporo dzieciaków zbudowało je i uruchomiło. I rozpętało się małe pandemonium, bo działający kroker przenosił je na alternatywną Ziemię, ale jeśli się go zbudowało niedokładnie, to z powrotem mógł być problem. Na szczęście nastoletni Joshua zawsze trzymał się instrukcji i tej nocy został bohaterem. Jego talent zapewnił mu niechcianą sławę i w kilkanaście lat później Joshua dostał propozycję uczestniczenia w wyprawie mającej na celu odkrycie sekretów Długiej Ziemi, która wydawała się nieskończona…

Mam wrażenie, że „Długa Ziemia” była od początku zaprojektowana jako eksperyment myślowy na zasadzie „co by było gdyby”. Z tej strony zbliża się do typowego hard SF - tam zazwyczaj chodziło o to, żeby opisać jakieś naturalne zjawisko/wynalazek i próbować przewidzieć, co ludzie z nim zrobią, jak go już dostaną w swoje łapki. Jednak aby formie gatunkowej stało się zadość, warto byłoby pokusić się o próby wyjaśnienia działania wynalazku/zjawiska (bez tego wydaje mi się, że wchodzimy w  zakres socjologicznej SF – granica jest tu trochę płynna, a nie mnie takie teoretyczne rozważania prowadzić), a tu tego nie ma. Niemniej, nie ma też liniowej fabuły, prowadzącej z punktu A do punktu B i dalej do Z. Czytelnik dostaje raczej chronologiczną mozaikę, światowy kalejdoskop konsekwencji nagłego powiększenia się do nieskończoności zasobów naturalnych dostępnych dla wszystkich. I tego, że jednak nie wszyscy mogą z nich skorzystać.

Fascynujące jest to śledzenie migawek ze zmian i trochę szkoda, że (przynajmniej w porównaniu do innych autorów, zdolnych na takiej kanwie natrzaskać 800 stron powieści) panowie nie poświęcili mu więcej uwagi. Jednak nie mniej interesująca jest druga odnoga fabularna powieści. Długa Ziemia to przecież nieskończona ilość światów – każda ewentualność o prawdopodobieństwie różnym od zera znajduje w niej swoje miejsce. Jedynym rozsądnym rozwiązaniem, pozwalającym pokazać czytelnikowi chociaż ułamek tego bogactwa jest wyprawa. I znowu szkoda, że powieść nie jest tak ze dwa razy dłuższa, bo bogactwo alternatywnych Ziem wymaga osobnego cyklu. Wiele pomysłów, które tutaj są tylko zalążkami, można by rozwinąć w niesamowite scenariusze. 

Zagraniczny hardcover.
Zasadniczy problem, jaki mam z „Długą Ziemią” jest taki, że to powieść, która zdecydowanie bardziej podoba się, kiedy trwa, niż kiedy się kończy. Zakończanie bowiem nie dość, że nie daje satysfakcji, to jeszcze przerywa cudowną przygodę. Będąc dobrą książką, „Długa Ziemia” stawia też mnóstwo pytań (po części natury fabularnej, po części nie), na które czytelnik nie dostaje odpowiedzi. Z jednej strony to inspirujące, z drugiej irytujące. (Z uwagi na powyższe, „Długa Ziemia” idealnie nadaje się do rozwinięcia w fanfikach, scenariuszach serialowych czy w systemie franszyzy. Ale z uwagi na to, że ekranizacji się nie doczeka, bo nie ma tam wielkiej historii miłosnej – marne szanse. A szkoda.)

Jeszcze trochę o technikaliach. Stylu Stephena Baxtera nie znam, dopiero niedawno się dowiedziałam, że ktoś taki istnieje i nawet wydano go w Polsce (swoją drogą, ciekawe, czy ktoś wyda może coś nowego tego pana, albo coś wznowi?), nie mogę więc się wypowiadać o jego stylu. Natomiast co do Terry’ego Pratchetta, to wyraźnie widać jego humor (pojawia się nawet ulubione przez pisarza porównanie z kotem o długim ogonie i fotelach na biegunach). Nie są to stężenia dyskowe, bo i powieść humorystyczna nie jest, ale charakterystyczny styl wyraźnie widać. Język jest lekki i przyjemny, zaś polska okładka jak rzadko podoba mi się bardziej od oryginalnej.

Wielu (łącznie z autorem artykułu w NF) twierdzi, że „Długa Ziemia” ma być twórczym testamentem Pratchetta. Ja w niej widzę raczej nowy początek. A oba te zdania można bardzo łatwo pogodzić: może Pratchett do spółki z Baxterem chcą nam powiedzieć, że tak naprawdę koniec nie istnieje, bo możliwości są nieskończone? Miejmy nadzieję, że tak.

Ksiązkę otrzymałam  od wydawnictwa Prószyński i s-ka.

Tytuł: Długa Ziemia
Autor: Terry Pratchett, Stephen Baxter
Tłumacz:
Piotr W Cholewa
Tytuł oryginalny:
The Long Earth
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2013
Stron: 359

wtorek, 14 lutego 2012

Zanim przydryfował A'Tuin - "Dysk" Terry Pratchett

Terry Pratchett kojarzy mi się nieodmiennie ze Światem Dysku i z niejakim zdziwieniem zarejestrowałam fakt, że pisywał też inne powieści. To niby logiczny wniosek, ale jakoś wcześniej nie przebił się do mojej świadomości. Z tym większą ciekawością wzięłam się za lekturę książki „predyskowej”, która później stała się inspiracją do napisania cyklu. Powieścią tą był „Dysk”.

Kin Arad jest inżynierem planetarnym i to najlepszym w szeregach Kompanii. Nic dziwnego: ponad dwa wieki doświadczenia robią swoje. Jednak Kin nie zaszłaby tak daleko, gdyby nie jej wrodzona ciekawość. I ta ciekawość właśnie będzie przyczyną nielichych kłopotów. Wyobraźcie sobie, że ktoś proponuje wam wycieczkę do świata, jaki nie ma prawa istnieć. Do świata, który gwałci wszelkie znane ludziom prawa nauki, czyli do lewitującej w kosmosie pizzy z Europą na wierzchu i własnym zestawem miniaturowych ciał niebieskich. Za towarzystwo zaś macie dwoje kosmitów o aparycji tak uroczej, że świetnie wkomponowaliby się w dzieła Boscha. A to dopiero początek.

Na okładce wydawca umieścił uczciwą informację, że „w książce pojawiają się zalążki pomysłów, które pisarz tak świetnie rozwinął później w cyklu Świat Dysku.” I tak jest, ni mniej, ni więcej. Nie ma co oczekiwać nawiązań dyskowych, ale widać, czym autor się inspirował. „Dysk” można uznać za ciekawe studium rozwoju koncepcji, gdyby ktoś miał takie zacięcie.

Sama powieść bardziej przypomina późniejsze, niż wcześniejsze tomy Świata Dysku. Humor pratchettowski jest, ale w rozsądnych ilościach. Nie ma co liczyć na wykwity totalnego absurdu czy galopady skeczy (aczkolwiek forma powieści pozwala na prawie niezauważalne wkomponowanie mocno absurdalnych kwestii). Inna sprawa, że czytanie powieści sci-fi autora, którego znamy wyłącznie z fantasy, jest bardzo ciekawym doświadczeniem.

„Dysk” jest dla mnie dowodem na to, że świetny pisarz będzie sobie radził na każdym polu. Polecam zarówno miłośnikom autora (chociaż radzę porzucić nadzieję na konotacje światodysowe), jak i czytelnikom nieznającym go. Świetna lektura na nudny wieczór.

Tytuł: Dysk
Autor: Terry Pratchett
Tytuł oryginalny: Strata
Tłumacz: Ewa Siarkiewicz
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2005
Stron: 220

środa, 16 listopada 2011

„To nie jest książka o Australii. Nie, to o całkiem innym miejscu, które tu czy tam przypadkiem jest trochę… australijskie.”* - "Ostatni kontynent" Terry Pratchett

Bardzo lubię Świat Dysku Pratchetta, chociaż uczucie to bywa czasami dość trudne. Trudna bywa zwłaszcza wtedy, kiedy na horyzoncie pojawiają się magowie z Niewidocznego Uniwersytetu. Alem czytelniczka odważna i wytrwała, więc nawet kadra uniwersytecka mi nie straszna. Zwłaszcza, że po sir Pratchett’cie można się spodziewać nie tylko irytujących bohaterów, nawet, jeśli dana książka należy do podcyklu o nich.

Bibliotekarz zachorował. To co prawda tylko przeziębienie, ale kompletnie uniemożliwia podjęcie obowiązków zawodowych (każdemu by uniemożliwiało, gdyby byle kichnięcie groziło losową zmianą kształtu). A magiczne księgi pozbawione nadzoru dziczeją niebezpiecznie. W związku z tym kierownictwo Uniwersytetu postanawia działać. Szybko okazuje się, że żeby pomóc Bibliotekarzowi, niezbędny jest Rincewind. Problem polega na tym, że w efekcie nieudanego eksperymentu magicznego został wysłany na IksIksIksIks, a nikt nie wie, gdzie to jest… Wiadomo tylko, że jest to kraina niezwykła: otoczona nieprzebytym antycyklonem i wzburzonym morzem, pełna dziwnych stworzeń i jeszcze dziwniejszych obyczajów, a w dodatku sucha jak pieprz, bo nigdy tam nie pada. Chyba grupa starszych magów nie będzie w stanie tego bardziej zepsuć, prawda?

Nie lubię magów z NU. Zamiast bawić, działają mi na nerwy i utrudniają czytanie. Ale przecież od tego Pratchett jest mistrzem humoru, żeby mi tak zaserwować nielubianych magów, co bym ich połknęła ze smakiem. Co prawda tym razem sos był (nie)australijski, a ja na (nie)australijskości za bardzo się nie znam, ale smakował całkiem nieźle. Łyżka absurdu, doprawiona szczyptą złośliwości, ale zaraz osłodzona humorem i ciepłem, to jest to, co smakoszom pratchettowskiej kuchni z pewnością przypadnie do gustu. Natomiast początkującym degustatorom raczej odradzam – są bardziej soczyste części cyklu.

Krótko było tym razem, bo cóż można napisać o kolejnym tomie, zwłaszcza, że bywały lepsze? Niemniej jednak polecam "Ostatni kontynent", bo Pratchett zawsze poprawia humor, a i w ciekawe cytaty jest obfity. No i czyż to nie frajda poczytać o upałach przy takiej pogodzie?

*Cytat z dedykacji(?)
Tytuł: Ostatni kontynent
Autor: Terry Pratchett
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Tytuł oryginalny:
The Last Continent
Cykl: Świat Dysku
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2006
Stron: 302
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...